4.20.2017

Od Nathalii CD Michaela



Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Chłopak mógł sam jeden robić za całą orkiestrę. To w muzykach zawsze mnie dziwiło. Że gdy zaczną, ciężko im przestać i rzadko kiedy kończy się na jednym instrumencie. 
- Logiczne, że jeżeli umiesz grać na fortepianie albo pianinie, umiesz też na keyboardzie – stwierdziłam, wyglądając przez okno. – Kiedyś uczyłam się grać na klawiszach.
- I co się stało?
- Nie mogłam się zebrać, żeby kupić własne urządzenie. Po jakimś czasie odpuściłam temat i skupiłam się na zdjęciach.
Oparłam głowę o szybę, wpatrując się w drzewa. Jedno drzewo, dwa drzewa, trzysta pięćdziesiąt drzew…  Po czterystu rozbolały mnie oczy. Przypomniały mi się czasy kiedy z mamą jeździłyśmy przez lasy, wsie i miasta z muzyką ustawioną na cały regulator. To były piękne chwile, gdy ludzie oglądali się za nami, patrząc na wydzierające się idiotki. Wyznawałam zasadę: „Można robić z siebie debila w miejscu, gdzie nikt cię nie zna”. Stosowałam ją bardzo często.
- Kiedyś się zastanawiałam dlaczego spotykam tylu muzyków – powiedziałam po chwili, przenosząc spojrzenie na chłopaka. Miał miłą twarz.
- A spotykasz ich „tylu”?
- Tak, spotykam ich „tylu”. W szczególności fortepianistów. Z tych relacji nie wychodzi nigdy nic dobrego – stwierdziłam, wbrew swoim słowom, z uśmieszkiem na ustach.
- Nie pytam dlaczego – powiedział z rozbawieniem.
- Nie pytaj, i tak byś się nie dowiedział.
Kiedyś jednego roku spotkałam trzech. Trzech fortepianistów. Trzech chłopaków, gdzie z każdym nawiązałam bliższe relacje. Sytuacja była o tyle dziwna, że każdego poznałam w innym miejscu, w innym czasie, a trzeba dodać, że nigdy nie obracałam się w środowisku muzycznym. To były przystojne chłopaki.
- Jesteś kolejnym do kompletu – uśmiechnęłam się ironicznie. – O ile nie okażesz się seryjnym mordercą.
- Zanim wsiadłaś, mogłaś sprawdzić bagażnik. Mam tam kilka poćwiartowanych ciał.
- Wierzę na słowo.
Wyjechaliśmy z lasu drogą, którą wcześniej tam dotarłam. Budynek szkoły znajdował się niewielki kawałek dalej. Chłopak wjechał na parking i zatrzymał samochód.
- No to jesteśmy na miejscu.
Odpięłam pas i zaczęłam się gramolić. Otworzyłam drzwi auta i niczym łania „wypłynęłam” na brukową kostkę. Zamknęłam za sobą czerwone wrota, obeszłam samochód i stanęłam przy oknie od strony kierowcy. Szyba osunęła się w dół.
- Dziękuję za podwiezienie, mr Michael. Chyba jednak nie jesteś seryjnym mordercą. – Z bocznej kieszeni torby na aparat wyjęłam długopis, a z kurtki – zmiętolony paragon z marketu. Szybko napisałam tam rząd cyferek i wręczyłam chłopakowi. – Mój numer. Może nie okażesz się również stalkerem.
Już chciałam odejść, gdy coś mi się przypomniało. Zatrzymałam się i marszcząc czoło, włożyłam dłoń do kieszeni, z której wcześniej wyciągnęłam paragon. Miałam tam też drugi. Wyjęłam go i sprawdziłam jakie zakupy na nim widnieją. Dwa soki, batonik… o cholera. Podbiegłam do chłopaka i wyjęłam mu z ręki kawałek papieru.
- To oddaj, a trzymaj drugi. – Był tam ten sam rząd cyfer. Może sytuacja wyszła głupio, no ale gdzie na początku znajomości dać chłopakowi swój numer telefonu na paragonie, gdzie pozycje kupione to: magazyn „Mała księżniczka” (mają fajne kolorowanki), słoiczek Gerberek (są zdrowe, idealne na podwieczorek), chusteczki dla niemowląt (buty świetnie się po nich błyszczą) i podpaski?


Michael? :'D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz