Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hayden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hayden. Pokaż wszystkie posty

8.14.2017

Od Haydena CD Briana

Niesamowite, jak bardzo człowiek może tęsknić. 

Leżąc w łóżku chłopaka, ciężko było mi oprzeć się wrażeniu, że go tutaj nie ma. Pościel, chociaż dopiero co zmieniana zdążyła przesiąknąć zapachem chłopaka, uświadamiając mi dobitniej, jak bardzo go potrzebuję. Ostatni raz przekręciłem się na drugi bok, w głowie odtwarzając kojący śpiew ukochanego chłopaka. Ciężko było mi zrozumieć fakt, że rozstaliśmy się po raz kolejny, a wszystko we mnie niemal krzyczało, że o czymś nie wiem, a cały wyjazd Briana, zwyczajnie się źle skończy. Złapałem zachłannie dłońmi poduszkę i ostatni raz przekręciłem się na drugą stronę, oddając się ciemności i wszechogarniającej ciszy.
~*~
Niesamowite jak trudna może okazać się egzystencja bez jednej osoby u boku. Tak wiele zmian w nasze życie wprowadza fakt, że u naszego boku jest ta osoba, która szarej rzeczywistości nadaje największy sens i najpiękniejsze barwy.
Bez Briana i w pełni świadomy jego nieobecności, czułem się pusty. Po tak długiej rozłące naprawdę, ponad wszystko chciałem mieć go dla siebie, a nie po raz kolejny liczyć się z faktem, że jest tak daleko. Pierwsze objawy samotności udało mi się odczuć przy śniadaniu kiedy to ze szklanką soku przysłuchiwałem się rozmowie znajomych osób oczekując pytania, które padło z ust czarnowłosego chłopaka.
- A gdzie Brian? - zerknąłem na niego kątem oka, odwracając uwagę od pomarańczowej cieczy. No właśnie, dobre pytanie... Skąd miałem wiedzieć gdzie był Brian? Przecież na pewno nie jechałby do domu by więcej czasu spędzić z mamą. Zagryzłem wargi, nie mogąc zmusić nawet kącików ust by te uniosły się w górę.
- U rodziny - mruknąłem i ponownie nawiązałem kontakt wzrokowy z grupą, nie wiem czemu, ale kompletnie nie chciałem z nimi rozmawiać, już na pewno nie o jasnowłosym, kiedy go przy mnie nie ma.
Przytłaczająca samotność dawała mi we znaki do końca dnia, brak sensu w egzystencji i towarzyszące temu uczucie niepokoju sprawiło, że nawet podczas zajęć wokalnych nie umiałem skupić się na niczym innym niż wracanie myślą do jasnowłosego chłopaka, który w tym momencie tak wiele kilometrów ode mnie brną w sprawy, pewnie nawet nie wiem jak bardzo niebezpieczne. Wlepiałem puste spojrzenie w kartkę, próbując nakreślić na nich jakiekolwiek zdania, a targające mną uczucia i myśli powracające do słów chłopaka. Jak mógł wątpić, że go kocham?


                                 Szukając odpowiedzi, wiedziałem przez cały czas,                                                że zagubiłem się,

Wszyscy spadamy w dół

Nie byłem mądrzejszy niż ten, którym się stałem

Stoję sam, załamany

Wszystko co mam to ostatnia szansa,

nie zamierzam się od ciebie odwrócić

Weź moją dłoń,
Pociągnij mnie w dół
Jeśli Ty upadniesz, to ja też,
Nie mogę ocalić tego, co z ciebie pozostało
Zaśpiewaj coś nowego,
nie mam nic
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie...
Nie ma nic do stracenia, 
Ta walka nigdy nie skończy się
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie...
Pochłoń mnie i odciągnij,
wiem, że nie pozostało już nic
Ból tak znany i bliski sercu,
nie więcej, nie mniej, nie zapomnę
Chodź jeszcze niżej, ocal siebie,
nie mogę znaleźć drogi do Ciebie
I nie mogę znieść spojrzenia prawdzie w oczy.
Zaśpiewaj coś nowego,
nie mam nic
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie..
Nie ma nic do stracenia, 
Ta walka nigdy nie skończy się
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie...
Chciałem wybaczyć, 
próbując zapomnieć.
Nie zostawiaj mnie tu znowu,
Jestem z Tobą na zawsze, do końca.
Zaśpiewaj coś nowego,
nie mam nic
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie.
Nie ma nic do stracenia, 
ta walka nigdy się nie skończy,
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie...
Trzymając rękę, która ciągnie mnie w dół,
wybaczam Ci, zapomnę Ci do końca
Trzymając rękę, która ciągnie mnie w dół,
wybaczam Ci, zapomnę Ci do końca...
*Breakin Benjamin- Without you.

Poczułem, jak niechciana łza spływa po moim policzku, a zaraz za nią następne, na bladej skórze zaczęły znaczyć ciemne, mokre ślady, przycisnąłem kartkę do klatki piersiowej próbując zebrać myśli.
Co tak przeżywałem?
No tak... Brian nie wiedział czy go kocham.
Jak mogłem być dla niego tak okropny, by zwątpił w moją miłość? Nieprzyjemny ból rozszedł się po mojej klatce piersiowej, przez co mocniej podkuliłem kolana, próbując chociażby udawać, że słucham nauczyciela, którego wykład akurat, nie był wyjątkowo porywający. Siedziałem więc tak na zmianę ponownie to bijąc się z myślami, to wystukując tylko mi znany rytm długopisem, o blat biurka. Koniec końców ostatnią minutę przed dzwonkiem poświęciłem na wysłanie sms'a Brianowi, by tylko przypomnieć mu o tym jak bardzo go kocham. To mnie też uratowało i pozwoliło przetrwać do końca lekcji. Zadowolony z siebie i z zamiarem opuszczenia sali lekcyjnej ruszyłem w stronę wyjścia, zatrzymany jednak przez nauczyciela, który zmierzywszy mnie troskliwym spojrzeniem, wciąż próbował utrzymać profesorską powagę.
- Hayden, wszystko dobrze? Czemu Briana ciągle nie ma w szkole? - zwróciwszy uwagę na fakt, że pod nieobecność mego ukochanego, to właśnie ja zostałem spytany o jej powód, zrobiło mi się naprawdę miło.
Co jednak miałem odpowiedzieć nauczycielowi, by nie pogłębić dołu, w jaki wpadł Azjata?
- Czy on zostanie wyrzucony? Jeśli wróci za trzy dni? 
- Staram się jak mogę, nie chcę by szkoła straciła tak wspaniałego ucznia, jakim jest Brian, ale spójrzmy prawdzie w oczy, nawet nie zdążyłby przepisać wszystkich zeszytów by nadrobić jakiekolwiek zaległości.
- A czy to by wystarczyło? - nauczyciel spojrzał na mnie i z politowaniem zgasił narastającą we mnie nadzieję.
- Nie... Jednak na pewno bardzo pomoże - zmarszczyłem brwi na te wyprane z pozytywizmu słowa. Skinąłem jedynie głową i nie czekając na dalsze rozwiązanie tematu, zwyczajnie opuściłem szkolną salę.
- A dokąd to? - niski i znajomy głos przyciągnął moją uwagę, a chude palce ścisnęły moje ramie. Obejrzałem się za siebie, próbując przypomnieć sobie z kim mam do czynienia.
Te długie białe włosy...
Chuda sylwetka...
Sine, zielone oczy.
- Aron? - uniosłem pytająco brwi, przyglądając się chłopakowi. Jego i tak blada cera, jakby poszarzała, uwydatniając zapadnięte policzki. Wyglądał znacznie, znacznie gorzej niż gdy go widziałem ostatni raz.
- Widzę cieszysz się na mój powrót tak samo jak wszyscy - mruknął.
Faktycznie.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę od jak dawna chłopak był nieobecny w naszej szkole.
- Co Ci się stało? -  to pytanie kompletnie nie na miejscu, jakby machinalnie padło z moich ust, jednak nie dało się ukryć, że wyglądał on naprawdę źle.
- Pamiętaj Hayden, że wszyscy muszą płacić swoje długi, a Twój chłopak zbyt długo już uciekał - mruknął z przesiąkniętym cynizmem, uśmiechem przyklejonym do twarzy. Kompletnie nie wiedziałem co mój towarzysz miał na myśli, Brian nawet nie zająknął się na temat swojej krótkiej, a jak widać owocnej znajomości z Aronem.
- Ty? Niewiele, poza tym, że zrobiłbyś dla niego wszystko, a mnie potrzebna jest mała przysługa - oblizałem nerwowo wargi przyglądając się bystremu spojrzeniu przede mną. - Spotkaj się ze mną dzisiaj o 23 za szkołą, tam wszystko Ci wyjaśnię - wymruczał głosem niespokojnym, niemal drżącym, który na myśl zdążył mi przywieść jedynie zbliżające się kłopoty.
Westchnąłem ciężko, tocząc walkę ze swoimi myślami, by koniec, końców jedynie machinalnie skinąć głową. Obserwowałem jeszcze przez krótką chwilę jak klatka piersiowa Arona unosi się i opada, a on sam odwraca na pięcie i rusza w głąb ciemnego korytarza, już teraz żałując wszystkich podjętych przeze mnie decyzji. Zamrugałem kilka razy i sam ruszyłem w ślady mojego rozmówcy.
***
Godzina spotkania zbliżała się nieubłaganie, a wraz z nią na moim czole zbierała się coraz większa ilość lepkiej i zimnej substancji. Pot i nerwy zostawiały mokre ślady na moich policzkach, a bieżnia, jakby sama miała dość mojego wysiłku. Idąc więc za jej sugestią wyłączyłem urządzenie, kończąc tym samym swój morderczy trening. Niesiony myślą, że Brian nie byłby zawiedziony gdyby jego chłopak był w odpowiedniej formie, z dumą przyjmowałem ból, jaki witał mnie przy każdym kroku. Ześlizgiwałem się po schodach nerwowym gestem ściągając rękaw koszulki, by po raz kolejny sprawdzić godzinę. 22:44, ekscytacja osaczała mój organizm coraz bardziej i bardziej powodując, że zwykłe spotkanie stawało się dla mnie czymś wyjątkowym.
Nie wiem czy szukałem wrażeń, by choć na chwilę oderwać swoje życie od Briana, czy po prostu ponownie wariowałem, ale lekki powiew przygody, omiatający moją dotychczasową egzystencję był niemal podniecający.
Przemierzyłem wszystkie szkolne korytarze i otworzyłem drzwi zderzając się z zimnym, orzeźwiającym wiatrem. W oczy wpadały mi kosmyki nieułożonych włosów, które po niedawnym farbowaniu wciąż pachniały świeżością. Przesunąłem palcem po ich bieli i niemal biegiem ruszyłem wzdłuż pomalowanych ścian Akademii. Smukła sylwetka wyłoniła się z cienia po kilku minutach drogi, zdawało mi się, że jest jeszcze chudszy niż gdy ostatni raz się widzieliśmy. Posłałem mu uśmiech, którego nie odwzajemnił, a jedynie wyciągnął w moją stronę kościstą dłoń.
- Mamy mało czasu - niemal szepnął bez zbędnego przywitania.
- Do czego.
- Spłacisz jego dług Hayden - zmierzył mnie ostrym spojrzeniem, niemal wypluwając te słowa ze spuchniętych warg - Jakiś gówniarz robi mi tu konkurencję, masz mi pomóc się go pozbyć - jego słowa trzeszczały mi w głowie, przeszkadzając w analizowaniu ich sensu.
- Nie rozumiem... - Aron zrobił w moją stronę nerwowy krok do przodu, a jego dłoń uderzyła w ścianę tuż przy mojej głowie.
- Czego nie rozumiesz? Że sprzedaję prochy i jakiś spierdolony szczeniak kradnie mi klientów? - spojrzał na mnie z wrogością, a w jego oczach szalały iskierki. Rozszerzone źrenice rzucały piorunami, sprawiały, że wyglądał na szalonego i mogłem tylko przypuszczać jak bardzo w tym momencie był naćpany.
Bałem się.
Jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, z tego co zrobiłem i jak ogromne może nieść to konsekwencje.
Czy nie było już za późno?
Przełknąłem głośno ślinę czując jak ciężar między na mi robi się lżejszy, aż wreszcie znika niemal całkowicie, pozwalając mi na wzięcie oddechu.
- Co Brian ma z tym wszystkim wspólnego? - niemal podniosłem głos, błądząc przy granicy wytrzymałości.
- Lepiej dla niego, że sam Ci powie.
- Więc czemu mam Ci pomagać? Równie dobrze możesz kłamać.
- Bo się boisz - jego pewność siebie przytłaczała mnie i złościła jednocześnie. To jak beztrosko poruszał się, widziałem nawet w panującym mroku - Boisz się, że to prawda, że mogę zrobić mu krzywdę. Nawet... - przystawił palec wskazujący do mojej klatki piersiowej - Wiesz, że to prawda - miałem wrażenie, że grunt osuwa mi się spod nóg. W grze, którą do tej pory uznawałem, za niewinny wybryk, Aron rozdawał wszystkie karty. - Choć - ponaglił mnie i nie oczekując reakcji ruszył do przodu.

Stawiałem krok za krokiem, słuchając jak ciężko odbija się on od ścian budynków, mijając trzecią przecznicę kompletnie straciłem pojęcie o naszej lokalizacji i w pełni oddałem się Aronowi, który jak widać świetnie czuł się w tej miej uczęszczanej sferze miasta. Bałem się coraz bardziej. Coś, co na początku miało być dla mnie niewinną zabawą, stało się ogromnym wyzwaniem, którego musiałem się podjąć jeśli faktycznie mógłby zrobić coś Kangowi.
Zbyt wiele wydarzeń zabroniło mi ryzykować kolejne tragedie.
Jego tragedie.
- Nie mogę sobie pozwolić by ktoś wchodził mi w drogę - zaczął swój lament po raz kolejny podczas podróży. Jego monolog trwał i trwał, momentami zdawało mi się, że rozmawia sam ze sobą, a głos w jego głowie udziela, jak najbardziej racjonalnych odpowiedzi. - Dlatego musimy się go pozbyć, zabrali mnie tylko na tydzień, a nowi chcą zająć mój teren - mruczał, za bardzo jednak bałem się odezwać, nie pewien czy na pewno mówi do mnie. - Stój! - niemal krzyknął i chwytając w pięść materiał mojej koszulki, przygwoździł mnie do ściany, nim wyszliśmy za róg. Uścisk dłoni Arona zelżał, a sam mogłem dojrzeć przyczynę nagłej paniki.
Po środku ulicy w latarnianym półmroku majaczyły się 3 postacie. Dwie z nich z kapturami na głowach, przez co nie mogłem rozpoznać żadnych więcej szczegółów i wysoki, blond włosy chłopak o wydatnej szczęce i kościach policzkowych. Posturą jedna z postaci przypominała mi kobietę, jednak moją uwagę bardziej przyciągał przedmiot, który trzymała w ręce.
Broń?
Wzdrygnąłem się gotów wycofać. Nie rozumiałem rzeczy, które miały tu miejsce, jeśli jednak Brian miał z tym coś wspólnego...
- Kiedy odejdą, wkroczysz do akcji. Nie proszę Cię o wiele, podejdź do niego i spytaj, czy ma coś specjalnego. Na pewno będzie wiedział o co chodzi - jasnowłosy chwycił mnie nagle za ramiona i przyciągnął tak, że jego twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko - Masz zdobyć jego zaufanie Hayden, masz wyciągnąć od niego dla kogo pracuje, a potem pomóc mi go zniszczyć, proste, prawda? - nie dał mi jednak szansy na odpowiedź bo zbliżające się do nas kroki jasno dały do zrozumienia, że droga wolna.
Nie wiedziałem co gorsze. Kupno narkotyków, czy kolejna minuta spędzona z tym człowiekiem. Przełknąłem nerwowo ślinę, zaciskając bluzę, którą nieco podsunąłem pod szyję i ruszyłem przed siebie. Chłopak, którego obserwowaliśmy od ostatnich kilku minut, stał oparty o ścianę mierząc mnie ostrym wzrokiem, a ja czułem, jak nerwy podchodzą mi pod gardło. Kilka kroków dzieliło mnie od czegoś... nielegalnego? Sam nie wiedziałem jak nazwać ten żart, ale wrażenie, że właśnie uczestniczę w ukrytej kamerze i za chwilę to wszystko okaże się
Jednym,
Wielkim,
Beznadziejnym
Żartem.
Tak jednak nie było..
Ku przeczącym temu wrażeniom blondyn uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, na co jedyne mocniej przygryzłem wargi.
- Nowy? - spytał jako pierwszy, dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że od kilku minut stoimy przed sobą, jedynie się na siebie patrząc. Jego twarz nie była zmęczona. Wyglądał tak zwyczajnie, że po raz kolejny zwątpiłem w prawdziwość całego zajścia. Uniosłem powieki by spojrzeć w jego oczy, w ich ciemną niebieską barwę, która na swój dziwny sposób, przyciągała.
Pytanie to było kompletnie nieoficjalne, niezobowiązujące, grał. Udawał i był przy tym ostrożny. Jak więc miałem zagrać ja, by dał się nabrać?
Skinąłem jedynie głową, chowając drżące dłonie do kieszeni. Nie wiem czy to, czy mój wygląd wzbudził w nim litość, ale chłopak uśmiechnął się po raz kolejny i machnął ręką, sugerując, bym poszedł za nim. Oczywiście nie odeszliśmy daleko, jedynie za niewielki sklepik gdzie wysoka trawa smagała moje nogi, a powietrze było jakby gęściejsze. - Skąd o mnie wiesz? Tacy jak Ty - ze swego rodzaju pogardą złapał za koniec  mojej bluzy, zmuszając tym samym do zrobienia kroku w jego stronę. - Raczej tu nie zaglądają.
Paraliżujący strach rozlał się po moim ciele, tak, że dosłownie zapomniałem jak się mówi. Powietrze jakby zacisnęło się wokół mojej szyi odbierając mi oddech, chciałem się cofnąć i uciec, gdy nagle twarz mojego rozmówcy ponownie wykrzywiła się w zadowolonym uśmiechu.
- Żartuję - klepnął mnie w ramię - Poznaję takich jak wy, Ci, którzy niby chcą spróbować życia, nie? Ten pierwszy raz i adrenalina, sam przez to przechodziłem - rozluźniony, zacząłem łapać nerwowo powietrze, które paliło moje płuca.
- T-tak, mój przyjaciel powiedział, że tutaj mogę kogoś zastać, a widziałem Cię z tamtymi ludźmi i pomyślałem, że... Ale bałem się zapytać - wydusiłem wszystko na jednym wdechu.
To nie na Twoje nerwy Hayden, masz już dość wrażeń jak na jedno życie.
- Ian - wyciągnął w moją stronę szczupłą dłoń, na której widniał ogromny, fioletowy siniak - Nie pytaj - szepnął, gdy zauważył, jak uważnie się mu przyglądam.
- Hayden - mruknąłem i ścisnąłem kościstą dłoń. Po trwającej dłużej niż to taktowne ciszy, Ian odchrząknął znacząco sięgając do lewej kieszeni swoich spodni.
- W takim razie... Haydenie. Dla takich jak Ty mam coś specjalnego - z jego dłoni dobył się cichy szelest, a malutka torebeczka uwieńczona czerwoną kokardką dosłownie oświetliła otaczający nas mrok.
- Co to takiego? - niemal machinalnie zrobiłem dwa kroki do tyłu, splatając ręce za sobą. W mojej głowie rozlało się wspomnienie śmierci Luhana, co jedynie zmotywowało mnie do działania.
Nie stracę nikogo przez narkotyki.
Nieważne co Brian miał z tym wspólnego, ja to skończę.
Motywując samego siebie wykrzywiłem dłoń w nienaturalnym geście, przejmując od niego folię.
Przecież nie muszę tego brać, mam to tylko zanieść. Drugą dłonią sięgnąłem po portfel, nim jednak moja dłoń musnęła skórzany materiał, Ian zdążył mnie zatrzymać.
- Daj spokój. Jeśli Ci podpasuje, wrócisz po więcej, wtedy się rozliczymy - po tych słowach zniknął. Umknął z mojego pola widzenia tak szybko, że zacząłem zastanawiać się czy na pewno tu był i gdybym dalej nie gniótł białego proszku swoją dygoczącą dłonią, uwierzyłbym, że to halucynacje, a przystojny narkoman nigdy nie zawitał na tę pustą i nagle zwyczajną ulicę.
Schowałem produkt, nieznanego mi pochodzenia do kieszeni i zachowując szczególną ostrożność, wyszedłem na spotkanie z większym złem. Złem, które według zapowiedzi czekało na mnie na końcu ulicy. Złem, przez, które poczułem, że chętnie wróciłbym do swojego poprzedniego towarzysza. Sam Aron jednak, nie zaszczycił mnie nawet jednym słowem, dosłownie wyrywając mi to, co jednak należało do niego i odchodząc, w wiązance przekleństw dając upust swojej nienawiści do świata i ludzi.
Ja sam, błądząc dłuższą chwilę wokół miejsca zdarzenia odnalazłem wreszcie przystanek autobusowy i z zadowoleniem wsiadłem do środka.
Droga do szkoły minęła mi na analizowaniu poziomu swojej głupoty, tym jak bardzo jest ona widoczna kiedy obok mnie nie ma Briana. Nie chciałem go okłamywać, ale jeszcze bardziej nie chciałem go narażać i jedynie fakt, że już jutro będę miał Briana przy sobie odciągał mnie od oczywistego zła w jakie wpadłem.
***
Resztę dnia, tak samo i nocy jak i połowę poranka spędziłem na uzupełnianiu zeszytów Briana, z całych zaległości, chociaż miałem wrażenie, że nie byłem nawet w połowie, pocieszał mnie fakt, że mogę mu jakkolwiek pomóc.
Co chwila wracałem myślami do burzy jasnych włosów, dochodząc do wniosku, że dzisiaj, zajęcia mogę sobie odpuścić. W końcu i tak leżę i płaczę z zaległościami, a moje ambitne plany na dzisiejszy dzień i tak uniemożliwiały mi racjonalne myślenie, a ich przygotowanie zabierało zbyt wiele czasu, poza tym do jego powrotu zostało już kilkanaście godzin, to tak niewiele, a ja umierałem z ogromnej tęsknoty. Zbyt długo go nie było, zbyt długo pozwalałem by ode mnie odchodził i niczego więcej nie pragnąłem tak jak tego, żeby mieć go dla siebie jako mojego chłopaka.
Przez chociaż kilka dni. 
Gdy budzik w pokoju Briana wybił ósmą rano efektownie zerwałem się z zajmowanego do tej pory krzesła przy jego biurku i zleciałem na podłogę, zdzierając przy tym skórę na łokciu. Otarłem obolałe miejsce i zamknąłem otwarte do tej pory zeszyty, po czym nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, dosłownie wybiegłem z pokoju Briana, do swojego, szukając w szafie ubrań, które nadawałby się na dzisiejszy dzień.
Wyjąłem białą koszulkę z kieszonką na piersi, czarne spodnie z dziurami na kolanach i buty typu glany, decydując się koniec końców na najprostszy z możliwych zestawów.
Nie popisujesz się, Hayden.
Z cichym, pełnym zażenowania westchnieniem zgarnąłem przygotowany zestaw i wszedłem do łazienki, decydując się na długą, bo aż dwu godzinną kąpiel, do której doszło blisko czterdziesto-minutowe układanie włosów, przez co na zegarku mogłem ujrzeć piękną, godzinę jedenastą. Każda minuta wydawała mi się ogromnym krokiem w stronę spotkania z ukochanym, na które tak bardzo czekałem. Na zbyt długo musiałem się z nim żegnać, zbyt wiele czasu trzymał mnie w niepewności, nie odpowiadając na moje pytania.
Dlaczego nie wrócił w porę?
Zagryzłem mocno wargi próbując za bardzo nie przejmować się sprawami tak błahymi przy fakcie, że dzisiaj do mnie wróci.
I nie odejdzie.
Nie może.
To zbyt wiele.
Czułem się jak zaplątany w sidła własnych uczuć. Wiedziałem, że nie powinienem się tak zachowywać, trzymać na wodzy swoje pragnienia, ale za każdym razem gdy przypominałem sobie jego ramiona, dające bezpieczeństwo, czy smak ust Briana, jego zapach lub jakakolwiek inna bliskość, jakikolwiek dotyk, wtedy miłość wygrywała nad wszystkim innym, przyćmiewała umysł i spychała resztę uczuć na dalszy plan.
Ponownie opuściłem szkolne mury, kierując się w stronę miasta, a dokładniej znajomego jubilera, który dzisiaj odgrywał kluczową rolę. Chciałem zrobić milowy krok w stronę mojej przyszłości z Brianem, nie pewien, czy on chce tego samego, nie miałem nawet pojęcia czy jakkolwiek wiąże ze mną plany na przyszłość, ale nie dowiem się tego, jeśli nie spróbuję.
Prawda?
Wraz z zamknięciem sklepowych drzwi, zrezygnowałem z jakichkolwiek możliwości wycofania się i zaufaniu oraz szczęściu powierzyłem wszelkie możliwości oraz następne wydarzenia.
Brianie Kang. 
Przygotuj się.
Z uśmiechem na twarzy przemierzałem spokojne, zapracowane ulice przyglądając się ludziom, których przytłaczało ich własne tempo życia. Ja dzisiaj, pierwszy raz od tak wielu lat mogłem żyć chwilą, aktualnym momentem, i cieszyć się z tego jak dziecko z nowej zabawki. Wchodząc do akademii miałem ochotę tańczyć, za każdym razem gdy moja stopa przy kolejnym kroku stykała się ze znajomym dywanem chciałem skakać i rozbawiony tym śmiać się, nie martwiąc o reakcję innych. Wpełzłem do pokoju Briana, ogarniając wzrokiem panujący tam bałagan. Odetchnąłem cicho i zamiarem zabrania się do pracy położyłem na łóżku i wtuliłem w przesiąkniętą jego zapachem pościel, którą momentalnie zwinąłem i odrzuciłem w kąt, gotów do działań. Samo sprzątanie, wiadomo, do najprzyjemniejszych nie należało, ale przynajmniej zajęło mi czas do późnych godzin i uspokoiło myśli. Z ogromną radością przyjąłem więc fakt, że zakończenie mojej ciężkiej pracy, przyniosło początek godzinie dwudziestej i dokańczając odkurzanie pokoju Briana, opuściłem jego pokój, już nawet nie zahaczając o własny. Popędziłem prosto na przystanek, czekając na ostatni autobus, który miał mnie zawieść pod kwiaciarnię. Może i był to przesadzony romantyzm, ale takiego właśnie oczekiwałem, pełnego słodkości powitania, po którym będę mógł go nie wypuszczać od siebie nawet na krok. Oczywiście, za radą i przesądami Nory, wybrałem czerwone tulipany, oznaczać miały miłość i radość ze spotkania.
Nie, nie byłem przesądny, ale uważałem to za urocze.
Na samo lotnisko, zmuszony byłem dojechać taksówką, która to wlokła się niemiłosiernie przez najdłuższe ulice miasta, prosto na lotnisko. Korzystając jednak z okazji zamęczałem kierowcę swoimi planami na najbliższe godziny, ten balansując na granicy wytrzymałości, starał się mi doradzać, doprowadzając do wniosków wyjątkowo oczywistych.
Na koniec zostawiłem starszego mężczyznę z wysokim napiwkiem, pożegnał mnie on ciepłym słowem i równie miłym uśmiechem. Odetchnąłem ciężkim, chłodnym powietrzem, zaciągając się tym typowym dla lotnisk zapachem i dopiero wtedy dotarło do mnie, jak blisko mojego szczęścia jestem. Do dwudziestej drugiej zostało niecałe dziesięć minut, a ruch na lotnisku, jakby robił się bardziej ożywiony. Jak przyjemnie było patrzeć na ludzi, którzy z radością i łzami w oczach, wyczekiwali powrotu bliskiej osoby. Mnie samego powoli nosiło, zmusiłem się więc by choć na chwilę usiedzieć w miejscu, zajmując je obok sporo niższej dziewczyny. Krótkowłosa blondynka zdawała się być tak samo zdenerwowana jak i ja, więc posłałem jej pokrzepiający uśmiech gdy tylko złapaliśmy kontakt wzrokowy. Podtrzymywanie go jednak, żadnemu z nas się nie przysłużyło, więc pierwszy odwróciłem spojrzenie, przyglądając się jej rozdygotanym dłoniom.
- Długa rozłąka? - spytałem, orientując się, że ona również się mi przygląda. Brązowooka uśmiechnęła się, kiwając głową. Nawet w mroku mogłem dostrzec, jak w jej oczach mienią się łzy.
- Moja matka, wygrała z chorobą po trzech miesiącach leczenia - zaczęła opowiadać spoglądając to na mnie, to za szybę - Przepraszam, nie powinnam... 
- Podziwiam Cię, ja nie mogę wytrzymać po kilku dniach - uśmiechnąłem się, ignorując jej speszenie. Podniosłem z siedzenia obok kwiaty, dzieląc je na dwie części - Weź je, ta część jest dla Ciebie, drugą daj mamie i życz jej ode mnie zdrowia - chwyciłem dłoń dziewczyny, podając jej bukiety. Niższa jeszcze szerzej ukazała swoje białe zęby, a policzki okryły się mocnym rumieńcem. Podziękowała mi kila razy i ostrożnie odłożyła prezent.
Minuty mijały, a rozmowa się kleiła, nawet nie zorientowałem się kiedy na wielkiej tablicy przed nami pojawił się napis, informujący, że samolot właśnie wylądował. 
- Przepraszam, muszę iść - niemal krzyknąłem w stronę dziewczyny i nie zwracając na nią uwagi ruszyłem w stronę hali, gdzie za chwilę miał się pojawić Brian. Moje podniecenie rosło z każdym krokiem, zgasło jednak równie szybko, kiedy zamiast jasnowłosego chłopaka, ujrzałem trupa z czarnymi włosami.
Brian, który nie wyglądał jak Brian, sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał upaść, przez chwilę zdawało mi się, że to nie on, że po prostu z kimś go pomyliłem, szkoda, że to nie było możliwe. Zbliżyłem się do tego wraka człowieka, który teraz miałem przed sobą i bez słów wpatrywaliśmy się w siebie.
Nie miałem odwagi go przytulić.
Nie miałem odwagi zrobić czegokolwiek. 
Nie wiedziałem nawet co czułem. Wściekłość? Żal? Współczucie? Moje serce za chwilę jakby miało uciec z klatki piersiowej, pozwalając przy tym łzom wypłynąć na wierzch.
- Hayden... - zaczął, nad wyraz spokojnym i łagodnym głosem, co przerwałem ruchem dłoni. Nie chciałem słuchać jego tłumaczeń, nie chciałem by udowadniał, że jak zawsze lepiej niż ja, wiedział co dla nas lepsze. Nie chciałem nawet na niego patrzeć.
Brian, gdybym mógł Cię znienawidzić.
- Nie odzywaj się, nie teraz, nie każ mi tego znosić - swoją wypowiedź uwieńczyłem gwałtownym haustem powietrza, hamując szloch. Spojrzałem w smutne, ciemne tęczówki, błyszczące w ponurym świetle i ponownie wróciłem do czarnych włosów, próbując z tego bagna wyciągnąć chociaż nić normalności i zwykłego przywitania - Bardzo ładnie Ci w tych włosach, ale mogłeś uprzedzić chociaż do jakiego fryzjera idziesz... Mógł c-coś zepsuć - emocje, które tworzyły we mnie duszący i bolesny armagedon, nie pozwoliły mi na ciepłe powitanie. Mój głos załamał się, a łzy zaczęły atakować twarz. - Daj - mruknąłem, zabierając Kangowi jego walizkę. Nie widziałem wyrazu twarzy Kanadyjczyka, nie byłem w stanie na niego spojrzeć, ale i on milczał, zostawiając najgorsze na później. Spojrzałem na jego szeroką bluzę i spodnie od dresu, które były niemal tak szare jak jego cera, spuchnięte oczy, spękane i drżące wargi oraz nieobecne spojrzenie. Jednocześnie chciałem go pocałować i uderzyć, ale nie pozwoliłem sobie na żadną z tych czynności. Wydawał mi się tak kruchy i delikatny, że powiew wiatru, w stanie będzie mu zrobić krzywdę. Idąc pierwszy wyprowadziłem naszą dwójkę, w między czasie dzwoniąc po taksówkę, która dzięki Bogu czekała na nas niemal przy samym wejściu. Kiedy z pomocą taksówkarza, pakowałem wszystkie rzeczy chłopaka do bagażnika, sam zainteresowany zajął miejsce z tyłu, za kierowcą. Sam usiadłem obok chcąc być równocześnie blisko i daleko od jego osoby. Przykleiłem więc policzek do szyby, przyglądając się obrazowi za oknem, gdy dłoń czarnowłosego okryła moją własną.
Niesamowite, jak szybko dni wyczekiwania i radość spotkania mogą zmienić się w zwykłą, cholerną złość. Czemu po raz kolejny mi nie zaufał, nic nie powiedział, zostawił i sam wpakował w kłopoty, pchając mnie we własne. Zacisnąłem rękę w pięść licząc, że Kanadyjczyk zrozumie i sam się ode mnie odsunie. Ten jedynie mocniej zacisnął dłoń na mojej, nie odpuszczając. Byłem na niego taki wściekły, jak mogłem tak bardzo kochać kogoś, kto tyle przede mną ukrywał? Brian dzielił się ze mną jedynie dobrą stroną swojego życia, a jaki sens ma związek, w którym nie jesteśmy szczerzy wobec siebie?
Skuliłem się sam w sobie, zatrzymując tak natłok myśli. Chciałem postawić w swojej głowie mur oddzielający złość na Briana, od radości z jego powrotu, ale jedyne co z tego miałem to trwające całą drogę poczucie porażki. Z dna jakie wpadłem nie ruszałem się dopóki nie doszliśmy do drzwi, pokoju Briana, chwilę po ich otwarciu, wszystkie, zlepione w jedno emocje, zaczęły rozpadać się kawałek po kawałku by wybuchnąć, gdy ten odezwał się po raz pierwszy.
- Hayden, błagam porozmawiaj ze mną - siadając na łóżku zacisnął dłonie w pięści i chyba po raz pierwszy, naprawdę na mnie spojrzał.
- O czym? Chcesz mi powiedzieć co się stało, kiedy po raz kolejny postanowiłeś zachować się cholerny egoista, zaufać samemu sobie i mieć w dupie fakt, że się o Ciebie, kurwa boję?! Nawet nie wiem po chuj tam pojechałeś! - ostatnią z wypakowywanych koszulek wrzuciłem do wielkiego worka, chcąc wynieś go do prania - Znowu coś przede mną ukryłeś, Brian. Pojechałeś tam, mówiąc, że nie mogę jechać z Tobą bo muszę skończyć szkołę, tak naprawdę stało się coś, o czym nie mam pojęcia, a pewnie najgorszego i tak nie widziałem, oszukałeś mnie... - zamilkłem, mając dość swojego własnego głosu.
- Nie chciałem Cię narażać - mruknął jedynie, mocniej mnie tym denerwując.
- Nie chciałeś?! Nawet nie wiesz co by się stało! Staram się, tak bardzo się staram... - starłem mokry policzek, zasuwając pustą już walizkę. Nie miałem siły na kłótnie, nie z nim, nie gdy był w takim stanie. - Proszę Cię, nie odpowiadaj, nawet się do mnie nie odzywaj - załkałem, zanosząc się własnym płaczem i zbliżyłem do czarnowłosego. - Podnieś się - poprosiłem i sam ściągnąłem z chłopaka bluzę. Moim oczom ukazał się szeroki opatrunek, ze świeżą raną, z której dzięki Bogu nie leciała krew. 
- Przepraszam Cię, nie chciałem, żeby tak to wyglądało, musiałem to skończyć żeby z moją matką wszystko było dobrze - kolejny raz próbował się wytłumaczyć.
- Masz jakieś leki? Antybiotyk? Coś musieli Ci przepisać - mruknąłem, bez pytania zaglądając do jego torby. Mała reklamówka z tabletkami jako pierwsza rzuciła mi się w oczy, więc wyciągnąłem ją, czytając przy tym receptę.
- Leciałeś samolotem, więc nie mogłeś brać leków, czyli te musisz przyjąć teraz, resztę z samego rana, więc masz tu wodę i połknij je - podałem chłopakowi szklankę z trzema małymi proszkami, poprawiając w między czasie jego łóżko, tak, by mógł położyć się spać. - Dasz sobie radę, śpij dzis w dresach, jutro się ewentualnie umyjesz. Dzwoń gdybyś czegoś potrzebował, a Twój telefon jest podłączony do ładowarki. - nie czekając na jego odpowiedź, wyszedłem z pokoju. Wiem, że gdyby teraz się odezwał sam bym nie wytrzymał i z nim został, a tego nie chciałem. Zatrzymałem się za drzwiami, przykładając dłonie do twarzy, oparłem się o ścianę, wydychając głęboko powietrze.
- Jesteś kompletnym idiotą Hayden... Nie marnuj tego, nie trać go, błagam Cię nie rób tego sobie - zagryzłem mocno wargi i odwracając się za siebie, kolejny raz wparowałem do pokoju Briana, który leżał na łóżku odwrócony plecami do mnie. Zignorował fakt, że tu wszedłem więc skorzystałem z okazji i ściągnąłem ubrania, zostając w samych szortach i wślizgnąłem się do łóżka za swoim ukochanym.
- Przepraszam... Wiem, wiem, że chciałeś dla mnie dobrze - ułożyłem dłoń, na jego ramieniu, przytulając twarz do jego pleców, który po chwili zmienił się w niemiły dla policzków bandaż. Kang odwrócił się z cichym jękiem, wplatając dłoń w moje włosy.
- Chciałem Ci tego oszczędzić, chciałem, żebyś był bezpieczny, zawsze chcę - wydmuchał w moje włosy. Delikatnie palcami przejechałem po torsie chłopaka, czując jego uderzającą bliskość, ciemnowłosy spokojnie ułożył dłonie na moich plecach, pozwalając mi przytulić się nieco mocniej. - Tęskniłem za Tobą - te słowa sprawiły, że zachciało mi się płakać. Miałem przy sobie największe szczęście i pewność, że chciał dobrze. 
- Ślicznie Ci w tych włosach, ale ostatni raz poszedłeś do fryzjera beze mnie - ciepłe wargi musnęły moje czoło, noc i na koniec usta, ponawiając tą czynność kilkukrotnie, aż wreszcie dopuścił mnie do głosu - Śpij już, jutro czeka Cię ważny dzień - mruknąłem i odwróciłem się do niego tyłem, zaciskając mocno powieki.
Nienawidzę Cię, Brian.
- Dlaczego? - spytał, ale mu nie odpowiedziałem, pozwoliłem się przytulić, korzystając ze snu, na który tak długo czekałem.



***
Pobudka, mimo wczorajszych wydarzeń należała do najprzyjemniejszych jakie pamiętałem. Ciepły oddech muskający mój policzek i poczucie wyczekiwanego od dawna bezpieczeństwa. Przytuliłem się nieco mocniej do ciepłego ramienia, obserwując jak klatka piersiowa chłopaka unosi się i opada równomiernie. Biały materiał zdawał się poluźnić, co zauważyłem dopiero gdy wyczołgiwałem się z łóżka.
Być może, śniadania do łóżka były przesłodzone, ale to dla mnie typowe i Brian o tym wiedział. Więc udałem się od razu do stołówki, zabierając jedną z niebieskich tacek, na których to wylądowało śniadanie Kanga, które osobiście odpuściłem. Zmierzając ku wyjściu, dostrzegłem w drzwiach znajomą sylwetkę, jego chude dłonie i białe włosy.
Aron.
Przez ten czas kompletnie zapomniałem o jego istnieniu i układzie, który miał wyciągnąć Kanadyjczyka z jego licznych kłopotów. Białowłosy ułożył mi dłoń na ramieniu, która sięgając wysokiej temperatury zdawała się płonąć.
Related image- Za dwa dni masz tam iść rozumiesz, Brian wrócił, ale jeśli piśniesz mu słowo, obaj będziecie skończeni - zacisnąłem jedynie wargi i pokiwałem głową. Nie był to dobry dzień na kłótnie, a wyboru i tak nie miałem. Zrezygnowałem więc z niepotrzebnych kłótni i wróciłem o pokoju ukochanego, gdzie zostawiwszy jedzenie ucałowałem chłopaka w czoło i wyszedłem nim ten zdążył się obudzić. Szybko pognałem do swojego pokoju gotów zacząć przygotowania na dzisiejszy, wyjątkowy dzień. Wyjąłem z szafy ciemne, długie spodnie, czarny podkoszulek, kurtkę w kolorze brudnej zieleni, a na nogi wsunąłem białe adidasy. Włosy, chyba pierwszy raz od dawna zaczesałem na bok i przylizałem używając do tego maski zmiękczającej. 
Pachniała truskawkami. 
Zadowolony z efektu sięgnąłem po leżący na stoliku główny punkt programu, idąc ponownie do Kanga, z którym to zamierzałem spędzić dzisiejszy dzień. Dzięki Bogu chłopak już nie spał, w dość krzywej pozycji kończąc przygotowane wcześniej tosty. Podszedłem bliżej, czołgając się po łóżku w jego stronę, co jedynie wywołało wyczekiwany uśmiech na twarzy chłopaka.
- Cześć - przywitałem się z chłopakiem, muskając wargami jego ciepły policzek. - Tęskniłeś? - spytałem, nie otrzymując jednak żadnej odpowiedzi.
- Czemu nie jesteś na mnie zły? Czemu na mnie nie krzyczysz? - spytał, na co się zastanowiłem.
- Nie chcę, kocham Cię Brian. Ufam Ci. Wiem, że jeśli powinienem wiedzieć, to mi powiesz, poza tym chcę żebyś czuł się ze mną dobrze, nie mogę Cię tak trzymać - przysunąłem się bliżej ramy łóżka, o którą mój chłopak był oparty - Kocham Cię jak nienormalny - zaśmiałem się, na jednak prawdziwe słowa. Brian ułożył dłoń na moim policzku muskając go delikatnie kciukiem.
- Ja Ciebie też - jego wargi musnęły kącik moich ust. Wyglądał tak słabo, że niemal miałem ochotę zrezygnować ze swoich dotychczasowych planów, byłem na nie jednak za bardzo nastawiony. Uśmiechnąłem się do niego, kolejny raz dotykając opatrunku na jego boku.
- Mogę Ci jakoś pomóc? - musnąłem wargami jego kark, lekko go przy tym obejmując.
- Daję radę - uśmiechnął się, sięgając do moich włosów.
- Brian, bo... - zacząłem i przekręciłem się tak by oprzeć głowę na jego nogach - Chciałem Cię dziś gdzieś zabrać, ale jeśli nie czujesz się na siłach, to nie musimy... - wydąłem do przodu dolną wargę, zerkając na niego błagalnie.
- Spokojnie, nie jestem jeszcze umierający - mruknął, jego dłoń, usypiająco muskała moje włosy tak, by ich nie zniszczyć przez co czułem jak odbija się na mnie zmęczenie z ostatnich nocy.
- Nie rób tak, bo odlecę - podniosłem się zerkając na niego. Cały czas coś go martwiło, ale nie mogłem pozwolić sobie teraz na troski, jeśli nie rozweselę go szczerą rozmową, to gestami. - W takim razie zbieraj się i wychodzimy - moje podniecenie rosło z każdą chwilą, a serce łomotało jak oszalałe. Dawno zdążyłem zapomnieć o ogromnej, targającej mną złości. Za bardzo go kochałem. Kang leniwie podniósł się z zajmowanego miejsca i nieco utykając udał się do łazienki, ja w międzyczasie pościeliłem jego łóżko i posprzątałem po śniadaniu, upewniając się po raz tysięczny czy na pewno małe, czarne pudełeczko wciąż warla się po mojej kieszeni. Kiedy tylko czarna czupryna wyłoniła się z łazienki, ruszyłem do drzwi chcąc już opuścić szkolne mury.
- Lavell, uspokój się, podejdź tu - zgodnie z rozkazem zbliżyłem się do ukochanego, który siedział na łóżku, zakładając buty. Gdy tylko zająłem miejsce obok, dłoń Kanadyjczyka, przejechała po moim policzku, a usta złożyły na moich wargach długi pocałunek, potem jeszcze jeden i kolejny. W każdym z nich starałem się oddać ogromną tęsknotę jaką odczuwałem nim wczorajszej nocy mnie nie przytulił. Czas jakby ustał w miejscu, a emocje opadły. Poczułem się jak za pierwszym razem. W tym jednak wypadku, mógłby mnie całować godzinę, a moje myśli i tak co chwila umykały w stronę nadchodzącego wieczoru, nic więc dziwnego, że gdy tylko odsunął się ode mnie zacząłem go ponaglać.
- Jeśli jesteś na siłach, to na początek chciałem Cię zabrać do kina, potem na obiad, ale nie wiem czy to nie za dużo bo...
- Obiecuję, że jeśli coś będzie nie tak, dam Ci znać - tymi słowami uspokoił mnie na dobre i pozwolił zabrać się na przystanek autobusowy. Chciałbym móc wsiąść w samochód i zabrać Kanga na prawdziwą randkę, ale na prawo jazdy nawet nie było mnie stać, a co dopiero na własny samochód. Siedzieliśmy więc tak obok siebie, żaden z nas do końca nie opowiadał o ostatnich dniach, bo nie chciał tym męczyć dzisiejszego. Sobotni poranek zajął nam więc dojazd do samego kina, w którym byliśmy o godzinie dwunastej. Sam film, a dokładniej horror zaczynał się dopiero za pół godziny, nie chciałem jednak męczyć swojego chłopaka i weszliśmy od razu na salę, zyskując w ten sposób chwilę dla siebie.
Co do samego filmu, to nawet nie wiem czy był straszny, bo ani przed, ani w trakcie, czy też po seansie, nie mogłem oderwać od niego wzorku, sam zaangażowany w historię nie zwracał na mnie większej uwagi, ale szczególnie mi to nie zawadzało, chciałem jedynie by dobrze się bawił.
Równo o piętnastej światła w sali kinowej zapaliły się na dobre. Podniosłem się pierwszy z zajmowanego miejsca, pomagając starszemu założyć kurtkę jak i w miarę bezboleśnie zejść po schodach. Oczywiście sam Kang co chwila jęczał, że przecież potrafi chodzić, ale jakie jego gadanie teraz miało znaczenie? Chwyciłem dłoń mężczyzny, zerkając na niego kątem oka, kiedy to opuszczaliśmy budynek, zmierzając tym razem w stronę taksówki, która stała już na parkingu, żałowałem, że na ten pomysł nie wpadłem nieco wcześniej, nie ma jednak tego złego. Szliśmy w milczeniu, raz na jakiś czas padały z naszej strony jakieś niezobowiązujące zdania.  
Nie było mnie w każdym razie stać na rozwinięcie tematu, bo mój zawinięty w supeł język współgrał ze ściśniętym żołądkiem i suchym gardłem, w którym ciążyła ogromna gula.  Miałem wrażenie, że cały zalewam się potem i wyglądam jak kałuża własnych nerwów i gdyby nie beztroska mina Briana, pewien byłbym, że właśnie tonę.
- Gotowy na atrakcję dnia? - spytałem, otwierając mu drzwi i dopiero gdy ciemnooki zajął miejsce, wślizgnąłem się tuż obok, podając kierowcy adres.
- Jesteś kompletnym wariatem - zaśmiał się, chwytając przy tym moją dłoń. Ten mały gest sprawił, że jeszcze większy gorąc rozlał się po moim ciele i do końca podróży, nie pisnąłem nawet słowa.
***
- Pan Hayden Lavell? - spytał ubrany na biało mężczyzna, przyglądając się zapisanej kartce papieru. Skinąłem głową, pokazując mu swój dowód osobisty. Wyraźnie zdezorientowany Brian, przyglądał się tej samej restauracji, do której zabrałem go na pierwszą, prawdziwą randkę.
- Co Ty kombinujesz? - spytał, gdy brodaty pracownik gestem ręki wpuścił nas do środka. Pusta sala natychmiast pobudziła Kanga, gdy ten zorientował się co się dzieje. - Proszę, powiedz, że nie wynająłeś całej sali... Przecież to musiało kosztować majątek. 
- Czy ja wiem... - mruknąłem w zamyśleniu - Nie zajmuj się tym, zgoda? Mam nadzieję, że było warto - uśmiechnąłem się do niego znacząco, prowadząc w stronę stolika. W międzyczasie jeszcze trzy razy spytałem, czy na pewno dobrze się czuje oraz podałem odpowiednie proszki.
No to zaczynamy zabawę.
Przeglądając kartę dań zacząłem zastanawiać się czy to nie za szybko, czy mnie nie odrzuci, co jeśli mnie wyśmieje? Obawy, niczym woda, zalały mnie z każdej strony, łapiąc w swe sidła i dusząc, a walka z nimi nie miała żadnego sensu. Poddałem się więc zżerającym mnie od rana nerwom i już nawet nie ukrywałem, że mam ochotę zwrócić jedzenie z całego tygodnia.
- Wybrałeś już coś? - głos Briana omiótł mnie całego, na co gwałtownie zadrżałem. Moje kolano boleśnie odbiło się od stołu, zrzucając przy tym widelec i nóż. 
- Cz-czekaj, już podniosę - mój głos drżał jakby ktoś nim właśnie potrząsał, a niezdarność weszła na najwyższy poziom.
Kulminacyjny moment ataku paniki miał miejsce, gdy próbowałem się podnieść, a moje biodro uderzając o krzesło, wysunęło ze spodni czarne, miękkie pudełko, które przetoczyło się po podłodze i zatrzymało niemal pod stopami Briana. 
Spanikowanym chwyciłem je w obie dłonie, ale było już za późno, chłopak wpatrywał się we mnie pytającym spojrzeniem, a ja westchnąłem cicho, skupiając swoje spojrzenie na dywanie.
- To nie tak miało wyglądać... - jęknąłem, czując jak całe moje zażenowanie, zbiera się w policzkach, zamienionych w dwa pomidory.
- Możesz mi powiedzieć, po co tak naprawdę to wszystko? - Kang chwycił moją dłoń, pomagając mi tym samym wrócić do pozycji siedzącej. Zatrzymałem się więc na podłodze tuż przed nim, próbując zebrać myśli i uświadomić sobie przynajmniej, jak się oddycha.
- Bo ja... - zacząłem dukać. - Pocałuj mnie - bardziej poprosiłem, niż rozkazałem, ale chłopak nie wydawał się z tego powodu w jakiś sposób zawiedziony. Z uśmiechem złapał w dłonie moje policzki i przyciągnął do siebie, całując dosłownie sztywne wargi. 
- Spokojnie, przecież jestem tu tylko ja.
Właśnie Hay, spokojnie.
Po prostu to powiedz.
- Pamiętasz, co mówiłeś, zanim wyjechałeś? Że nie wiesz, czy możesz ze mną być, że się boisz i... Bardzo długo myślałem nad tym, jak Ci to udowodnić, jak pokazać Ci, że jesteś tym jedynym i jak widzisz, nic nie wymyśliłem - prychnąłem, przechodząc do pozycji klęczącej - Mogę Ci to jedynie powiedzieć. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Przez moją głupotę, od razu wpadłeś w kłopoty, wystarczył mi jeden dzień, by zamienić Twoje życie w koszmar i zabrać przyjaciela, nie chciałem wszystkiego zepsuć, byłeś jedną z pierwszych osób jakie tu poznałem i bardzo zależało mi, żebyś mnie polubił, ale byłem chory i pewny, że ktoś taki jak Ty nigdy nie zwróci na mnie uwagi. Po raz pierwszy poczułem, że komuś naprawdę na mnie zależy kiedy powiedziałeś, że mi pomożesz, a jak mnie pocałowałeś, wiedziałem, że chcę Cię kochać tak jak chociażby moi ojcowie siebie nawzajem, tylko, że cały czas wszystko psułem i kiedy już wszyscy ludzie ode mnie odeszli, Ty zostałeś - starłem niesforną łzę, która postanowiła wyjść na zewnątrz i kontynuowałem - Powoli pokazałeś mi jak walczyć o samego siebie, pokazałeś mi co to troska i miłość i pozwoliłeś pokochać samego siebie, jako jedyny dotrzymałeś słowa i wyciągnąłeś mnie z bagna w jakie wpadłem, dając mi najpiękniejsze chwile mojego życia. Kiedy Cię przy mnie nie było wszystko dosłownie straciło sens, w niczym nie odnajdywałem szczęścia bo bez Ciebie wszystko było bezwartościowe. Teraz, klęcząc przed Tobą jak kompletny idiota, nie wiem co powiedzieć bo wszystko zepsułem. Nie proszę Cię więc byśmy się pobrali, ale chcę byś dalej złośliwie budził mnie każdego ranka, chcę móc dalej spać z Tobą w jednym łóżku, chcę żebyś dalej mnie całował i przytulał, chcę żebyś pozwolił mi się rozpieszczać i chcę byś zrozumiał, że nie możesz ode mnie odejść bo stracę jedyny skarb i całe szczęście jakie mam. Codziennie rano dajesz mi powody do życia i sprawiasz, że chcę od niego więcej. Kocham Cię jak nigdy nikogo i chcę kochać tylko Ciebie, bo tylko przy Tobie jestem szczęśliwy. - załkałem cicho, nie hamując już łez, które lały się po mojej twarzy i niezdarnie uchyliłem wieko, podsuwając pierścionek w jego stronę - Proszę Cię, żebyś go wziął, jeśli to zrobisz, chcę żebyś pamiętał, że nieważne jak, ani kiedy będę przy Tobie. Jeśli go weźmiesz pamiętaj jak bardzo Cię kocham i błagam nigdy więcej mnie nie zostawiaj - przejechałem ręką po twarzy, próbując nie utonąć we własnych łzach - Kocham Cię, chcę żebyś był kimś więcej niż tylko moim chłopakiem, bo tak naprawdę, jesteś wszystkim co masz i... błagam zgódź się, zanim się uduszę.

Brian?
BRIAN?
B R I A N?
B
R
I
A
N
?

5.15.2017

Od Haydena CD Briana

Brian, jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.

Ciężko mi było uwierzyć w to, co się działo. Odczuwałem tak wiele niesamowitych emocji: radość, strach, wstyd, miłość, dziwna zależność, której nie umiałem wyjaśnić i troska. To poczucie bezpieczeństwa, prawdziwej rodzinnej przynależności, której szukanie, zajęło mi prawie osiemnaście lat. Spokój, jaki gościł w moim sercu od wczorajszego popołudnia, nienaruszony przez żadne codzienne rozterki sprawiał, że chciałem więcej. Tak bardzo pragnąłem zatrzymać przy sobie na zawsze każdą, umykającą nam wspólnie minutę, w każdej z nich dostrzegać jego piękno. Ten szeroki uśmiech, który opromieniał cały mój świat za każdym razem, gdy gościł na jego twarzy. Był niepowtarzalny, każdy dzień chciałem zaczynać właśnie od niego i ze świadomością, że chociaż w minimalnym stopniu mogę chwalić się innym, że jestem tego przyczyną. Każdy dzień chciałem zaczynać, witając jego zamglone, ciemne spojrzenie. Brązowe tęczówki patrzące na mnie, o spojrzeniu wyjątkowo czystym i najszczerszym, jakie widziałem, ukrywał w nich wszystkie emocje, tym samym jakby otwierając je przede mną. Chociaż nadal nie wiedziałem czemu, dlaczego to właśnie mi pozwolił się tak dobrze poznawać, jestem pewien, że nie przestanę i chociaż czuję się, jakbym znał go od wielu lat, każdego dnia, inną część Briana odkrywałem na nowo, chociaż każdego dnia kochałem tak samo mocno, bo czy da się bardziej? Codzienność obok niego była wspaniałym upływem sekund, minut, dni, tygodni, miesięcy i... mam nadzieję, że lat.
Całego życia nie wystarczy mi, by go poznać.
Całego życia nie wystarczy mi, by go kochać.
Całego życia nie wystarczy mi w jego obecności,
ale całe życie u jego boku sprawi, że będę szczęśliwy.

Gdybym mógł, całemu światu opowiedziałbym o tym, że mam rodzinę, każdego dnia poświęcał godziny, by opowiedzieć, jak bardzo jestem szczęśliwy, odbierałbym im życie, by mówić, że ich kocham.
Brian Kang, zwyczajny mężczyzna, niektórzy by powiedzieli, że to facet jakich wielu. Może to i prawda... Jednak dla całego świata mógł być tylko zapomnianą częścią ich egzystencji, którego, spotkawszy, natychmiast wymazali z pamięci, dla mnie? Znaczył coś więcej niż wszystko.
Tyle lat przeżyłem, trwając w przekonaniu, że nie ma obietnic do spełnienia, a szczęśliwe zakończenia występują tylko w bajkach, które nie mają większego znaczenia niżeli tylko zadowolić publiczność.
Jednak będąc z nim, przy nim i dla niego widziałem sens w każdej jego przysiędze, proste i zwykłe obiecuję, miało większe znaczenie niż prawdziwe dotrzymanie słowa i chociaż znałem go tak krótko, wiele razy wyobrażałem sobie ten moment, kiedy pokryty już siwizną wciąż pielęgnując swoje marniejące, stare włosy, będę mógł chwycić jego dłoń i powiedzieć, że byłem szczęśliwy, że dał mi wszystko, czego chciałem i nawet gdybym mógł, nie zamieniłbym lat z nim na cokolwiek innego.
Teraz?
Mogłem cieszyć się świadomością, iż w gronie rodziny, ze mną i co ważniejsze u boku swojej matki jest człowiekiem, który z radością patrzy na zbliżającą się chwilę i nie martwi się o przyszłość.
Kochałem go.
Kochałem go jak nikogo innego, najmocniej.

***

- Na pewno chcesz ze mną iść? Nie będę ciągać Cię po mieście, kiedy jest tu Twoja mama - wciąż wilgotnymi dłońmi splotłem nasze palce, gdy Brian chwycił moje ręce, przerywając zmywanie. Przynajmniej w ten sposób, mogłem odwdzięczyć się jego rodzicielce za przygotowanie wspaniałego śniadania. Ciszę, jaka między nami zapanowała, przerywał jedynie dźwięk kropel, które rozchlapywały się uderzając o naczynia. Z niedokręconego kranu, woda wydobywała się z dość dużą intensywnością, drażniąc moje myśli. Kąciki ust starszego uniosły się w słodkim uśmiechu gdy zrobił krok w moją stronę tak, by nasze klatki piersiowe się stykały. Z cichym westchnięciem złożył łaskoczący pocałunek na linii mojej szczęki.
- Przecież nie jestem tu tylko dla niej, mieliśmy spędzać czas we dwójkę - spojrzałem z uśmiechem na tego gadułę, który zawsze wiedział jak mnie rozczulić i przytuliłem go mocno, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi, a do moich nozdrzy wdarł się przyjemny, słodki zapach. Zaciągnąłem się nim, korzystając z chwili samotności. Mama Briana była wspaniałą kobietą i chyba właśnie z tego powodu bałem się przy niej otworzyć, nawet jeśli Brian nigdy nie miał z tym problemu. Nic dziwnego, głupi.
https://68.media.tumblr.com/bd904ecf5ea80606fae509649cbfee72/tumblr_oaateoE11U1um3tdio1_500.gif- Przepraszam, za tego przyjaciela - zmarszczyłem brwi, dmuchając w skórę chłopaka ciepłym powietrzem - Nie wiedziałem, że tak zareaguje i nie chciałem ryzykować - nie odpowiedział. Zniżył głowę sięgając do moich ust, które z początku jedynie muskając, złączył w ciepłym pocałunku. Lubiłem je, lubiłem to, że za każdym razem gdy był tak blisko miałem ochotę się uśmiechać, trzymać go blisko i trwać tak do końca. Starszy wsunął dłoń w moje włosy, delikatnie drapiąc skórę głowy. Odczuwalne dreszcze pomknęły po moich plecach, kiedy Brian, jedyna osoba, która ostatnimi czasy miała do tego prawo, atakował moje włosy chłodną dłonią. Złapałem go mocno za koszulę, ciągnąc w swoją stronę, nie chciałem, by się odsunął i gdyby nie kroki, które dały nam obojgu do zrozumienia, że kobieta za moment przestąpi kuchenne progi, nie pozwoliłbym mu na to. Wypuściłem chłopaka z objęć i kompletnie speszony uciekłem spojrzeniem gdzieś w bok, wracając do ponownego mycia naczyń, jakby ich nagle samych ubyło. Cichy śmiech Briana opromienił pokój, gdy ciemnowłosa postawiła pierwsze kroki w naszą stronę. Jakby na złość Kang zbliżył się do mojej osoby i przytulając się do moich pleców, sprawił, że poczułem się jeszcze bardziej niezręcznie.
- Męczysz chłopaka, biedaczek zaraz spłonie ze wstydu — poklepała syna po ramieniu, przelewając szalę goryczy. Rumieniec, jaki oblał mój policzek, zaczął boleć, więc pewien byłem, że cała moja twarz wygląda jak kwadratowy, soczysty pomidor. Chciałem powiedzieć, że nie jest tak źle jednak wargi, które zaczęły mi się sprzeciwiać, przepuszczały tylko niewyraźne sylaby. Brian roześmiał się wesoło, ostatni raz pocałował w kark i wracając do równie rozbawionej matki, zostawił mnie z szorowaną od dziesięciu minut miską.
- Zaraz wychodzimy, dasz sobie radę sama? - starszy chwycił dłoń swojej matki, patrząc w jej oczy. Ukłucie zazdrości, które od początku gościło w moim sercu, teraz stało się jakby bardziej odczuwalne. Prawdę mówiąc, jakkolwiek nie cieszyłbym się z ich spotkania, naprawdę zazdrościłem Brianowi jego matki, tej prawdziwej matki, która urodziła go, wychowała i kochała miłością tak czystą, piękną i bezwarunkową, że nawet ja nie byłbym w stanie obdarzyć nią chłopaka.
- Dam, jeśli przyniesiesz mi to ze sklepu — zerknąłem z ukosa na dwójkę zebranych, obserwując, jak mama podaje swojemu synowi długą listę zakupów.
- Jak chcesz, to mogę to zrobić - szybko chwyciłem się ostatniej deski ratunku, która wybawi mnie od pół godzinnej egzystencji z mamą Briana, przebywanie sam na sam z rodzicielką mojego ukochanego zdawało mi się być naprawdę krępujące. Chłopak przejechał dłonią po moich włosach z szerokim uśmiechem i cichym chichotem — Zajmę się tym, jeszcze pamiętam, gdzie jest sklep - zacisnąłem usta w cienką linię, kiedy Kang nie czekając na moją reakcję, ruszył z miejsca i pożegnał nas trzaśnięciem drzwiami. Odchrząknąłem znacząco, próbując uciec wzrokiem od kobiety, która wczoraj wraz z własnym synem stwierdziła, że powinienem zwracać się do niej jak do własnej rodzicielki. Chyba właśnie z tego powodu czułem się jeszcze bardziej niezręcznie. Czarnowłosa zbliżyła się do mnie, a jej subtelna, kobieca dłoń wylądowała na moim ramieniu.
- Hayden, wszystko dobrze? - uśmiechnęła się do mnie promiennie, ukazując dwa rzędy śnieżnobiałych zębów. Skinąłem głową, wycierając mokre ręce o jeden z papierowych ręczników — Wiesz, że Cię nie zjem? - zaśmiała się cicho, jej głos był przyjemny dla ucha.
- Wiem — tylko na tyle było mnie stać.
 - Brian wydaje się być z Tobą szczęśliwy — odwróciła się do mnie przodem i oparła o kuchenny blat. Lekki rumieniec wkradł się na moje policzki, przywołując wspomnienia wczorajszej nocy.
- Chciałbym, żeby tak było — spuściłem wzrok. Słowa kobiety przyniosły mi swego rodzaju ulgę, nieraz się nad tym zastanawiałem, wielokrotnie chciałem zapytać, czy tak jest i jeśli nie, to czy jestem w stanie to zmienić.
- A Ty? - spytała nagle, zbijając mnie z tropu — Jesteś szczęśliwy? - jej pytanie wydawało mi się kompletnie nielogiczne, banalne i retoryczne. Niepotrzebne. Czy byłem szczęśliwy? Co to w ogóle za słowo? Niby takie proste, ale chyba żaden nawet poetycki potok nie wyraziłby tego, jak bardzo cieszyłem się, że go mam.
- Oczywiście, że tak — tym razem nie kryłem szerokiego uśmiechu. Wyszczerzyłem zęby w stronę kobiety, która tym pytanie stopiła wszelkie dzielące nas lody i zdobyła moje serce i zaufanie. Jej uśmiech kompletnie mnie rozczulił. Ciemnooka postawiła kilka kroków w moją stronę, pozwalając mi się przytulić. Jej ciepłe dłonie spoczęły na moich ramionach, oblewając mnie dziwnym uczuciem. Jakby znajomy podmuch otulił moje ciało i sprawił, że zatęskniłem za prawdziwą, matczyną bliskością. Za nieskalaną żadnymi prośbami troską, która sprawiała, że czułeś się kochany mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Po osiemnastu latach, kiedy niczym czterolatek zaciskałem kurczowo dłonie na białym materiale eleganckiej koszuli, zdałem sobie sprawę, że oddałbym wiele by choć przez jeden dzień, móc nacieszyć się obecnością swojej prawdziwej mamy, spojrzeć jej w oczy i najszczerzej jak umiem, powiedzieć, że ją kocham. Brian miał ogromne szczęście i coraz bardziej rozumiałem to, dlaczego od początku tak bardzo mu zazdroszczę. Pojedyncze łzy spływały po moich policzkach, wolno zamieniając się w niemal szloch, dopiero gdy mokre krople zaczęły znaczyć ślady na plecach kobiety, zmusiłem się by oderwać się od źródła ciepła jakim mnie obdarowała.
- Przepraszam — pociągnąłem nosem, zewnętrzną częścią nadgarstka wycierając mokre i zmęczone powieki — Poniosło mnie — zmusiłem się, by wykrzywić usta w bolesnym grymasie.
- Nigdy wcześniej nie miałeś mamy, prawda? - wcześniej to słowo sprawiło, że jeszcze bardziej zachciało mi się płakać. Pokręciłem przecząco głową.
- Chyba nigdy wcześniej nie użyłem tego słowa — moje ramiona gwałtownie uniosły się i opadły hamując szloch, który próbując wydostać się na zewnątrz wprawiał mój organizm w spazmy.
- Więc — zaczęła, stając koło mnie. Tak samo, jak i ja oparła się o jedną z szafek i wystukując jakiś rytm zaczęła szukać odpowiednich słów by wyrazić swoje intencje - Będzie mi bardzo miło, jeśli będę mogła być pierwszą kobietą, która to od Ciebie usłyszy — może mi się zdawało, może amok, w jaki wpadłem kompletnie odebrał mi racjonalne myślenie, ale mógłbym przysiąc, że w ciemnych oczach zalśniły łzy. Gwałtownie oderwałem plecy od ciemnego mebla, chwytając spracowane dłonie w swoje własne.
- Brian ma ogromne szczęście, że p... Że Cię ma, mamo — ostatnie słowo wypowiedziałem tak jakbym właśnie przekazywał kobiecie swój największy skarb, choć tak naprawdę to ona przez dwadzieścia dwa lata opiekowała się osobą, która teraz była najważniejsza dla mnie, więc polemizowałbym kto, komu ów skarb przekazuje. Niszcząc przyjemną, rodzinną atmosferę zbliżyłem się do lodówki i nie oczekując odpowiedzi Azjatki wyjąłem z lodówki sok, a z szafki obok dwie szklanki, z których jedną, po napełnieniu, podałem kobiecie.
- Dziękuję — dosłownie w tym samym momencie, gdy wzięła ode mnie szkło, podmuch wiatru omiótł nasze kostki i przemykając w głąb domu, dał do zrozumienia, że ktoś otworzył drzwi. Jako pierwszy odłożyłem szklankę i ruszając na powitanie ukochanego chłopaka przejąłem od niego torby z zakupami, które wyniosłem do kuchni, nie miałem zamiaru przerywać Brianowi rozmowy z matką. Wypakowałem wszystkie rzeczy, odpowiednie zamieszczając w lodówce, by resztę zostawić na stole na wypadek gdyby kobieta nie mogła ich znaleźć. Uśmiechnąłem się na widok głównie spożywczych produktów, które kojarzyły mi właśnie z Brianem. Dziwnie czułem się z faktem, że ktoś zna go tak dobrze. Niepewnym krokiem przebyłem odległość dzielącą stół od drzwi, by po ich uchyleniu ujrzeć dwójkę ludzi, kompletnie pogrążonych rozmową.
- Brian... - zacząłem, opuszkami palców muskając ramię chłopaka. Ciepło z jego obojczyka przeszyło moją dłoń, na krótką chwilę, jakby ktoś potraktował mnie prądem, oderwała od rzeczywistości umykające mi myśli. Korzystając z trwającej kilka sekund własnej nieuwagi obserwowałem jak pełne uczucia oczy chłopaka zwracają się w moją stronę, a na bladej twarzy zagościł uśmiech, który chciałem widzieć ciągle, ten uśmiech, który wypełniony radością i szczęściem opromieniał każdy mój dzień, czyniąc go jeszcze lepszym — To idziemy? - z większą pewnością siebie, mając na uwadze czujne spojrzenie drobnej postaci po mojej lewej stronie, chwyciłem jego dłoń. Kang, który na początku jakby zaskoczony zwrócił wzrok na nasze splecione palce skinął jedynie głową, a uroczy wyraz jego twarzy poszerzał się coraz bardziej by wreszcie odwróciwszy się do mnie tyłem, pociągnął w stronę schodów.
- Co to za zmiana? - głos Briana rozszedł się po pokoju, który wspólnie dzieliliśmy. Wzrokiem pełnym niezrozumienia zlustrowałem chłopaka, wzruszając ramionami. - Wziąłeś mnie za rękę, przy mojej mamie - udając oburzenie przyłożył sobie teatralnie dłoń do czoła - Nie wiem, co ona sobie teraz pomyśli, mój przyjacielu — pokręcił przecząco głową, kończąc tym samym swój monolog. Zaśmiałem się, zbliżając do starszego, który jakby przeczuwając moje zamiary chwycił moje dłonie i zarzucił sobie na ramiona. Objąłem go nieco mocniej wokół szyi, likwidując jakąkolwiek dzielącą nas odległość. Przez stykające się klatki piersiowe mogłem poświęcić chwilę, by zauważyć jak jego oddech przyśpiesza przed każdym pocałunkiem. Brian jednak zawodząc moje oczekiwania musnął wargami moje czoło i powieki, oblewając serce, jeszcze większym ciepłem. Znacznie mocniej pochwyciłem jego ciało, wtulając się w nie i zsuwając ręce po jego barkach delikatnie przejechałem dłońmi po okrytych przez materiał koszulki plecach.
- Kocham Cię — szepnąłem, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Dopiero wyznając mu swoje uczucia zdałem sobie sprawę jak rzadko to robię, a przecież powinienem nieprzerwanie mówić o tym jak wiele dla mnie znaczy, ile zmienił w moim życiu, którego jest najważniejszą częścią. Wiedziałem co chcę zrobić by mu to udowodnić, jednak hamowany strachem przed odmową, wciąż odkładałem to w czasie. Przejechałem kciukiem po ciepłej skórze, oczekując odpowiedzi, Kang jednak ciągle milcząc zaniepokoił mnie na tyle bym uniósł wzrok na jego twarz.
- Brian? - niepewność w moim głosie, załamała go nim zdążyłem wypowiedzieć chociażby imię ukochanego. Azjata jedynie roześmiał się w odpowiedzi, kręcąc głową.
- Wybacz, byłem ciekaw Twojej reakcji - potargał moje włosy czym doprowadził mnie mnie na skraj irytacji. Zabrałem jego dłoń i robiąc gwałtowny krok w tył zrezygnowałem z jego bliskości.
- Nie dotykaj ich — burknąłem obrażony, choć sam nie wiedziałem o co. Starszy, jakby nieco zdezorientowany podjął próbę ugody, zbliżając się do mnie.
- Teraz nagle postanowiłeś obrażać się o swoje włosy? - widziałem wypisane na jego twarzy zażenowanie, co jedynie bardziej mnie rozjuszyło. Patrząc na Briana czułem się jak byk, który wpatruje się w czerwoną płachtę, gotów zaatakować przeciwnika.
- Zawsze się o nie obrażałem — odfuknąłem, gwałtownie odwracając głowę. Próbowałem wyzbyć się złych emocji i uspokoić jednak byłem wściekły. Dosłownie. Nie tylko dlatego, że dotykał moich włosów, ale z samego faktu, że zignorował coś dla mnie tak ważnego, obracając to w żart. Brian obrócił się na pięcie, jego plecy unosiły się i opadały, łapiąc gwałtowne hausty powietrza, przez które próbował powstrzymać napad złości.
- No jakoś do tej pory Ci to nie przeszkadzało — mruknął, dalej pozwalając mi wyładowywać kumulujące się pokłady agresji.
- Bo to by nic nie zmieniło i tak byś to robił, zawsze robisz co chcesz - zmrużyłem oczy, mierząc go wrogim spojrzeniem. Chłopak w kompletnym niezrozumieniu uniósł dłonie w obronnym geście.
- Jeśli Ci aż tak na tym zależy to mogę w ogóle przestać się do Ciebie odzywać - niemal podniósł głos, uciekając spojrzeniem w przeciwną stronę.
- No i dobrze - zacisnąłem dłonie w pięści, podchodząc do szafy w tylko mi wiadomym celu. Otworzyłem biały mebel, przyglądając się stercie rozwieszonych tam wczoraj ubrań. Milczenie ze strony chłopaka dało mi we znaki i mimo własnej prośby poczułem przykrą pustkę. Lekko zmartwiony, wychyliłem nos zza szafy, przyglądając się sylwetce, która do tej pory siedząc spokojnie na łóżku poderwała się nagle z miejsca.
- Jesteś niemożliwy, kłócisz się ze mną, ale nawet nie powiesz o co... - urwał nagle, jednak nie pozwolił mi się wtrącić. - Czy Ty na pewno jesteś facetem? - to był ten moment, kiedy nasz spór powoli zbliżał się do rękoczynów. Trzasnąłem drzwiami, zamykając tym samym szafę i wysunąłem oskarżycielsko palec w jego stronę.
- Dupek — warknąłem, kiedy jednak nie dał za wygraną, ten sam palec przesunąłem w stronę drzwi — Wyjdź stąd, najlepiej wyjdź z mojego domu — opanowałem podniesiony głos. Zgodnie z moim życzeniem Kang przeszedł przez cały pokój i rzucając mi ostatnie, pełne złości spojrzenie, zamknął z impetem drzwi. Dźwięk uderzania drewna o framugę, szybko doprowadził mnie do porządku, ściągając umysł na swoje miejsce. Zdałem sobie w tym momencie sprawę, że właśnie pokłóciłem się z Brianem. Moim ukochanym, jedynym i najcudowniejszym Brianem, który w tym momencie opuszczał ten budynek. Potrząsnąłem głową i gdy pierwsze emocje opadły ruszyłem w jego ślady. Omal nie zabiłem się na schodach próbując złapać Kanadyjczyka, nim ten zejdzie z pagórka, na którym dom był postawiony.
- Poczekaj — rzuciłem błagalnie w stronę oddalającej się postaci, ta jednak zignorowała mnie i opuściła posesję, przechodząc przez prowadzącą do niej bramę. Wypuściłem powietrze z płuc, z zażenowaniem zauważając, że nasze role się odwróciły i teraz to on zachowywał się jak dziecko. Wsunąłem ręce w rękawy bluzy, którą ściągnąłem z wieszaka i zbiegłem po ścieżce prowadzącej prosto do mojego chłopaka, który, dzięki Bogu, zatrzymał się kawałek za bramą. - Brian — niemal szepnąłem — Nie idź — chłopak, który nadal stał odwrócony do mnie tyłem zdawał się być kompletnie nieczułym na moje wołania, więc chwyciłem go za rękę i zmusiłem, by obrócił się w moją stronę.
- Kazałeś mi wyjść — mruknął, jednak widziałem, że wrogi wyraz twarz zaczął znikać ustępując swego rodzaju uldze.
- Nieprawda, nie wiem, co mi strzeliło, nie gniewaj się — zacząłem przepraszać, brzmiąc jak dziecko, które właśnie pierwszy raz stłukło swojej mamie wazon z kwiatami. Objąłem swojego chłopaka wokół szyi i przyciągnąłem do siebie, zamykając w szczelnym uścisku. Jasnowłosy odetchnął spokojnie i odwzajemnił uścisk, wypełniając ogromną ulgą moje serce.
- Moja wredna baba z okresem — skwitował całe zajście i zgodnie z jego przyczyną, zatopił dłonie w moich miękkich włosach. - Idziemy? - odsunął mnie od siebie na kilka centymetrów, nadal pozwalając trzymać swoją ciepłą dłoń. Skinąłem głową i poprowadziłem chłopaka prosto na przystanek autobusowy.

***

Siedząc przy oknie, oglądałem umykający mi krajobraz. Tak wiele wspomnień przemykało mi przez głowę, gdy przejeżdżaliśmy przez ulice, przez które przechodziłem miliony razy, jeszcze kilka miesięcy temu. Tętniące życiem budynki, a w nich znajome twarze. Ci sami sprzedawcy, obsługujący tych samych klientów robiących te same zakupy. Rutyna tej ulicy była piękna, jakby życie w niej zatrzymało się na jednym dniu i powtarzało codziennie przez co to właśnie ten fragment całego miasta zapadał w pamięć najbardziej. W oddali już widziałem stosunkowo nowe bloki, przyciągające uwagę nietypowymi kolorami i ładną okolicą. Zdawać by się mogło, że jest to jedna z bezpieczniejszych przystani, jakie dziś odwiedzimy, choć prawda była nieco inna.
- Chodź, wysiadamy — ponownie chwyciłem dłoń chłopaka. Liczyłem, że jego bliskość pomoże mi przygotować się na spotkanie z prawdą.
Prawdą, która nie uległa zmianie od wielu, wielu lat.
- Gdzie jesteśmy? - spytał w końcu Brian, gdy prowadząc go wgłąb osiedla zacząłem kierować się w stronę tej jednej, wyjątkowej klatki schodowej.
- W miejscu, w którym się urodziłem — uśmiechnąłem się, gula w moim gardle rosła z każdą chwilą. Borykając się ze znajomym uczuciem troski i bezradności szedłem na walkę z przeszłością, na którą prawdę mówiąc, nie byłem gotów.
- Hayden — Kang zatrzymał mnie w połowie drogi do drzwi i zmusił bym stanął z nim twarzą w twarz. - Jeśli nie chcesz, nie musisz tam iść — jego dłoń powędrowała do mojego policzka, który w zetknięciu z nią, zapłoną rumieńcem, Kanadyjczyk przesunął kciukiem po mojej twarzy tuż pod okiem, jakby doszukiwał się tam spływających łez.
- Ukrywasz coś przede mną? - czysto retoryczne pytanie, a jednak się spiął.
- Oczywiście, że nie — uśmiechnął się, jednak jakby nieszczerze. Może chodziło o ojca, o którym nigdy nie chciał rozmawiać, może o coś zupełnie innego co uznał za nieistotny wątek ze swojego życia, jednak jego słowa wystarczyły, bym uwierzył, że wiem wszystko, co wiedzieć jednak powinienem.
- Ja też nie chcę, a sam do tego domu nigdy nie wejdę — uśmiechnąłem się, jakbym właśnie próbował go pocieszyć, chociaż sam czułem się kompletnie zagubiony. Po raz kolejny splotłem nasz palce, bałem się, a nawet więcej, byłem przerażony spotkaniem z tym miejscem. - Wiesz, że nadal mam do niego klucze? Nikt nigdy nie był nim zainteresowany, właściciel budynku przestał zaprzątać sobie głowę, zresztą to chciałby mieszkać w tym miejscu — po raz kolejny chwyciłem dłoń chłopaka i razem z nim ruszyłem ku górze, ku przeszłości, gotów na wszystko, co mogę tam zastać. - Nora przychodziła tutaj raz w tygodniu, ewentualnie sprzątaczka, od jej śmierci nikt tam nie zaglądał i dbała o to, by płacić czynsz — mruknąłem, przechodziliśmy obok tych samych drzwi, mijany obraz zlewał się w jedno, jedyną różnicę stanowiły nazwiska, brnęliśmy tak, mijając różne mieszkania, głosy, lub zwykłą ciszę aż dostaliśmy się na ostatnie piętro, a naszym oczom ukazało się nazwisko „Blake". Bez słowa, nie patrząc na Kanga, wyjąłem z kieszeni klucze i próbując ukryć drżenie rąk wcelowałem w zamek. Dłonie chłopaka zacisnęły się na moich bokach, a usta musnęły miejsce z tyłu głowy. Sam chwyciłem dłonie starszego i otuliwszy się nimi, nieco pokracznie wciągnąłem chłopaka do środka. Mieszkanie, mimo wielotygodniowej nieobecności wciąż pachniało czystością. Niezmieniony zamek utwierdzał mnie w tym, że ktoś jednak musiał tu przychodzić, kolejnym tego dowodem był brak kurzu na klamkach. Może to sprzątaczka Nory postanowiła wprowadzić się tu po jej śmierci? Rozejrzałem się po domu, szukając jakiegoś potwierdzenia swoich teorii.
- Marta i jej córka tu mieszkają — wywnioskowałem, patrząc na zdjęcie dwóch kobiet zawieszone na ścianie. Jedna z nich, zaledwie pięcioletnia dziewczynka, kurczowo trzymająca się uśmiechniętej kobiety, która nie wiedzieć czemu cieszyła się życiem, mimo tylu przeciwności. - To dobrze, że znalazły sobie kąt po śmierci Nory...
- Więc możemy tu być? - przerwał mi, na co przewróciłem oczyma.
- Tak, możemy. Chodź — skinąłem głową, kierując się w stronę sypialni. Moje serce z każdą chwilą biło coraz mocniej, a w głowie kotłowały się myśli, z których nie mogłem wyłapać nic więcej poza żalem do własnych ojców, żalem o to, że nie żyją. Dłonią na ślepo doszukałem się włącznika światła, który rozjaśnił pokój. Pomieszczenie zachowało swoją pierwotną formę, razem z zawieszonymi na ścianach zdjęciami. Może nie pamiętałem zbyt wielu szczegółów, ale to, że również mieli obsesję na ich punkcie, było aż zbyt oczywiste.
Patrząc na fotografię można było wywnioskować, że wiedli naprawdę wspaniałe życie. Na każdym zdjęciu blondyn i brunet, uśmiechnięci od ucha do ucha, na każdym kolejnym jakby coraz bardziej zakochani.
- Jesteś do niego podobny — mruknął Brian, sięgając po jedno ze zdjęć gdzie cała nasza trójka spędzała wakacje nad morzem.
Ostatnie wakacje.
- Tak. - uśmiechnąłem się, nie mówiąc nic więcej i wziąłem do ręki fotografię. Faktycznie dorosły ja i Klaus, bo tak miał na imię mój biologiczny ojciec, wyglądaliśmy jak dwie krople wody. Spojrzałem na Briana, który zaciekawionym spojrzeniem ogarniał pokój i idąc w jego ślady, opadłem na miękkie łóżko — Nie chcę stąd iść - schowałem twarz w dłoniach próbując uciec przed ciężarem całej sytuacji. Kang położył się koło mnie, na co w odpowiedzi ułożyłem głowę gdzieś na jego torsie, pozwalając jego dłoniom sunąć po moich włosach, policzku i karku.
Po mojej głowie cały czas błąkał się fakt, że kilkanaście lat temu w ten sam sposób leżała tutaj dwójka, zupełnie innych mężczyzn, ale tak samo mocno w sobie zakochanych. Spędzali każdą noc, zasypiając w swoich ramionach, pozwalając na ciepłe słowa, pełne uczuć spojrzenia i najszczersze wyznania, tutaj się żegnali każdej nocy i witali następnego ranka, by wspólnie przeżyć cały dzień.
- Też tak chcę — mruknąłem, wodząc opuszkami palców po żebrach chłopaka.
- Hmm? - mruknął niewyraźnie. Widocznie Brian w moim milczeniu znalazł dobry moment, by przysnąć.
- Chcę żyć tak jak oni — kontynuowałem, nie pewien, czy mnie słucha — Każdego dnia móc witać Cię rano i patrzeć jak spełniasz marzenia, jak robisz to, co kochasz. Chciałbym codziennie słuchać, jak śpiewasz wiedząc, że to Twoje uzależnienie i krzyczeć na Ciebie, że wystarczy mi słuchanie Twoich prób do kolejnych, coraz większych występów, chociaż nigdy bym nie miał dość i... - ciche, ledwie słyszalne pociągnięcie nosem wyrwało mnie z krainy marzeń i twardo sprowadziło na ziemię. Uniosłem zatroskane spojrzenie, stykając je z twarzą, po której spłynęła jedna, pojedyncza łza, szybko starta przez chude palce. Chciałem spytać, czy wszystko dobrze, ten jednak przekręcił się na drugą stronę i prześlizgnął się przez łóżko, by zawisnąć nade mną i złączyć nasze usta w gwałtownym pocałunku. Gdy jego wargi zaatakowały moje, poczułem tęsknotę za jego bliskością, więc chwyciłem brzegi koszuli Kanga, ciągnąc w swoją stronę tak, że ten zniżył się delikatnie, likwidując dzielącą nas odległość.
- Hayden — moje imię wyszeptał tak nagle, że nawet nie zdążyłem się zorientować, kiedy odsunął się ode mnie, przerywając pocałunek — Kocham Cię — wymruczał i jakby zmęczony opadł twarzą tuż obok mojej szyi, zatapiając w pościeli targające nim emocje. Nie powiedział nic więcej, ja jednak nic innego nie chciałem słyszeć. Za każdym razem, gdy wypowiadał te słowa, zyskiwałem nową pewność o swoją przyszłość. Nie. O naszą przyszłość.
Za nic w świecie nie chciałem psuć tej chwili, pragnąłem zostać w jego ramionach jeszcze przez wiele, wiele godzin, jednak późna godzina zmotywowała mnie do działania.
- Brian... Wracajmy.
***
Oprowadzając Briana po najczarniejszych zakamarkach mojej osiemnastoletniej egzystencji, nie spodziewałem się spotkać nikogo znajomego, jednak mocno się przeliczyłem. Dosłownie kilka kroków po wyjściu z domu natknąłem się na aż zbyt znajomą, grupę nastolatków.
- Hayden! - pierwsza burza blond włosów i drobne ciało, rzuciło się w moją stronę, wpadając w moje ramiona. Pochwyciłem dziewczynę i nie mogąc uwierzyć własnym oczom, kilkukrotnie obróciłem się z nią wokół własnej osi - Czemu nie mówiłeś, że przyjedziesz! Słyszałam o wypadku! Boże, jak dobrze, że nic Ci nie jest - niski wzrost nie powstrzymał jej przed wytarmoszeniem moich policzków. Roześmiałem się głośno, widząc jak pozostała czwórka wita mnie w podobny sposób. Zmierzyłem się z każdym z nich ciepłym spojrzeniem, wciąż nie wierząc własnym oczom.
- Jednak jeszcze Cię tu przywiało - najwyższy z nas wszystkich, czarnowłosy chłopak imieniem  Alex poklepał mnie po ramieniu. On jako pierwszy odważył się w końcu zareagować na Briana. - Nie - z udawanym szokiem, zbliżył się do mojego chłopaka, łapiąc go za ramiona - Zanim przejdziemy do tego kim jesteś, odpowiedz mi na jedno, bardzo ważne pytanie - powaga, jaką przyjął wypowiadając to zdanie sprawiła, że cały się spiąłem. - Nauczył się wcześnie wstawać? - chwila ciszy dopadła Briana, nim ten, wybuchając głośnym śmiechem, zdobył się na odpowiedź.
- On? - spytał, przyciągając do siebie i potargał po grzywie. Jedna z jego dłoni objęła mnie w pasie, a druga wokół ramion - Nigdy w życiu, nie poznałem gorszego lenia - tymi słowami, stopił lody dzielące jego i moich przyjaciół. Kate, rudowłosa dziewczyna, o piegowatej ślicznej buzi chwyciła Briana za ramię.
- A jak się poznaliście? - spytała, na co omal się nie oplułem. Oczywiście wiedziałem, że Kang nie przepuści takiej okazji i całując mnie w skroń począł opowiadać o mojej pierwszej bójce, która skonfrontowana została z gimnazjalnymi historiami, których ukrywanie przed chłopakiem, jak widać poszło na marne. Opowieści, przerywane przez moje "nieprawda" zdawały się nie mieć końca, wspólnie zadecydowaliśmy, że najlepszym wyjściem z tej sytuacji będzie ognisko. Wspólnie spędzony czas, podczas, którego w oczach Kanga zostanę pogrążony jeszcze bardziej.
- Wiedziałam, że w końcu się pozbierasz, po śmierci Luhana zaczęłam wątpić, że cokolwiek z tego będzie - mruknęła Kate, przerywając ciążącą nam od kilku minut ciszę. W pierwszym momencie spojrzałem na Briana, który jakby w przypływie niechęci do dziewczyny, zacisnął usta w cienką linię, poluźniając uścisk, którym obdarowywał mnie do tej pory. Jego nieobecne już spojrzenie ogarniało całe otoczenie, poza mną i chyba właśnie to, uświadomiło mi, że musimy porozmawiać. Bez problemu udało mi się zaciągnąć resztę do sklepu. Nowe osoby równały się większemu zapotrzebowaniu na alkohol, więc bez większych przeszkód zostaliśmy sami, zdani na własne emocje.
- Przepraszam Cię - zacząłem, siadając razem z nim na uroczej ławce nieopodal supermarketu - Za to co powiedziała.
- Powiedziałem Ci prawdę o swoim byłym - odparł - Teraz Ty mi odpowiedz... Kochałeś go? - to było jedne z trudniejszych pytań, jakie starszy mógł mi zadać, choćbym chciał, nie potrafiłem na nie odpowiedzieć.
- Nie wiem... To był trudny czas, a ja kogoś potrzebowałem - prawda po tylu latach wydawała mi się bardziej bolesna niż drugiego dnia - Nie wiem nawet czy byliśmy przyjaciółmi, nie wiem - powtarzałem to słowo niczym mantrę, coraz bardziej zatracając się w niewiedzy jaką Luhan obdarzył mnie, przed swoją śmiercią - Byłeś pierwszą osobą, której wyznałem miłość wiesz? - proszę, bądź ostatnią. Zaskoczenie na jego twarzy szybko zamieniło się w rozczulenie jednak żadne słowa nie wyraziły jego uczuć bo całe zajście przerwała piątka zbliżających się do nas nastolatków. Widok dzieciaków niosących butelki z alkoholem i niezdrowym jedzeniem kompletnie mnie rozczulił i rozbawił.
Brakowało mi tego...
- Gotowi na wieczór waszego życia? - ta sama blondynka, która do ów wieczoru doprowadziła, Nathalia, pomachała mi przed twarzą paczką papierosów.
- Chcesz? - spytała. Żałowałem, że nikt nie namówił jej do rzucenia palenia.
- Nie chce - odpowiedział, za mnie Brian. Zaśmiałem się kręcąc głową
- Dzięki, ale nie mogę - podniosłem się z ławki i nie czekając, aż Azjata pójdzie w moje ślady dołączyłem do znajomych, którzy jako miejsce naszego spotkania wybrali pobliski park, najczęstsze miejsce naszych spotkań.

***
Rozmowa się kleiła, dużo śmiechu i wspomnień, alkohol się polewał, a niektórzy już zdecydowanie z nim przesadzili.
Właśnie jedną z tych osób był Brian... Nawet nie wiem kiedy zdążył się upić, spuszczając go na chwilę z oczu czułem się jakbym zerwał ze smyczy psa, który za namową innych psów zaczął zachowywać się jak bezpański.
No prawie...
Teraz pilnował się mnie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. I dobrze bo mając na uwadze Kate, jej zamiłowanie do Azjatów i ciche komentarze wypowiedziane gdzieś pod nosem, wolałem mieć oko, na tego swojego szczeniaka.
- Hayden, chodź do mnie - wyciągnął dłonie w moją stronę, zmuszając mnie bym zakończył rozmowę z Maxem i zbliżył się do chłopaka, który przytulił mnie mocno, pozwalając oprzeć się swojej klatce piersiowej. Zamruczałem cicho słysząc gardłowe, pełne rozczulenia westchnięcie ze strony towarzyszy. Tej nocy doszedłem do wniosku, że każdy powinien zazdrościć mi wspaniałych, tolerancyjnych przyjaciół i ukochanego chłopaka, dla którego byłbym w stanie zrobić wszystko, wiedząc, że on dla mnie zrobi dokładnie to samo. - Kiedy wracamy? - wymruczał nieco pijacko w moje włosy, muskając je ciepłym, przesiąkniętym zapachem alkoholu powietrzem. W jego oczach tańczyły iskierki, a na twarzy malował się nieprzerwany od kilku godzin uśmiech. Chwyciłem jego dłonie, w momencie gdy sam podniosłem się, wydostając z jego uścisku chłopak zatoczył się na ławce, w ostatniej chwili chwytając barierki. Pokręciłem głową z zażenowaniem, odwracając się do pozostałych, z których większość podzielała losy Kanga.
- Lepiej będzie, jeśli go odprowadzę - spojrzałem na Briana, który w zamroczeniu zaczął szukać, czekających na niego moich dłoni. Przytuliłem się do niego mocno, pozwalając mu objąć mnie tak by było  mu wygodnie i pożegnawszy się z pozostałą pijaną piątką spróbowałem postawić ze swoim facetem pierwsze kroki w przód.
- Na pewno dasz radę? - spytałem, na co pełen skupienia skinął głową - Jak mnie Twoja mama zadusi to chyba Ci łeb ukręcę, alkoholiku - mruknąłem do chłopaka, który o dziwo szedł niemal o własnych siłach. Nie puściłem go jednak nie dlatego, że się bałem o stan i siłę jego nóg oraz koordynację. Po prostu w panującym na zewnątrz chłodzie miło było czuć czyjeś ciepło.
- Kocham Cię Hayden - mruknął Brian, wyznając mi miłość chyba już setny raz tego wieczoru - Naprawdę Cię kocham - monotonia jego słów jednak w ogóle mi się nie znudziła, mógłby mi to mówić cały czas i nieważne w jakim stanie. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i wyjątkowo przyjemna w mojej ocenie podróż również dobiegła końca.
Zostało tylko wprowadzić go do domu...
Doczołganie się na górę w kompletnej ciszy graniczyło z cudem, chłopak co chwila wyślizgiwał mi się z objęć uderzając na zmianę o barierkę i ścianę, dzięki Bogu udało nam się dotrzeć do łóżka bez odwiedzić czarnowłosej. 
- Nigdy więcej nie pozwolę Ci się napić - mruknąłem do starszego, który właśnie postanowił przyssać się do mojej szyi. Sapnąłem cicho, próbując ściągnąć z niego chociaż koszule. Jego dłonie przemierzające dość ciekawe miejsca i usta, które zostawiały mokre ślady na szyi skutecznie mi to uniemożliwiały. Dostałem się do ostatniego guzika jego ubioru i odwzajemniając pocałunki, które co jakiś czas dochodziły do moich ust zająłem się jego spodniami, po zrzuceniu, których spróbowałem zepchnąć z siebie chłopaka.
- Idź spać - poprosiłem, wysuwając się spod niego. Jęknął wyraźnie niezadowolony, przewracając się na drugi bok. Przynajmniej nie protestował. Rozebrałem się i wepchnąłem na swoje miejsce, gdy Brian resztkami sił i świadomości objął mnie w żelaznym uścisku, jak za każdym razem dając dziwne poczucie bezpieczeństwa.
- Dobranoc kochanie - rozpłynąłem się, słysząc jego słowa, chyba pierwszy raz tak mnie nazwał i nieważne pod jakim wpływem to było cudowne.

*5 dni później*
Wszystko co dobre, kiedyś się kończy - jak mówią. Jest w tym trochę racji, bo nasz wyjazd również dobiegał końca. Cudowny czas, który ja spędziłem z Brianem, a sam Kang ze swoją matką musiał ustąpić szkolnym obowiązkom, pracy i rutynie, jaka czekała na nas w akademii. Przygotowania trwały od samego rana. Po szybkim śniadaniu, które chociaż raz zrobiliśmy wspólnie z chłopakiem, zacząłem pakować swoje rzeczy, nie chcąc przeszkadzać im w pożegnaniu, którego zakończenie obwieściły kroki, zmierzające ku górze. 
- Hayden - zza drzwi swoją głowę, dopiero potem resztę ciała wyłonił Brian. Uśmiech nie gościł na jego twarzy i jakby blady i bardziej zmęczony, oczekiwał mojej uwagi.
- Coś się stało? - zatroskany i pełen niepokoju zbliżyłem się do chłopaka, szukając w jego oczach, jakiejkolwiek wskazówki, która mogłaby uratować mnie przed niezręczną rozmową. Nic jednak poza żalem i strachem nie zrozumiałem - To Twoja mama? Jednak nie chce mnie znać? - pacnąłem się dłonią w czoło, obwiniając o całe zło tego świata.
- Po prostu zejdź ze mną na dół, chcę z Tobą porozmawiać - wyciągnął w moją stronę dłoń, którą pochwyciłem jakbym chwytał się ostatniej deski ratunku.
Chyba nie jestem gotów na tę rozmowę.


Brian?
Końcówka taka yyy, reszta też, w sumie ogólnie nie fajnie. Błędy poprawię rano, a emocjonalny początek za karę zostawiam Tobie <3

4.18.2017

Od Haydena CD Briana

- Aaron? - przez uchylone drzwi wpełzłem do toalety oczekując spotkania z chłopakiem. Nie powinno mnie interesować co tu robi, byłem z Brianem i tylko to miało znaczenie, jednak ciekawość wygrała. Przypominając sobie w jak opłakanym stanie wyższy był zaledwie dobę temu, zacisnąłem wargi uświadomiwszy sobie, że pewnie po prostu kłamał. Starszy stanął przede mną z wymalowanym na gładko ogolonej twarzy uśmiechem.
- Cześć Hayden, co Ty tu robisz? - wesoły wyraz twarzy poszerzył się nieco gdy zmniejszając odległość między nami, wyciągnął dłoń. Uścisnąłem chłodną rękę, odwzajemniając intensywne spojrzenie.
- Ciebie mogę spytać o to samo - zaśmiałem się dostrzegając w oczach starszego błysk, który nie został wyjaśniony gdy osoba trzecia weszła do pomieszczenia. Odetchnąłem cicho i przywracając się do porządku odwróciłem do niebieskiego zlewu szorując tam swoje i tak czyste dłonie. Byłem na siebie zły, że tak zwyczajnie zignorowałem Briana, bo jakiś inny chłopak, akurat przykuł moją uwagę, co z tego, że go znałem. Opuściłem pomieszczenie dokładnie w momencie gdy wzrok Kanadyjczyka zetknął się z moim, posłałem mu lekki uśmiech, czując jak ogarnia mnie przyjemne ciepło. Zbliżyłem się do stolika, leżące na nim parujące jedzenie przykuwało uwagę Kanga, ten chyba naprawdę musiał się starać by nie pochłonąć wszystkiego pod moją nieobecność.
- Nie mogłeś dłużej? - spojrzał na mnie z pół-uśmiechem gdy zająłem miejsce naprzeciw chłopaka. Teraz? Przypominało mi to scenę z jakiegoś romantycznego filmu o gejach. Wpatrzony w miłość swojego życia, myśląc o tym jak wielkie szczęście mam przed sobą, nie umiałem zrozumieć czemu właśnie ja. Czemu mnie kochał, skoro mógł mieć kogoś o wiele lepszego i nigdy, nigdy nie pozbędę się wrażenia, że ja na to zwyczajnie nie zasłużyłem.
Brian - ten, którego potrafiłem zranić jak jeszcze nikogo, ten, któremu wyrządziłem tak wiele krzywd, wciąż mi wybaczał. Nie, nie wybaczał bo to coś znacznie więcej. On tu był, dla mnie i przy mnie, był, a ja czułem się kochany jak jeszcze nigdy wcześniej.
- Zrobiłem coś nie tak? - spytał Kang, sprowadzając mnie na ziemię - Ewentualnie mam coś na twarzy? - jego uśmiech wciąż nie zbladł, w tak samo szeroki sposób ukazywał swoje idealnie proste, śnieżnobiałe zęby. Opuszkami palców przejechałem po wolnej dłoni chłopaka, która spoczywała tuż obok jego, właściwie już pustego talerza.
- Czy ja nie mogę już tylko popatrzeć na swojego chłopaka? - zniżyłem nieco swój głos układając dłoń na sercu. Odwzajemniłem cichy śmiech Briana, wracając do jego czekoladowych oczu - To było słabe i mało romantyczne, prawda? - chłopak stłumił kolejną falę rozbawienia dopijając resztę wina i odstawił kieliszek obok pustego talerza, sięgając dłonią w stronę portfela. Wymierzyłem w chłopaka, oskarżycielski palec.
- Wyjmij go, a połamię Ci ręce - zmrużyłem oczy, rzucając chłopakowi wściekłe spojrzenie. - Zresztą i tak zbyt wiele przeze mnie wydałeś - oderwałem spojrzenie od jego twarzy przypominając sobie co Brian wspomniał o swojej pracy w weekendy. - Nie chciałem... - nie chciałem?
Haha. Zabawne Hayden.
Skoro nie chciałeś, to czemu pchałeś się pod ten samochód? Myślisz, że ktoś Ci uwierzył, że to "ten drugi", miałeś dość i stchórzyłeś.
Przełknąłem ślinę, dopiero ciche uderzenie małego, drewnianego pudełeczka o stół przypomniało mi gdzie i z kim jestem. Sprawdziłem rachunek i korzystając z nieuwagi starszego wsunąłem odpowiedni plik banknotów i zamknąłem wieko.
- Wiem, że nie - odparł wreszcie. Zerknąłem na niego zbity z tropu, ja się wyłączyłem? Czy to on tak długo myślał nad tymi słowami? Chcąc nie chcąc, uniosłem do góry kąciki ust i wreszcie poddając się chwili, chwyciłem zimną dłoń.
- Idziemy? - spytałem, na co jedynie skinął głową, odsunął swoje krzesło, ubierając się w tym samym czasie by moment później gotów do wyjścia, znalazł się przy mnie.

***

Długi spacer po pobliskim parku  był czymś, czego naprawdę potrzebowałem. Delikatne podmuchy wiatru, omiatające naszą skórę i tylko ja i Brian, splecione dłonie i zupełnie nieważny świat przed nami.
Świat?
Bardziej, ograniczone pole o pięknej nazwie "przyszłość"
Ja cały swój świat miałem tuż obok.
- Brian? - zacząłem - Co gdybym poprosił Cię, żebyśmy zostali razem już do końca? - spojrzałem mu w oczy, zagradzając drogę.
- Tak na zawsze? - spytał.
- Nie. Po prostu do końca - urwałem lekko spięty, nie wiem czemu, ale czułem się jakbym mu się właśnie oświadczał.
- Pewnie obiecałbym, że zrobię wszystko by tak było - delikatny, słodki uśmiech przemykał przez jego twarz.
-Więc zostałbyś? Tak… Do końca? – mój głos rozbrzmiał mieszanką zarazem smutku i szczęścia. Bojąc się odpowiedzi byłem jej jednocześnie tak bardzo pewny. Chłopak ujął w swoją, moją dłoń i splótł nasze palce.
- Hayden, obiecuję, że zostanę z Tobą do końca – „obiecuję” nienawidzę obietnic, zawsze są puste i bez pokrycia. Pod tym jednym słowem ukryte jest więcej łgarstwa niż w najpiękniejszym kłamstwie.  Jednak wierzyłem w słowa Briana bardziej, niż cokolwiek innego. Czemu? Bo nie raz udowodnił mi, że mu na mnie zależy i tak wiele dla mnie poświęcił. Odetchnąłem z niebywałą ulgą i zaplatając dłonie na jego karku, wtuliłem twarz w zagłębienie jego szyi.
- Bardzo Cię kocham... – mój cichy szept omiótł naszą dwójkę i zginął wraz z pierwszym podmuchem wiatru. Nasza bliskość również zniknęła gdy odsunąłem się od chłopaka by raz jeszcze spojrzeć w ciemne tęczówki. – Mówiłeś, że chciałbyś poznać kogoś kto mnie wychował – zacząłem, układając w głowie cały misterny plan – Nie mam jak tego zrobić bo poza domem dziecka, nikt nie zna mojej przeszłości. Chcę jednak Ci wszystko pokazać, całe moje miasto, przedstawić znajomych, oprowadzić po najpiękniejszych starych uliczkach i – urwałem krótkim śmiechem – pokazać te zdjęcia z dawnych lat. Zaraz zaczyna się długi weekend, obiecuję, że damy rade z zaległościami, nawet mogę odrabiać je za Ciebie – dobra, Hay, hamuj się trochę ze swoimi propozycjami – Tylko proszę, pojedź tam ze mną – do głowy przyszedł mi jeszcze jeden pomysł, niespodzianka, o której nie mogłem mu powiedzieć, a wraz z nią strach, że prowadząc te insynuacje mogę doprowadzić do czegoś złego.
Złego?
Nie…
Brian kochał swoją matkę i za nią tęsknił, więc czy spotkanie z nią mogłoby być czymś złym?
- Zgoda – odparł jedynie, a ja szczęśliwy jak nigdy ucałowałem policzek chłopaka przyśpieszając nieco drogę powrotną do Akademii. 
***
Przekręciłem się na łóżku zerkając na zegarek. Godzina jaką wskazywał niemal zapierała dech w piersiach.
05:40
Pełen wiary w to, że choć jeden raz uda mi się wyprzedzić Briana w porannych przygotowaniach wyskoczyłem z łóżka pędząc prosto do szafy, z której wyjąłem bieliznę, biały podkoszulek, czarną marynarkę i przylegające, czarne spodnie by następnie popędzić do łazienki. 
Przysznic - 10 minut
Ubiór - 10 minut
Grzywka - pół godziny.
Zadowolony z efektu zbliżyłem się do lustra poraz ostatni spoglądając na efekty swojej pracy. Dosłownie wybiegłem z pokoju pewien, że nie zastam go na szkolnym korytarzu. 
Cóż... myliłem się. Skręcając w ostatnią prostą do pokoju, prowadzącą do pokoju Briana, gdy przeszkoda, która wyrosła dosłownie przede mną zachwiała moją równowagę w ostatniej chwytając za łokcie. 
- Aż tak się za mną stęskniłeś? - Kanadyjczyk pomógł mi wrócić do pionu i przyciągnął do siebie łącząc nasze wargi. Wplotłem dłoń w jego opadające włosy, ciągnąc za końcówki zachłannie czerpiąc z tego pocałunku. Przesunąłem opuszkami palcy po jego kości policzkowej. 
- Pedałki - czyjś śmiech przerwał mi i Brianowi okazywanie czułości, a chłopak, którego widziałem pierwszy raz, poklepał Briana przyjaźnie po ramieniu nim zniknął za rogiem.
- Kolega z klasy - lekko zmieszany spróbował ukryć delikatne rumieńce, które czaiły się na jego twarzy. 
- Jasne - zakpiłem i łapiąc krawędzie koszuli ukochanego, wpiłem w jego wargi.
- Kiedyś to ja Cię obudzę - uśmiechnąłem się, wygładzając jego kołnierz i wydąłem nieco wargi do przodu - Szedłeś mnie obudzić? - nie mogłem się oderwać od swojego ukochanego. Jego skóra, zapach, oczy, włosy, wargi, wszystko było w nim takie wyjątkowe... Co ważniejsze: było moje. Kang pokiwał wolno głową, nie odpowiadając. - To chodź - dokończyłem swoją wypowiedź już w drodze, ściskając mocno jego dłoń. 
Wparowałem do pokoju i ciągnąc za sobą starszego zamknąłem drzwi na klucz.
- Co Ty robisz? - zaśmiał się, obejmując od tyłu, wokół szyi. Wyraźnie zaskoczony, przynajmniej nie protestował. 
- Całą noc musiałem bez Ciebie wytrzymać, teraz muszę to nadrobić - obróciłem się przodem do chłopaka, wtulając twarz w jego tors - Wynagrodzę Ci to śniadanie. - nie wypuszczając go z objęć, zmusiłem go, by wspiął się na stopnie, które dzieliły nas od łóżka. Chłopak... nie, wróć. 
Mój chłopak, pokonał je bez żadnych protestów. Ułożyłem się tuż obok niego, opierając głowę na jego ramieniu. - Wylatujemy za dwa dni, pierwszego wolnego dnia, mam dla Ciebie niespodziankę - wyraźnie ożywiony i bardziej zainteresowany przekręcił się na łóżku, zawisnąwszy nade mną, przesunął palcami po bujnej grzywie. 
- A jaką? 
- Jak Ci powiem, to nie będzie niespodzianki - te słowa jedynie przemknęły przez moje myśli, niewypowiedziane, zastąpił je pocałunek. Za nim kolejny i jeszcze jeden, aż wreszcie Brian postanowił przejąć kontrolę nad całym zajściem. Przygwoździł mnie do poduszki, a swoje ręce umieścił po obu bokach głowy, zamieniając pocałunek na gwałtowny. Próbowałem się nie uśmiechnąć, ale nie dałem rady. Oderwałem się od jego warg i łapiąc gwałtowny oddech, przeniosłem się na jego szyję. Chłopak zrobił to samo, nie pozwalając mi nic zrobić. Zassał się gwałtownie na mojej skórze pod uchem, zostawiając tam ślad. 
Syknąłem cicho, wbijając palce w jego skórę, nie starałem się już nawet unormować oddechu. 
Tak łatwo zawrócił mi w głowie.
- Kocham Cię Brian, kocham najmocniej, najszczerzej jak potrafię. - nie wiem czemu mówiłem mu to teraz, musiałem. - Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało, nie pozwolę by Harry, czy ktokolwiek inny nie sprawił, że pozwolę Ci odejść. - Brian wpatrywał się we mnie jakby lekko zeszklonymi oczyma - Jesteś cudowny, nieważne co teraz powiesz, nie zasłużyłem na Ciebie. Tylko, że na taki chodzący ideał nie zasłużył żaden człowiek na ziemi - zaśmiałem się, jednak taka była prawda, kogoś takiego jak Brian nie spotyka się codziennie. 
Chłopak złożył czuły pocałunek najpierw na moim policzku, potem czole, nie odrywając wzroku od mojej twarzy. 
- Kocham Cię, nikogo więcej i to się nie zmieni, tak? - skinąłem głową, chociaż odpowiedź wcale nie była potrzebna. 
Na pewno potrzeba mi było więcej bliskości. Przełożyłem nogę w jego pasie i przeniosłem ciężar ciała na drugą stronę, tak, że teraz to ja byłem na górze.
Musnąłem wargami skórę pod jego uchem, wolną dłonią rozpinając guziki jego koszuli. Widziałem jak otwiera usta, by mi przerwać. 
- Przestań - musnąłem jego usta - Wiem, że się nie odsuniesz - nagły przypływ odwagi motywował mnie do działania, o które się nie posądzałem. Znaczyłem wilgotnymi ustami drogę od jego obojczyków, przez cały tors, aż do paska jego spodni, gdy jasnowłosy złapał mnie za ramiona ciągnąc do góry. Po raz kolejny i ostatni otrzymałem ciepłego buziaka w czoło. 
- Szkoła mały zboczeńcu - odparł i zbył mnie, targając po i tak rozwalonych włosach. 

*2 dni później*



Wszystko poszło zgodnie z planem. Dyrektor, wtajemniczony w cały mój skomplikowany plan nie protestował, wręcz pochwalił i udostępnił numer do matki Briana, która z zaskoczeniem i ogromną radością przyjęła fakt, że przyjaciel jej syna, zaprasza ją do siebie. 
Przyjaciel... Kłamstwo, ale jak mogłem powiedzieć jej prawdę, co gdyby to coś między nimi zepsuło?
Opowiedziałem jej o tęsknocie, o tym, że chcę mu zrobić niespodziankę, bo coś mu zawdzięczam, była zachwycona. 
Niespodzianka... no właśnie. 
- Pocałuj mnie teraz bo przez kilka dni możemy mieć z tym problem - poprosiłem, gdy staliśmy pod drzwiami mojego kanadyjskiego domu. Brian musnął moje wargi, a uśmiech zszedł z jego twarzy. 
- Jak to?
- Po prostu otwórz drzwi - uśmiechnąłem się. Krople potu wstąpiły na moje czoło. Kang za chwilę zobaczy swoją mamę. 




Brian?