Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar. Pokaż wszystkie posty

5.31.2017

Od Oscara CD Willa

Własny ciężki oddech słyszałem przez warkot silnika, który zagłuszał nawet własne myśli. Adrenalina buzowała w moich żyłach z niebywałą intensywnością, która tłumiła moje myśli i zasłaniała widok. Ostatni raz przyspieszyłem i próbując wyminąć chłopaka zjechałem na boczny tor. Dosłownie czułem jak opona płonie przyspieszając swoje obroty. Gorąc bił nie tylko od odczuwalnej ekscytacji ale cała maszyna zdawała się jakby płonąć żywym ogniem.
Płomieniem, który dał mi przewagę.
Myślałem, że wyskoczę z motoru by pierwszemu pokonać, byłem kompletnie zamroczony i nic poza wygraną się dla mnie w tym momencie nie liczyło. Widząc jak pierwszy przekraczam linię mety zmrużyłem powieki, zwalniając.
Błąd.
Alex, wykorzystując chwilę nieuwagi, mimo zakończonego już wyścigu, zajechał mi drogę zbyt późno dając mi do zrozumienia, co planował. Starszy zatrzymał się tuż przede mną, zmuszając mnie do gwałtownego skrętu w lewo. Czerwona lampka zapaliła się w moim umyśle, gasząc euforię, zdecydowanie zbyt późno. W ostatniej chwili spróbowałem wyhamować, siła odrzutu była jednak większa niż się spodziewałam, przez co efektownie opuściłem maszynę, twardo uderzając plecami o gruz. Mój ubiór skutecznie zamortyzował upadek, który zapewne skończy się tylko siniakiem.
- Kurwa - zakląłem, mój głos przesiąkł bólem gdy rzuciłem kaskiem o ziemię, nie przejmując się jego stanem, ruszyłem w stronę winowajcy - Pojebało Cię?! - kolejne przekleństwo skalało moje usta swym paskudnym brzmieniem. Zbliżyłem się do chłopaka, mniej więcej na odległość własnych dłoni i nie oczekując reakcji jego, bądź ciemnowłosego chłopaka, chwyciłem kołnierz jego kurtki i zaciskając dłoń w pięść wymierzyłem mu cios w sam środek nosa.
- Co Ty odpierdalasz?! - wrzasnął, próbując zatamować nagły krwotok z nosa. Spojrzałem na Willa, który ciągle przejęty wreszcie spróbował zbliżyć się do naszej dwójki.
- Mogłeś mu zrobić krzywdę! - podniosłem głos nieco bardziej niż bym chciał. Złość wstrząsnęła moim ciałem, ogromna fala poczucia winy i wzmożonej agresji, przepłynęła przez moje ciało, każdą komórkę roztrzaskując na milion kawałków. - Odejdź stąd zanim Ci ryj obrócę, wystarczająco się upokorzyłeś - warknąłem, zaciskając i rozluźniając na zmianę pięści, które powoli przebijały mi skórę w dłoni. Alex poprawił swoją kurtkę, przesuwając po niej dłońmi i zachowując resztki godności, pod nosem mruknął gratulacje i odwrócił się od nas udając się w znanym tylko sobie kierunku. Zmarszczyłem lekko brwi, rozglądając się dookoła, delikatne zawroty głowy, nie pozwoliły mi z początku zlokalizować Williama, który fakt, faktem stał kilka metrów ode mnie.
- Wszystko gra? - zlustrowałem chłopaka dokładnie, upewniając się, że na jego ciele nie ma żadnych większych zadrapań, przeoczonych przeze mnie podczas wyścigu.
- Jest okej - o ile jego słowa to potwierdzały, to wygląd wręcz przeciwnie, lekko posiniałe nadgarstki z wyraźnymi śladami wbitych paznokci ewidentnie przeczyły słowu "okej". Zaśmiałem się pod nosem, kręcąc przy tym głową, dobrze było jednak wiedzieć, że nastolatek był po mojej stronie. - Krwawisz - mruknął, przesunąłem dłonią po swoim nosie dopiero teraz czując lepką ciecz wolno spływającą spod niego, przez wargi i aż do brody. Odruchowo wytarłem wszystko rękawem i wzruszyłem ramionami, odchrząknąłem znacząco i wróciłem wzrokiem do swojego towarzysza.
- Nieważne - mruknąłem - To co... Wsiadasz? - spojrzałem na maszynę, która wciąż przewrócona leżała kilka metrów od nas - To Twoja jedyna szansa nim oddam ją do lakiernika, bo i tak jest w złym stanie - z troską zbliżyłem się do maszyny, przesuwając palcami po kierownicy.
- Na pewno tego chcesz? Nie chciałbym jej bardziej uszkodzić - zaśmiał się cicho, kręcąc przy tym głową. Przewróciłem oczami, nie odpowiadając na jego pytanie. Ostry, piekący ból przemknął przez moją czaszkę kiedy spróbowałem podnieść motocykl z ziemi. Cofnąłem się o kilka kroków, próbując złapać równowagę, jest dobrze... Will zbliżył się do mnie i we dwójkę unieśliśmy potwora ponownie na koła.
Niesamowite, niby obtarty i stary, a wciąż tak pięknie się prezentuje. 
- Przecież to jest najpiękniejsza rzecz na świecie - rozczuliłem się, zaplatając dłonie na piersi, po czym jedną z nich wsparłem na podbródku. Zachwycałem się nad nią jeszcze chwilę, jednak cichy śmiech wytrącił mnie z euforii w jaką wpadłem. - Nie dasz się nacieszyć chwilą chwały  - burknąłem i przewróciłem oczyma. - No spróbuj - puściłem chłopaka przed siebie pozwalając mu zbliżyć się do miłości mojego życia - Tylko błagam, bądź ostrożny - zmrużyłem powieki. Starałem się, naprawdę się starałem udawać obojętnego na zaistniałą sytuację, ale w głębi duszy krzyczałem, błagając by nikt (w szczególności motocykl) nie ucierpiał podczas tego okrążenia. Obserwowałem chłopaka jak z uwagą i ogromną ostrożnością odpala pojazd, był przy tym, jak oczekiwałem, bardzo rozważny i idąc za moją, co prawda, żartobliwą przestrogą, pilnował by nie zarysować stacyjki.
Uśmiechnąłem się pod nosem obserwując  jak rusza, sam sposób w jaki to zrobił i jak pokonał pierwsze metry upewnił mnie, że albo nie jest to jego pierwszy raz, albo ma wrodzony talent. Rozluźniłem się więc, pewien, że niedojdzie do żadnej niespodzianki...

- Podobno to Twój pierwszy raz - zaśmiałem się, odbierając od chłopaka kask. Lekko rozdygotany i jakby zestresowany dawał po sobie poznać, że w swój wysiłek włożył naprawdę wiele trudu.
I dobrze.
- Jestem do tego stworzony - wzruszył ramionami i przeczesał dłonią bujną grzywę. Mruknąłem ciche "tak" i przerzuciłem jedną nogę przez siodełko, wsiadając na nie.
- Ale pozwól, że do domu jednak odwiozę nas ja - włożyłem kask na głowę, oczekując, aż Will weźmie drugi i zajmie miejsce tuż za mną. Niesamowite ciepło biło zarówno od niego jak i od maszyny, której warkot nadal odbijał się echem po mojej głowie. Ten sam dźwięk powoli rozbrzmiał wokół nas będąc tym razem jak najbardziej autentycznym dźwiękiem. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy przejeżdżaliśmy przez bramę wjazdową, kierując się prosto do Akademii...

***

- Jeszcze raz dziękuję, wiesz, że ze mną jednak poszedłeś - mruknąłem, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nawet raz nie okazałem chłopakowi należytej wdzięczności, a jego obecność,co dziwne, naprawdę mi pomogła. - Jestem Ci coś winien - wzruszyłem ramionami, gdy zbliżyliśmy się do pokoju długowłosego, a ten zachęcającym gestem, zaprosił mnie do środka. Przestąpiłem próg pomieszczenia, nieco zdezorientowany. Czegokolwiek bym nie mógł powiedzieć o swoim nowo poznanym przyjacielu, to na pewno nie to, że jego pokój będzie taki... Zwyczajny. Przeważające w nim biel i fiolet, wśród, których tak naprawdę niewiele elementów mogło o oryginalności, osobowości chłopaka, o jaką go posądzałem.
- Paczka żelków wystarczy - odparł wreszcie, dając mi do zrozumienia, że za bardzo się przyglądam. Ja jednak nie poprzestałem na zwyczajnym przyglądaniu się. Zrobiłem kilka kroków  w stronę biurka, zerkając na porozwalane na nim kartki i kilka ołówków. 
- Rysujesz? - dotknąłem białego papieru, przyglądając się mu tak intensywnie, jakbym wierzył, że za moją wolą pustka wypełni się sama.
- Czasem, ale to nic wielkiego... Właściwie to co chciałeś? - pokręciłem głową próbując zarejestrować jego pytanie... Po co? To pytanie uświadomiło mi, że przecież nie przyszedłem do chłopaka, by zwiedzić jego pokój.
- A tak... Właściwie to, poznałem tutaj kilka osób i  ten piątek jedziemy pod namioty na cały weekend, pomyślałem, że może chciałbyś się zabrać... Czy coś....
Oscar, zawieranie znajomości Ci po prostu nie idzie.

Will?


5.20.2017

Od Oscara CD Willa

Przejażdżka z chłopakiem nie była taka zła jak mi się zdawało. Patrząc na jego postawę w czasie jazdy, nawet jako pasażer, która była no... odpowiednia, zdawać by się mogło, że już miał z tym do czynienia.Oczywiście nie omieszkałem o to spytać. To znaczy planowałem, gdyby niski, przesiąknięty ironią głos nie przerwał mi dyskusji. Obróciłem się w stronę znajomej i znienawidzonej postaci, by dostrzec burzę ciemnych włosów, wiecznie ulizanych na prawą stronę, świdrujące, zielone spojrzenie i wykrzywione w nieumiejętnym uśmiechu usta.
- Cześć Alex - mój głos, delikatnie przechodzący w chłodne ostrze, które jakby próbowało przeciąć zgorzkniałą postać, starszego o dwa lata chłopaka.
- Widzę zacząłeś znajdować przyjaciół, wszyscy lecą na Twoją pseudo umiejętność jazdy? - zakpił, na co jedynie przewróciłem oczyma. Marnowanie czasu na pospólstwo tak błahe, jak mój aktualny rozmówca, było gorsze niż "poniżej krytyki".
- Łykają ją, niemal tak łatwo jak Twoją - odciąłem się i choć niezbyt inteligentnie wiedziałem, że podziała to na niego jak płachta na byka. Zmrużył oczy, a jego policzki okryły się delikatnym rumieńcem. Zamachnął swą grzywką, przerzucając ją na bok i począł w głowie poszukiwać obelgi, która mnie, dotknie mocniej niż jego. Spochmurniał, jakby rezygnując z tego pomysłu i wysunął w moją stronę oskarżycielski palec.
- Nie bądź taki pewny swego - warknął mi w twarz, kończąc tym samym swoją pokazówkę. Jego argumenty ulotniły się równie szybko co pomysł na wszczęcie dyskusji w ogóle zalśnił w jego głowie.
- Drugi raz, mam Ci pokazać, gdzie Twoje miejsce Alex? - nie wytrzymałem, zbliżyłem się do chłopaka, mierząc się z nim zawistnym spojrzeniem. Jego oczy przeskakiwały ze mnie na Willa i na odwrót. Ciemnowłosy, wciąż nie zabrał głosu, pozwalając nam kontynuować dziecinadę, a upust emocji odnalazł w nerwowych gestach i zirytowanym wyrazie twarzy.
- Spróbuj - wiedziałem, że pakuję się w poważne tarapaty, ale w tym momencie mój mózg jakby odłączył się od warg i oboje zaczęli pracować własnym życiem - Dzisiaj o dwudziestej na torze za garażami - ściągnąłem brwi, rzucając mu wyzywające spojrzenie. Chłopak uśmiechnął się chytrze knując w głowie wiele planów, do których realizacji na jego szczęście nie dojdzie. Nie odpowiedział mi jednak na moją zaczepkę, wracając do swojej maszyny, oraz chłopaka, który do tej pory milcząc, wreszcie zabrał głos.
- Więc to jest to Twoje tajne miejsce? - poruszył instynktownie brwiami - Sporo osób je odwiedza - jakby z wyrzutem i dozą śmiałości zaplótł ręce na klatce piersiowej, wciąż mierząc mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
- On mi je pokazał - wytłumaczyłem, wsuwając na głowę kask. William jakby nieco zmieszany ruszył w moje ślady, nieśpiesznie wsiadając na motocykl.
- Mówiłeś, że jesteś tu nowy.
- Bo jestem, ale kto powiedział, że nigdy wcześniej nie odwiedziłem tego miasta, czy, że nie spędziłem tu żadnych wakacji - przewróciłem oczyma, próbując wyzbyć się przy tym włoskiego akcentu. - Chcesz iść ze mną? - wydusiłem w kask, a mój głos został stłumiony.
- Gdzie?
- Na ten jego pseudo wyścig, od tego zaczniemy nasze lekcje - uśmiechnąłem się lekko, jednak chłopak nie mógł tego dostrzec, wsunąłem kluczyk do stacyjki i oboje odjechaliśmy...

***

Podszedłem do szafy, wyciągając z niej strój na specjalne okazje. Przecisnąłem przez głowę zwykły biały podkoszulek, wsuwając w tym samym czasie na nogi czarne bokserki typu shorty, ostatni raz wygładzając dłonią czarną, skórzaną kurtkę. Ciemne, delikatnie wyróżniające się na tle ubrania symbole, lśniły w blasku zachodzącego słońca. Kolejną częścią mojej garderoby były spodnie, czarne, minimalnie obwisłe w kroku, z przetarciami na kolanach, wpasowały się na mnie idealnie, tak samo jak siedem miesięcy temu.
Przejrzałem się w lustrze, przesuwając dłonią po wciąż mokrych, jednak już skołtunionych włosach.
- Dasz radę Oscar, jak wtedy dałeś - szepnąłem do drugiego mnie za szkłem i nieco wydąłem usta do przodu próbując zebrać myśli, które zasiały chaos w moim umyśle. Zgarnąłem z szafki nocnej telefon i klucze, na nogi wsunąłem czarne buty i opuściłem pokój zmierzając prosto, do mojego towarzysza w ostatnich zajściach.
Podszedłem pod odpowiednie drzwi, przez krótką chwilę zastanawiając się czy na pewno chcę go ze sobą zabrać. To długi konflikt między mną, a chłopakiem, Will miał z tym tyle wspólnego co każdy inny człowiek.
Jednak mu obiecałem...
Z zaufaniem zapukałem w te wielkie, ciemne drzwi, których otwarcie zajęło chłopakowi kilka, ciągnących się w nieskończoność minut.
- Już idę - mruknął, po czym dość bezczelnie zamknął mi wejście przed nosem. Pokręciłem głową przyklejając plecy do zimnej ściany. Stresowałem się, a było to paraliżujące uczucie. Bałem się między innymi tego, że ktoś się o tym dowie i będziemy mieli problemy, lub tego, że komukolwiek stanie się krzywda. Fakt, faktem nie było to w żaden sposób nielegalne, przecież z jakiegoś powodu owy tor wybudowali, mimo wszystko znałem zagrywki Alexa na tyle dobrze, że miałem pewność iż pojęcie gry "fer" jest mu kompletnie obce.

Z moich rozmyślań, wyrwały mnie po raz kolejny otwierane drzwi, którym zamknięciu towarzyszyło pojawienie się obok mnie Williama.
- Jesteś gotowy? - spytał.
- Jasne, po wielkim zwycięstwie zdążymy jeszcze odrobić naszą drugą część wiersza - wzruszyłem ramionami chcąc upozorować chociażby minimum obojętności na nadchodzące wydarzenia. Długowłosy chyba jednak wyczuł mój strach, przyglądając się mi przez dłuższą chwilę, odpuścił jednak próby rozmowy i wzdychając cicho ruszył za mną.
- Daleko są te wasze garaże? - spytał nagle, ponownie wyrywając mnie z zamyślenia. Jego głos rozbrzmiał mi w uszach, na co jedynie pokręciłem głową. Byłem wdzięczny chłopakowi, że koniec końców postanowił ze mną iść, samotność była dla mnie ostatnimi czasy dziwnie przytłaczająca.
- Nie martw się... - mruknąłem i odwracając się plecami od rzeczywistości pozwoliłem się pochłonąć daleko idącym pragnieniom i obawom, które jakby nigdy miały się nie spełnić, umykały mi równie szybko co wchodziły do głowy. Nawet nie jestem w stanie stwierdzić kiedy obaj wsiedliśmy na motor, chwile zakładania kasku i nie sklejona w nic szczególnego rozmowa docierała do mnie jakby przez mgłę. Kompletnie zagubiony i odrętwiały nie dałem się wyrwać z psychicznego transu, który przygotowywał moją psychikę dopóki nie dotarliśmy na miejsce... Nie ściągnąłem kasku, nie zawracałem sobie tym głowy, spojrzałem wpierw na długowłosego, który rozbieganym wzrokiem ogarniał otoczenie, nim poszedłem w jego ślady. Nie było tu nic szczególnego, czy przyciągającego uwagę. Jeden, ogromny, długi budynek i rząd różnokolorowych drzwi, w których ludzie zamieszkujący pobliskie kamienice zostawiali swoje pojazdy.
- Nie gap się, chodź - popędziłem chłopaka. Zaśmiałem się cicho patrząc jak jego włosy nieco się puszą, a on na siłę próbował je przylizać. - Tak, wyglądasz pięknie, no rusz się już - popatrzyłem na niego łagodnie i z delikatnym uśmiechem, nieco rozluźniając się w całym zdarzeniu. Nie czekając już na niego ruszyłem do przodu, prosto w stronę czekającego mnie przed ulicą wejścia na tor.
- Oscar, on jest zamknięty - mruknął mój towarzysz rozglądając się za jakimkolwiek innym, dostępnym wejściem.
- Brawo, geniuszu, ale skoro Alex tam jest to my też wejdziemy. - poprawiłem dłonie na kierownicy motocykla, prowadząc ciężko maszynę prosto do wejścia, które ku naszemu zaskoczeniu był on otwarty, nie chciałem się dowiadywać jak. Obaj wolnym krokiem, otoczeni mgłą tajemnicy i buzującej w żyłach adrenaliny weszliśmy na ogromne pole, zielona, sztuczna trawa otoczona była wielkim, czarnym torem z małymi przegródkami na poszczególne miejsca. Gdzieś na jego środku, tuż przed metą stał chłopak oparty o czarnego potwora ze startymi oponami, nie patrzył na nas ale zarówno ja jak i William wpatrywaliśmy się w niego od wejścia.
- Obiecuję, że jeśli nikt nas nie złapie i dam z nim radę, jeszcze dzisiaj sam pojedziesz na moim motorze i za Ciebie skończę ten cholerny wiersz - prychnąłem. Przysięgam, gdybym nie poprosił go o przyjście, pewnie umarłbym ze strachu.
Tylko... skoro jeżdżę tyle lat, to czego tak się bałem?

Will?
Eh..

5.07.2017

Od Oscara CD Tzuyu

- Nic nie szkodzi, sam mogłem uważać ale ciągle jestem oszołomiony po szalonym wyścigu - zaśmiałem się cicho, kiwając głową w stronę ośmiu chłopaków, którzy na pobliskim parkingu zostawiali swoje motocykle. Wróciłem spojrzeniem do dziewczyny, która jakby nieco zawiedziona zmarszczyła brwi. Swoją drogą, była całkiem urocza. Dużo niższa ode mnie Azjatka o brązowych, długich włosach i przyozdobionych błyszczykiem ustach, wzruszyła ramionami.
- Głupota - skwitowała jedynie, odwracając się na pięcie, jakby nie mogła znieść widoku motocyklistów.
- Widzę, negatywnie nastawiona - uśmiechnąłem się pod nosem - A szkoda, bo to niezła zabawa - poruszyłem znacząco brwiami. Niższa puściła jednak moją uwagę mimo uszu, gotowa do wytoczenia mi argumentu, dlaczego to ona ma rację, nie ja. Przerwałem więc te szalone zapędy i wysunąłem w jej stronę dłoń - Miło Cię poznać, jestem Oscar - pokręciłem przecząco głową. Kobiety, wszystkie takie same.
- Tzuyu - mruknęła nadal się mi przyglądając. Dziewczyna od początku spotkania lustrowała mnie od góry do dołu, widocznie się z tym nie kryjąc. Naciągnąłem więc kurtkę nieco mocniej i oczekując powrotu chłopaków z przeciwległej ulicy, zacząłem nerwowo tupać nogą dając upust swojej irytacji.
- Oscar, wybacz ale Twojego imienia nie powtórzę - zaśmiałem się analizując w głowie trudne słowo, którego użyła chwilę temu.
- Może być samo Tzuyu - dodała, uśmiechając się szerzej. Ha, zabawna zagrywka.
- Tak więc Tzuyu? - nieco pokracznie w moich ustach zabrzmiało to słowo, jednak nie przywiązałem do niego większej wagi i obróciłem się na pięcie posłałem szeroki uśmiech piątce chłopaków, która właśnie do nas dołączyła.
- Oscar pedałku, od kiedy przerzuciłeś się na dziewczyny? - wyższy ode mnie, zielonooki o kruczoczarnych włosach chłopak, poklepał mnie po ramieniu. Jego silna dłoń pomknęła po moich plecach, jakby przedzierając się przez całą klatkę piersiową. Zachłysnąłem się powietrzem, próbując nie dać po sobie nić poznać i wykorzystując resztki sił zgromiłem go wściekłym spojrzeniem i rzekłem proste.
- Odwal się David - mój przyjaciel parsknął krótkim śmiechem i zmierzył dziewczynę wzrokiem - Zakładam, że ta dama wolałaby wpaść na prawdziwego mężczyznę nie na Ciebie - skinął na nią i potargał moje włosy - mały - prychnąłem, odpychając go. Dlaczego ja, właśnie ja, musiałem trafić akurat na niego i użerać się z tym wielkoludem.
- Czasem Cię nienawidzę - burknąłem. Wciąż obecna wśród nas Tzuyu jakby chcąc zakończyć naszą dziecinadę tupnęła nogą, chrząkając cicho. Wszystkie sześć głów z zaciekawieniem odwróciło się w jej stronę.
- Ja... Już pójdę, jeszcze raz przepraszam i było miło Cię poznać - uśmiechnęła się szeroko, mrugając kilkukrotnie. Mimo pożegnania nie odeszła, słusznie oczekując mojej reakcji. Zacisnąłem usta w cienką linię i dwoma palcami potarłem podbródek.
- No wiesz, dziś przygotowujemy się do zawodów o dwudziestej na torze za szkołą będziemy ćwiczyć więc jeśli pasjonują Cię motocykle, to wpadnij i weź koleżanki - uśmiechnąłem się do dziewczyny poruszając brwiami - Tymczasem, mam nadzieję, że do zobaczenia - pożegnałem ją machnięciem i wsuwając pod pachę kask, ruszyłem z chłopakami w stronę sklepu.

***

Wszystko było gotowe, piękne maszyny, ustawione w rządku czekały na swoich właścicieli lśniąc w księżycowym blasku, który otaczał czarny tor. Nie mogłem się doczekać aż usłyszę pierwszy ryk silnika, a we mnie wstąpią emocje obecne wtedy i tylko wtedy gdy jadę.
Buzująca wtedy w żyłach adrenalina była niesamowita, ta mgła ryzyka snująca się gdzieś w wielkiej radości była kumulacją wszystkiego, przez co wrażenia były jeszcze lepsze. Staliśmy przy wysokiej siatce, kończąc swoje przygotowania do pierwszej próby.
Podobało mi się, że szkoła pozwalała rozwijać swoje pasje, że tak nas w tym wspierała.
Wsunąłem na głowę kask rozglądając się dookoła, gdy jeden z moich towarzyszy imieniem Zachary szturchnął mnie w żebra.
- Gdzie Twoja dziewczyna? - zaśmiał się, za co oberwał strzał w żebra.
- Jak widać nie lubi mocnych wrażeń - wydusiłem w kask.

Tzuyu? 
Na nic więcej mnie teraz nie stać, wybacz.

5.06.2017

Od Oscara CD Willa

Chłopak chwycił mój nadgarstek ciągnąc, w jak za chwilę okazało, nie tą stronę.
- Wiesz, że możesz mnie już puścić? W tym tłumie raczej ciężko będzie mi się przebić z drogą ucieczki - zaśmiałem się kręcąc głową, gdy długie włosy przebijały się raźno przez tłum, będąc kompletnie obojętnym na moje słowa. Choć sam nie miał pojęcia gdzie iść, przejął kontrolę nad sytuacją, przemierzając szkolne korytarze z wypisaną na twarzy radością. Zabawne. Fakt, widziałem go pierwszy raz w życiu ale energia jaką pochłaniał oraz radość jaką emanował była niespotykana i dosyć... dziecinna? Zaplotłem ręce na klatce piersiowej, dalej pozwalając chłopakowi prowadzić naszą dwójkę przez nieznane szkolne tereny i z niemałą satysfakcją obserwowałem jak koniec, końców poddaje się i robiąc obrót na pięcie, mierzy mnie czujnym spojrzeniem.
- To powiesz mi wreszcie gdzie jest ta cholerna stołówka czy będziemy tak krążyć? - podparł ręce na biodrach, w charakterystycznym geście wysuwając jedną nogę do przodu. Zamrugałem kilkukrotnie próbując przyswoić nagły zwrot akcji jak również to, że nie przewidziałem iż rozmowa zejdzie na ten tor. Parsknąłem śmiechem, przewracając oczami.
- No choć już - mruknąłem - Tylko błagam. Powoli i za mną - pokręciłem głową po raz ostatni i nie oczekując jego reakcji ruszyłem z zajmowanego miejsca. Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni zastanawiając się nad początkiem dzisiejszego dnia, właściwie to myślałem, że będzie znacznie, znacznie gorzej ale tak samo jak klasa nie była taka zła, tak również szkoła wydawała się bardziej przyjazna niż sądziłem. Ostatni raz wypuściłem pełne ulgi powietrze z płuc widząc, jak zaledwie pięćdziesiąt metrów przede mną, ogromne, zatłoczone i niebieskie drzwi przyozdobione są równie dużym napisem "stołówka". Mój towarzysz niemal natychmiast przyśpieszył kroku, dosłownie taranując mnie w przejściu i wleciał do pomieszczenia. Swoją drogą, wyglądał dość zabawnie, wysoki i chudy, długowłosy chłopak przemykał się między uczniami jakby, przysięgam, robił to zawodowo. Ruszyłem w jego ślady podchodząc do ogromnej lady, tętniącej przyciągającym wzrok wyglądem i jeszcze ładniejszymi zapachami. Postukałem trzykrotnie w szybę paznokciem intensywnie myśląc nad dzisiejszym śniadaniem, by koniec końców zdecydować się na jeden z najpopularniejszych zestawów.
Sok pomarańczowy oraz tosty z szynką i serem. 
Czerwoną tackę z jedzeniem wsunąłem pod dłoń i patrząc spod byka na zebraną w stołówce społeczność niczym kelner z wieloletnim doświadczeniem i ogromną gracją przesuwałem się między nieznajomymi sylwetkami. Patrząc na, niektóre spojrzenia poczułem rozbawienie. To śmieszne, ten moment kiedy ludzie, których nawet nie dotykasz potrafią obarczyć się spojrzeniem tak zawistnym jakbyś właśnie na nich wpadł. Czujnym wzrokiem obserwatora, namierzyłem wolny stolik, który jakby czekając właśnie na mnie błyszczał poświatą inne niż wszystkie.
Prychnąłem, rozmyślając na temat swojej wybujałej wyobraźni i dyskretnym uśmiechem postawiłem śniadanie na przyjemnym dla oka, jasnym stoliku. Już miałem zabrać się za jedzenie gdy ciche skrzypnięcie uświadomiło mi, że ktoś zajął miejsce naprzeciw mnie. Uniosłem spojrzenie by dostrzec Willa, tego samego chłopaka, z którym współpracowałem na zajęciach, szeroki uśmiech wciąż gościł na jego twarzy ukazując dwa rzędy białych zębów, a kompletnie nieułożone włosy sugerowały, że również przebijał się przez ogromny tłum. Odwzajemniłem gest w niedbałym grymasie i nie zrażając się jego obecnością wróciłem do jedzenia.
- Cześć - przywitał się, próbując przekrzyczeć szkolny gwar. Hałas, był zdecydowanie typowy dla tego miejsca. O ile nie były to zwykłe, między uczniowskie rozmówki, to po wszystkich salach rozchodził się czyjś głos, lub dźwięk instrumentów. Zdecydowanie w tej części szkoły coś takiego jak spokój i cisza, zanikało w odmętach codzienności.
- Hej - odparłem, gdy zorientowałem się, że moje milczenie za bardzo przeciągnęło się w czasie. - Pamiętasz o pracy domowej, ją też mamy zrobić w grupach - dobra, może nie był to najlepszy temat by zacząć rozmowę, nic jednak ciekawszego nie przyszło mi do głowy - Chcesz mi pomóc? - ciemnowłosy, wyraźnie przez dłuższą chwilę analizował moje słowa, wystukując palcami na blacie, nieznany rytm. Pokiwał wolno głową, przeżuwając kanapkę.
- Jasne, tylko kompletnie nie mam inspiracji - teatralnie ułożył dłoń na swoim czole, prychnąłem śmiechem, kręcąc głową. - Nie mów, że Ty masz - mruknął, mrużąc przy tym oczy.
- Na wenę, też są sposoby - wykrzywiłem zęby, w jeszcze gorszym grymasie niż wcześniej, już planując dzisiejszy wieczór.
- Niby jakie? - w tym momencie, niemal wyczuwalne było, jak nutka tajemnicy, pomieszana z ciekawością, otacza naszą dwójkę. Podniecenie, które czułem, za każdym razem gdy ktoś poruszał ze mną ten temat rosło, a moje policzki oblał rumieniec.
- Więc przedstawię Ci dzisiaj miłość swojego życia - odruchowo przygryzłem swój język, poruszając wymownie brwiami, gdy naszą rozmowę przerwał dzwonek wzywający na ostatnią lekcję. - Wszystkiego się dowiesz potem, tylko przyjdź o dwudziestej pod szkolne garaże - zgarnąłem swoją torbę z krzesła i zostawiając Williama z jego przypuszczeniami opuściłem stołówkę wtapiając się w gęsty tłum...

~*~

Okej Oscar. Sprawa jest prosta. Dobrze zacząłeś, nawet lepiej niż myślałeś, więc teraz się nie poddawaj. W końcu może uda Ci się wyjść na prostą i nie będziesz już tak a-społeczny, może nawet znajdziesz sobie jakiś znajomych, tylko nie rozwal wszystkiego swoją głupotą, ok? Nikt nie każe Ci się przed nim zwierzać, trzymaj się swoich zasad, ale nie spierdol tego. Postaraj się.
Wsadziłem dłonie w długie rękawy kurtki słuchając, jak jej skórzany materiał przyjemnie skrzypi przy każdym ruchu. Jej czerwone pasy na rękawach i w pasie, były już mocno przetarte, jednak między innymi, ze względu na wiek nie miałem sumienia jej wyrzucić. Swojemu lustrzanemu odbiciu posłałem uśmiech i łapiąc za przywieszone do małego haczyka popędziłem ku drzwiom. I tak już spóźniony wystrzeliłem z własnego pokoju, pędząc do drzwi wyjściowych. 20 minut... Cholera, Oscar czy chociaż raz nie możesz wyrobić się na czas? Strzeliłem się w biegu z otwartej dłoni w czoło, co przyciągnęło uwagę kilkoro uczniów. Koniec końców dotarłem wreszcie do drzwi wyjściowych by przywitać wieczorny chłód. Zimne powietrze otuliło moje ciało, przedzierając się przez materiał kurtki i koszulki, prosto do mojej skóry, nigdy nie lubiłem zimna. Starając się zapomnieć o nieprzyjemnym chłodzie okrążyłem szkołę dochodząc do oddzielonego od reszty, budynku, w którym to uczniowie mogli trzymać swoje pojazdy. Sylwetkę, która już zapadła mi w pamięć, zauważyłem jeszcze z końca alejki. 
- Gotowy? - rzuciłem, przykuwając jego uwagę. Oboje pominęliśmy temat mojego spóźnienia  i skupiliśmy się na tym, co wydarzyć się miało za chwilę.
- Nie wiem, zależy co mi pokażesz - chłopak machnął swoją bujną grzywą i ruszył do przodu tym razem, dając mi się zaprowadzić. Podeszliśmy pod garaż z numerem dwadzieścia osiem. Ciche kliknięcie i drzwi prowadzące do mojej ukochanej poczęły się otwierać. Po minie nastolatka mogłem się domyślić iż spodziewał się ujrzeć tu motocykl. Z dumą zaprezentowałem swój Yamaha V max, podchodząc do maszyny.
- Tylko bądź delikatny - przestrzegłem, obserwując jak jego dłoń bada siodełko. Roześmiał się jedynie i skinął głową w odpowiedzi. 
- To jest ten Twój sposób na wenę? - pokiwałem głową, kompletnie zamyślony. Pytanie chłopaka uleciało mi gdzieś między rozmyślaniami o czekającej nas podróży, a poszukiwaniem drugiego kasku. - Ok, możesz zacząć mnie uczyć jeździć - oświadczył. Mała, czerwona lampka obecna gdzieś z tyłu zapaliła się bijąc na alarm.
6. Nie ufaj.
Tylko, że sam zaledwie dwadzieścia minut temu plułeś sobie w twarz, że wszystko zniszczysz, a teraz nagle darzysz ludzi brakiem zaufania?
A jak mi go zarysuje?
Przecież Ci go nie połknie, ani nie rozbije. Zawsze możesz go skutecznie do tej jazdy zniechęcić... Zacisnąłem wargi w cienką linię obserwując jak w oczekiwaniu na moją reakcję Will przechadza się z jednego kąta pomieszczenia w drugi.
- Jasne, czemu nie - wypaliłem - Jeśli jesteś gotów wstawać wcześnie rano żeby tylko uczyć się jak wsadzać kluczyk do stacyjki by jej nie porysować, zostanę Twoim mentorem - przerwałem swój monolog krótkim, urywanym śmiechem - A teraz może krótka podróż po pustej autostradzie w poszukiwaniu inspiracji?

Will?
Nie neguj. Poprawię się.

5.01.2017

Od Oscara

- Mamo, będziesz na siebie uważać? - chwyciłem ciepłą, kobiecą dłoń w swoją, spoglądając w ogromne, błękitne oczy. Lisavieta, kobieta niebywałego uśmiechu skryła go teraz płachtą smutku i ogromnej tęsknoty.
Też będę tęsknić.
- Oczywiście, że tak, za kogo Ty mnie masz? - zarzuciła długim pasmem włosów poprawiając się wygodnie na siedzeniu. Frances, nasz kierowca, który zazwyczaj zabawiał rozmową moją matkę, również milczał. Nie rozumiałem, czemu robili z tego taką szopkę, jakbym raz na zawsze opuszczał rodzinny dom, lub umierał. Uśmiechnąłem się do swojej rodzicielki, która odpłaciła mi się tym samym gdy samochód wjechał na godzien podziwu podjazd. Ogromna trasa, prowadząca prosto pod drzwi jeszcze większego budynku, który zdecydowanie nie przypominał akademickich murów.
Życie godne nadzianych dzieciaków... - przemknęło mi przez myśl gdy podziwiałem wspaniałe rośliny, które witały nas swoją zielenią. Blondynka delikatnie dotknęła mojego ramienia przywracając mnie do porządku.
- Masz tu klucz do pokoju, przysłali Ci go wraz z potwierdzeniem zgłoszenia 44, drugie piętro - odparła i wsunęła mi do ręki małą, białą kopertę.
Przez głowę przemknęło mi pytanie, czemu nie poinformowała mnie o tym wcześniej. Zostawiony jednak bez odpowiedzi poczułem jak samochód powoli, niemal bezdźwięcznie hamuje, a podmuch wiatru otoczył zestresowany organizm wdzierając się przez otwarte drzwi. Rzuciłem rodzicielce ostatnie spojrzenie i zostawiając ją bez zbędnych, ckliwych słów ucałowałem jej chłodny, otoczony różem policzek i dołączyłem do Francesca. Mężczyzna podał mi dwie, sporych rozmiarów walizki gdy na podjeździe zatrzymał się jeszcze jeden samochód. Rzuciłem zainteresowane spojrzenie w stronę pasażerskiego siedzenia, ciekaw kto jeszcze właśnie dziś postanowił rozpocząć swoją "drogę ku przyszłości". Ów postać dane mi było zobaczyć jedynie od tyłu kiedy to długowłosa brunetka zabrała swoje walizki i popędziła do szkoły nim zdążyłem się jej przyjrzeć. Wróciłem do ciężkiego bagażu zabierając go z już pustego podjazdu, podmuch ciemnego wiatru musnął moje loki, które uderzyły w policzek, mrugnąłem, próbując wyciągnąć kilka włosów z kącika swojego oka. Te uparcie towarzyszyły mi aż do dotarcia pod skrzydło mieszkalne, gdzie moje umiejętności orientacji w terenie były niczym umiejętność czytania licealisty. Wypuściłem cicho powietrze z płuc i ruszyłem prosto w paszczę lwa, prosto w nową historię.

- Czterdzieści cztery, okej... - mruknąłem sam do siebie chowając do kieszeni czarnej kurtki małą, pogniecioną karteczkę, którą zamieniłem na równie drobny, złoty kluczyk. Wsunąłem go w odpowiednie miejsce i przekręciłem, a moje nozdrza uderzył zapach świeżości. Pokój - idealnie w moim stylu, jednak do zaplanowania.
Ani myśląc by rozpakować się od razu, rzuciłem się na łóżko  i włączając playlistę z telefonu - bo radio na dnie torby - udałem się na zdecydowanie zasłużoną drzemkę.

~*~

- Cholera jasna - warknąłem nim rzuciłem smartfonem o materac. Moja krótka drzemka zamieniła się w daleką i długą podróż prosto w objęcia Morfeusza. Zdenerwowany i zażenowany jednocześnie poderwałem się z łóżka rozbierając, nim palce dotknęły łazienkowych drzwi. Pod prysznic, cóż, wskoczyłem myjąc równocześnie zęby przez co w całej łazienkowej rutynie zaoszczędziłem jakieś pięć minut.Wybiegłem spod prysznica rzucając wrogie spojrzenie, stojącemu obok łóżka budzikowi.
07:45 
Zdążę. Wywalając wszystko z walizek prosto na łóżko zacząłem przekopywanie garderoby w poszukiwaniu bielizny, która jak na złość ostała się w najczarniejszym zakamarku, ogromnego przedmiotu. Wsunąłem na nogi bokserki, czarne, nieco pogniecione i przylegające jeansy oraz golf tego samego koloru i gotów do zamknięcia nowego miejsca zamieszkania wrzuciłem do bordowej torby kilka pierwszych książek i zeszytów jakie miałem pod ręką.
Cokolwiek.
Godzina ósma zbliżała się nieubłaganie, wskazówki zegara zdawały się pędzić jakby na złość mnie bym tego pierwszego dnia, spóźnił się na właśnie pierwszą lekcję. Zgarnąłem z łóżka swój telefon, choć wątpię by posiadał on chociaż jeden procent baterii i palcami przeczesując skołtunione loki zarzuciłem je na prawą stronę, zamykając pokój.
Mijając setki uczniów, którzy błądzili po własnych ścieżkach nie sposób było odnaleźć drogę do biblioteki, miejsca, które przeze mnie ukochane stanowiło o pierwszym wrażeniu jakie miałem zaprezentować przed szkolną społecznością. Minąłem długi korytarz i popędziłem schodami na górę. Buty głuchym stukotem odbijały się od betonu, przyciągając zapewne uwagę uczniów, którzy weszli do swoich klas. Ku uciesze mojej duszy pierwszym, co rzuciło mi się w oczy po pokonaniu jednej z przeszkód był skromny kierunkowskaz z napisem "biblioteka"...

~*~

- Już miałam kogoś po Ciebie wysyłać - blondwłosa nauczycielka, której nazwiska już zapomniałem posłała mi ciepły uśmiech, ukazując dwa rzędy śnieżnobiałych zębów. Odwzajemniłem uprzejmy gest starając się nie rozglądać po wlepiających we mnie spojrzenie twarzach - Siadaj już, czekamy na jeszcze jednego ucznia - od razu przyszła mi na myśl dziewczyna, którą wczoraj widziałem na podjeździe. Wypuściłem cicho powietrze z płuc poprawiając torbę na ramieniu i zająłem strategiczne miejsce na końcu rzędu. Nauczycielka zaczęła wprowadzać nas w pierwsze zadanie, wiersz o nostalgii, pisany w parach.
Nie powiem by zachwycił mnie ten pomysł, zmrużyłem oczy rozglądając się po sali, gdy drzwi do klasy otworzyły się po raz kolejny...
- O i jest nasza zguba, Will Treaty - przedstawiła... pacnąłem się z otwartej dłoni w czoło.
Oscar Ty ograniczona, umysłowa amebo. Rzuciłem spojrzenie w stronę "brunetki", która no cóż z przodu nie przypominała, znaczy nie przypominał dziewczyny w żadnym stopniu. Wsadziłem nos w książkę chcąc ukryć wstyd gdy mój nowy, klasowy KOLEGA zajął jedyne wolne miejsce w klasie.
Obok mnie.
- Will - chciałem spytać o zdrobnienie, ale zażenowanie samym sobą mi nie pozwoliło. Szeroki uśmiech goszczący na jego twarzy od początku nie zszedł i teraz więc zachowując resztki zdrowego umysłu wyciągnąłem dłoń w stronę chłopaka.
- Oscar - mruknąłem głosem stłumionym przez nauczycielkę, która ogłosiła iż dobierze nas w pary.

Will? 
XD Takie to bez ładu i składu, ale no... wstęp. xd

4.30.2017

Oscar Alessio Iganzio

https://68.media.tumblr.com/7a9dc4c1c35f2acacbc0276eacde3e1e/tumblr_nj7c1qqRHg1spd2vxo1_500.gif

Imię: Oscar Alessio
Nazwisko: Iganzio
Pochodzenie: Włochy, Neapol
Wiek: 19 lat
Orientacja: Biseksualny
Głos: KLIK
Pokój: 44
Aparycja:

Videre in animo, non oculis meis. Quod pulcherrimum est invisibilis invisibilem*
 Nad moim wyglądem nie warto się rozlewać. Włoch, bez włoskiej urody. Chyba jestem pokrzywdzony, bo nie odziedziczyłem po swoich "ładnych" rodzicach chyba niczego i błądzę taki ja między włoskimi korzeniami i amerykańskim wyglądem, będąc wyjątkowym tworem Bożej wyobraźni. Przez wiele lat żyłem w przekonaniu, że jest adoptowany i gdyby matka wreszcie nie pokazała mi nagrania z porodu trwałbym w tej świadomości do dnia opuszczenia rodzinnego domu. Ps. Było to naprawdę obrzydliwe.
Oh, przepraszam, przecież jesteśmy przy wyglądzie, nie moich narodzinach. Mam mocno zarysowaną szczękę z delikatnie wysuniętą brodą, która podczas uśmiechu sprawia, że moje zęby zdają się większe. Blade usta, wiecznie popękane ciągłym przygryzaniem, mam te swoje nerwowe tiki, wiążą się z wieloma wadami w wyglądzie, między innymi podrapane knykcie lub zaczerwieniony nos. Nie obgryzam paznokci - co typowe dla osób z nerwicą - uważam to za obrzydliwe, haniebnym jest niszczenie swoich dłoni. W przeciwieństwie do swoich rodzicieli, którzy posiadają idealnie proste włosy, na mojej głowie kołtunią się loki nie do rozczesania, co jakiś czas farbowane, lub delikatnie rozjaśniane. Niejeden fryzjer próbował je ujarzmić, ale cholera z nimi!
No, ale do rzeczy.
Jestem dość wysokim chłopakiem mierzącym około sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu o oczach czystego, brązowego koloru, lubuję się w czarnych ubraniach, od golfów po koszulki, przez prawdziwe rurki do typowych dresów. Nie dobieram sobie garderoby na podstawie mody, jest to kolejna żenująca rzecz, na długiej liście "jak stacza się świat". Mam wiele drobnych tatuaży, ozdabiają moje ciało między innymi na karku, nadgarstku, żebrach  i pod obojczykiem, nie. Nie planuję więcej. 
Charakter:
                               Singula de nobis et providere, ne plerumque**
Pokażę wam teraz, jaki jestem. Nie, nie jest to ciekawe, ale nie musi być. Po prostu wypełniam zakładkę "charakter". Otóż zacznijmy od tego, co motywuje mnie do wstawania codziennie z łóżka, ta mała, pożółkła już od wieku, kartka i 10 punktów, bez których nie umiem przeżyć dnia.
1. Nigdy nie podnoś głosu, zdarte gardło, zmarnowane na drugą osobę, jest oznaką słabości i braku szacunku.
2. "Traktuj innych tak jak oni traktują Ciebie" - zapomnij o tym, każdy człowiek ma równą wartość, tylko mniejsze lub większe rozgarnięcie.
3. Wymagaj od siebie jak najwięcej, każdy wysiłek czyni Cię silniejszym.
4. Nigdy nie przestawaj zawyżać swoich ambicji, jeden upadek nie czyni z Ciebie nieudacznika.
5. Cokolwiek zrobisz, zostanie zapamiętane. Ludzie gadają, uważaj.
6. Nie ufaj. 
7. Poprzedni dzień minął, zapomnij.
8. Przyjmuj krytykę, konstruktywna jest motywacją, nieuzasadniona, oznaką zazdrości.
9. Oscar, nie zapominaj kim jesteś. Nie zapominaj o swojej wartości. Nie zapominaj o drodze jaką przebyłeś by być tu gdzie jesteś. 
10. Żaden człowiek, nie ma prawa Cię zmieniać. Ty, to Ty.
No, właściwie to tyle. Nic oryginalnego, bo chyba każdy człowiek zdaje sobie z tego sprawę, ja jednak potrzebowałem ich spisanych, cóż mniejsza.
Skoro już je znacie, to znacie też mnie, wiele więcej się tutaj nie pojawi.
Hm... Na pewno współczuję osobom, które u mnie nocują, bądź odwrotnie. Nie potrafię usnąć bez muzyki, nie. Nie tej z słuchawek, która jedynie błądzi po mojej głowie, katując uszy. Mam na myśli te dźwięki, które rozchodzą się po całym pokoju, otaczają mnie swoją aurą i spokojem, koją buzujące myśli. Od najmłodszych lat muzyka towarzyszyła mi we śnie. Pamiętam, kiedy to jako dziecko mama siadała na moim łóżku kiedy koszmar po raz kolejny spędził mi sen z powiek i nuciła znane tylko naszej dwójce melodie. Rodzicielski głos zmienił się w małe, towarzyszące mi do tej pory radyjko, z którego piosenki odpędzają złe, nocne demony.
No właśnie, jeśli nadal to czytacie i jeszcze nie usnęliście, pewnie zastanawiacie się jak to z tymi koszmarami jest. Wyjaśnia to też dlaczego moje knykcie przypominają krwiste dziury w dłoniach. Otóż jestem jednym z tych ludzi, którzy boją się spać. Tak, dobrze przeczytaliście, coś co dla innych jest najwspanialszą częścią całej doby, dla mnie bywa najgorszą męczarnią. Nie, nie zacznę wam teraz opowiadać każdego snu po kolei, bo choć podobne, są zarazem kompletnie różne. Muzyka, jest w tym wypadku moją bronią, tym, co oddziela mnie od nocnych zjaw i otula aurą bezpieczeństwa.
No... Może w dzień chodzę troszeczkę zdenerwowany *czytaj: kompletnie znerwicowany* ale przynajmniej mogę się wyspać.
Moi znajomi mówią, że nie umiem się bawić i choć bywam zabawny, potrafię przynudzać. Cóż, na początku było to dla mnie doprawdy, bolesną obelgą, jednak jakby się nad tym zastanowić... Taka jest prawda. Nie gustuję w głośnych imprezach, chociaż nie pogardzę ogniskiem z najbliższym gronem przyjaciół. Innymi słowy imprezy na więcej niż 15 osób? - stanowcze nie.
Nie lubię też świąt. Gwiazdka, Wielkanoc, urodziny... Zakłamanie i obłuda. Tak naprawdę połowie osób, które składają Ci tak serdeczne i szczere życzenia mają gdzieś czy dożyjesz następnego dnia.
Żenujące nie...? Tak, tak... Przesadzam i jestem marudny. Wybacz, to przez niewyspanie.
Żeby nie przynudzać powiem Ci jeszcze to co najważniejsze i uciekam do książek.
Otóż jestem...
Albo nie, dowiesz się w swoim czasie.
Partner: Partner? Co to partner? Czy to jakaś nowa forma pisania książek? Aaaaa, że związek! Jakoś, nie było okazji...
Rodzina: 

Moja mama, nosząca dźwięczne imię Lisavieta, kobieta o złotym sercu i wiecznym uśmiechu. Ukochała mnie i obdarowała wszystkim co najlepsze, kobieta biznesu, cudowna matka i kochająca żona. Uwielbiany przez wszystkich blond ideał.
Ojciec Abercio, wykapana żona, jakkolwiek to brzmi, chociaż nie było w nim krzty surowości, potrafił zaprowadzić w domu porządek. Człowiek światłych poglądów, za które oddał życie.
Na tym kończą się moje perypetie rodzinne, historia mojej babci, czy cioci, wujka, dziadka, stryjka od stryjenki ze strony mamy raczej was nie obchodzą.
Zajęcia: fotografia, pisarstwo, sztuka.
Zainteresowania:  

Uwielbiam fotografować. Zdjęcia... Jest nimi obwieszony cały mój pokój, w którym staram się zachować każdą chwilę swojego życia. Wierzę, że kiedy będę miał pięćdziesiąt lat będę mógł pokazać je swojej drugiej połówce ze słowami "A Ty zmieniłeś to w coś jeszcze piękniejszego". Poza tym, uwielbiam pisać, przelewać na papier swoje emocje w dowolnej formie pod co potem mogę komponować na swoich skrzypcach ~ Tak gram, ale zupełnie nieoficjalnie.
Poza tym książki. Pułki książek, masy, góry, lawiny, tony przeczytanych lub nie przeze mnie dzieł, które są ucieczką od rzeczywistości, tyle, że na nie wszystkie nie wystarczy mi, ugh, krótkiego życia. Na koniec jeszcze sztuka, nie, nie nazwę swoich bohomazów czymś godnym uwagi, co nie zmienia faktu, że to uwielbiam.
Inne:
Zasady już były, rodzina, zainteresowania, a wy dalej swoje... Więc znowu przejdziemy do kilku, prostych punktów.
1. Nienawidzę zdrobnienia "Oskarek"
2. Złamałem lub zwichnąłem chyba każdą możliwą kość, jestem kompletną niezdarą.
3. W przyszłości chcę zostać dziennikarzem, marzę o dalekich podróżach.
4. Jestem dziewiętnastoletnim chłopem i prowadzę pamiętnik.
5. Oh, Boże, wiem, że tego nie czytasz.
6. Mówię płynnie w 4 językach
Kontakt: Ingenium, ingenium03@gmail.com

 *Patrz sercem, nie oczami. To co najpiękniejsze, jest dla nich niewidoczne.
**Stanowią o nas szczegóły, nie ogół.