4.18.2017

Od Haydena CD Briana

- Aaron? - przez uchylone drzwi wpełzłem do toalety oczekując spotkania z chłopakiem. Nie powinno mnie interesować co tu robi, byłem z Brianem i tylko to miało znaczenie, jednak ciekawość wygrała. Przypominając sobie w jak opłakanym stanie wyższy był zaledwie dobę temu, zacisnąłem wargi uświadomiwszy sobie, że pewnie po prostu kłamał. Starszy stanął przede mną z wymalowanym na gładko ogolonej twarzy uśmiechem.
- Cześć Hayden, co Ty tu robisz? - wesoły wyraz twarzy poszerzył się nieco gdy zmniejszając odległość między nami, wyciągnął dłoń. Uścisnąłem chłodną rękę, odwzajemniając intensywne spojrzenie.
- Ciebie mogę spytać o to samo - zaśmiałem się dostrzegając w oczach starszego błysk, który nie został wyjaśniony gdy osoba trzecia weszła do pomieszczenia. Odetchnąłem cicho i przywracając się do porządku odwróciłem do niebieskiego zlewu szorując tam swoje i tak czyste dłonie. Byłem na siebie zły, że tak zwyczajnie zignorowałem Briana, bo jakiś inny chłopak, akurat przykuł moją uwagę, co z tego, że go znałem. Opuściłem pomieszczenie dokładnie w momencie gdy wzrok Kanadyjczyka zetknął się z moim, posłałem mu lekki uśmiech, czując jak ogarnia mnie przyjemne ciepło. Zbliżyłem się do stolika, leżące na nim parujące jedzenie przykuwało uwagę Kanga, ten chyba naprawdę musiał się starać by nie pochłonąć wszystkiego pod moją nieobecność.
- Nie mogłeś dłużej? - spojrzał na mnie z pół-uśmiechem gdy zająłem miejsce naprzeciw chłopaka. Teraz? Przypominało mi to scenę z jakiegoś romantycznego filmu o gejach. Wpatrzony w miłość swojego życia, myśląc o tym jak wielkie szczęście mam przed sobą, nie umiałem zrozumieć czemu właśnie ja. Czemu mnie kochał, skoro mógł mieć kogoś o wiele lepszego i nigdy, nigdy nie pozbędę się wrażenia, że ja na to zwyczajnie nie zasłużyłem.
Brian - ten, którego potrafiłem zranić jak jeszcze nikogo, ten, któremu wyrządziłem tak wiele krzywd, wciąż mi wybaczał. Nie, nie wybaczał bo to coś znacznie więcej. On tu był, dla mnie i przy mnie, był, a ja czułem się kochany jak jeszcze nigdy wcześniej.
- Zrobiłem coś nie tak? - spytał Kang, sprowadzając mnie na ziemię - Ewentualnie mam coś na twarzy? - jego uśmiech wciąż nie zbladł, w tak samo szeroki sposób ukazywał swoje idealnie proste, śnieżnobiałe zęby. Opuszkami palców przejechałem po wolnej dłoni chłopaka, która spoczywała tuż obok jego, właściwie już pustego talerza.
- Czy ja nie mogę już tylko popatrzeć na swojego chłopaka? - zniżyłem nieco swój głos układając dłoń na sercu. Odwzajemniłem cichy śmiech Briana, wracając do jego czekoladowych oczu - To było słabe i mało romantyczne, prawda? - chłopak stłumił kolejną falę rozbawienia dopijając resztę wina i odstawił kieliszek obok pustego talerza, sięgając dłonią w stronę portfela. Wymierzyłem w chłopaka, oskarżycielski palec.
- Wyjmij go, a połamię Ci ręce - zmrużyłem oczy, rzucając chłopakowi wściekłe spojrzenie. - Zresztą i tak zbyt wiele przeze mnie wydałeś - oderwałem spojrzenie od jego twarzy przypominając sobie co Brian wspomniał o swojej pracy w weekendy. - Nie chciałem... - nie chciałem?
Haha. Zabawne Hayden.
Skoro nie chciałeś, to czemu pchałeś się pod ten samochód? Myślisz, że ktoś Ci uwierzył, że to "ten drugi", miałeś dość i stchórzyłeś.
Przełknąłem ślinę, dopiero ciche uderzenie małego, drewnianego pudełeczka o stół przypomniało mi gdzie i z kim jestem. Sprawdziłem rachunek i korzystając z nieuwagi starszego wsunąłem odpowiedni plik banknotów i zamknąłem wieko.
- Wiem, że nie - odparł wreszcie. Zerknąłem na niego zbity z tropu, ja się wyłączyłem? Czy to on tak długo myślał nad tymi słowami? Chcąc nie chcąc, uniosłem do góry kąciki ust i wreszcie poddając się chwili, chwyciłem zimną dłoń.
- Idziemy? - spytałem, na co jedynie skinął głową, odsunął swoje krzesło, ubierając się w tym samym czasie by moment później gotów do wyjścia, znalazł się przy mnie.

***

Długi spacer po pobliskim parku  był czymś, czego naprawdę potrzebowałem. Delikatne podmuchy wiatru, omiatające naszą skórę i tylko ja i Brian, splecione dłonie i zupełnie nieważny świat przed nami.
Świat?
Bardziej, ograniczone pole o pięknej nazwie "przyszłość"
Ja cały swój świat miałem tuż obok.
- Brian? - zacząłem - Co gdybym poprosił Cię, żebyśmy zostali razem już do końca? - spojrzałem mu w oczy, zagradzając drogę.
- Tak na zawsze? - spytał.
- Nie. Po prostu do końca - urwałem lekko spięty, nie wiem czemu, ale czułem się jakbym mu się właśnie oświadczał.
- Pewnie obiecałbym, że zrobię wszystko by tak było - delikatny, słodki uśmiech przemykał przez jego twarz.
-Więc zostałbyś? Tak… Do końca? – mój głos rozbrzmiał mieszanką zarazem smutku i szczęścia. Bojąc się odpowiedzi byłem jej jednocześnie tak bardzo pewny. Chłopak ujął w swoją, moją dłoń i splótł nasze palce.
- Hayden, obiecuję, że zostanę z Tobą do końca – „obiecuję” nienawidzę obietnic, zawsze są puste i bez pokrycia. Pod tym jednym słowem ukryte jest więcej łgarstwa niż w najpiękniejszym kłamstwie.  Jednak wierzyłem w słowa Briana bardziej, niż cokolwiek innego. Czemu? Bo nie raz udowodnił mi, że mu na mnie zależy i tak wiele dla mnie poświęcił. Odetchnąłem z niebywałą ulgą i zaplatając dłonie na jego karku, wtuliłem twarz w zagłębienie jego szyi.
- Bardzo Cię kocham... – mój cichy szept omiótł naszą dwójkę i zginął wraz z pierwszym podmuchem wiatru. Nasza bliskość również zniknęła gdy odsunąłem się od chłopaka by raz jeszcze spojrzeć w ciemne tęczówki. – Mówiłeś, że chciałbyś poznać kogoś kto mnie wychował – zacząłem, układając w głowie cały misterny plan – Nie mam jak tego zrobić bo poza domem dziecka, nikt nie zna mojej przeszłości. Chcę jednak Ci wszystko pokazać, całe moje miasto, przedstawić znajomych, oprowadzić po najpiękniejszych starych uliczkach i – urwałem krótkim śmiechem – pokazać te zdjęcia z dawnych lat. Zaraz zaczyna się długi weekend, obiecuję, że damy rade z zaległościami, nawet mogę odrabiać je za Ciebie – dobra, Hay, hamuj się trochę ze swoimi propozycjami – Tylko proszę, pojedź tam ze mną – do głowy przyszedł mi jeszcze jeden pomysł, niespodzianka, o której nie mogłem mu powiedzieć, a wraz z nią strach, że prowadząc te insynuacje mogę doprowadzić do czegoś złego.
Złego?
Nie…
Brian kochał swoją matkę i za nią tęsknił, więc czy spotkanie z nią mogłoby być czymś złym?
- Zgoda – odparł jedynie, a ja szczęśliwy jak nigdy ucałowałem policzek chłopaka przyśpieszając nieco drogę powrotną do Akademii. 
***
Przekręciłem się na łóżku zerkając na zegarek. Godzina jaką wskazywał niemal zapierała dech w piersiach.
05:40
Pełen wiary w to, że choć jeden raz uda mi się wyprzedzić Briana w porannych przygotowaniach wyskoczyłem z łóżka pędząc prosto do szafy, z której wyjąłem bieliznę, biały podkoszulek, czarną marynarkę i przylegające, czarne spodnie by następnie popędzić do łazienki. 
Przysznic - 10 minut
Ubiór - 10 minut
Grzywka - pół godziny.
Zadowolony z efektu zbliżyłem się do lustra poraz ostatni spoglądając na efekty swojej pracy. Dosłownie wybiegłem z pokoju pewien, że nie zastam go na szkolnym korytarzu. 
Cóż... myliłem się. Skręcając w ostatnią prostą do pokoju, prowadzącą do pokoju Briana, gdy przeszkoda, która wyrosła dosłownie przede mną zachwiała moją równowagę w ostatniej chwytając za łokcie. 
- Aż tak się za mną stęskniłeś? - Kanadyjczyk pomógł mi wrócić do pionu i przyciągnął do siebie łącząc nasze wargi. Wplotłem dłoń w jego opadające włosy, ciągnąc za końcówki zachłannie czerpiąc z tego pocałunku. Przesunąłem opuszkami palcy po jego kości policzkowej. 
- Pedałki - czyjś śmiech przerwał mi i Brianowi okazywanie czułości, a chłopak, którego widziałem pierwszy raz, poklepał Briana przyjaźnie po ramieniu nim zniknął za rogiem.
- Kolega z klasy - lekko zmieszany spróbował ukryć delikatne rumieńce, które czaiły się na jego twarzy. 
- Jasne - zakpiłem i łapiąc krawędzie koszuli ukochanego, wpiłem w jego wargi.
- Kiedyś to ja Cię obudzę - uśmiechnąłem się, wygładzając jego kołnierz i wydąłem nieco wargi do przodu - Szedłeś mnie obudzić? - nie mogłem się oderwać od swojego ukochanego. Jego skóra, zapach, oczy, włosy, wargi, wszystko było w nim takie wyjątkowe... Co ważniejsze: było moje. Kang pokiwał wolno głową, nie odpowiadając. - To chodź - dokończyłem swoją wypowiedź już w drodze, ściskając mocno jego dłoń. 
Wparowałem do pokoju i ciągnąc za sobą starszego zamknąłem drzwi na klucz.
- Co Ty robisz? - zaśmiał się, obejmując od tyłu, wokół szyi. Wyraźnie zaskoczony, przynajmniej nie protestował. 
- Całą noc musiałem bez Ciebie wytrzymać, teraz muszę to nadrobić - obróciłem się przodem do chłopaka, wtulając twarz w jego tors - Wynagrodzę Ci to śniadanie. - nie wypuszczając go z objęć, zmusiłem go, by wspiął się na stopnie, które dzieliły nas od łóżka. Chłopak... nie, wróć. 
Mój chłopak, pokonał je bez żadnych protestów. Ułożyłem się tuż obok niego, opierając głowę na jego ramieniu. - Wylatujemy za dwa dni, pierwszego wolnego dnia, mam dla Ciebie niespodziankę - wyraźnie ożywiony i bardziej zainteresowany przekręcił się na łóżku, zawisnąwszy nade mną, przesunął palcami po bujnej grzywie. 
- A jaką? 
- Jak Ci powiem, to nie będzie niespodzianki - te słowa jedynie przemknęły przez moje myśli, niewypowiedziane, zastąpił je pocałunek. Za nim kolejny i jeszcze jeden, aż wreszcie Brian postanowił przejąć kontrolę nad całym zajściem. Przygwoździł mnie do poduszki, a swoje ręce umieścił po obu bokach głowy, zamieniając pocałunek na gwałtowny. Próbowałem się nie uśmiechnąć, ale nie dałem rady. Oderwałem się od jego warg i łapiąc gwałtowny oddech, przeniosłem się na jego szyję. Chłopak zrobił to samo, nie pozwalając mi nic zrobić. Zassał się gwałtownie na mojej skórze pod uchem, zostawiając tam ślad. 
Syknąłem cicho, wbijając palce w jego skórę, nie starałem się już nawet unormować oddechu. 
Tak łatwo zawrócił mi w głowie.
- Kocham Cię Brian, kocham najmocniej, najszczerzej jak potrafię. - nie wiem czemu mówiłem mu to teraz, musiałem. - Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało, nie pozwolę by Harry, czy ktokolwiek inny nie sprawił, że pozwolę Ci odejść. - Brian wpatrywał się we mnie jakby lekko zeszklonymi oczyma - Jesteś cudowny, nieważne co teraz powiesz, nie zasłużyłem na Ciebie. Tylko, że na taki chodzący ideał nie zasłużył żaden człowiek na ziemi - zaśmiałem się, jednak taka była prawda, kogoś takiego jak Brian nie spotyka się codziennie. 
Chłopak złożył czuły pocałunek najpierw na moim policzku, potem czole, nie odrywając wzroku od mojej twarzy. 
- Kocham Cię, nikogo więcej i to się nie zmieni, tak? - skinąłem głową, chociaż odpowiedź wcale nie była potrzebna. 
Na pewno potrzeba mi było więcej bliskości. Przełożyłem nogę w jego pasie i przeniosłem ciężar ciała na drugą stronę, tak, że teraz to ja byłem na górze.
Musnąłem wargami skórę pod jego uchem, wolną dłonią rozpinając guziki jego koszuli. Widziałem jak otwiera usta, by mi przerwać. 
- Przestań - musnąłem jego usta - Wiem, że się nie odsuniesz - nagły przypływ odwagi motywował mnie do działania, o które się nie posądzałem. Znaczyłem wilgotnymi ustami drogę od jego obojczyków, przez cały tors, aż do paska jego spodni, gdy jasnowłosy złapał mnie za ramiona ciągnąc do góry. Po raz kolejny i ostatni otrzymałem ciepłego buziaka w czoło. 
- Szkoła mały zboczeńcu - odparł i zbył mnie, targając po i tak rozwalonych włosach. 

*2 dni później*



Wszystko poszło zgodnie z planem. Dyrektor, wtajemniczony w cały mój skomplikowany plan nie protestował, wręcz pochwalił i udostępnił numer do matki Briana, która z zaskoczeniem i ogromną radością przyjęła fakt, że przyjaciel jej syna, zaprasza ją do siebie. 
Przyjaciel... Kłamstwo, ale jak mogłem powiedzieć jej prawdę, co gdyby to coś między nimi zepsuło?
Opowiedziałem jej o tęsknocie, o tym, że chcę mu zrobić niespodziankę, bo coś mu zawdzięczam, była zachwycona. 
Niespodzianka... no właśnie. 
- Pocałuj mnie teraz bo przez kilka dni możemy mieć z tym problem - poprosiłem, gdy staliśmy pod drzwiami mojego kanadyjskiego domu. Brian musnął moje wargi, a uśmiech zszedł z jego twarzy. 
- Jak to?
- Po prostu otwórz drzwi - uśmiechnąłem się. Krople potu wstąpiły na moje czoło. Kang za chwilę zobaczy swoją mamę. 




Brian?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz