Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leander. Pokaż wszystkie posty

7.18.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Chłopak naparł na mnie swoim ciałem przez co zrobiłem krok do tyłu, napotykając krawędź łóżka. Odruchowo wyrwałem się z gwałtownego pocałunku i wtuliłem w ciało przede mną.
- Przepraszam - wyszeptałem raz jeszcze opierając twarz na jego torsie. Sylvain nad wyraz delikatnie gładził mnie po plecach, miałem wrażenie, że jedynie muska on powietrze między moimi plecami, a jego dłońmi i raczy mnie przyjemnym, kojącym dotykiem.
- Już dobrze - smukłe palce kilka razy pomknęły po moich włosach, a usta musnęły sam czubek głowy. - Pamiętaj, że przeszłości nie zmienisz, nie wpłyniesz na coś co już zrobiłeś, więc nie warto się tym przejmować, a nie masz pojęcia jaka będzie następna minuta, nie możesz jej zaplanować bo kto wie, czy za chwilę meteoryt nie uderzy w ziemię. Nie uważasz więc, że najważniejsze jest tu i teraz? - starszy ujął w dwa palce mój podbródek, unosząc go do góry - A teraz Ty jesteś dla mnie najważniejszy i to Ciebie kocham - mówiąc to wodził kciukiem po moim policzku, przyprawiając mnie w ten sposób o przyjemne dreszcze. W pewnym momencie Sylvain położył się na łóżku, zmuszając bym zrobił to samo, i gdy poszedłem w jego ślady, ponownie pozwolił mi się objąć.
- Zostań dzisiaj ze mną - mruknąłem przeciągle, opierając głowę na jego ramieniu. Zmrużyłem powieki, które coraz bardziej zachęcały mnie do zapadnięcia w głęboki, spokojny sen. - Proszę... - dodałem, gdy nie usłyszałem odpowiedzi przez kolejne pięć sekund.
- Musiałbym najpierw iść się przebrać - odparł, na co odruchowo zacisnąłem uścisk.
- Nie idź, mam tu ubrania brata, będą dobre - wyjaśniłem pośpiesznie, opierając podbródek na jego piersi. Spokojny oddech wprawiał ją w powolny ruch, poza tym słyszałem też jego bicie serca i widziałem uśmiech, który gościł na jego twarzy.
- No chyba nie mogę odmówić - mruknął ponownie zanurzając dłoń w moich włosach. Wydąłem wargi nieco do przodu, patrząc na chłopaka z ogromną miłością.
- Dziękuję Ci, za dzisiaj. Mimo wszystko - dźwignąłem się do pozycji siedzącej, popierając na pięściach, które powoli wbijały się w zagłębienie fotela i musnąłem wargami czoło chłopaka - Idę się przebrać, zaraz dam Ci ubrania - uśmiechnąłem się do siebie zgarniając z łóżka czarne szorty i podkoszulek w tym samym kolorze, po czym szybko, dosłownie wbiegłem do łazienki.
Naprawdę ciężko było mi uwierzyć w to co się działo, tyle zawirowań w jednym dniu przewróciło moje życie do góry nogami i upewniło w fakcie, że właśnie w tym stanie chcę je zatrzymać.
Przysiągłem sobie, że nigdy więcej nie spytam Sylvaina o jego przeszłość.
Bo mój był właśnie teraz. 
Ściągnąłem z siebie ubrania i wlazłem pod prysznic by w wyjątkowo przyśpieszonym trybie wykonać wieczorną rutynę. Ostatni raz opłukałem twarz w zimnej wodzie i opuściłem pomieszczenie, zastając swojego chłopaka w dość jednoznacznej sytuacji. Zakopany w pościeli jak widać było drogę do ubrań mojego brata odnalazł sam.
Śpioch. 
Uśmiechnąłem się do siebie przez chwilę obserwując z odległości, jak spokojny był w swoim zasłużonym odpoczynku, po czym bezczelnie wpełzłem do łóżka tuż obok niego. Starszy jedynie poruszył się delikatnie i nie otwierając nawet oczu objął mnie jednym ramieniem, pozwalając mi wtulić się w jego rozgrzane ciało. 

***

Uchyliłem zmęczone powieki, rozklejając złączone rzęsy i przeciągnąłem się na łóżku, napotykając mruczącą coś przeszkodę. Uśmiechnąłem się spoglądając w jej stronę i jako punkt honoru, obrałem sobie wdrapanie się na postać przede mną.
- Cześć Sylvain - mruknąłem, dosłownie siadając okrakiem na jego klatce piersiowej. Nachyliłem się do jego ciepłych warg, które delikatnie musnąłem, a mężczyzna pode mną, gwałtownie pogłębił pocałunek.
Kocham go tak bardzo... Muszę zrobić wszystko by zapomniał i był ze mną szczęśliwy.
Z tą też myślą, wróciłem do spoglądania w piękne oczy chłopaka, który wygodnie usadowił swoje dłonie na moich biodrach.
- Miałem Ci o czymś powiedzieć, ale bałem się, że to za wcześnie - uniosłem się nieco, podkulając nogi wzdłuż jego boków - Bo i tak mamy teraz wolne - zacząłem, czując jak moje policzki oblewa coraz większy rumieniec - A ja bardzo chciałem odwiedzić rodzinę, mój brat ma jutro urodziny i wiem, że mówię Ci to w ostatniej chwili, ale pomyślałem, że chciałbyś polecieć ze mną, mam nawet dwa bilety - mruknąłem, ale zdając sobie sprawę, że w ten sposób mogę wymusić na nim wyjazd, natychmiast się wycofałem - Oczywiście, jeśli nie chcesz one się nie zmarnują, wiem, że Nowa Zelandia jest daleko i sam z sobą nie chciałbym spędzić tak wielu dni, a co dopiero z moimi braćmi - zaśmiałem się na ich wspomnienie, po czym widząc ciekawość i zastanowienie na twarzy chłopaka odchrząknąłem - Więc jeślibyś chciał to jutro o piątej rano, będę jechał na lotnisko - czułem, jak moje policzki płoną żywym ogniem, a ich czerwień przyćmiłaby nawet najpiękniejsze pomidory. - Wygodnie się z Tobą śpi - zaśmiałem się, wracając na swoją połowę łóżka.
Swoją połowę.
Miłe uczucie rozeszło się po moim ciele gdy jeszcze kilka razy powtórzyłem w głowie te dwa słowa. Ponownie dzieliłem z kimś własne łóżko. 
Fakt ten równocześnie cieszył jak i zamroczył wszystko dookoła.
Ponownie.
Przełknąłem ślinę, mierząc się z faktem, że w Nowej Zelandii ciągle mieszka moja była, Nastia.
Nie chciałem jej widzieć, ale będę musiał powiedzieć o niej Sylvainowi.


Sylvain? 
XD 

7.14.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Spoglądałem na czekającego w kolejce chłopaka, który stojąc w kolejce, wyraźnie próbował uspokoić skołatane czymś nerwy. Zacząłem zastanawiać się, czy właściwym będzie wyciąganie od chłopaka więcej informacji, jednak możliwość zniszczenia dzisiejszego dnia, skutecznie odpędziła ode mnie bolesne wątpliwości.
Jest za wcześnie, Leander.
Skinieniem głowy sam sobie przyznałem rację i przyparłem mocniej plecami do ściany. Ucieczka od ciężkich myśli wcale nie zakończyła się sukcesem, jedynie bardziej pogrążyła mnie w fakcie, że jestem w stanie kochać kogoś, kogo nie znam. Zacisnąłem usta w cienką linię, po raz ostatni chwytając się tej deski ratunku, jaką był fakt, że być może właśnie na tym polega miłość.
- Wszystko dobrze? - Sylvain, który skutecznie wytrącił mnie z równowagi dał mi do zrozumienia, że od dłuższego czasu musiał przyglądać się moim głębokim rozmyślaniom. Spojrzałem najpierw na chłopaka, następnie na dwa wafle, wypełnione zimnym kremem i uniosłem do góry kąciki ust.
- Jak najbardziej - w jedną dłoń chwyciłem loda, drugą splatając z chudymi palcami Sylvaina, właściwie bez celu ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu godnego miejsca miejsca zaczepienia, jakim okazał się ogromne, wesołe miasteczko.
- Idziemy? - spojrzałem na niego błagalnie, pewien, że i tak się zgodzi, wyższy spojrzał na mnie ze swego rodzaju politowaniem i uśmiechnął niemal pobłażliwie. Mocniej ścisnąłem ciepłą dłoń, pozwalając oddać się słodkiemu uczuciu bezpieczeństwa, jakim mogłem się cieszyć od ostatnich dwóch tygodni. Radosnym krokiem ruszyłem za starszym, który w czułym geście objął mnie jedną dłonią i poprowadził w stronę ogromnej kolejki górskiej. Spojrzałem na chłopaka zdezorientowanym wzrokiem, nie spodziewałem się, że pierwszym na co wpadnie będzie ogromna kolejka górska.
Oczywiście nie, że się bałem.
Ciemnowłosy mocniej ścisnął moją dłoń, przesuwając kciukiem po zarumienionych policzkach unosząc brwi do góry,
- Co Ty na to? - spytał, ale nie odpowiedziałem. Skinąłem jedynie głową, patrząc jak podchodzi do kasy po bilet. Wziął dwa i wrócił do mnie, oczywistym była świadomość chłopaka, co do mojego strachu i czułem się ogromnym szczęściarzem, u boku kogoś kto go rozumiał.
- Jestem za - oczywiście, że nie dałem za wygraną, nie byłbym sobą gdybym odpuścił. Szybko pokonaliśmy barierki by zająć miejsca w jednym z małych, błyszczących czerwonym lakierem wagoników, przełknąłem ciążącą mi gulę w gardle, pogrążając się w ciepłym uścisku chłopaka. Milo było czuć, że się nie wstydzi, że nie odrzuca mnie... przy innych.
Dobrze było czuć się akceptowanym.
Moje myśli szybko jednak zostały przyćmione przez rwące uczucie i mocniejszy wiatr we włosach.
Dalej samo poszło.

W ten oto sposób spędziliśmy cały dzień. Jak dzieci, oddając się najbardziej błahym przyjemnościom by chociaż na jeden dzień zapomnieć, kim tak naprawdę jesteśmy. Nie wiem kiedy ostatnio spędziłem tak wspaniały dzień u boku równie cudownej osoby, ale nie chciałem go kończyć. Do zmroku wędrując po nieznanym nam uliczkom poznawałem go, słuchałem opowieści z jego młodości, poznawałem rzeczy, które lubi lub wręcz przeciwnie, słuchałem o jego marzeniach i strachu, wiedziałem czego żałuje, co chciałby powtórzyć. Chciałem go spytać czy żałuje, że jest tu ze mną, nie z chłopakiem, którego kochał tak bardzo. Nie miałem jednak odwagi go o to spytać i odpuściłem sobie, pewien, że ten delikatny temat mógłby wszystko zepsuć, błądziłem więc tak między własnymi wątpliwościami, a tym najpiękniejszym dniem.
Nie zmarnuję go, nie mogę.
Mocniej wtuliłem się we własne źródło ciepła, kiedy kolejny podmuch wiatru omiótł moją skórę.
- Sylvain - zacząłem, chcąc przykuć jego uwagę - Dziękuję Ci za dzisiaj  - wsparłem głowę wygodniej na jego ramieniu. Wsłuchiwałem się w bicie jego serca i melodię, którą urwał nagle spoglądając na mnie.
- Nie dziękuj mi za to - mruknął jedynie, delikatnie wsuwając mi kosmyk włosów za ucho. Widziałem, że jest całkowicie pogrążony we własnych myślach, ale szczególnie mi to nie przeszkadzało.
- Kocham Cię, naprawdę, bardzo Cię kocham, wiesz?


Sylvain? xD
ten wytłuszczony druk to podpowiedź, że możesz o tym wspomnieć.
NIE PODOBA MI SIĘ, przepraszam za to.

7.01.2017

Od Leandera cd Sylvaina

Spojrzałem na oddalającego się Sylvaina, chcąc go przy sobie zatrzymać, jednak ciężki oddech i ogromny ból uniemożliwił mi sklejenie jakiegokolwiek zdania. Zdenerwowany, że tak po prostu wyszedł chciałem wstać i biec do niego.
Chciałem, żeby mnie przytulił.
Westchnąłem cicho, przekręcając się na drugi bok. Mroczki przed oczami, jasno dały mi do zrozumienia, że to nie ma najmniejszego sensu i muszę wybłagać pielęgniarkę o pomoc, o którą jak się okazało wcale nie musiałem prosić.
- Twoja gorączka spadła do trzydziestu dziewięciu i trzech, możemy Cię więc zawieść do sali, dasz radę? - skinąłem głową, chociaż nie byłem tego pewien, z pomocą wysokiej blondynki, wtaszczyłem ociężałe ciało na wózek inwalidzki, próbując pohamować odruchy wymiotne.
- Może pani znaleźć chłopaka z ciemnymi włosami w żółtej bluzie? Błagam... Ma na imię Sylvain, proszę poprosić by przyszedł na salę - uniosłem wzrok patrząc na nią intensywnie. Wiedziałem, że się waha, bo koniec końców nie powinna tego robić, godzina odwiedzin i tak się kończyła - Proszę - westchnąłem, przymykając powieki. Koniec końców, jedynie pokiwała głową, prosząc bym nikomu nie pisnął o tym słowa. Uśmiechnąłem się do siebie i jakby zyskując więcej sił, niemal sam wszedłem na łóżko. Zakopałem się w kołdrę, czekając. Obserwowałem przemykające przez małe okienko w drzwiach, cienie, doszukując się w nim znajomej sylwetki.
Nie poszedł sobie... Nie zrobi mi tego. 
Zmrużyłem zmęczone powieki, zaczynając tracić jakąkolwiek nadzieję, gdy drzwi do sali uchyliły się. Wstrzymałem oddech licząc, że nie będzie to kolejna pielęgniarka. Pierwszym co ujrzałem była śliczna i wciąż starannie ułożona, blond grzywka delikatnie bujająca się na boki przy każdym ruchu, idąc dalej mogłem zobaczyć ciemne, zmęczone oczy uciekające wzrokiem przede mną, blada cera delikatnie przebarwiona przez nerwowe godziny i pełne, spękane usta.
Nie rozumiem go.
Nie wierzę, że to przeze mnie.
- Coś się stało? - spytał, zajmując strategiczne miejsce, z dala ode mnie na małym, metalowym krzesełku pod ścianą. Westchnąłem zirytowany, gorączka, która zdecydowanie malała pozwoliła mi w miarę trzeźwo ocenić sytuację.
- A jak myślisz? - wbiłem wzrok w punkt między nami, uparcie doszukując się w nim czegoś bardziej interesującego niż Sylvain. - Czemu mi to robisz? Najpierw dajesz mi nadzieję, potem po prostu uciekasz, wracasz, wyznajesz mi miłość i znów odchodzisz, jeśli to żart to sobie odpuść - mruknąłem. Tak naprawdę, właśnie tak to wyglądało. Beznadziejny żart ze strony znudzonego nastolatka.
- Leander, ja nigdy bym Ci czegoś takiego nie zrobił - cichy chrzęst rozległ się po pomieszczeniu gdy ten poderwał się z krzesła, zbliżając do mnie, poczułem jak chwyta mnie za rękę i wtedy nie wytrzymałem, obróciłem głowę by na niego spojrzeć, doszukując się w tym pięknym i przeszywającym spojrzeniu chociaż minimum prawdy.
Znalazłem ją.
- To przestań mnie w końcu zostawiać i proszę daj mi szansę pokazać, że Cię nie zostawię - moje oczy wypełniły się łzami, a serce zabiło znacznie szybciej.
Proszę Cię, Sylvain... Zacisnąłem palce na jego dłoni, szukając jakiegokolwiek oparcia w chociaż tym geście.
- Leoś - wbił we mnie intensywne spojrzenie, które odwzajemniałem resztkami odwagi i korzystając z okazji, że ten zbliżył się do mnie, ułożyłem dłoń na jego policzku i uniosłem głowę po raz kolejny go całując. Zimny dreszcz przemknął po moich plecach gdy kolejny raz mogłem wpić się w jego wargi, czerpiąc z tego tak wiele radości. Sylvain wsadził dłoń w moje włosy, drapiąc lekko skórę głowy i nachylając się nade mną mocniej, zmusił do tego bym ułożył głowę ponownie na poduszce. Przesunąłem opuszkami palców po jego policzku, kilkukrotnie zjeżdżając aż do szyi, by wreszcie tracąc oddech odsunąć się od chłopaka na kilka centymetrów.
- Naprawdę umiem, tylko daj mi spróbować - niespokojny oddech starszego otulił moją twarz, delikatnie muskając ją ciepłym powietrzem, nadal pachnącym pastą do zębów. Starszy przyłożył czoło do mojego, otulając mnie jego chłodem.
- Chyba nie umiem Ci odmówić - uśmiechnął się słabo, muskając wargami mój policzek. Odetchnąłem z ulgą, próbując odpędzić od siebie małego kata pod postacią dwóch, banalnych słów:
Opcja ewentualna.
Nie...
Na pewno tak nie było, nie zrobi mi tego. Objąłem dłońmi szyję starszego, przyciągając do siebie w żelaznym uścisku - Możesz tu dzisiaj zostać? - włosy Sylvaina uniosły się i opadły kilkukrotnie w potwierdzającym geście.
Nie dam mu odejść.

* Dwa Tygodnie Później*
Gdyby ktoś wcześniej uświadomił mi jak długie może być leczenie zapalenia płuc, nigdy bym na nie nie zachorował.
Chociaż... Z drugiej strony patrząc w tym, że przykrym wypadku jest jeden ogromny plus, przysłaniający wszystkie inne wady.
Sylvain.
Byłem szczęśliwy, że dotrzymał słowa i przychodził tu codziennie po szkole i spędzał ze mną czas. Nasze stosunki, no cóż... Naprawdę się, jakby to ująć poprawiły. Nawet bardzo.
- Masz zamiar rozstać się z tym szpitalem, czy będziesz tak siedział? - ciemnowłosy wyrwał mnie z zamyślenia. Uniosłem wzrok by spojrzeć w jego oczy, w których tańczyły radosne iskierki. Miło było widzieć go szczęśliwego.
- Idę, pod warunkiem, że zaraz po wyjściu zabierzesz mnie do parku rozrywki, albo czegoś takiego - podniosłem się z zajmowanego miejsca i chwyciłem dłoń chłopaka, splatając nasze palce.
Chyba nigdy nie byłem tak szczęśliwy.





Sylvain?















Gdybym tylko wiedział, jak długo trwać może leczenie zwykłego zapalenia płuc. No, ale cóż

6.22.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Wtuliłem się w poduszkę próbując pohamować w chociaż minimalnym stopniu targające mną myśli. W głowie buzowało mi od dziwnego bólu, który miarowo rozchodził się po całym moim ciele. Czułem się... Nie wiem jak się czułem, byłem zawiedziony? Czemu pozwoliłem sobie zaufać mu po raz kolejny.
Pchałem się w dziwnie jednostronną znajomość, na której jak widać zależało tylko mi. Skoro Sylvain był tak mocno ograniczony przez kogoś kto go zranił, po co dawał mi nadzieję?
Zależało mi na nim, znacznie bardziej niż bym chciał i umiałem to zrozumieć. Wiedziałem, że nie mogę się zamknąć na uczucie wobec chłopaka bo go chcę, wiedziałem, że życie toczy się dalej, wiedziałem, że jeśli o tym zapomnę, nigdy nie będę szczęśliwy.
Przecież też kiedyś kochałem.
Też wiem jak to jest być zranionym.
Wcisnąłem twarz między dwa, białe, puszyste kwadraty, doszukując się telefonu pod jednym z nich. Uchyliłem jedno oko, szperając w komórce w poszukiwaniu numeru do swojego brata.
Leander, coś jest nie tak. 
Silny zawrót głowy wstrząsnął moim ciałem, zmuszając mnie bym zamknął oczy. Zbagatelizowałem go jednak, skupiając się na sygnałach, dobywających się z głośniczka komórki.
- Syn marnotrawny powraca? Co tam pedałku? - głos mojego brata był zachrypnięty i zdecydowanie zmęczony. Nic dziwnego, lubił ucinać sobie całodzienne drzemki, po całonocnej grze.
Miło było wiedzieć, że brat zawsze miał dla mnie czas.
- Możesz rozmawiać? - spytałem, nerwowo miętoląc w palcach kołdrę. Zrobiło mi się wyjątkowo niedobrze, a ból równomiernie co kilka sekund rozchodził się po całym moim ciele, kierowany przez gwałtownie rosnącą gorączkę.
Co się dzieje..
- Zawsze, mów, którego bijemy i jestem - zaśmiał się. Chwilę później usłyszałem chrzęst i charakterystyczne westchnięcie, czyli właśnie wstał...
- Chyba żadnego, w sumie to nie wiem. Pamiętasz Olivię? Co zrobiłeś, kiedy ona bała się z Tobą być bo kochała swojego byłego? - liczyłem, że starszy brat będzie teraz dla mnie jakimkolwiek oparciem, musiałem się jednak mocno zawieść.
- Nic, zupełnie nic, z czasem się zapomina. Jesteś chory? Źle brzmisz? - pytał, bagatelizując mu problem. Nie odpowiedziałem jednak i zwyczajnie rozłączyłem rozmowę. Wyciszyłem telefon i jęknąłęm przeciągle, nie mogłem poradzić sobie z targającym mną bólem, przez co nerwowo wdychałem powietrze, które dziwnie ulatniało się z moich płuc
Nie chciałem tak.
Po raz kolejny zignorowałem stan w jaki wpadałem i atak, jaki zaczynał mną władać i powróciłem myślami do Sylvaina. Osoby, która w tak krótkim czasie zagarnęła dla siebie cały mój umysł i serce.
Zabrał go, chociaż go nie chciał.
Nie chciałem się zakochiwać.
Nie w osobie, dla której zawsze będę drugą opcją.
Nie mogąc znieść bólu i duszności oraz kołatania w sercu, spróbowałem podnieść się z łóżka, gdy gorączka dołączyła do całego akompaniamentu i sprawiła, że zachciało mi się wymiotować. Nie zdążyłem nawet dobiec do łazienki, zwracając wszystko co zjadłem, w ciągu ostatnich kilku dni. Czułem się strasznie. Płuca i gardło paliły mnie, jakby jarzył się w nich prawdziwy ogień, a ból rwał każdą komórkę mojego ciała, sam chłód przestał być możliwy do zniesienia. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy, a z nosa krew.
Chciałem... Potrzebowałem pomocy, która znalazła się przy mnie w porę. Młoda dziewczyna, która bez pukania przestąpiła próg mojego pokoju, rzuciła się w moją stronę upuszczając wszystkie książki i przyniesione zeszyty. Dopiero gdy jej twarz była zdecydowanie zbyt blisko mojej, rozpoznałem w niej znajomą z klasy.
- Leander?! - jej pisk rozległ się echem po mojej głowie, przecinając ją niczym ostrze. Dzięki Bogu zrozumiała, że mój stan raczej nie jest efektem rozrywki, wyjęła telefon i zadzwoniła po pogotowie.
- Zaraz po Ciebie wrócimy, nie ruszaj się - jakbym w ogóle mógł. Obserwując jak wybiega, mocniej przytuliłem się do szafy za moimi plecami, przykładając dłoń do nosa, z którego nadal sączyła się lepka substancja. Nie rozumiałem co się dzieje, wszystko we mnie starało się pękać, straciłem nawet ostrość widzenia, a obrazy powoli zaczęły zlewać się w różnokolorowe plamy, zdążyłem w nich jednak rozpoznać jeszcze jedną sylwetkę.
- Leoś? - męski głos dotarł do mnie, wraz z silnymi rękoma, które troskliwie objęły moje ciało, mocno do siebie przyciągając. Jęknąłem cicho, nie opierając się.
Sylvain...
Chciałem wypowiedzieć choćby imię chłopaka, ale amok w jaki wpadłem nie pozwolił mi nawet na wzięcie oddechu. Skupiałem w sobie wszystko, chociażby cząstkę siły na wypowiedzenie trzech wyrazów. Pochyliłem się nieco do przodu, mocniej opierając o ciało przede mną, które pochwyciłem zakrwawionymi dłońmi. Zadrżałem, gdy w naszą stronę zaczęła biec burza nerwowych kroków.
Sylvain...
Nie zostawiaj mnie.
- Nie idź - wydusiłem ostatnie słowa, na jakie było mnie stać. Po nich? Jakby odpłynąłem. Obrazy i dźwięki niby przelatywały przez moją głowę, jednak na niczym nie mogłem się skupić, niczego nie mogłem zarejestrować.
Nie wiem nawet kiedy zasnąłem.

***

Zapach farby, leków, choroby.
Dźwięki urządzeń, rozmów, kroki.
Spróbowałem otworzyć sklejone powieki, które jak się okazało były zbyt sklejone i ciężkie. Każda moja kość strzelała niemiłosiernie głośno, gdy poruszałem kośćmi by uratować odrętwiałe ciało. Suche usta powoli zaczynały skrzypieć pocierane o siebie, a nos piekł, jakby po latach dostał powietrza.
Byłem przytomny?
Dryfowałem gdzieś między snem, a rzeczywistością, szukając punktu wyjścia. 
Umarłem?
Chciałem otworzyć oczy i upewnić się, że obok mojego szpitalnego łóżka jest chłopak.
Ten chłopak, którego kocham.

Sylvain?
Takie trochę krótsze ale chciałam w  tym miejscu.

6.18.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Uchyliłem zmęczone powieki, czując jak łupanie w głowie powoli rozsadza mi czaszkę, ostry ból ranił moje gardło, a pot i dreszcze sugerowały gorączkę.
- Cholera - zachrypiałem rejestrując odległość między moją dłonią, a szklanką z wodą i cały roztrzęsiony skuliłem się mocniej w kołdrę.
Pieprzony basen...
Z zamiarem zaśnięcia odwróciłem się w stronę ściany, gdy błogą ciszę i jeszcze piękniejszy spokój przerwało pukanie do drzwi. Obróciłem głowę w stronę budzika, który wskazywał właśnie godzinę...
Chwila... co?
Dwunasta na zegarze kompletnie zbiła mnie z tropu i jedynie dobiła, a osoba dopraszająca się wejścia widocznie nie opuściła, wchodząc do środka. Uniosłem wzrok uśmiechając się krzywo na widok znajomych, ciemnych włosów i bladej cery. Krótki błysk przemknął mi między oczyma gdy ten przejęty moim stanem pobiegł po wodę i zimny ręcznik.
- Nie wiedziałem, że masz kolczyk - burknąłem w poduszkę. Jego dłoń po raz kolejny przemknęła po widocznej części mojego czoła jeszcze bardziej mocząc przyklapniętą grzywkę. Chłopak jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi zostawiając mnie bez większych wyjaśnień - Zostaw bo to zimne - jęknąłem, próbując go od siebie odepchnąć. Położyłem dłoń na torsie chłopaka, czując zarys jego mięśni i spróbowałem pchnąć, ale kompletnie wyczerpany ledwo dałem radę się poruszyć.
- Nie, musisz się przebrać - mruknął Sylvain, dołączając do tego cichy chichot, chwycił moją dłoń i ponownie pomógł mi powrócić do pozycji siedzącej.
- Nie - jęknąłem. Czułem jakby moja głowa przechylała się na wszystkie strony, próbując znaleźć jakiekolwiek oparcie, choć nie byłem pewien czy to nie zawroty głowy. Zamrugałem kilkukrotnie próbując przyswoić cokolwiek z otaczającej mnie rzeczywistości. Wysoka sylwetka krzątała się po moim pokoju w poszukiwaniu ubrań, a ja kompletnie nie byłem w stanie udzielić mu jakiejkolwiek wskazówki gdzie one są. Jeśli właśnie na to składa się choroba, to wolałbym już cierpieć katusze na matematyce. Oparłem się o zimną, czarną ścianę, podciągając nogi pod brodę i ponownie powróciłem do ciemnowłosego, który jak widać świetnie się bawił grzebiąc w moich rzeczach, koniec końców, wrócił do mnie z białą koszulką w drobne, czarne kropki, odnalazł nawet luźne, czarne szorty. Zażenowany tym faktem poczerwieniałem na twarzy, próbując ukryć wstyd. Varner uśmiechnął się do mnie tylko i ponownie wyciągnął szczupłą dłoń ku mojej. - Wstań, musisz wziąć prysznic - w pocieszającym geście przejechał mi dłonią po ramieniu, spoglądając na mnie swoimi czekoladowymi oczyma.
One... Były naprawdę śliczne.
Szybko odrzuciłem od siebie tę żenującą myśl, wczorajszy pocałunek chłopaka on... Był miły, ale wątpiłem by znaczył dla niego cokolwiek więcej niż chwilową odskocznię od rzeczywistości. - Idziesz? - ponaglił mnie, dając do zrozumienia, że kompletnie odpłynąłem.
- Tak - mruknąłem. Gorączka skutecznie otępiła moje zmysły, na tyle, że złapanie równowagi graniczyło z cudem. Dźwignąłem się na równe nogi usilnie podpierając się łóżka, spróbowałem postawić pierwsze kroki w stronę łazienki. Towarzyszący mi w podróży Sylvain, jakby rozumiejąc potrzask w jaki wpadłem, objął mnie wokół ramion, z nieco cieplejszym uśmiechem.
- Chyba jednak potrzebujesz pomocy - uśmiechnął się, muskając kciukiem mój bijący czerwienią policzek.
Jezu, jak strasznie było mi wstyd. 
Bliskość chłopaka była dla mnie przytłaczająca, plątała moje myśli i tłumiła umiejętność prawidłowego oddychania. Zachłysnąłem się zapachem jego perfum, zatrzymując go na chwilę w płucach i łapiąc równowagę dopiero przy drzwiach, gdyby ktoś widział jak ogromną walkę toczyłem w swoim wnętrzu by oderwać się od przyjemnego źródła ciepła i poddaniu się łazienkowym męczarniom, zapewne by mnie wyśmiał, ale ja naprawdę chciałem z nim zostać.
- Dzięki, poradzę sobie, dalej - mruknąłem, unosząc niewyspane spojrzenie ku jego twarzy.
- Już narobiłeś mi nadziei - zaśmiał się i zostawił, podchodząc do okna, które momentalnie otworzył. Przestąpiłem próg zimnej łazienki, stopami znacząc drogę do piekieł. Nie miałem siły spojrzeć w lustro, mój wygląd zapewne przeraziłby gnijące już trupy. Dosłownie wtoczyłem się pod prysznic i zrzucając z siebie ubrania, odkręciłem wodę, pozwalając by ta zaczęła ściekać po moim ciele, przyprawiając mnie o przyjemne uczucie ocieplenia. Nie myślałem kompletnie o niczym, możliwość myślenia wyłączyła mi gorączka, stałem tam, kompletnie ogłupiony, czekając, aż woda zmoczy moje włosy na tyle bym mógł się schylić po szampon.
Używając wszystkich sił umyłem dokładnie każdą część ciała i wyszorowałem włosy. Tak oto świeży, pachnący i chory stałem na środku łazienki, nie mając siły by iść dalej. Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu koszulki, która ewentualnie mogła zaplątać mi się gdzieś między zlewem, a szafką. Wsunąłem na nogi bokserki, czarne, typu szorty i musnąłem palcami rozpalone od gorączki policzki.
- Nie wziąłem koszulki, prawda? - zawołałem w pustą, łazienkową przestrzeń oczekując potwierdzającej odpowiedzi. Gdy chłopak potwierdził moje przypuszczenia przyłożyłem czoło razem z dłonią do drewnianej deski, opuszkami palców wystukując jakiś rytm. Uchyliłem delikatnie drzwi, analizując pachnące świeżością i zimnem otoczenie.
- Co Ty zrobiłeś? - wytknąłem chłopakowi oskarżycielskim tonem, dbałość o porządek.
- Wywietrzyłem tu bo zaczynasz pachnieć śmiercią - spojrzałem na chłopaka z irytacją, obserwując jak w dłoniach dzierży przygotowaną dla mnie wcześniej koszulkę.  - Oddaj - poprosiłem, podchodząc do chłopaka. W tym momencie nie przeszkadzała mi moja półnagość, a fakt, że było mi cholernie zimno.
- Chciałbyś - mruknął, szczerząc w moją stronę białe, lśniące zęby. Teatralnie zwinął w dłoniach kawałek materiału i rzucił się na łóżko uniemożliwiając mi tym samym zabranie kołdry spod jego ciężkiego ciała.
- Zejdź tłuściochu bo marznę - zachrypiałem siadając na krawędzi łóżka. Ciemnooki spojrzał na mnie wymownie, poruszając przy tym brwiami i rozłożył ramiona w zachęcającym geście.
- Chodź do mnie, ogrzej się - zaśmiał się cicho, zdecydowanie próbując mnie rozruszać. Pokręciłem głową, patrząc na niego z zażenowaniem.
- Jesteś dziecinny.
- Dziecinny? Po prostu chcę Cię przytulić - cała zabawna atmosfera opadła, a mój żołądek zrobił kilka przewrotów. Spojrzałem na niego, a gula zaciskająca moje gardło uniemożliwiła mi wyduszenie choćby litery. Sylvain posłał mi przyjemny dla oka uśmiech i podniósł przysuwając do mnie i podał materiał, który natychmiast wsunąłem przez głowę. Moje zęby zaczęły wystukiwać jednostajny rytm uderzając o siebie na wzajem, przy akompaniamencie drżącego ciała. Wyższy momentalnie podniósł się z zajmowanego do tej pory miejsca i odsunął kołdrę, pozwalając mi położyć się na materacu. Ułożyłem głowę, nie odrywając spojrzenia od zatroskanej twarzy mojego towarzysza i oddałem się błogiemu ciepłu jakie niosła pościel. - Nadal musisz mnie przytulić - zażądał - Tyle dla Ciebie robię - przysunąłem się do chłopaka, wtulając twarz w jego tors. Tym razem to ból gardła nie pozwolił mi nic powiedzieć, ale podobała mi się cisza jaka między nami zapadła. Spokojna, błoga cisza i tylko nasza dwójka.
Gdyby mogło tak zostać.
Gdzieś jednak w mojej głowie czaiła się myśl, że życie, choćbym chciał, nigdy nie będzie takie piękne. Na potwierdzenie swoich obaw nie musiałem jednak długo czekać, chłopak momentalnie rozluźnił uścisk, a dłoń, która do tej pory znaczyła szlaki na moich włosach opadła wzdłuż jego ciała.
- On też tak na mnie mówił - rzekł, a nadzieja, jaką obdarzył mnie kilka sekund wcześniej, powoli ulatywała ustępując miejsca resztkom spokoju, jakie począłem w sobie zbierać - Leander ja przepraszam... - zaczął wstając - To za szybko. - po czym wyszedł.
Po prostu.
Wyszedł.
Zacisnąłem palce na poduszce, chciałem zareagować, zrobić cokolwiek, powiedzieć chociaż głupie przeprasza, nawet jeśli nie miałem za co. W tym jednak momencie wszystko stanęło we mnie jakby na baczność, walcząc bym się nie rozkleił, pewność co do zaistniałych wydarzeń gościła w moim sercu od dłuższego czasu.
Nie chciałem znowu spieprzyć.


Sylvain?
OMG ODPISUJ.

6.15.2017

Od Leandera CD Sylvaina

To jego wina.
Nie, to Twoja wina.
Ale to on mnie pocałował.
Ale to Ty wyszedłeś na łatwego.
Łatwego?
Jestem takim pedałem.

Denerwujący delikwent pod postacią mojego sumienia uparcie dążył do wpojenia mi winy za błędy. Nie miałem ochoty bawić się z nim w zgaduj zgadulę bo wynik był prosty.
Sylvain zawinił.
Prychnąłem cicho, poprawiając kołnierzyk szarej koszulki.
Pisać, czy nie?
Oh, daj spokój, przecież Ci zależy, a każdy kto zobaczy jebanego geja wychodzącego pół nagim od innego również pedała, wysnuje własne wnioski.
Co za pedalska telenowela.
Draamaa.
Zaśmiałem się, wtórując własnym, rozbieganym myślom, aczkolwiek sam sobie musiałem przyznać rację. Z teatralnym westchnięciem wyciągnąłem z kieszeni telefon, nabierając powagi. Przesunąłem palcami po ekranie, który momentalnie rozbłysł ostrym światłem i towarzyszącym mu bolesnym uczuciem oślepienia. Wciąż zaspany odwróciłem wzrok by koniec końców powrócić do pisania wiadomości. Wpisałem tekst, zamknąłem telefon, tyle.
Teraz jeszcze prysznic.

***

Każdy kolejny krok uświadamiał mi, że tak naprawdę nie bardzo nawet wiem co chcę chłopakowi powiedzieć, chciałem się z nim pogodzić, a forma była jakby drugorzędna. Śniadanie sobie odpuściłem, ściśnięty żołądek zmotywował mnie do ścisłej diety. Mimo to przemierzyłem pustą stołówkę by przy jednym z dalej osadzonych stolików wyhaczyć znajomą sylwetkę. Ciemne włosy unosiły się i opadały w rytm podrygiwania jego nogi, zbliżyłem się do ławki zachowując resztę powagi, która podtrzymywała mur oddzielający mnie od paniki. Przywitałem się z nim i zająłem swoje miejsce.
- Słuchaj.. Bo ja Ci chciałem tylko wszystko wyjaśnić, nie chcę, żebyś miał mnie za kogoś złego, albo głupiego bo to nieprawda, ja wiem, że poszedłem do Anthonyego ale do niczego między nami nie doszło, my tylko oglądaliśmy filmy i ja w pewnym momencie zasnąłem, przepraszam... - mruknąłem i spuściłem wzrok. Poranna zadziorność i odwaga uleciała ze mnie szybciej niż się pojawiła, zaplotłem dłonie na karku, mrużąc powieki. Spod rzęs widziałem jak spogląda na mnie nieco zdezorientowanym wzrokiem, zapewne szukając słów jakimi mógłby rozwiać targające mną obawy.
https://68.media.tumblr.com/1c790d45c017199a00b068f7e190cf1b/tumblr_inline_oa8dmdRy0o1rfx82j_500.gif- Leander ja... Przepraszam, to co zrobiłem było głupie... - szepnął. Jego spojrzenie było przytłaczające, ten jednak nie odpuścił, a jego oczy jakby przeszywały mnie na wskroś. Nie wiem czemu to zrobiłem, nie chciałem, ale podświadome potrzeby wygrały. Chwyciłem dłoń chłopaka, splatając w powietrzu nasze palce. Zastygłem w kompletnym bezruchu dopóki nie zrozumiałem, że ciemnowłosy mi na to pozwala. Uśmiechnąłem się lekko, spoglądając wreszcie na chłopaka. Podobało mi się to, bliskość drugiej osoby, tak minimalna i spokojna, nie prosiłem o więcej, chociaż jednego już byłem pewien, chcę spróbować.
- Dziękuję, że przyszedłeś - spojrzałem na niego, siląc się na niepewny uśmiech. Moje policzki, znacznie bardziej czerwone niż  zazwyczaj piekły bardziej niż zazwyczaj, chociaż przestało mi to już przeszkadzać.
- Cieszę się, że jest lepiej - odpowiedział, zaciskając moje palce. Chwycił rękaw swojej bluzy i oparł na nim brodę, wciąż na mnie patrząc.
- Przestań - poprosiłem zwracając uwagę na drzwi, które  tym momencie się otworzyły, odruchowo wyrwałem dłoń z uścisku Sylvaina i kompletnie spłoszony odsunąłem się na krześle, przykuwając w ten sposób uwagę zbierających się uczniów, mój towarzysz zaśmiał się jedynie w odpowiedzi i pokręcił w rozbawieniu głową.
- Idziemy stąd? - spytał, kiwając głową w stronę wyjścia, nie wiedziałem jak zareagować, gdzieś pomiędzy wciąż nerwowymi haustami powietrza i hamowaniem histerycznego śmiechu mruknąłem ciche "okej" i sam podniosłem się z krzesła.
- Gdzie chcesz iść?
- Na basen - zaproponował. Wzruszyłem ramionami, dość obojętny na jego plany, nie wiedzieć czemu ogarnął mnie błogi spokój i poczucie bezpieczeństwa wymieszanego z troską. Obserwowałem jak Sylvain wstaje z miejsca i podchodzi do mnie wsadzając dłoń w moje pokryte żelem włosy.
- Leoooś - wymruczał, uśmiechając się do mnie, roztrzepał kompletnie moją fryzurę czerpiąc z tego niemałą satysfakcję. - I tak zaraz je zmoczysz - uśmiechnął się i ruszył przodem, gestem dłoni zachęcając mnie bym poszedł za nim.
No tak, tak. Poszedłem.
Sylvain brnął pewnym krokiem przez szkolne korytarze, kompletnie beztrosko. Przypominał mi teraz dziecko, które postanowiło zdobyć szacunek w piaskownicy.
Niby odważny i pewny siebie, jednak nadal dziecko.
Naprawdę przystojne, kochane dziecko....
Ogarnij się Leander.
Sam siebie zdzieliłem w myślach, przewracając przy tym oczami. Śmieszne, że tak łatwo zmieniłem zdanie na temat chłopaka....
No dobra, ono nigdy nie było złe, co nie zmienia faktu, że powinienem go teraz zwyczajnie ignorować, a nie z tak ogromną radością brnąć z nim ramię w ramię w stronę wspólnego dnia. Może i wszystko potoczyło się naprawdę szybko, ale ni jak mi to nie przeszkadzało, podobno życie opiera się na ryzyku i idąc za swoim przeczuciem, właśnie ryzykowałem. Sylvain, też jakby kompletnie nieprzejęty brnął w naszą wspólną grę.
Bałem się tylko, że gra to nie bajka i naprawdę szybko przegramy. Zagryzłem wewnętrzną stronę policzka, targające mną uczucia nie były normalne, a już na pewno nie "typowe", podobały mi się i chciałem je zatrzymać na dłużej. Dopiero zapach chloru, wdzierającego się do moich nozdrzy uświadomił mi, że jesteśmy na basenie, a nie w drodze do skrzydła mieszkalnego.
- Nie zamierzasz zabierać z pokoju żadnych rzeczy albo coś? - wykonałem niepewny ruch ręką w stronę, w którą faktycznie powinniśmy się udać.
- Po co? I tak tu teraz nikogo nie ma - uśmiechnął się, kompletnie niezrażony i wszedł do środka.
Tak po prostu...
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie ruszył za nim. Z chęcią postawiłem pierwsze kroki w stronę zawsze otwartego, pełnego błękitu pomieszczenia, w którym cichy szum pracujących intensywnie maszyn, zagłuszał piękną ciszę przezroczystej cieczy. Ciemnowłosy kompletnie niezrażony w biegu zrzucił z siebie górną odzież (nie patrz na niego, nie patrz na niego, nie patrz na niego) i zwyczajnie, jakby było to dla niego czymś doprawdy normalnym wskoczył to wody, poddając się ruchowi fal, które sam wytworzył.
Spojrzałem z ironią na tego wariata, który jak widać świetnie się bawił, walcząc z zahamowaniem by do niego dołączyć.
- Idziesz, czy mam Cię wepchnąć? - machnął w moją stronę ręką. Już czując nadchodzące zimno, zacząłem ściągać buty i koszulkę, po czym zwyczajnie stanąłem na krawędzi basenu. - Nie daj się prosić - kontynuował zachęcanie mnie. Koniec, końców powoli wślizgnąłem się, własnym ciałem przebijając wodną taflę i z zadowoleniem przyjąłem fakt, że woda była dość ciepła. Cichy plusk i ciepły oddech muskający mój policzek z i tak dużej odległości dał mi do zrozumienia, że  wyższy pokonał dzielącą nas odległość. Uniosłem wzrok by móc na niego spojrzeć, zdążył zmoczyć całe włosy, które teraz w kompletnym nieładzie opadały na jego twarz, a w oczach tańczyły korzystające z zabawy dziecięce iskierki. Czekałem aż z jego ust padną jakiekolwiek słowa, ten zamiast tego zanurzył dłoń w wodzie, momentalnie mnie nią obdarowując.
Tak się zaczęło...
Korzystając z wymyślnych wyzwisk toczyliśmy walkę jakby na śmierć i życie, korzystając z dostępnych nam broni czyli własnych dłoni i wody. Koniec końców jeden drugiego zaczął podtapiać i trwaliśmy w tej dziecinadzie dopóki nie zacząłem trząść się z zimna.
- Wygrałeś - mruknąłem, podciągając się do góry by ponownie pokonać krawędź. Z tryumfalnym uśmiechem, starszy zajął miejsce obok mnie, gratulując mi świetnej rozgrywki.
- Wal się - zaśmiałem się i chlusnąłem na niego resztką wody z palców.
- Chcesz tam znowu wpaść? - złapał mnie za ramiona, przekręcając nieco w lewo.
- Nie - chwyciłem dłoń chłopaka, próbując go od siebie odciągnąć. Parsknąłem śmiechem, gdy odzyskałem równowagę.
Po raz kolejny tego popołudnia zwróciłem uwagę na jego wygląd. Nie powinienem tego robić.
- Dziękuję Ci... Wiesz, za dzisiaj - mruknąłem, próbując przez rozmowę oderwać uwagę od jego samego. Nie dało się, po prostu się nie dało i gdy tylko nachylił się by udzielić mi odpowiedzi ułożyłem dłoń na jego policzku i delikatnie musnąłem jego wargi, wolną dłonią zaczesując do tyłu własne włosy.
O cholera.
Czy ja go właśnie...?
Nie.
Zjebałeś Leoś.
 - P- przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło..


Sylvain?
Nic gorszego nie mogłam napisać ok?
Wybacz XD








6.04.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Pocałunek chłopaka był nieprzyjemny, gwałtowny i bolesny. Nie... Skłamałbym, gdybym powiedział, że go nie chciałem, ale nie w taki sposób i nie teraz.
Chłopak kompletnie zawiódł mnie swoją osobą, zwyczajnie wykorzystał, a ja jakby zbrukany i ze złością zaparłem się by go od siebie odepchnąć. Gwałtowne otrzeźwienie i szok sprawiły, że zakręciło mi się w głowie. Spojrzałem wściekle na ciemnowłosego i potknąłem się odwracając od zszokowanych zebranych i zwyczajnie odszedłem opuszczając miejsce całego zajścia.
- Pojebało Cię?! - karcący i podniesiony głos Anthonego, słowa skierowane do Sylvaina, nie zwróciłem jednak na nie uwagi, niesiony złością i swego rodzaju... upokorzeniem? Potarłem chude ramiona zimnymi dłońmi kierując się do szkoły, która w tym momencie jakby zaczęła się oddalać gdy postać, która chwilę wcześniej stanęła w mojej obronie, teraz zaczęła się do mnie zbliżać.
- Leeeoś - przeciągnął zdrobniale moje imię, chwytając mnie za nadgarstek - Poczekaj - odwróciłem się do chłopaka, w uszach piszczało mi od nadmiaru adrenaliny i alkoholu więc słowa chłopaka ledwo do mnie docierały. Ten chwycił moje ramiona i ściągnął na ziemię, zmuszając bym usiadł na ziemi.
- Co? - burknąłem, jak dziecko zaplatając dłonie na kolanach i chowając w nie twarz. Nie wiem czemu tak strasznie to przeżyłem, ale zachciało mi się płakać.
- To było głupie - skwitował, jedną dłoń kładąc na moim ramieniu, ściągnąłem brwi w odpowiedzi, czego jednak nie mógł zobaczyć więc wymruczałem jedynie nieskładne litery i mocniej zacisnąłem powieki, byłem tak cholernie zły i zawiedziony.
- Czemu tak? Czemu muszę się tak łatwo przyzwyczajać do ludzi, którzy mają to gdzieś? - spojrzałem na białowłosego, który tak samo jak ja chwilę temu ściągnął do dołu pomalowane brwi.
- W tym nie ma nic złego - zaczął, a wiatr smagał jego włosy, plącząc je i zanosząc na wszystkie strony - Nie wiem co mam Ci powiedzieć, nie złość się na niego, jest pijany - wzruszyłem obojętnie ramionami, nie chcąc go w żaden sposób usprawiedliwiać - Chodź, nie będziesz tu siedział sam - wyższy podniósł się z miejsca i skinieniem głowy zachęcił do pójścia za nim, a ja rzucając ostatnie spojrzenie w stronę Sylvaina, który jak widać bawił się w najlepsze i kompletnie nie przejmował swoimi czynami, wstałem i spełniłem oczekiwania chłopaka, idąc do jego pokoju... Stanęliśmy przed zamkniętymi drzwiami, gdy jasnowłosy wyjął klucze z tylnej kieszeni spodni zacząłem zastanawiać się czy nie zachowuję się jak Sylvain chwilę temu, ja jednak szedłem tylko do pokoju chłopaka, którego pierwszy raz widzę na oczy. Błękitnooki spojrzał na mnie podejrzliwie i jakby odgadując moje myśli rzekł ciche.
- Nie bój się, chciałem tylko włączyć jakiś film - zaśmiał się kręcąc głową. Odetchnąłem cicho, uśmiechem wskazując na to, że przecież wiem. 
Wszedłem do środka, rozglądając się po pokoju. Szczerze mówiąc był dokładnie taki, jak się spodziewałem.
W sensie... mało męski?
Oh, bo akurat z Ciebie jest przykładny samiec alfa.
Usiadłem na kanapie, nie chcąc wyjść na ciekawskiego i wlepiłem wzrok w twarz swojego towarzysza. Po głowie nadal błądził mi moment pocałunku z Sylvainem, ten, za który tak go znienawidziłem.
Czy aby na pewno zacząłem żywić wobec niego tak wrogie uczucia? 
Sam przed sobą musiałem przyznać, że gdyby nie sytuacja, naprawdę mi się podobało... Ten moment gdy natarczywość minęła, a on jakby pozwolił sobie na chwilę... Szczerości?
Odrzuciłem od siebie tę pocieszającą myśl wracając do ogóły sprawy. Prawda była taka, że blondynka nie przypadła mu do gustu i jak widać niezbyt kulturalnie chciał ją od siebie odrzucić. Zatwierdziłem taką wersję wydarzeń, żadna inna nie była bardziej prawdopodobna.
- Odpowiesz mi? Na pewno nie wypiłeś za dużo? - za dużo? Chyba o wiele za mało...
- Nie, jest dobrze, po prostu.... Się zamyśliłem - szepnąłem, obserwując jak wyciąga laptopa spod biurka i rozkłada go na swoich kolanach.
- No nie bój się tak - zaśmiał się, machając dłonią, abym podszedł bliżej. Tak więc zrobiłem, a grawitacja, która nie współgrała z alkoholem, cofnęła mnie ponownie na fotel - Jest dobrze - uprzedziłem chęć pomocy i o własnych siłach doczołgałem się do łóżka, czując jak moją twarz oblewa silny rumieniec.
- Nigdy więcej się tak nie upiję - mruknąłem, opierając głowę o poduszkę. Obserwowałem jak Anthony sprawnie wpisuje tytuły w przeglądarkę, by wreszcie wybrać film, którego tytułu już nie zarejestrowałem...
Mrużąc powieki, poczułem jak stają się one ciężkie i niemal bolesne, zaczęły ciążyć mi tak bardzo, że koniec końców, przytuliłem się do ramienia chłopaka i odpłynąłem...

***

- Leander, możesz zostać jak chcesz, ale odrobinę mi niewygodnie - tymi słowami i delikatnym szturchnięciem w ramię, białowłosy przywracał mi świadomość. Wydałem ciche mruknięcie i zamknąłem wysuszone usta. 
- Ja... co? - spojrzałem na chłopaka, do którego ramienia wciąż byłem przytulony i natychmiast poczułem się znacznie lepiej. Jak oparzony odskoczyłem od źródła usypiającego ciepła i spojrzałem na nie pełnymi stresu i wstydu oczami.
- Przepraszam... - wydukałem tylko, spuszczając wzrok. - Już idę i - zastanowiłem się chwilę jak skończyć tę sytuację, jak widać wyjątkowo ona bawiła starszego chłopaka - Dziękuję za pomoc - dźwignąłem się na nogi słuchając jego ciepłego pożegnania. Mimo wszystko cieszyłem się, że nie zostałem kompletnie zignorowany i ktoś pomógł mi, uporać się ze stanem w jaki wpadłem na ognisku.  
Pech jednak chciał, że nie na tym zakończyły się moje alkoholowe przygody, bo wychodząc z pokoju Anthonego wpadłem na większą sylwetkę. Uniosłem wzrok do góry by ujrzeć twarz niezdary i omal nie zapadłem się pod ziemię. 
- Sylvain.. - zacząłem, na co przerwał mi machnięciem ręki.
- Chciałem Cię przeprosić, ale widzę zapewniłeś sobie rozrywkę na poprawę humoru - dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego jak źle musiało to wyglądać. Cały potargany i rozpiętą koszulą i wciąż zmroczonym od snu wzrokiem wychodziłem z pokoju innego chłopaka.
Tyle, że o tym śnie nikt nie wiedział.
Już chciałem ruszyć za starszym, z tłumaczeniem na ustach, ten jednak zniknął za rogiem, nie obdarzając mnie nawet krótkim spojrzeniem.
Cholera.


Sylvain?
dam dam dam. 

6.01.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Już miałem ruszyć chłopakowi z pomocą, gdy nieznana mi osoba, postanowiła zająć miejsce ciemnowłosego. Zwróciłem zaciekawione spojrzenie w stronę ów osobistości. Pierwszym co przykuło moją uwagę, były niebywale jasne, niemal białe, krótkie włosy. One jako pierwsze przykuły moją uwagę w całym, dość nietypowym wyglądzie chłopaka. Blada cera, pokryta równie jasnymi kosmetykami i piegi, które wydawały mi się sztuczne, jasne, malinowe, lśniące usta wygięły się w uprzejmym uśmiechu, gdy chłopak *tak, sądzę, że to chłopak* zauważył, że się mu przyglądam. Chude palce pomknęły po białej grzywie a nogi wyprostowały się, wysuwając czarne buty w stronę ogniska znacznie bardziej. Jego długie nogi pokryte były jasnymi, jeansowymi spodniami z dziurami, a tułów cienką, białą koszulką.
- Hej - zaczął, przełamując lody jako pierwszy. Jego idealnie proste zęby zalśniły w zachodzącym słońcu, które ustępując miejsca księżycowi sprawiało, że czułem się tutaj jakby... przytulniej? Wzruszyłem ramionami, odpowiadając tym samym na zadane sobie pytanie i powróciłem do swojego towarzysza, kompletnie zapominając o czekającym na mnie Sylvainie.
- Hej - wyszczerzyłem zęby, wygładzając jedną dłonią ubranie - Leander - wysunąłem rękę, w powitalnym geście.
- Anthony, Nowy? - spytał, poruszając czarnymi brwiami, szczerze mówiąc nie spodziewałem się by ktoś o takim wyglądzie mógł wywołać, aż tak przyjemne odczucia. Przewróciłem oczami, próbując choć w minimalnym stopniu ukryć swoje zawstydzenie.
- Aż tak to widać? - delikatny rumieniec skalał moje policzki, które odruchowo zakryłem dłońmi.
- Wiesz... - zaczął i wyciągnął się na kanapie, odrzucając teatralnie włosy do tyłu - Wy nowicjusze, łatwo was poznać z kilometra - wzruszył ramionami, kiedy to kolejna postać postanowiła dosiąść się do naszej dwójki, przypominając mi tym samym o swojej obecności. Varner, odetchnął głośno, przykuwając tym samym moją uwagę. Odwróciłem zdezorientowane spojrzenie w stronę nowo przybyłego, który, o zgrozo, nie był tu sam.
A jego towarzyszką musiała być właśnie ta dziewczyna, której imienia wciąż nie poznałem. Anthony natomiast westchnął cicho i podniósł się z zajmowanego miejsca.
- W takim razie do zobaczenia, Leoś - zaśmiał się i pomachał mi na pożegnanie, zdrabniając moje imię. Czułem na sobie ciężki, błagający o pomoc i jakby oskarżycielski wzrok Sylvaina, którego jednak jakby nie patrzeć zignorowałem. Westchnąłem cicho, gdy wyrzuty sumienia, lekko mnie dotknęły.
- Ej... - zwróciłem się do blondynki, która zajęta rozmową z moim znajomym do tej pory kompletnie mnie ignorowała - Możesz sobie iść? Chcę z nim pogadać - dobra, może byłem zbyt bezpośredni, ale nie wiedzieć czemu, nastolatka sprawiała, że w środku, gotowałem się ze złości. Przeprosiła starszego, mruknęła jakąś obelgę w moją stronę, finał, finałem, odeszła.
- Nie dziękuj - spojrzałem na chłopaka, szczerząc kły. Ten odwzajemnił wyraz twarzy i pokręcił głową.
- Ej, możesz sobie iść? - powtórzył moje słowa, za wszelką cenę próbując powstrzymać śmiech gdy z drugiego końca kanapy dobył się piskliwy krzyk
 - Zagrajmy w nigdy nie! - krzyknęła ciemnowłosa, jak torpeda wyskakując z siedzenia i popędziła prosto do małego stolika, na których porozstawiane zostały małe, plastikowe kieliszki i alkohol. Zabrawszy z niego całą tackę zaczęła rozdawać każdemu po kubeczku, polewając od razu. - Okej, zasady znacie? - obróciła się na pięcie, a jej spódniczka uniosła się do góry gdy zakręcając butelkę zadała pytanie. Wszyscy zgodnie pokiwali głową, podłapując nastrój dziewczyny. - Dobra, ale bierzemy po łyku bo za szybko się wódka skończy - podsumowała, wracając na miejsce.
- Nie wiem czy chcę to robić - zmierzyłem się wzrokiem z Anthonym, który posłał mi ciepły uśmiech i uniósł kieliszek.
- Przestań, będzie fajnie - zachęcił, szturchając mnie łokciem w żebra.
- No tak, Twoja przyszła dziewczyna ma okazję Cię lepiej poznać - zaśmiałem się, posyłając mu całusa, oczywiście nasza rozmowa szybko została przerwana pierwszym zdaniem.
- Nigdy nie zrobiłem prania - chłopak, którego widziałem pierwszy raz zaśmiał się, zmuszając wszystkich do pociągnięcia pierwszego łyka...
Mniej więcej tak się wszystko zaczęło, destrukcyjne ilości alkoholu przelewały się między nami, każdy znacznie bardziej rozluźniony nawiązywał ze sobą takie czy inne kontakty, a nasza gra toczyła się w najlepsze.
Hasła, padały coraz śmielsze, nikt jednak nie zawracał sobie tym głowy, myśli każdego zaprzątał fakt, że za chwilę zaliczy kolejnego, bądź pierwszego "zgona" w życiu, albo też myślał ile jeszcze musi wypić by się upić. Schlane twarze wydawały się wieloletnimi przyjaciółmi, a głośna muzyka sprzyjała nocnemu nastrojowi.
Krótko mówiąc nikt się niczym nie przejmował. Czułem jak zawroty głowy atakują moje ciało, a błogi stan alkoholowego upojenia rozlewał się po każdej komórce sprawiając, że nerwy zniknęły, ustępując miejsca tej części mnie, która nieco śmielsza w towarzystwie radosną rozmową z Sylvainem i ciągłym udziałem w grze, akcentowała swoją obecność.
- Wiem! Zostało nas niewielu, zagrajmy w prawda i wyzwanie! - ta sama niewiasta, zarzuciła włosami, organizując kolejną, zapowiadającą wiele godzin zabawy rozrywkę.

Sylvain?
Wiem, że krótkie, ale chciałam skończyć w tym miejscu XDDDDD

5.26.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Wychodząc z pokoju chłopaka, poczułem się dziwnie samotny, leżąc na kanapie w kompletnej, błogiej ciszy, zaczęło mi brakować gwarnej rozmowy i wiecznej krzątaniny. Przykleiłem plecy do zimnej, kremowej ściany, rozglądając się po pokoju. Brudną pomarańcz pustych ścian, zastąpiła kremowa biel, na której gościła masa zdjęć, okładek i płyt gramofonowych, które sam tam powiesiłem. Zwykłe, piętrowe łóżko, które jako mały chłopiec dzieliłem z bratem, ustąpiło miejsca zimnemu, drewnianemu posłaniu, które kusiło milionem rozrzuconych na nim poduszek. Zbliżyłem się do biurka, przesuwając po jego blacie opuszkami palców. To śmieszne, że kompletnie wyobcowany czułem się w miejscu, z którym wiązała się moja najbliższa przyszłość. Niechętnie minąłem kilka, wciąż nierozpakowanych pudeł i nie zawracając sobie głowy zaścielonym łóżkiem, czy chociażby niezdjętym ubraniem rzuciłem się na pościel, próbując zasnąć. Na chwilę wróciłem myślami do dzisiejszego dnia, miło było znaleźć tu kogoś, kto jak widać dość obrotny w nowych znajomościach, może pomóc Ci jakoś odnaleźć się w tym całym chaosie.
O ile już czegoś nie spieprzyłem...
Moją porażką życiową, której przez całe swoje życie nie mogłem się pozbyć była tendencja do wpadania w tarapaty i tracenia znajomości, nim takie się w ogóle zaczęły. Przekręciłem się na drugi bok, wprawiając w ruch deski pode mną. Kręciłem się tak z boku na bok, rozmyślając o swojej przyszłości, którą aktualnie widziałem w dość ciemnych barwach. Koniec, końców ze wciąż otwartymi oczyma i kompletnym zmęczeniem powitałem nowy poranek, przetarłem oczy próbując przyzwyczaić je do dziennego światła. Zgarnąłem z szafki nocnej telefon, który właśnie podświetlił się dając mi do zrozumienia, że otrzymałem wiadomość.
Spojrzałem na profilowe osoby, która postanowiła nawiedzić mojego messengera, przez chwilę przyglądałem się przerzuconym na lewą stronę, długim, blond włosom, by rozpoznać w nich blondynkę, która przysiadła się do nas, a właściwie do Sylvaina na lekcjach.
Jej chęć rozmowy była dla mnie, aż zbyt oczywista. Uśmiechnąłem się do siebie, dobrze, że chociaż, niektórym w tej szkole powodziło się od początku. Odłożyłem telefon i podłączyłem go do ładowarki, podnosząc się leniwie z łóżka. Ospałe ciało niemiłosiernie mi ciążyło w drodze do łazienki, więc nieco przedłużałem każdą czynność. Po pół godzinnym prysznicu, naciągnąłem na głowę czarne spodnie i tego samego koloru bluzkę, spojrzałem na siebie w lustrze, wydymając ogromne wargi do lustrzanego odbicia, próbując zaczesać swoje włosy, które postanowiły stworzyć własną, niechlujną harmonię. Opuściłem toaletę, na koniec używając pierwszych, złapanych perfum, wymijając pudła.
Wymijając to jednak złe słowo bo nie byłbym sobą, gdybym nie potknął się o jedno z nich i nie runął twarzą na ziemię. Moje szczęście jednak nie pozwoliło mi opanować gwałtownego ataku zabójczych pudeł i z głośnym jękiem opadłem na karton z książkami, z których jedna, dosłownie wbiła mi się w oko.
- Kurwa! - zakląłem głośno, chwytając obolałe miejsce, które natychmiast jakby natychmiast spuchło, pulsując bólem. Po raz kolejny podszedłem do lustra spoglądając na malutką ranę tuż pod okiem, które zdecydowanie było podbite.
- Świetnie Leander, jakbyś już nie był kompletnym dziwakiem, jeszcze bardziej będziesz przyciągać uwagę - opuściłem pokój, trzaskając drzwiami. Wzburzony, dysząc głośno, próbowałem utrzymać emocje na wodzy, które buzowały silnie w moim organizmie. Wysunąłem nos zza rogu, rozglądając się za uczniami, których nieco bardziej mógłby zainteresować mój stan, nikogo jednak nie było więc z pewnością siebie ruszyłem szkolnym korytarzem...
- Leander? - przyjemny głos rozszedł się po korytarzu, sprowadzając mnie na ziemię. Co więcej, przyzwał on właśnie mnie więc mogła to zrobić tylko i wyłącznie jedna osoba - Co Ci się stało? - owy troskliwy głos zbliżał się do mnie powoli, sprawiając, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
- Nic, jestem kompletną niezdarą - burknąłem, spuszczając wzrok tak, by włosy w choć najmniejszym stopniu przysłoniły moje prawe oko - To nic, serio.
- Musisz iść od pielęgniarki - brzmiało to bardziej jak rozkaz niżeli prośba bądź sugestia.
- Nie muszę, nie szedłeś właśnie na śniadanie? - odwróciłem się do niego, zaplatając ręce na piersiach.
- Nie - odparł tylko, kładąc mi dłoń na plecach i pchając lekko w stronę wyjścia z mieszkalnego skrzydła. Oczywiście, poszliśmy prosto do pielęgniarki, która nie zrobiła wiele więcej niż zwykły zimny okład i jakieś przeciwbólowe proszki oraz całodniowe zwolnienie z zajęć.
- Dzięki, przynajmniej mam cały dzień by nadrobić stracone odcinki seriali - uśmiechnąłem się do chłopaka, który postanowił odprowadzić mnie ponownie do pokoju. W mojej głowie jakby znikąd zalśniła myśl, że miałem przecież na stołówce spotkać się z ów blondynką...
Może jednak, jeśli nie pójdę...
Wyrzuciłem z głowy tę myśl, zwalając wszystko na ogromny ból głowy, który był idealną przyczyną mojej nieobecności. - Co robisz dziś wieczorem? - spojrzałem na chłopaka, chwytając w dłoń skrawek bluzki - W sensie, jest to ognisko i w sumie bym poszedł, ale jesteś jedyną osobą jaką tu poznałem, a z tym okiem nowych znajomości raczej nie zdobędę - zaśmiałem się, na co chłopak mi zawtórował. Wyższy wzruszył ramionami, dając mi tym samym nadzieję, że pozytywnie rozpatrzy moją prośbę. Nawet się nie zorientowałem kiedy postawiliśmy ostatnie kroki, a nasza podróż zakończyła się pod pokojem z numerem 43.
- No, mam nadzieję, że przez pokój do łóżka dasz radę dojść sam - zaśmiał się na co wysunąłem do przodu dolną wargę.
- Dzięki za wiarę i do, mam nadzieję, wieczora - uśmiechnąłem się do chłopaka po raz ostatni i żegnając go machnięciem ręki, wpełzłem to swojego zacisznego kącika. Pokój przywitał mnie znacznie gorszym bałaganem niż zdawało mi się go zostawić, co przyjąłem z ogromną niechęcią. Fakt, faktem, nie zrobiłem jednak niczego by jakkolwiek poprawić jakość mojego mieszkania i zwyczajnie rzuciłem się na łóżko, biorąc do ręki laptopa.

***

Przysięgam, gdybym miał wybrać jeden z najmniej owocnych dni mojego życia byłby to właśnie ten dzień. Drugi dzień spędzony w akademii. Nie zrobiłem niczego, co mogłoby mi ułatwić szkolne życie, a zbliżająca się godzina dwudziesta uniemożliwiała mi podjęcie jakichkolwiek działań. 
Boże, czemu jestem tak leniwą kupą cielska. Te i podobne myśli towarzyszyły mi w trzecim tego dnia prysznicu, ten w odróżnieniu od poprzednich miał uratować moje skołtunione włosy i doprowadzić je do porządnego stanu. Przeczesałem je na lewo, próbując podnieść nieco do góry i gdy wreszcie uporałem się z oczekiwanym efektem mogłem nacieszyć się nową, zakładaną przez głowę bluzą, która - co śmieszne - pachniała moim, rodzinnym domem. Wsunąłem na siebie brązowy materiał  zgarniając telefon i klucze opuściłem pokój, gotów do wyjścia. Może i miałem nieco inny pomysł na dzisiejszy wieczór, ale skoro nie można mieć wszystkiego... Stanąłem pod drzwiami pokoju starszego chłopaka imieniem Sylvain, po raz piąty w ekranie telefonu sprawdzając czy moja opuchlizna zniknęła (ani trochę, swoją drogą) i coraz bardziej pchałem się w stronę pomysłu by zostać w akademii. Mimo wszystko zapukałem do drzwi chłopaka.


Omg. 
To 
Jest
Najgorsze
Co
Mogłam 
Napisać.
Sylvain?

4.17.2017

Od Leandera CD Sylvaina

Nowa szkoła... Podobno miejsce, w którym możemy zacząć wszystko od nowa, zapomnieć o przeszłości i brnąć w niezdeptane ścieżki nieznanego nam do tej pory życia. Przynajmniej ja miałem takie zamiary, a perspektywa rozwijania swoich talentów w ciszy i spokoju, z dala od otaczającego mnie w Wellington życia była jeszcze bardziej kusząca.
- Mój mały pedałek dorasta - siedzący po mojej prawej stronie Samuel, wyrywając mnie z zamyślenia objął mocno wokół ramion i przyciągając do siebie wytargał skrupulatnie ułożoną fryzurę. Zaparłem się dłońmi, by go od siebie odsunąć, przez co przypadkiem uderzyłem najmłodszego z naszej trójki Daniela w twarz. Ten zirytowany moją niebraterską postawą oddał mi z otwartej dłoni prosto w policzek. W ten sposób doszło ostatniej przez najbliższe pół roku wspólnej bójki... Widziałem wzrok mamy, lekko zamglony z politowaniem wpatrywała się w to, co przez tyle lat było dla niej typowe, to z czego dobrowolnie zrezygnuję.
Może to znowu nie było takie złe, bo za rok najpewniej bym wyłysiał.
- Zostaw moje włosy grubasie! - warknąłem do starszego brata, gdy ten nie zaprzestał tortur jedną ręką ciągnąć mnie za włosy, drugą klepiąc brata po twarzy.
Kochałem ich.
- Jesteśmy na miejscu - rzekł spokojnym głosem ojciec, skorzystałem z okazji i przecisnąwszy się między nogi starszego brata wyskoczyłem na zewnątrz - Obrzydliwe barany - warknąłem trzaskając drzwiami. Wraz z ojcem i plikiem dokumentów, jakie trzymał pod pachą zbliżyliśmy się do bagażnika, z którego wyciągnąłem dwie walizki i sporych rozmiarów plecak.
- Więc jednak to prawda - rzekł z zadumą, przesuwając palcami po delikatnym zaroście - Jedno z moich piskląt wylatuje z gniazda - wydąłem wargi do przodu, patrząc na niego ze swego rodzaju smutkiem, tym samym jaki widziałem w jego oczach.
- Będę tęsknić tato - szepnąłem i odstawiwszy plecak na ziemię ostatni raz wpadłem w ramiona ojca. Ten odwzajemnił mój uścisk i przygładził włosy.
- Do zobaczenia na święta. - uśmiechnął się do mnie ukazując starcze zmarszczki pod oczami. Po jego słowach, jakby to było wcześniej ustalone wysiedli z samochodu moi bracia i matka.
Kobieta przeżywała to najbardziej, widząc jak bardzo się boi, że zrobię sobie krzywdę czułem się jakbym nie szedł do szkoły, a wylatywał na najkrwawszą wojnę w dziejach. Zbliżyła się do mnie, nie kryjąc się za typowym dla mniej uśmiechem i objęła, opierając głowę na moim ramieniu.
- Mój dorosły synek - powiedziała nieco zbyt głośno przykuwając uwagę zebranych w okolicy uczniów.
- Kocham Cię mamo i będę pisać - ucałowałem jej policzek, lekko zirytowany szumem, jaki robiła wokół mojej osoby. Gdy doszło to mojego pożegnania z braćmi poczułem wewnątrz dziwną pustkę. Przez głowę przemknęły mi wszystkie nasze kłótnie i kłopoty jakie sobie nawzajem sprawialiśmy, nie wiem czemu tak strasznie przeżywałem to rozstanie, przecież to tylko kilka miesięcy.
Tylko kto wie... Jak wiele może się zmienić.
Uściskaliśmy się na pożegnanie, zostawili mnie z bluzą Samuela, której zawsze mu zazdrościłem. Uśmiechnąłem się i zabierając resztę bagaży obserwowałem jak białe Audi ginie w morzu drzew obrastających wjazd do Akademii.
- No to witaj szkoło... - mruknąłem do siebie zmierzając w stronę sekretariatu...

 ***
 Bieg do klasy na zajęcia pisarskie był jak bieg na przetrwanie, przerażała mnie perspektywa spóźnienia się na pierwszą lekcję, pierwszego dnia szkoły jednak jak z moim szczęściem bywało dobiegając do drzwi nie zastałem tam nikogo. Wypuściłem ciążące mi na płucach powietrze, dosłownie słysząc świst jaki wydało gdy pokonywało swoją drogę i wparowałem do klasy. Nauczycielka zgromiła mnie wściekłym spojrzeniem i natychmiast przydzieliła do pracy z jednym z uczniów. Spojrzałem przed siebie by ujrzeć swojego towarzysza. Był to ciemnowłosy chłopak o jeszcze ciemniejszych oczach wyższy i zapewne starszy ode mnie nie wyglądał jednak tak strasznie  jaki wydawał mi się na początku.  Zacisnąłem usta w cienką linię, zbierając w sobie nieco odwagi.
Chwila, wróć.
Nie taką znowu cienką.
Zająłem miejsce naprzeciw nastolatka próbując do minimum ograniczyć nasz kontakt wzrokowy.
Nie dało się.
Mój towarzysz jakby kompletnie niespeszony mierzył się ze mną przyjaznym spojrzeniem, obaj oczekiwaliśmy aż ten drugi wykona pierwszy gest.
Serio, Lenader? Właśnie tak masz zamiar rozpocząć naukę w tej szkole? Kompromitując się przed pierwszą napotkaną osobą.
Pokręciłem spokojnie głową, odpowiadając na własne myśli i wyciągnąłem dłoń w jego stronę z szerokim uśmiechem.
- Leander - poszerzyłem wyraz swojej twarzy, a głos z tyłu mojej głowy uświadomił mi, że przestało wyglądać to naturalnie.
- Sylvain - uśmiechnął się i uścisną mi dłoń.
- Skoro już się wszyscy znamy, może przejdziemy do zajęć - oznajmiła nauczycielka, głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Cóż, ja i ona.... Na pewno się nie polubimy.
Wszyscy zgodnie i jakby ze strachu wsadzili nosy w zeszyty przed nimi kończąc rozmowę ze swoim partnerem. Rozejrzałem się po speszonych twarzach wymieniając spojrzenie z jakąś blondynką na końcu sali, uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i wróciła do gapienia się w kartkę. - Tak lepiej - rzekła chłodno nauczycielka - Jak wiecie, wspaniałymi poetami nikt nie kierował, to prawda, robili oni dzieła pod zamówienie, ale ich najwspanialsze teksty swe źródło miały w otwartych na życie i otaczającą ich rzeczywistość. Tak więc i ja nie chcę was ograniczać, nie mogę pozwolić by kryterium zacieśniało waszą twórczość, tak więc chcę sprawdzić co wam w duszach gra - przez jej twarz przemknął uśmieszek, nieco przyjaźniejszy niż ten jakim obdarzała nas do tej pory - Ale jest was zbyt wiele więc dobierając się w pary, macie napisać wiersz. Nic prostszego, prawda? - zrobiła zamach swoimi długimi włosami i odwróciła się do nas tyłem, a większość męskiej grupy podążyła za nią wzrokiem. Wróciłem spojrzeniem do chłopaka, z którym przez najbliższe dni mam dzielić się swoimi pomysłami i twórczością.
- To śmieszne - jęknąłem zdenerwowany - Jak mam stworzyć coś z kimś, kogo widzę pierwszy raz w życiu - ściągnąłem brwi splatając ze sobą palce swoich dłoni. Sylvain jakby kompletnie nieprzejęty zaistniałą sytuacją uśmiechnął się pod nosem.
- Może właśnie o to chodzi? Zacząć coś nowego z ludźmi, o których nie ma się pojęcia, w miejscu, które zwiedza się pierwszy raz - wzruszył ramionami jakby pewien swoich słów, które... Podziałały. Wypuściłem powietrze z płuc, a świstowi wydmuchiwanemu powietrzu towarzyszył stukot butów, chwilę po tym dziewczyna, jaka wcześniej przyglądała się naszej dwójce opadła na wolne krzesło przy stoliku, cóż już jej nie lubiłem.
- Cześć - uśmiechnęła się szeroko - Emilly Rasbend, przewodnicząca szkoły poprzedniego roku - przedstawiła się wyciągając rękę najpierw do ciemnowłosego, potem do mnie - Pomyślałam, że potrzebujecie kogoś kto oprowadzi was po szkole - zaśmiałem się w myślach, was, a niemal rozbierała wzrokiem mojego towarzysza. Pokręciłem przecząco głową wymieniając z chłopakiem znaczące spojrzenia, skoro on też był tu nowy, to no cóż... Niedługo będzie o nim naprawdę głośno. Wyłączyłem się z rozmowy między dwojgiem uczniów siedzących obok i skupiłem na rzędzie książek, do których miał dostęp mój wzrok. Ustawiona półka naprzeciw mnie prezentowała chyba same tytuły fantastyczne, od najbardziej znanych takich jak Harry Potter, Igrzyska Śmierci czy Wiedźmin po tytuły, które odeszły w zapomnienie lub niedocenione nigdy nie okryły się sławą.
- Ej słyszysz mnie? - ktoś pstryknął palcami tuż przed moimi oczyma odbierając chwilę prywatności, którą dziwnym trafem udało mi się wyłuskać wśród panującego tu bałaganu.
- Co? Poszła już? - rozejrzałem się dookoła doszukując się blond, idealnie wyprostowanej czupryny, nic jednak takiego nie przyciągnęło mojego wzroku - Przepraszam, zamyśliłem się - prychnąłem cichym śmiechem przesuwając palcami po zmęczonej twarzy - Widzę, pierwszy dzień, a Ty już podbijasz tę szkołę i najbardziej popularne dziewczyny - poruszyłem brwiami przed chłopakiem sięgając po opasły tom poezji przede mną, zacząłem przekartkowywać poszczególne strony doszukując się inspiracji w najsłynniejszych poetach świata...
- No wiesz, trzeba mieć to coś - zaśmiał się, teatralnie zakładając nogę na nogę. Posłałem mu wesoły uśmiech i zerknąłem na nauczycielkę, która z rozanielonym wyrazem twarzy prowadziła zażartą konwersację wraz z dwoma, zapewne pilnymi uczennicami.
- Masz na to jakiś pomysł? - cholera, kompletnie nie wiedziałem jak z nim rozmawiać, czułem, że podczas trwania tej lekcji zdążyłem się kompletnie skompromitować, na siłę próbując wyłapać chociażby minimum rozmowy z chłopakiem, dzięki Bogu uratował mnie dzwonek.
- Wiesz, nie bardzo, ale jeśli chcesz, możesz przyjść dzisiaj do mnie wieczorem i spróbujemy na coś wpaść - zaproponował, na co od razu się zgodziłem, nie zdążyłem jednak nawet spytać, który zajmuje pokój bo ciemnowłosy po raz kolejny został pociągnięty do rozmowy z blondynką...
Cóż, każdego dopada ta szkolna miłość
***
Gdyby tak podsumować ten dzień, to w sumie nie było tak źle jak myślałem, co prawda moje kontakty międzyludzkie ograniczyły się to zwykłego przedstawienia i mało zabawnych uwag na temat mojego imienia, ale cóż... Nie ma tego złego, nauczyciele mili, szkoła niesamowita i klasa sympatyczna.
Czego chcieć więcej?
Może na przykład drogi do pokoju Sylvaina?
Błądząc po szkolnym korytarzu zacząłem szukać czegokolwiek co mogłoby mnie doprowadzić na miejsce gdy zorientowałem się, że nad każdymi drzwiami jest mała tabliczka z przyczepionym do niej imieniem i nazwiskiem zamieszkującego.
Strzeliłem się z otwartej dłoni w czoło, przykuwając uwagę błąkających się po korytarzu uczniów i ruszyłem doszukując się odpowiedniego nazwiska.
Albo chociaż imienia...
Metodą prób i błędów znalazłem się pod odpowiednimi drzwiami i doprowadzając stan notatnika jak i wylatujących z niego kartek do porządku, zapukałem do drzwi.
Cichy jęk.
Odrzucenie koca.
Szurające kroki.
Spał.
- Obudziłem Cię? - spytałem zamiast powitania. Chłopak pokręcił przecząco głową by za chwilę rzec:
- Nie, znaczy padłem, nie wiem kiedy, ale to dobrze, że już jesteś, wejdź - machnął na mnie ręką zatapiając się w mroku pokoju, który sam za chwilę oświetlił. Mój wzrok w pierwszej kolejności padł na aparat i porozwieszane dookoła fotografie, czyli mam przed sobą duszę artysty. Zacisnąłem wargi wracając spojrzeniem do chłopaka, ciemne oczy wpatrywały się we mnie.
- To... Gdzie zamierzamy szukać inspiracji?

Sylvain?
Wiem, że wiele nie ruszyłam, ale już wiem co dalej xd

4.09.2017

Leander Narcyz Leitte

 https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/69/03/2e/69032e02d930092cacecfe9a7248aa48.jpghttps://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/6d/60/86/6d60867bc5db5b01ca1cb375a4141e53.jpg

Imię: Leander Narcyz, ludzie mają zwyczaj zwracać się do niego przy użyciu drugiego imienia, bądź "Leoś"
Nazwisko: Leitte
Pochodzenie: Wellington, Nowa Zelandia
Wiek: chłopak liczy sobie już siedemnaście, dumnych wiosen.
Orientacja: Biseksualny
Głos: KLIK
Pokój: 43
Aparycja: 
Leander? Tak, znam go, tej twarzy nie zapomina się zbyt łatwo. Ciekawe, że o niego pytasz, jest dość interesujący...
Spójrz na niego, wpatrz się w te ogromne oczy. Czy ów świecidełka nie przypominają Ci nieba, wypełnionego błyskawicami, które tylko czekają by je uwolnić. Otoczony milionem rzęs wieczny błysk w oczach zdaje się otaczać dobrocią i radością. Widzisz to? Widzisz tę uroczą niewinność? Może nam obojgu się wydaje, a sam Leander ukrył wielkie tajemnice w przykuwającym uwagę łgarstwie.
Image result for manu rios style
Ah, spójrz na jego wargi, są dziwnie nienaturalnej wielkości i jakby blade. Sądzisz, że poddawał je jakimś operacjom? Zdecydowanie wykraczają poza normy, uwierz sam mam ochotę go o to spytać, ale chyba nie wypada. Co mówisz? Tak, masz rację, jego kości policzkowe są doprawdy urocze, zwłaszcza, że wystarczy byle podmuch wiatru by pojawiły się na nich rumieńce. Jednak przyjrzyj się dokładniej, ta męska, wymodelowana szczęka nie bardzo do niego pasuje, prawda? Ma przez to lekko zapadnięte policzki. I ten uroczy, lekko zadarty nosek.
To wszystko zapada w pamięć, nieprawdaż?
Można by rzec twarz genialnego modela, wziąć go tylko na wybieg.
Wziąć... gdyby nie wzrost. Biedak, nie może poszczycić się ani wspaniałą budową, ani niesamowitym wzrostem. Przyznasz mi chyba rację, iż jest to zwyczajny chudzielec mający zaledwie 165 centymetrów wzrostu. Tak, tak doskonale to ująłeś, jego sflaczała postura jest dość przeciętna, cóż... Przynajmniej się nie garbi. Poza tym podobają Ci się jego ubrania? Bo osobiście sądzę, że są zwyczajne, niezbyt przesadzone, ale zawsze na topie.
Przeuroczy chłopaczek, nie uważasz?
Charakter: 
Wygląd, wyglądem, on przemija, ale charakter... Jeśli masz nadal masz ochotę zagłębiać się w temat Narcyza przygotuj się na prawdziwą kolejkę górską...
 Nie wiem od czego zacząć, może na wstępie wspomnę o jego strachu do pająków? Wiąże się z tym wiele zabawny historii, których chyba nie przytoczę bo zawsze na ów anegdotki reaguje agresją, tak, tak jest bardzo porywczy.
Mówisz... Wcale na takiego nie wygląda? Wiesz, też tak sądzę, jednak nie ocenia się książki po okładce, chłopak jest bardzo wybuchowy. Czasem jest to agresja kompletnie nieuzasadniona, musisz wiedzieć, że naprawdę nie lubi kiedy ktoś próbuje wtrącić się w jego sprawy, lub co gorsza wpłynąć na podejmowane decyzje. Wie, że jako dorosły człowiek ma za zadanie brać odpowiedzialność za swoją osobę, więc na wszelki wypadek i dla własnego dobra po prostu nie wchodź mu w drogę.
Możesz powtórzyć?
Znalezione obrazy dla zapytania manu rios gifO nie... Nie bój się, nie jest złym człowiekiem. Z Narcyzem łączy go tylko imię, pomaga innym jak może i jeśli naprawdę się zaangażuje odłoży na bok swoje sprawy, które jak sam twierdzi są zbyt przyziemne w obliczu cierpień ludzkich. To nie urocze, że ten mały nerwus ma w sobie tyle dobra? Tak, też myślę, że któraś z jego stron jest na pokaz, ale nikt jeszcze nie poznał go na tyle by dociec, która.
Nadal nie jesteś przekonany? Co by tu jeszcze... Oh, no tak! Jak już go sobie upodobasz, to nie bój się, Leandera cieszą zwyczajne błahostki, co więcej jest on prawdziwym romantykiem. Uwielbia wiersze, długie spacery późną porą, piękne kwiaty i samotne popołudnia z książką. Uwierz, wiele mu do szczęścia nie potrzeba zabierz go wieczorem przed szkolny budynek, kiedy to nadchodząca noc zlewa się ze słonecznym światłem otaczając półmrokiem całą ciemię, będzie zachwycony.
Oh! Muszę Cię jeszcze uprzedzić.
Jeśli kiedykolwiek naszła by Cię ochota, by umawiać się z tym młodzieńcem na spotkanie, najlepiej przestaw mu zegarek, do punktualnych nie należy, z cudem graniczy pojawienie się na czas. Jednak nie złość się na niego zbyt mocno, bo mimo, iż masz rację, jest on nazbyt irytujący to miłości opieki jaką roztacza nad swoimi bliskimi nie znajdziesz zbyt łatwo. Leanderto chłopak, z którym z całą pewnością nie będziesz się nudzić nieprzerwanym potokiem słów potrafi godzinami rozprawiać na każdy temat, nieważne czy ma o nim jakiekolwiek pojęcie
Dobrze, dobrze, starczy już wystarczająco został obgadany, przestańmy nim się obrazi.
Partner: Leoś do niedawna żył w szczęśliwym związku z genialną przyszłością, teraz? Po prostu przemilczmy ten temat.
Rodzina: Hahaha! No tak, jego rodzinka to zabawny twór, o którym musisz wiedzieć. Jeśli kiedykolwiek postanowisz przestąpić próg jego Nowozelandzkiego domu czeka Cię istny armagedon. Krewnych ma doprawdy idealnych, nie da się z nimi nudzić~
Jego matka to Anna Leitte, z panieńskiego Nowakowska. Prawniczka. Kobieta piękna, silna, zaradna i wiecznie uśmiechnięta. W swoją rodzinę przeniosła wiele z polskiej kultury łącząc w jednym budynku dwa różne światy. To ona, kobieta o niebywałym głosie wprowadziła chłopaka w artystyczny świat
Leokadia Nowakowska to babcia Narcyza, ona nadała mu drugie imię po walczącym na wojnie pradziadku. Istna, wypełniona torpedą energia o świetnym poczuciu humoru i niewątpliwym talencie kucharskim. Teraz pewnie sądzisz, że o jego ojcu przytoczę poruszającą historię pełną bólu, po którym nie mogli się wygrzebać. Nie, nie. Noah to ogromnej sławy lekarz, kochający rodzinę ojciec, mąż i zięć. Wzór do naśladowania Leandera, który nadal wierzy, że w przyszłości będzie jak on. Żeby się nie rozlewać zbyt nad perypetiami rodzinnymi Leittów wspomnę jeszcze, że ma dwóch braci, o dwa lata starszego Samulea i rok młodszego Daniela, między którymi nadal dochodzi do błahych sporów.
Zajęcia: Gra na instrumencie *gitara klasyczna*,  pisarstwo, wokal
Zainteresowania: Leander to burza energii, której wszędzie jest pełno. Jego zainteresowania wiecznie się zmieniają, przeskakuje z kwiatka na kwiatek, z książki do filmów, z malarstwa do fotografii, z architektury do krajobrazu nie mogąc znaleźć niczego dla siebie. Jedynie jego poezja i gitara są nieodłącznym elementem życia młodego Narcyza.
Inne: 
*Panicznie boi się pająków,
*Kiedy był młodszy przegrał pewien zakład. Ostatni dzień w Wellington spędził biegając od sklepu do sklepu z turbanem na głowie, gdzie wrzucał plecak by następnie poddać się szaleńczej ucieczce wraz z innymi obecnymi. Dzięki Bogu, nikt o tym nie wie,
*Przeczytał całą Trylogię, Henryka Sienkiewicza,
*Nienawidzi słowa kwadrat,
*Zawsze się spóźnia, nawet dzień swoich urodzin przedłużył o dwa tygodnie.
Kontakt: Ingenium