6.15.2017

Od Taaviego CD Isaaca

 Planowanie ogniska to coś, co nigdy nie wychodzi w pełni. Prędzej czy później znajdzie się jeden, mały delikwent, który z otchłani swojego umysłu wyrwie myśl.
Zwykłą sentencję, która uświadomi Ci, że może właśnie zapomniałeś o najbardziej błahej rzeczy, bez której jednak w tym momencie nie będziesz w stanie przeżyć. Pokręciłem przecząco głową, dziękując kasjerowi i odwróciłem się na pięcie z zamiarem powrotu do samochodu. Kilka kroków jednak wystarczyło, bym się przekonał, iż moja podróż do „sklepu” nie skończy się w tak oczywistym miejscu. Przechyliłem lekko głowę w lewo, przyglądając się sylwetce, która podążała w moją stronę w nierównym kroku. Zatrzymałem się, opierając o framugę drzwi. Przez krótką chwilę analizowałem w głowie dwie opcje.
1. Chłopak ma poważny problem i zmierza właśnie do mnie.
2. Ów mężczyzna pijackim krokiem podąża po kolejne litry alkoholu.
Wszystkie moje wątpliwości rozwiane zostały, gdy młody chłopak odezwał się jako pierwszy, a ja odzyskałem, utraconą w amoku ostrość widzenia.
- Jezu... Już idę — odezwałem się na jego prośbę, odklejając plecy od zimnych drzwi i ruszyłem w kierunku niemal toczącego się w moją stronę mężczyzny. Moje stopy jako pierwsze zapaliły czerwoną lampkę, zmuszając, bym zwolnił. Przecież nie miałem pojęcia, kim jest, czy nie jest uzbrojony i w pełni rozumny, ale był ładny, więc chyba mogłem mu pomóc.
Taaviś, jesteś taki pusty.
Dopiero gdy nasze ciała dzieliła długość dłoni, a przerywany, ciężki oddech rozrywał mi myśli, pochwyciłem dłoń czarnowłosego, czując, jak jego mięśnie niemal przebijają skórę, napinając się do granic możliwości. Zlustrowałem go wzrokiem, zaczynając od rozerwanych przy nogawce i aż po kolano spodni. Naga noga połyskiwała czerwienią, ale w przeciwieństwie do swojej nieodłącznej towarzyszki, zdawała się dźwigać całe ciało chłopaka. Ciemną bluzkę pokrywało milion malutkich dziur, jakby jakiś żartowniś, postanowił przez trzy godziny wbijać igiełki w ubranie potencjalnej ofiary.
Pewnie wpadł w krzaki.
Przyjrzałem się jego twarzy, blada cera, ściągnięte do dołu, czarne brwi i oczy, o nietypowym kolorze, zakryte pod milionem, wilgotnych rzęs. Policzki, jakby kompletnie wyprane z koloru i pełne usta, wykrzywione w bolesnym grymasie, niemal błagająca o pomoc twarz, kurcząc wszystkie mięśnie wciąż, usilnie próbowała zachować swój normalny wygląd. Nie wiedząc jak doprowadzić go do samochodu w bezpieczniejszy sposób, chwyciłem jego wolną dłoń, przerzucając ją przez własne ramię. - Jedziemy do szpitala. - zarządziłem, w odpowiedzi na co, ciemnowłosy opadł na mnie ciężarem swojego ciała z cichym stęknięciem, dając mi do zrozumienia, że nie da rady iść sam. Podciągnąłem nieco bardziej swoje, niżeli jego ciało do góry stawiając pierwsze, ciężkie kroki w stronę czarnego, sportowego samochodu.
Śmieszne, zmierzasz do sklepu po chleb, wracasz z ledwo żywym chłopakiem.
Musisz robić częściej zakupy, Taavi.
Wyższy znalazł punkt zaczepienia, na moim obojczyku, boleśnie wbijając w niego swoje długie, kościste palce, za wszelką cenę walczył by nie poddać się kompletnie bólowi, który zapewne rozsadzał jego organizm. Machnąłem ręką w stronę czarnego BMW, swojego przyjaciela, który zgodnie z moimi oczekiwaniami, wybiegł z samochodu, otwierając mi drzwi od strony pasażera.
- Miałeś kupić jedzenie dla wszystkich, pieprzony kanibalu - zażartował Daniel, na co jedynie przewróciłem oczami. Wyższy zająknął się w odpowiedzi, moja dłoń zaciśnięta wokół jego żeber skutecznie uniemożliwiała mu wzięcie pełnego oddechu. Pomogłem mu zająć miejsce resztkami sił układając chłopaka na siedzeniu, sam zająłem miejsce obok. Podkuliłem nogi przyglądając się wciąż obolałej i zaspanej twarzy chłopaka, który szybko pochwycił moje spojrzenie.
- Tak w ogóle, jest Isaac - wyrwał mnie z zamyślenia, ponownie przykuwając uwagę. Pokiwałem głową, patrząc na niego, jak na kompletnego idiotę.
- Taavi - mruknąłem. Postać siedząca od strony kierowcy poruszyła się nerwowo, zerkając na nas przez małe, przyczepione do góry lusterko.
- Taavi? Jesteś pewien?  - spytał Daniel, na co obaj obrzuciliśmy go spojrzeniem.
- To zdrobnienie - wyjaśniłem, wściekły na swojego przyjaciela, który z uśmiechem na twarzy, wrócił do drogi, którą jego pojazd dosłownie pożerał z zawrotną prędkością.
- Od czego? 
- Nieważne - wypiąłem mu język, kończąc tym samym naszą bezsensowną dyskusję. Oczywiście Danielowi nie musiałem wspominać o zmianie naszego celu podróży, dobrze znał ten teren i bez problemu dotarliśmy na miejsce.
Ogromny, biały budynek lśnił zniechęcającą do siebie bielą. Biła od niego choroba, z którą mierzyły się miliony, ja naprawdę nienawidziłem szpitali. Zawsze kojarzyły mi się ze śmiercią i kompletnie niepotrzebnym bólem, nawet jeśli to właśnie tutaj otrzymywali nadzieję na nowe, lepsze życie, to w tym samym miejscu tysiące ludzi dziennie dowiadywało się o swoim nadchodzącym końcu. Końcu, który lekarzy o sztucznie przyklejonym smutku do twarzy, kompletnie nie obchodził. Wysunąłem się nieco z siedzenia, otwierając drzwi nogą, by obie dłonie zapleść wokół żeber nieznajomego, który kilkukrotnie dmuchnął w moje włosy ciepłym, ciężkim powietrzem. Wspólnie z czarnowłosym przemierzaliśmy nieznane nam tereny póki nie dobrnęliśmy do wielkich, automatycznych drzwi, które stanowiły nadzieję dla zdrowia, a przede wszystkim nogi Isaaca. Charakterystyczny, szurający dźwięk wpuścił nas do środka, przywitani zostaliśmy przez grupę lekarzy i pielęgniarek, z których troje odebrało z moich rąk niesamowity ciężar ludzkiego ciała. Przyglądałem się trwającej zaledwie kilka minut scenie, ubrana w zielony fartuch pielęgniarka z narzędziami w kieszeni popędziła jednym korytarzem, by za chwilę skręcić w kolejny. Zniknęła w mroku, a naszym uszom przez moment dane było tylko słyszeć cichy szum, który za chwilę przerodził się w pchane przez kobietę noszę. Cała piątka rzuciła się na pomoc chłopakowi, a jeden z lekarzy został na miejscu by przeprowadzić ze mną rutynowy wywiad.
- Jesteś w stanie powiedzieć co się z nim stało? - spytał, kładąc mi zimną, pokrytą grubą rękawicą, dłoń na ramieniu.
- C-co? - zająknąłem się odrywając od omiatającej spazmatycznie, moje ciało paniki. - Ja nie wiem, takim go znalazłem - mruknąłem, sięgając dłonią swojego ramienia, które nerwowo potarłem.
- Jesteś spokrewniony z chłopakiem? - spytał, mrużąc nerwowo powieki, widać było, że spieszyło mu się do swoich obowiązków. Ja jednak jakby rozdygotany w środku, nie mogłem znaleźć słów by odpowiedzieć na najprostsze pytania. Wejście tu kompletnie pozbawiło mnie racjonalnego myślenia i zestresowało poddając torturom mój i tak już ledwo funkcjonujący umysł.
- Nie znam go - mruknąłem, przestając zwracać uwagę na postać przede mną. Rozglądałem się po pomieszczeniu, szukając wskazówek do zagadki, której jeszcze nie znalazłem - Mogę tu zaczekać? - poprosiłem, próbując wyjrzeć zza lekarza.
- Dobrze - mruknął tylko i odszedł, marszcząc brwi. Wiedziałem, że moje odpowiedzi nie zadowoliły go w żadnym wypadku. Zmotywowany do czekania zająłem jedno z krzeseł, ciasno ustawionych po bokach sali. Nie miałem sumienia wychodzić, na pewno nie, dopóki z nim nie porozmawiam.
***
Przesunąłem palcami po zamykających się powiekach, krzesło dawno uciekło spod mojego tyłka, podtrzymując łopatki. Przyglądałem się przemykającym przed moimi oczyma ludziom, nie mogąc uwierzyć w to, jak wiele zła mogą wyrządzić dwie, szpitalne godziny. Błagania i płacze były tu niemal szarą codziennością przewijającą się w lekarskiej egzystencji. 
Zwyczajni ludzie, zmartwione żony czy zatroskane dzieci nie były dla nich niczym więcej niż tylko kolejnym, nudnym dniem w pracy.
O stanie chłopaka wiedziałem wiele, dokładniej mówiąc:
"Nie jesteś w żaden sposób spokrewniony z poszkodowanym, nie mamy prawa do udzielenia Ci jakichkolwiek informacji na temat  jego stanu"
Poszkodowany... zabawne słowo, strasznie przedmiotowe. Smutne, że pacjenci w szpitalach nie byli traktowani w żaden sposób osobowo. Wzruszyłem ramionami, dość obojętnie odpowiadając na swoje zwątpienia i wróciłem do rozglądania się po biało-zielonej, brzydkiej rejestracji. Gdy mój wzrok padł na wejście ujrzałem w nim nikogo innego, jak samego poszkodowanego, czyli Isaaca. Czy to typowe dla tego miejsca, że gdy ludzie je opuszczają wyglądają gorzej, niż wcześniej? Trzy godziny tutaj potrafią zniszczyć resztki człowieka. Podniosłem się z miejsca z charakterystycznym trzaskiem gdzieś w kręgosłupie i pomachałem chłopakowi. Miał opatrunek wzdłuż klatki piersiowej, gips na nodze i kule. W niektórych miejscach gościły małe, białe plasterki, zakrywające te najbardziej błahe z najpoważniejszych obrażeń.
- Jeszcze tu jesteś? - powitał mnie z bladym, spękanym uśmiechem.
- Jak widać nie mam życia, nie zatrzymali Cię tu na żadnej obserwacji? - uniosłem jedną brew, coraz bardziej zirytowany.
- Nie, stwierdzili, że mój stan jest bardzo dobry - mruknął, poprawiając, zapewne niewygodny bandaż.
- Świecisz przykładem dla każdego - skonfrontowałem - Chodź, było mi głupio zostawiać Cię samego więc jeśli nie będzie to problemem, chętnie odwiozę Cię do domu - wyższy w żaden sposób nie odpowiedział na moją propozycję, jedynie zajął miejsce tuż obok mojego. - Tak w ogóle co Ci się stało? - niesamowite Taavi, naprawdę niesamowite. Spędziłem z chłopakiem tak właściwie cały dzień i naprawdę dopiero teraz przyszło mi do głowy dlaczego ledwo żywy chłopak niemal wpada w moje ramiona prosząc o pomoc? Może i pierwszą część nieco wyolbrzymiłem, okej. 
- Wypadek na motorze - odpowiedział i jakby dostając olśnienia przyłożył zdrową dłoń do czoła, wzdychając głośno - Mój motor, muszę po niego wrócić.
- Tak już się rozpędzasz, już jesteś na zakręcie, uważaj nie wpadnij w rów - burknąłem - Nie sądzisz, że w takim stanie nie jest najlepszym pomysłem bieganie po lesie w poszukiwaniu motocykla? - zbyt oczywiste pytanie na głupią odpowiedź. Ot co, taki odbieg od normy. - Poza tym mój przyjaciel już przyjechał, tylko powiedz gdzie mieszkasz. 
- Jakbyście mogli, to do szkoły. Do akademii - zaczął, ale mu przerwałem.
- Blaze? - chytry uśmieszek przemknął przez moją twarz, była to jedyna akademia w okolicy i być może właśnie udało mi się poznać pierwszą osobę, zabawne, że jeszcze za nim rok szkolny się dla mnie zaczął.
- Tak, skąd wiesz? - zdezorientowanym wzrokiem zaczął badać moją twarz, na co się jedynie zaśmiałem.
- Bo też tam jadę.
Isaac?
Omg, zawiodłam swoje oczekiwania;l
Wybacz przecinki i ich brak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz