6.22.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Wtuliłem się w poduszkę próbując pohamować w chociaż minimalnym stopniu targające mną myśli. W głowie buzowało mi od dziwnego bólu, który miarowo rozchodził się po całym moim ciele. Czułem się... Nie wiem jak się czułem, byłem zawiedziony? Czemu pozwoliłem sobie zaufać mu po raz kolejny.
Pchałem się w dziwnie jednostronną znajomość, na której jak widać zależało tylko mi. Skoro Sylvain był tak mocno ograniczony przez kogoś kto go zranił, po co dawał mi nadzieję?
Zależało mi na nim, znacznie bardziej niż bym chciał i umiałem to zrozumieć. Wiedziałem, że nie mogę się zamknąć na uczucie wobec chłopaka bo go chcę, wiedziałem, że życie toczy się dalej, wiedziałem, że jeśli o tym zapomnę, nigdy nie będę szczęśliwy.
Przecież też kiedyś kochałem.
Też wiem jak to jest być zranionym.
Wcisnąłem twarz między dwa, białe, puszyste kwadraty, doszukując się telefonu pod jednym z nich. Uchyliłem jedno oko, szperając w komórce w poszukiwaniu numeru do swojego brata.
Leander, coś jest nie tak. 
Silny zawrót głowy wstrząsnął moim ciałem, zmuszając mnie bym zamknął oczy. Zbagatelizowałem go jednak, skupiając się na sygnałach, dobywających się z głośniczka komórki.
- Syn marnotrawny powraca? Co tam pedałku? - głos mojego brata był zachrypnięty i zdecydowanie zmęczony. Nic dziwnego, lubił ucinać sobie całodzienne drzemki, po całonocnej grze.
Miło było wiedzieć, że brat zawsze miał dla mnie czas.
- Możesz rozmawiać? - spytałem, nerwowo miętoląc w palcach kołdrę. Zrobiło mi się wyjątkowo niedobrze, a ból równomiernie co kilka sekund rozchodził się po całym moim ciele, kierowany przez gwałtownie rosnącą gorączkę.
Co się dzieje..
- Zawsze, mów, którego bijemy i jestem - zaśmiał się. Chwilę później usłyszałem chrzęst i charakterystyczne westchnięcie, czyli właśnie wstał...
- Chyba żadnego, w sumie to nie wiem. Pamiętasz Olivię? Co zrobiłeś, kiedy ona bała się z Tobą być bo kochała swojego byłego? - liczyłem, że starszy brat będzie teraz dla mnie jakimkolwiek oparciem, musiałem się jednak mocno zawieść.
- Nic, zupełnie nic, z czasem się zapomina. Jesteś chory? Źle brzmisz? - pytał, bagatelizując mu problem. Nie odpowiedziałem jednak i zwyczajnie rozłączyłem rozmowę. Wyciszyłem telefon i jęknąłęm przeciągle, nie mogłem poradzić sobie z targającym mną bólem, przez co nerwowo wdychałem powietrze, które dziwnie ulatniało się z moich płuc
Nie chciałem tak.
Po raz kolejny zignorowałem stan w jaki wpadałem i atak, jaki zaczynał mną władać i powróciłem myślami do Sylvaina. Osoby, która w tak krótkim czasie zagarnęła dla siebie cały mój umysł i serce.
Zabrał go, chociaż go nie chciał.
Nie chciałem się zakochiwać.
Nie w osobie, dla której zawsze będę drugą opcją.
Nie mogąc znieść bólu i duszności oraz kołatania w sercu, spróbowałem podnieść się z łóżka, gdy gorączka dołączyła do całego akompaniamentu i sprawiła, że zachciało mi się wymiotować. Nie zdążyłem nawet dobiec do łazienki, zwracając wszystko co zjadłem, w ciągu ostatnich kilku dni. Czułem się strasznie. Płuca i gardło paliły mnie, jakby jarzył się w nich prawdziwy ogień, a ból rwał każdą komórkę mojego ciała, sam chłód przestał być możliwy do zniesienia. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy, a z nosa krew.
Chciałem... Potrzebowałem pomocy, która znalazła się przy mnie w porę. Młoda dziewczyna, która bez pukania przestąpiła próg mojego pokoju, rzuciła się w moją stronę upuszczając wszystkie książki i przyniesione zeszyty. Dopiero gdy jej twarz była zdecydowanie zbyt blisko mojej, rozpoznałem w niej znajomą z klasy.
- Leander?! - jej pisk rozległ się echem po mojej głowie, przecinając ją niczym ostrze. Dzięki Bogu zrozumiała, że mój stan raczej nie jest efektem rozrywki, wyjęła telefon i zadzwoniła po pogotowie.
- Zaraz po Ciebie wrócimy, nie ruszaj się - jakbym w ogóle mógł. Obserwując jak wybiega, mocniej przytuliłem się do szafy za moimi plecami, przykładając dłoń do nosa, z którego nadal sączyła się lepka substancja. Nie rozumiałem co się dzieje, wszystko we mnie starało się pękać, straciłem nawet ostrość widzenia, a obrazy powoli zaczęły zlewać się w różnokolorowe plamy, zdążyłem w nich jednak rozpoznać jeszcze jedną sylwetkę.
- Leoś? - męski głos dotarł do mnie, wraz z silnymi rękoma, które troskliwie objęły moje ciało, mocno do siebie przyciągając. Jęknąłem cicho, nie opierając się.
Sylvain...
Chciałem wypowiedzieć choćby imię chłopaka, ale amok w jaki wpadłem nie pozwolił mi nawet na wzięcie oddechu. Skupiałem w sobie wszystko, chociażby cząstkę siły na wypowiedzenie trzech wyrazów. Pochyliłem się nieco do przodu, mocniej opierając o ciało przede mną, które pochwyciłem zakrwawionymi dłońmi. Zadrżałem, gdy w naszą stronę zaczęła biec burza nerwowych kroków.
Sylvain...
Nie zostawiaj mnie.
- Nie idź - wydusiłem ostatnie słowa, na jakie było mnie stać. Po nich? Jakby odpłynąłem. Obrazy i dźwięki niby przelatywały przez moją głowę, jednak na niczym nie mogłem się skupić, niczego nie mogłem zarejestrować.
Nie wiem nawet kiedy zasnąłem.

***

Zapach farby, leków, choroby.
Dźwięki urządzeń, rozmów, kroki.
Spróbowałem otworzyć sklejone powieki, które jak się okazało były zbyt sklejone i ciężkie. Każda moja kość strzelała niemiłosiernie głośno, gdy poruszałem kośćmi by uratować odrętwiałe ciało. Suche usta powoli zaczynały skrzypieć pocierane o siebie, a nos piekł, jakby po latach dostał powietrza.
Byłem przytomny?
Dryfowałem gdzieś między snem, a rzeczywistością, szukając punktu wyjścia. 
Umarłem?
Chciałem otworzyć oczy i upewnić się, że obok mojego szpitalnego łóżka jest chłopak.
Ten chłopak, którego kocham.

Sylvain?
Takie trochę krótsze ale chciałam w  tym miejscu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz