Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alec. Pokaż wszystkie posty

8.02.2017

Od Aleca C.D Leny

   Od kiedy moje uleganie Lenie zdarzało się tak często, by dać Rudzielcowi prawo do uchybienia mi w tych sprawach i użycia słowa zawsze. To coś, do czego nie miałem szacunku i nawet przewiercający się przez warstwę irytacji rozum nie był w stanie ulec pokusie zrozumienia całego monologu. Monologu, dla którego Aiden postanowił podnieść głos, tak niepasujący do jego usposobienia, że u mnie wywoływało to wręcz zdumienie, pomimo że jedyną rzecz jaką o nim wiedziałem, to fakt, że przyjaźni się z Leną. Teraz właśnie miałem zaszczyt widzieć, jak bardzo... Kpił ze mnie, ułożył na gwoździach, ale zabrakło mu sił, żeby mnie dobić, o ile naprawdę dążył do tego celu, w co wątpię. Najbardziej niewygodne było jednak to, że na to pozwalałem. Chęć zaprzeczenia mu stawała się z chwili na chwili o wiele większa niż głębszego zastanowienia się nad tym, jakie były powody tego wywodu. Wiedziałem doskonale, ale to, czy ochrzanił mnie słusznie, nadal pozostawało owiane tajemnicą. Co on mógł o nas... ach, tak.
   Osądził mnie? Oskarżył? Próbował coś uświadomić, przemówić, obić twarz za pomocą słów? Dokładnie tak się czułem, a pomysłów miałem wiele. Jednakże przez cały ten czas zdawało mi się, że Aiden karcąco mnie ocenił, opierając swoją wypraną z argumentów tyradę o tą jedną sytuację w chwili, gdy pozostając w niewiedzy, byłem gotowy skorzystać z zaufania do Leny i pomóc jej odzyskać to, co straciła. Gdybym dowiedział się o tabletkach, nie pozwoliłbym jej na to. Proste. Moje myśli to nie był instynkt samozachowawczy, leżący w naturze ludzi, którzy słysząc oskarżenia i to, co się ewidentnie nie podoba, bronią się rękami i nogami, wmawiają sobie cokolwiek, by uświadomić sobie, że wszystko co ktoś powiedział jest sprzeczne z prawdą. Tak postępują ludzie z kipiącym nadmiarem dumy, która nie pozwala pogodzić się z czymś, co jest druzgocącym faktem.
   Nie czułem ani cienia potrzeby, by tłumaczyć się Aidenowi. Mój szacunek wobec niego malał za każdym razem, gdy przypominałem sobie, jakie słowa wyrywały mu się z ust. Właśnie, wyrywały. Ta jedna chwila była niekontrolowanym wulkanem emocji. W odpowiedzi tylko uniosłem ręce w geście obronnym.
   – Mam tylko dwie sprawy. Pierwsza, trzymaj emocje na wodzy, bo zjadają ci zdolność racjonalnego myślenia. – Odchrząknąłem krótko, postępując do przodu tak, by za moment znaleźć się zaledwie metr od tej dwójki. Moje nerwy skamieniały i być może to właśnie dlatego wciąż powstrzymywałem się od złamania mu nosa. – I druga sprawa, puść ją. Teraz, nie chcę mi się powtarzać. – Pokręciłem głową przy wypowiadaniu ostatnich słów, sygnalizując chłopakowi, że ta krótka odpowiedź musiała wyciągnąć ze mnie maksimum siły psychicznej. Głos, jakim przemawiałem, był w stanie przemienić wodę w lód. Czułem, jakbym za pomocą spojrzenia chwycił jego wnętrzności oraz miał nieprzemijającą ochotę podnosić go do z kolan, zaciskając tam mocno wyimaginowane pięści.
   Obserwowałem dokładnie jego ręce, które zwalniały z uścisku ramiona szlochającej dziewczyny. W drugiej chwili została ona całkowicie pozbawiona męskich rąk, jednak z falą łez spływających jej po policzkach oparła się o zimną ścianę i podsunęła do góry. Aiden zrobił zaledwie krok do tyłu, nadal nie spuszczając z Leny zmartwionego wzroku, takiego, że na moment poczułem jak zazdrość wyjada mnie od środka niczym insekt. Blondynka ciągle sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała co się dzieje dookoła, ale nic dziwnego, bo nawet do mnie nie napłynęły dotąd wszystkie fakty.
   – Nie wiem co to były za cholerne tabletki, ale poradzimy sobie w inny sposób. – Wyciągnąłem do niej rękę, zwracając się tak, jakbyśmy byli ostatnimi ludźmi na świecie. Uścisnęła ją, a ja bez żadnego sygnału zamknąłem ją w czułym uścisku, posyłając Aidenowi tylko pojedyncze, niezbyt przychylne spojrzenia, które natychmiast nakazały cofnąć mu się o kolejne kilka kroków. Później znalazł się obok wyjścia i oparł tam swoje ramie.
   – Ok-kej... – Nasunęła rękaw na dłoń, po czym uniosła ją w górę, sięgając spuchniętego od płaczu, czerwonego policzka. – A co z Aidenem? Czy on...
Podobny obraz
   Jak z automatu przechyliłem głowę w jego stronę, a niemym rozkazem niebieskich oczu przekazywałem chłopakowi, by zupełnie skapitulował i przestał wchodzić nam w du... no. Przez moment nawet poczułem się jak egoista, chcąc zmusić Aidena do odejścia i ledwo pamiętając przy tym, że to jeden z prawdopodobnie najlepszych przyjaciół Leny.
   – Nie wyjadę – odpowiedział, posyłając wszystkie moje ostrzeżenia w czarną otchłań. Żebyś tego żałował. Zacisnąłem pięść, którą ukryłem za swoimi plecami i próbowałem stłumić w niej całą irytację. – Wróciłem do szkoły, chodzę do niej zupełnie jak wy.
   – Bo chodzi o szkołę, prawda? – Pieprzony kłamca. Widziałem w jego oczach czystą złośliwość, która nasiliła się z chwilą, kiedy odważył się zatrzymać na mnie wzrok o chociaż tę sekundę dłużej. Wykorzystywał to, że Lena jest w rozsypce tylko po to, żeby dać mi do zrozumienia, że jest tu dla niej. Głównie dla niej. Nie mogłem teraz nawet znaleźć sił, aby nie podnosić tonu; nadało to mojemu głosowi z lekka ostrzegawczy wydźwięk, ale i to zostało przykryte ignorancją.
   Aiden nie odpowiedział. Po namyśle zsunął ze mnie swój wzrok i obdarował nim Lenę, a mimo że go nie pochwyciła, to na jego twarzy rozrósł się niewielki uśmiech. Czułem tylko, jak jego osoba całkowicie znika z pomieszczenia zupełnie tak, jakby nigdy jej tu nie było. I rzeczywiście mogłem z ochotą poddać się temu niewyobrażalnie dziwnemu wrażeniu, gdyby nie to, że mój umysł był niczym wypluty i pogryziony materiał. I ktoś za tym stał. 

***

   Minęło doprawdy niewiele czasu albo to dni były tak intensywne, że zlatywały mi w zatrważającym tempie. Czułem, jakby to właśnie czas był jak łańcuch, który nie pozwalał mi wejść we własny rytm i podporządkowywał sobie absolutnie każdy aspekt mojego życia. Sam decydował. Zjadał wszystko, zanim zdążyłem coś powąchać. Ale koniec końców spędzamy z Leną ciut więcej czasu, niż przedtem. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że wszystko znowu mogło być jak dawniej, ale jednocześnie było tak abstrakcyjne, że w przeciągu sekundy na myśl przychodziły mi najróżniejsze przeszkody. A najgorszą z nich był Aiden. Kręcił się dosłownie wszędzie, gdzie była Lena, a fakt, iż chodzi z nią razem na kulinarne wcale mnie nie uspokajał. Dobra moja, że polubiłem własną wadę i lubię być złośliwy dla tych, którzy próbują odebrać mi to, co nadaje mojemu życiu sens. A więc jedyny spoiler jest taki, że Aiden czasami spieprzy prostą potrawę, a drugim razem nawet nie ma pary, bo ta całkowicie niespodziewanie musi wyjść z lekcji. Dlaczego wkurwiam, ale nie mogę przestać? Alec, ogarnij się, bo twoje dobre sumienie wiecznie żyć nie będzie. A w końcu zupełnie się wyciszy. 
   – Długo jeszcze? – spytała Lena, natychmiast wyrywając mnie z zamyślenia. Powróciło całe otoczenie, które wcześniej posłałem w eter: zgiełk parudziesięciu uczniów odzianych w jak najmniej, z plecakami obciążającymi ich barki; żar słońca, który bezlitośnie wylewał się na przypaloną blachę składającą się w elegancki przystanek autobusowy. A kogo ja chcę oszukać? Staliśmy już pół godziny, grzejąc się na słońcu niczym kurczaki na ruszcie. Tylko, że my powoli zaczynaliśmy przechodzić potem, a nie pachnieliśmy jak dobry obiad.
   – Mają opóźnienie. – Zerknąłem na zegarek, a potem ująłem w pięść skrawek koszulki, podrywając ją do góry w falujących ruchach. Tylko w ten sposób mogłem się chociaż odrobinę ochłodzić; a i tak czułem, jak pot intensywnie spływa wzdłuż mojego kręgosłupa. Okropny, okropny dzień. Taki, że gdyby nie wycieczka szkolna, rzuciłbym wszystko i zamknąłbym się w zamrażarce, by tam poczuć jakikolwiek chłód. Chwilowy powiew wiatru był niczym wybawienie.
   – To pewnie wasza kara za projekt, który wciąż jest zaległy. I nie odpuszczę wam tego. – Poczułem obecność tuż za ramieniem i na tajemniczy głos przekrzywiłem głowę. Seagal, mimo że właściwie nam groził, to utrzymywał na ustach przyjazny uśmiech i to jednak nie zmieniało faktu, iż czas po wycieczce byłby najodpowiedniejszym do nadrobienia zaległości. Chciałem odpowiedzieć czymś więcej niż tylko kiwnięciem głowy, jednakże mój narząd słuchu ni stąd ni zowąd podrażniły wiwatujące krzyki uczniów. Autobus po prawie trzech kwadransach spóźnienia w końcu zmierzał w naszą stronę oraz stopniowo hamował. Nie zdążył się zatrzymać, a większość z grupy była już w drodze, by wsiąść do jego wnętrza. Wnętrza, który okazał się być jeszcze większą patelnią i nawet kierowca musiał wyjść, by złapać oddech, a to z kolei zapowiedziało krótki postój. Zrezygnowane buczenie zwróciło nas z powrotem w stronę przystanku.
   – Teraz już z górki. To będzie przyjemne czekanie – powiedziała z dziwnym entuzjazmem Lena, stanąwszy dokładnie obok mnie, a wtedy moje oczy chcąc nie chcąc wyłapały niechcianego przybysza. Zanim zaczął dzielić nas zmniejszający się dystans kilku metrów, westchnieniem dałem dziewczynie do zrozumienia, że nie zgadzam się z jej zdaniem:
   – Przyjemnie mówisz?
   I właśnie w tym momencie zrozumiałem, że postój będzie dwa razy trudniejszy do przetrwania niż czekanie na spóźniony autobus, w tak dusznym powietrzu, że ciężkim wysiłkiem było uzupełnianie płuc zapasami tlenu.
   – Hej Lena. – Aiden. Na sam jego widok nóż otwierał mi się w kieszeni. Podszedł do blondynki zupełnie tak, jakbym nie stał obok niej. Ba! Nawet nie pochwycił mojego spojrzenia, które od samego początku wierciło mu dziurę w głowie.
   – Aiden? – Spytała lekko zdziwiona faktem, iż go zobaczyła, a dla mnie to było wręcz przewidywalne. Przewidywalne, że teraz chłopak uczepi się jej jak rzep psiego ogona. Mnie to wprowadza w cholerną irytację... – Akurat chciałam rozmawiać o tym konkursie kulinarnym.
   – Zobacz, ja też! – Roześmiał się, co wzburzyło we mnie kolejną falę niesmaku. Pokusiłem się nawet o stwierdzenie, że żałuję, że wydają się ze sobą dogadywać. Jedną ripostą chciałem zepsuć im wszystko i nie dbałem o to, czy ktoś będzie z tego powodu miał mi to za złe. – Bierzesz udział, prawda?
    – W sumie nauczyciel chciał, żebym się w to zaangażowała, ale bez ciebie u boku niezbyt idzie mi gotowanie. Wprawdzie... dobrze mi się z tobą pracowało na tych zajęciach. – Nosz kurwa. Zacząłem tupać nerwowo nogą o podłoże, chcąc by nagle ziemia się zapadła i zabrała go do piekła, czyli tam, skąd przyszedł ten pomiot.
   – Wracam do szkoły, więc może... – urwał.
   Frustracja spowodowana jego zachowaniem była równą pochyłą prowadzącą do coraz szybszego wzrostu agresji. Agresji, która nigdy wcześniej w takim stopniu nie wypełniała mnie jak teraz. Wyrażałem jeszcze mniejsze chęci ku temu, by tłumić ją w głębi siebie i w końcu szarpnąłem go za ramie w swoją stronę. Widziałem, jak jego spłoszone nieprzewidywalnym ruchem oczy skupiają się na moich, a usta nie są w stanie wypowiedzieć słowa. Zaciskałem mocno pięść na jego koszulce, czując jak reszta świata całkowicie zanika w otchłań zapomnienia. Powietrze przepełniło się tajemniczą groźbą wywodzącą się spod moich rąk, tak rzadką, że gdybym naprawdę go uderzył, zapamiętałby to na zawsze.
   – A może tak, do cholery, nie? – Przeszyłem go piorunującym spojrzeniem, nie widząc już żadnego sensu w trzymaniu się na uboczu. A może po prostu emocje wzięły nade mną górę? – Przestaniesz robić ze mnie osła? Dobrze widzisz, jak irytuje mnie twoje zjebane zachowanie i wiem, że cokolwiek cię tu sprowadza, było twoim celem. A jeśli teraz jest nim Lena, to przepraszam cię bardzo, ale musisz zejść z tej ścieżki. Tam się nie pchaj, bo sobie nogi połamiesz... ewentualnie zrobi to ktoś.
   Mój kącik ust zaledwie uniósł się do góry, gdy wypowiadałem ostatnie słowa, okalane aurą tajemniczości. Złość, która kotłowała się wraz z innymi emocjami, teraz wyparowała zupełnie tak, jakbym powiedział to, co chciałem i mam całkowicie czyste sumienie.

Lenuś?

7.13.2017

Od Aleca C.D Chiary

   Propozycja Chiary, o ile faktycznie dobrze zapamiętałem jej imię, sprawiła, że moje myśli momentalnie stanęły w miejscu, a to, czym próbowałem zaprotestować, opadło na dno mojego umysłu. Produkcja kontrargumentów wstrzymana tą jedną ofertą, która jednocześnie była dla mnie korzyścią. Dużą korzyścią. To, co mam robić, to tylko nakręcić parę filmików. O montaż, grafikę, nikt mnie nie prosi. A w zamian najprawdopodobniej zdam semestr. Czemu nie...  
   – Nieładnie tak podsłuchiwać. – Prychnąłem pod nosem, budując napięcie wymowną ciszą. Słyszałem, jak jedynym nabierającym na sile dźwiękiem było zniecierpliwione tupanie nogą dziewczyny. – Wchodzę w to. To kiedy zaczynasz mnie uczyć? – Skierowałem się w stronę drzwi, włożyłem ręce do kieszeni, ale jej głos i to, co powiedziała, spowodowało, że natychmiast się zatrzymałem.
   – Co? – Jej twarz przeciął ironiczny uśmiech. W mojej głowie w pierwszej chwili pojawiła się myśl, że widok naprawdę uśmiechniętej Chiary to prawdopodobnie coś tak rzadkiego, jak kurze zęby. – Najpierw filmik, potem nauka.
   – Nie tak się umawialiśmy – odpowiedziałem w ten sam sposób, co tylko poszerzyło jej uśmiech i utwierdziło mnie w przekonaniu, że zrozumiała, jaki charakter ma ta rozmowa. Albo jakby to ona zapewne ubrała w słowa: „jestem zbyt bystra, żeby nie zrozumieć”. O tak, znałem ją zaledwie dzień, a to rzecz, której wręcz byłem pewien. W porównaniu do takiego Andrewa, który był wręcz oczarowany włoszką, mnie wystarczyła chwila zastanowienia, żeby zrozumieć, że Chiara jest sprytniejsza niż wygląda. I w jej towarzystwie odnosiłem nieodparte wrażenie, że wcale nie kipi od nadmiaru koleżeńskiego dobra.
   – Tak? A jak? – Chwyciła się pod boki, patrząc na mnie spod przymrużonych powiek, a potem nienagannym norweskim powiedziała coś, czego kompletnie nie rozumiałem. Norweski to moja zmora, więc nie trudno o wniosek, że wyrazem twarzy przekazywałem wtedy czystą irytację. I chyba ją to usatysfakcjonowało, bo wzruszyła ramionami z tym samym uśmieszkiem, zupełnie tak, jakby nie musiała mówić nic więcej.
   Westchnięciem dałem jej do zrozumienia, że nie zamierzam kłócić się z kobietą, bo one mają swój własny świat, i że się poddaje.
   – Co chcesz nagrywać jako pierwsze?
   – Masz przy sobie sprzęt, prawda?
   Odpowiedziałem bez najlżejszego drgnienia i postukałem palcem w czarną, skórzaną torbę kryjącą drogi sprzęt.
   – Super, możemy nagrać to, co tam teraz masz... fotografię? Fotografię. – Popatrzyła przed siebie z zamyśleniem i nawet nie musiałem odpowiadać, bo sama doskonale sobie radziła z łączeniem wątków.
   Zmarszczyłem delikatnie brwi.
   – Będziesz nagrywać bez żadnego przygotowania? – Wyjąłem sprzęt, odpowiednio układając go w dłoni, tak, by żadna krawędź nie wbijała mi się niewygodnie w skórę. Okręciłem go w palcach, pochłonięty na moment przez konwersacje.
   – Filmik o lacrosse też kręciłam spontanicznie, dam radę – odparła bez większego wzruszenia w głosie. Ba, wyglądała na zupełnie pewną swoich słów, a ja nie zamierzałem tego kwestionować. Ja tu tylko nagrywam. Jak każdą porażkę, nawet niezasłużoną, Chiara przypisze mnie, wychodzę z umowy i sam zdam semestr, bez względu na to, ile godzin miałbym zmarnować na opanowanie zaległego materiału. – Gdyby coś poszło nie tak, w co wątpię, istnieje coś takiego, jak montaż – dodała.
   – Masz rację, przecież na to nie wpadłem – stwierdziłem z nieskrywaną ironią w głosie. – Nie masz żadnej lekcji?
   – Nie. Mam wolną godzinę. Najlepiej wejdźmy do sali, rozmowę z nauczycielką zostaw mnie.
   W odpowiedzi uniosłem ręce w geście poddania. Vanessa Jefferson mimo matczynego, troskliwego uśmiechu, chowa w oczach prawdziwy zapęd mordercy i zabawne było myśleć nad tym, że po tym wszystkim co udało mi się przetrwać, teraz gęsią skórkę wywołuje u mnie właśnie ta drobna pani.
   Do pomieszczenia wszedłem w ślad za Chiarą, która dumnie i bez cienia wątpliwości stawiała kroki do biurka, w czasie gdy ja stanąłem w przejściu i omiotłem wzrokiem pomieszczenie; spośród parudziesięciu uczniów chodzących na fotografię bez wielkiego problemu sięgnąłem blond czupryny. Dziewczyna rozmawiała z niską brunetką i to odebrało mi moment na zastanowienie się, czy dobrym pomysłem było podejść.
   – Super, jesteśmy wolni, że tak powiem. – Obok mnie stanęła zadowolona Chiara, która rozejrzała się, zatrzymując wzrok na dwóch osobach, stojących przy aparacie na tle białego tła. – Byłbyś zły, gdybym zadała parę pytań tej dziewczynie? – Wskazała Lenę, a po chwili poczułem te same spojrzenie na sobie. Odnosiłem wrażenie, że to był rodzaj pytania retorycznego i cokolwiek bym nie odpowiedział, jej nie do końca obchodzi moja opinia na ten temat.
   – Um... chyba nie. Co w ogóle z tym filmem z wczoraj? – spytałem, dorównując jej kroku. W odpowiedzi pokręciła odrobinę głową, a potem z niezbyt wielkim entuzjazmem wytłumaczyła mi, że mogło być lepiej.
   Żywiłem ogromną nadzieję, że Chiara nie wpadnie szybko na to, by zorganizować kampanię reklamową. Chociaż w tym fachu Andrew czułby się jak ryba w wodzie; chłopaka kręci bycie w centrum uwagi, dlatego potrafi palnąć coś idiotycznego tylko po to, żeby zebrać koło siebie ludzi. Jeśli dzieje się coś kretyńskiego to jasne, że bramkarz lacrosse jest w pobliżu. To po prostu weszło już w obieg tej Akademii.
   W sali fotograficznej nigdy nie było dużego zgiełku. Akurat panował tu taki spokój, że bez problemu można by usłyszeć rozmowę toczącą się na drugim końcu pomieszczenia. Ale jako że nie należałem do grupy podsłuchiwaczy, skupiłem całą swoją uwagę na utrzymaniu kamery w bezruchu. Włoszka spojrzała na mnie, jakby czekając, aż pokażę gest, który zapoczątkuje nagrywanie. Jednak zanim do tego doszło, zmieniłem parę szczegółów, ustabilizowałem ostrość obrazu, ułożyłem sprzęt wygodnie w dłoniach, a jako ostatnie kiwnąłem głową na znak, że Chiara właśnie może zaczynać.
   – Hej, nazywam się Chiara Morelli i kręcę filmiki dotyczące szkoły. Akurat macie zaszczyt w nim wystąpić, a ja mam pierwsze pytanie, niezbyt skomplikowane. Miałybyście ochotę udzielić mi wywiadu? – Uśmiechnęła się do każdej z nich w taki sposób, że zmrużyłem oczy z nieskrywaną podejrzliwością. Wciąż nie mogło mnie opuścić wrażenie, że niezła z niej aktorka.
   – Pewnie, czemu nie? – Lena odpowiedziała z tym samym wyrazem twarzy, ale w odróżnieniu od Chiary, uśmiech Leny nie dawał mi powodów do niepokoju. Co więcej, sprawił, że poczułem w środku znajome ciepło. Alec, trzymaj te cholerną kamerę. Dziewczyny teraz ustawiły się obok siebie w idealnym szeregu; Lena odłożyła to, co miała w ręku i stanęła swobodnie, natomiast ta dziewczyna, której nie znałem, wyglądała na dosyć zestresowaną. Nawet moja mina będzie dobrze, niewiele pomogła.
   – Czy fotografia to wasza życiowa pasja czy raczej hobby? – Chiara rozpoczęła wywiad. Lena dała jasny znak, że to ona przejmuje pytanie, a potem dotknęła ją chwila refleksji.
   – A czy hobby nie jest życiową pasją? Chyba, że poprzez życiową pasję rozumiesz jedno hobby, ale w tym przypadku, to dość... ograniczone myślenie. Jeśli robimy coś regularnie i nazywamy to naszym zainteresowaniem, a przede wszystkim jeśli to kochamy, to staje się to naszą pasją. I jeśli mamy na tyle samozaparcia, silnej woli i niekiedy potrzebnych do tego funduszy, robimy to przez całe życie. To czy jest to nasza życiowa pasja, zależy tylko od tego jak bardzo kochamy to co robimy. Nic poza tym. Osobiście uważam fotografię za część swojego życia, więc... już sama musisz zdecydować. – Na koniec mrugnęła złośliwie do Chiary, a ja gdybym wstrzymywał oddech podczas jej przemówienia, to prawdopodobnie bym się udusił. Oczywiście słuchałem z uwagą i nie umknął mi fakt, że w tym co mówiła mieści się sporo prawdy.
   – Robicie sesje zdjęciowe? Jeśli tak to jaki jest ich rodzaj? Robicie akty? – Włoszka oprócz tego, że jej głos ledwo drgnął, skierowała te pytanie wyraźnie do drugiej dziewczyny.
   – Sesje zdjęciowe to podstawa na zajęciach z fotografii, głównie nad tym pracujemy na lekcjach. Nauczycielka obserwuje jak do tego podchodzimy, mówi co mamy poprawić, zmienić. Rodzaje sesji zależą od tematu zajęć. Przerobiliśmy już naprawdę dużo sesji... Akty? To dopiero przed nami z tego co wiem... – Dziewczyna zrobiła się tak czerwona, jakby zjadła coś naprawdę ostrego i momentalnie poczułem dziwny uścisk żalu gdzieś w moim wnętrzu, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Uniosłem odrobinę wzrok poza obraz kamery, by zauważyć, jak Lena ledwo próbuje ukryć chytry uśmiech, zerkając ukradkowo w moją stronę. To był gest, który wywołał napływ myśli. Tych brudniejszych, rzecz jasna. Udusiłem je pod cwanym uśmieszkiem, malującym się na mojej twarzy od pierwszego momentu uświadomienia sobie, że Lena patrzy w moją stronę. Westchnąłbym, gdyby nie fakt, że najmniejsze drgnienie mogłoby zepsuć ujęcie.
   Chiara dalej ciągnęła szereg pytań i jak to w typowych wywiadach, nie rozwodziła się nad odpowiedziami, raczej chcąc rzucić oglądających w wir refleksji.
   – Czy macie profesjonalny sprzęt czy wystarczy amatorski?
   Usłyszałem odchrząknięcie Leny.
   – To zależy od preferencji ucznia. Dobry fotograf nawet z amatorskiego sprzętu wydobędzie to co najlepsze, a jeśli profesjonalny sprzęt ma w rękach ktoś bez tego czegoś, to spieprzy nawet najłatwiejsze ujęcie. – Uśmiechnęła się tak niewinnie, jakby właśnie była ubrana w różową piżamkę w ciasteczka, uczesana w dwa kucyki, ale jednocześnie trzymała splamiony krwią nóż i podcinała komuś gardło. Chiara, mimo że męczyła się jedynie zadawaniem pytań, wydawała się przez cały czas wytężać ucho na wszystko co dziewczyny mówiły.
   – Rozwijacie się w jednym konkretnym kierunku czy nie ograniczacie się na jednym rodzaju twórczości?
   Kolej na naszą szarą myszkę, która może jednak nie jest taka szara i wstydliwa, jak przy tematach dotyczących aktów.
   – Fotografia jest bardzo szeroko pojętą dziedziną. Jeśli ktoś ma szczególne zamiłowanie do jednego tematu i nie interesują go pozostałe rodzaje twórczości, jak to nazwałaś, to idzie w tym kierunku. Nikt nikogo tu nie zmusza, by robił coś czego nie chce. To zajęcia otwarte, gdzie mamy szlifować nasze umiejętności. Więc to również zależy od preferencji ucznia.
   – Pozujecie sobie nawzajem?
   Zmieniam zdanie. Ta sama fala czerwieni oblała twarz tamtej dziewczyny od góry do dołu. Jej nic nie mówiące mamrotanie zagłuszył śmiech Leny, która wyręczyła koleżankę.
   – Jak wspomniała wcześniej, informacje zarezerwowane dla ludzi z fotografii. – Mrugnęła jednym okiem. – Chcesz dołączyć, by się dowiedzieć?
   Chiara odpowiedziała przyjaznym na pozór uśmiechem.
   – Nie uchylicie nam rąbka tajemnicy? Filmiki tworzę także z myślą o innych uczniach, którzy nie chodzą na takie zajęcia i być może są na tyle zaciekawieni, by się czegoś dowiedzieć. Masz dla nas coś, co by ich zachęciło do uczestnictwa? Oprócz aktów? – Chiara, wstyd przyznać, wyłapała mój tok myślenia.
   – Cóż... Informacje zastrzeżone to informacje tajne, więc nie licz, że ktokolwiek z zajęć puści parę z ust. Są rzeczy na pokaz, tak jak galerie zdjęć w szkole, są też takie, które pozostają tylko między fotografami. Co do zachęcania... Naprawdę nagość to jedyne co zachęca ludzi? – Prychnęła, mówiąc z wyraźną złośliwością, którą nawet głuchy by wyłapał. Zmrużyła oczy. – Jeśli znajdzie się ktoś mądrzejszy, to zachęci go piękno tego co robimy, czegokolwiek byśmy nie fotografowali. Rozebranych ludzi można zobaczyć w tanich pornosach, my tworzymy sztukę. – Nastała chwila ciszy. – Swoją drogą... Nie kręciłaś kiedyś pornosów?
   Przełknąłem ślinę, ręka minimalnie mi zadrżała, a ja wyczułem, jak powietrze gęstnieje jeszcze bardziej. Lena czasami powinna ugryźć się w język, bo zaraz zaczną latać aparaty.
   – A co, widziałaś jakiś z moim udziałem? – Uśmiechnęła się pod nosem. – Wybacz, ale nie. Co do aktów to również może być szeroko pojęta sztuka. Chyba, że ktoś nie potrafi z nagości stworzyć czegoś pięknego i głębokiego. Jednak to temat na inną rozmowę. Jeśli nie chcesz zachęcić w jakikolwiek sposób ludzi do fotografii to może koleżanka powie nam coś miłego? – Odwróciła się do tej drugiej dziewczyny i wydawała się przy tym totalnie zignorować Lenę.
   – Niedługo są zajęcia otwarte, może ktoś, kto obejrzy ten filmik, zajrzy w wolnej chwili. Organizujemy dużo atrakcji, które mogłyby przekonać uczniów do sięgnięcia po aparat. Mamy własny sprzęt, więc jeśli ktoś byłby chętny... dokładnie za tydzień, w tej sali. – Zerknęła niewinnie na kamerę i posłała jej tego samego rodzaju uśmiech.
   – Dziękuję. Czy wszędzie zabierasz ze sobą aparat?
   Te pytanie Włoszka skierowała ewidentnie do Leny i to był najwyraźniej błąd. Ani ja, ani Lena, wciąż nie mogliśmy zapomnieć o tym, co się stało, a aparat był ofiarą. I Lena faktycznie nosiła go przy sobie tak długo, dopóki nie stał się stosem zgniecionych kawałków metalu. Bałem się, że przez te jedno pytanie ta rozmowa zmierzy w całkowicie złym kierunku, z tym, że Chiara zapytała o to, będąc nieświadomą. I ten niepokój wzrastał z każdą chwilą, kiedy widziałem zakłopotanie wymalowane na twarzy Leny. Potem te miejsce zastąpił smutek... Lena, dasz radę, oddychaj – powtarzałem w myślach z przejęciem, modląc się o to, bym w tej jednej chwili stracił zmysły i przemówił w jej głowie.
   – Raczej tak. Aparat jest jak część ciała, bez której nie mogę normalnie funkcjonować. Rzecz jasna unikam zaprzyjaźniania go z wodą czy piachem, ale poza potencjalnie niebezpiecznymi dla niego miejscami, jest ze mną wszędzie.
   – Rozumiem, dzięki za wywiad, dziewczyny.
   Cholera, gorąco mi. 

***

   Minęło parę godzin od zajęć z fotografii i momentu, kiedy Chiara przyznała, że mam strasznie wygadaną dziewczynę. W tym czasie emocje zdążyły ze mnie na dobre spłynąć, były jak niewygodne kajdany oplatające ściśle mój umysł. Teraz tkwiłem z głową w poduszce, czując jak materac co jakiś czas odrobinę ugina się pod ciężarem Chiary, która nie mogła usiedzieć w miejscu i gdy prowadziła monolog, wstawała i siadała. Jeśli to pomaga w myśleniu i norweskim to ja mogę nawet przysiady robić... W niespodziewanym momencie jednak wszystko ucichło, co swoją osobliwością sprawiło, że przeniosłem się do pozycji siedzącej i zbadałem, czy wszystko jest tak, jak należy. Chiara wpatrywała się we mnie z powagą. 
   – To bez sensu, nie masz w sobie ani trochę chęci. Weź się w garść. – Tak, rozgadałaś się, zanim spytałaś o cokolwiek. A może w ogóle nie gadałaś o norweskim... co ona właściwie mówiła? Miałem taki mętlik w głowie, jakbym spał przez dobre piętnaście minut. – Najpierw pokaż mi, co umiesz. To jest podstawowy materiał, spróbuj. – Podsunęła mi pod rękę książkę z ćwiczeniami. 
   Usiadłem na przestronnym łóżku po turecku, nie kryjąc nawet braków chęci. Na to wskazywało każde moje spojrzenie, gest i postawa; głośno wypuściłem powietrze z płuc, wręcz walcząc o motywacje, a raczej jej resztki, które pozwoliły mi obrócić książkę w moją stronę. Wpatrywałem się w treść, czytając ją dokładnie, ale im więcej czasu mijało, tym mniej się skupiałem. To była dziwna proporcja, bo liczyłem na to, że będzie zupełnie odwrotnie. Ale właśnie w tym cały problem: wystarczyło, że czytałem dłużej treść, której kompletnie nie rozumiałem, a wtedy schodziłem myślami na zupełnie inny tor. Skutkiem tego było nieuzupełnienie ani jednego ćwiczenia. 
   Kątem oka dostrzegłem, jak Chiara się krzywi.
   – No to czeka nas ciężka praca... – Westchnęła, gdy ja bezradnie podrapałem się z tyłu głowy. – Ale skoro się zobowiązałam, to ci pomogę najlepiej jak potrafię. Ale współpracuj, okej? 
   Jako odpowiedź odrzuciłem książkę i obróciłem się na brzuch, opierając głowę na dłoni. Byłem absolutnie gotowy, by jej słuchać i próbować zrozumieć, jak trudne albo łatwe by to nie było. Uświadomiłem sobie, że najlepszą drogą będzie właśnie współpraca, a wówczas wszystko pójdzie gładko z odrobiną wysiłku. Dobra, nie odrobiną.
   Nie liczyłem czasu. Gdy odrywałem się od jej głosu i patrzyłem na zegarek, czułem, jakby czas mijał mi o wiele wolniej, dlatego dokładałem wszelkich starań, by go zignorować, i bez przerwy korzystałem z rad dziewczyny: gdy mówiła o jednym zagadnieniu, wskazywała palcem na treść w książce i mój wzrok też tam padał. Jedyne, czego byłem pewien to tego, że czułem się jak w transie przez długi, długi czas; jak gdyby pogrążony w jej sensownych tłumaczeniach, które docierały do mnie w zatrważającym tempie. W ciągu tych prawdopodobnie paru godzin wbrew okropnemu zmęczeniu, udało mi się parę razy zabłysnąć znajomością tematu, nie uwzględniając drugiej takiej połowy porażek. Chiara wwierciła mi w głowę wystarczająco dużo na zaliczenie i za to byłem jej wdzięczny bardziej niż niejednej nauczycielce. Tysiące cholernych przekręceń kartek i powtórzeń, ale nie na marne. Dziewczyna przez cały czas zachowywała tak śmiertelną powagę, że aż poczułem bijący od niej chłód, lecz gdyby nie to, prawdopodobnie nadal bym leżał z głową w poduszce. 
   W akompaniamencie ciszy padłem na łóżko na wznak. 
   – Teraz ja zadecyduję – ziewnąłem – i ogłaszam przerwę. 
   – A co, już ci zwoje mózgowe wysiadają? – Odłożyła książkę, nie zmuszając mnie do tego, bym sam ją jej odebrał. Co za dużo, to nie zdrowo. 
   – Jest sposób, żeby je postawić? – Wyciągnąłem telefon z zamiarem zamówienia pizzy. – Jeśli tak, to zamawiam pizze. 
   – Wbrew pozorom jedzenie nie sprzyja nauce, raczej spaniu, ale czasami się przydaje jako motywacja. – Na jej twarzy odmalował się podstępny uśmiech. Skopiowałem go.
   – Przestań być chodzącą encyklopedią i pokaż mi czy potrafisz zjeść chociaż pół pizzy. – Mój głos był teraz na pograniczu powagi i droczenia się. 
   Podniosła brew, poszerzając swój uśmiech.
   – Pytasz się o to rodowitej Włoszki? Chyba życie ci niemiłe.
   Przeniosłem się do siadu.
   – Taka jesteś sprytna? Chętnie to zobaczę.
   – Proszę bardzo. – Prychnęła, już kompletnie zapominając o norweskim. Za chwilę będziemy rozmawiać o włoskim. – Może zakład? – Uniosła brwi, a jej pewny siebie głos nie pozwalał mi na to, bym zignorował te pytanie, które mnie tylko nakręciło.
   – Zakład – potwierdziłem, podając jej rękę. – Nie znasz mojego żołądka.
   – Jak zjem, to uczymy się dalej przez godzinę i płacisz za całą pizzę, jak przegram to na dzisiaj koniec i płacę za pizzę. – To brzmiało dosyć rozsądnie.
   – Płaci się przy dostawie... w co ty mnie wkręcasz, Morelli? – Mimo że istniało proste rozwiązanie, czułem, że taki obrót spraw będzie ciekawszy i tak właściwie cały wieczór to był totalny spontan, który jednocześnie utrzymywał się w granicach zdrowego rozsądku. Pomijając całkowicie naukę, pokusiłem się o stwierdzenie, że Chiara jest nawet bardzo znośną osobą.
   – Zawsze można kupić następną – zasugerowała.
   Odpowiedź została całkowicie zniszczona w mojej głowie, gdy na jej miejsce wstąpił głośny stukot. Głośny, nerwowy i agresywny stukot. Dźwięk poruszył całym moim ciałem i rozkazał mi wstać; nie podobała mi się ta niepewność, która nasilała się z każdym kolejnym krokiem zbliżających mnie do drzwi. Spojrzałem na Chiarę, zanim dopadłem do klamki, ale ona z niewątpliwym spokojem tkwiących w oczach mówiła, że mam po prostu otworzyć drzwi.
   Nie patyczkowałem się z nimi, po prostu uchyliłem raz i porządnie, czując taką ulgę, jak jeszcze nigdy. To Andrew, który natychmiast zajrzał mi przed ramię, dokładnie w taki sposób, jakby czegoś szukał.
   – Hej, Alec! Myślałem, że... – Jego uśmiech powoli zanikał, wprowadzając mnie w jeszcze większe zakłopotanie. – Co ona tu robi? – szepnął na tyle głośno, bym to usłyszał.
   – Uczy mnie, mówiłem.
   Mój głos był ledwo wzruszony.
   – Ta? – Ponownie spojrzał mi przez ramie, tym razem znacznie energiczniej. Każda zmarszczka na jego twarzy wykrzywiała się w wyrazie zdenerwowania. On tracił kontrolę i nie próbowałem poddawać wątpliwościom tego stwierdzenia. – Przecież masz dziewczynę, wiedziałeś, że ona mi się podoba...
   Podniosłem brwi, nie kryjąc zdziwienia, które na dłuższą chwilę odebrało mi mowę. Co...
   – Andrew, coś ci się pomieszało... – urwałem.
   – Nie! Wyjdź stąd.
   – Mieszkam tu – odparłem natychmiast, przewracając oczami. Jego dziwne zachowania to była norma, ale za każdym razem czułem się w takim samym stopniu zażenowany.
   W ułamku sekundy złapał mnie za kołnierz, a ja zacisnąłem obie dłonie na jego nadgarstkach, starając się nie oddać żadnego ciosu i nie tracić spokoju, który dotychczas wypełniał mnie niczym narkotyk. Jednak z upływającymi chwilami serce coraz głośniej dudniło mi w piersi, a krew przetaczała się chaotycznie w korytarzu żył, kiedy walczyłem o to, żeby uspokoić Andrewa. Żeby wytrzymać z nim tak długo, aż opuszczą go emocje.
   Rozluźnił uścisk i szarpnął mnie, po czym podniósł rękę, którą w tempie wykładniczym złapałem, by nie trafiła mnie w twarz. Mój wzrok wyrażał naprawdę wiele: ostrzeżenie, zdenerwowanie, prośbę. Wszystko po kolei. Wszystko, czego chłopak z ADHD nie zauważał.
   – Dlaczego mi to robisz?!
   – Stary, zabierz te ręce i wróć do zmysłów...
   Słyszałem w swojej głowie jak z jego piersi próbowało wyrwać się porażone agresją serce. 
   Chiara, help. 


Chiara?

7.08.2017

Od Aleca C.D Leny

   Nie ruszaj się, Andrew. 
   A może to moje ręce drżą? Te pytanie rozbrzmiało głośniejszym echem w mojej głowie, gdy trzymając aparat zaledwie dwa centymetry od swojego oka, próbowałem unieruchomić obiektyw w odpowiednim momencie, zdolnym, by spędzić z plątaniny moich nerwów negatywne napięcie. A ono psuło wszystko. Rozpraszało moje długo budowane skupienie, które zaraz po kliknięciu w przycisk, spływało ze mnie jak krople deszczu ze śliskiego palta. A potem pozostawało już tylko usuń zdjęcie, kolejna próba, usuń zdjęcie. Żadne nie miało takiego elementu, z jakiego byłbym zadowolony. Każde naznaczone tą niedoskonałością, która wręcz kuła w oczy z irytacją. 
   – Wiesz jak cholernie trudno jest utrzymywać taką pozę? – wydukał zmęczony Andrew, a ja zacząłem z tymi słowami żałować, że wcześniej uhonorowałem go zaproszeniem na tego typu samotną sesję, mającą na celu zaliczenie kilku ostatnich zaległych prac domowych. Chłopak nie pamiętał już chwili, w której powtarzałem w kółko, jak grubą zbroję cierpliwości musi ubrać. Odpowiedział mi wtedy, że cokolwiek powiem, nie dam rady go zniechęcić. Może rzeczywiście tak było, ale teraz wystarczył zaledwie rzut oka na jego twarz i częstą zmianę pozycji, bym swoje własne myśli pogrupował do teczki zwanej wątpliwościami i częściowo po prostu zrezygnował z odrabiania prac domowych z fotografii. Nie wiem czy to był wpływ znudzonego, wręcz wymęczonego Andrewa, czy to moje własne oznajmienie, które wychodzi na światło dzienne akurat wtedy, gdy kolega dał mi możliwość do odnalezienia go.
   – Powtarzałem, ostrzegałem. – Wychyliłem spojrzenie zza obiektywu, by wyostrzyć obraz i zrobić zbliżenie na twarz Andrewa. Zwrócona w moją stronę od dawna dawała mi do zrozumienia, że chłopaka dzielą sekundy od płaczu albo co najmniej stęknięcia. I jako uczeń w miarę interesujący się fotografią oraz detalami, jakie pokazuje nam potajemnie świat, wyraźnie dostrzegałem wszystkie emocje skryte w zmarszczkach wykrzywiających ostro zarysowaną twarz. A było to autentyczne znudzenie.
   – Długo jeszcze? Zgłodniałem... to Lena miała być twoją modelką, nie ja. – Opuścił ręce wzdłuż ciała, a ja nawet nie czując tego, co on, byłem w stanie stwierdzić, że mięśnie jego ramion po ponad godzinie wysiłku paliły ogniem.
   – Nie mogę się do niej dodzwonić – odpowiedziałem odrobinę zmartwiony. Mając jednak zaufanie do dziewczyny, byłem w stanie przygnieść nim każdą myśl, która sugerowałaby, że mam zacząć się obawiać. A i tak teraz przestępowałem z nogi na nogę, zamyślony tym, co może robić, gdzie być i z kim. To było nawet parę stopni ciekawsze niż to, czym obecnie się zajmuję i nie potrafiłem myśleć w żaden inny sposób.
   – A nie chcesz może spróbować jeszcze raz? – Wyszczerzył się, a w tym uśmiechu zauważyłem płytko skryty podstęp. Udałem, że go nie dostrzegam, ale jasne było, że chłopak wykorzysta wszelkie środki, żeby wyplątać się z sesji. Szczerze? Nie zamierzałem mu tego utrudniać. Każda minuta spędzona w tej sali wyjadała mój umysł z ostatnich chęci.
   – Jasne, o niczym innym nie marzyłem przez ostatnie parę minut. – Ironia, czy może prawda, wychodząca z moich ust, zmusiła chłopaka do niejakich refleksji na ten temat, jednak ja odkładając aparat zostawiłem wszystko za sobą. Przetarłem oczy, zerknąłem na zegarek w telefonie wyłącznie po to, by w myślach krzyknąć: „Dlaczego, do cholery, zmarnowałem tyle czasu na sesję, z czego nie udało mi się zrobić nawet połowy zdjęć”. Spokój wplątywał się pomiędzy trylion moich postrzępionych nerwów dopiero w czasie, kiedy delikatnie wymasowałem dwoma palcami skroń. Potem drugą, i mentalnie zdołałem przygotować się na to, aby zadzwonić do Leny, która ma być bezpieczna i zdrowa. Bo musi taka być – usłyszałem pewnego rodzaju karcący, ostrzegawczy i niezbyt przychylny głos w mojej głowie, który na pewno nie powściągnąłby się od kolejnego, za przeproszeniem, zjebania mi nerwów.
   Pożegnałem się krótko z Andrewem. Chłopak wyszedł szybciej niż to przewidywałem i w sumie nie ma się co dziwić, bo gdybym nie musiał sprzątać i zadzwonić do Leny to sam rzuciłbym się do drzwi wejściowych sali tak szybko, jak starsze panie biegnące na promocje do znanych sieci sklepów przemysłowo-spożywczych. Zebrałem przeróżne magazyny, profesjonalne zdjęcia, które w tamten czas będące inspiracją, teraz niepotrzebnie zaścielały całe stanowisko. Jeszcze tylko nasrać na środku. W zatrważającym tempie wyłączyłem lampę, która oświetlała jeden obszar wraz z białym tłem. Wszelkiego rodzaju i firmy wiatraków nawet nie uruchamiałem, zważywszy na fakt, że na poprzednich zajęciach wystarczył jeden pełny obrót, by wysadzić korki w całej Akademii. Że też fachowcy wciąż nie pochylili się nad problemem naprawdę ważnych sprzętów, które powodują awarię i dodatkowo utrudniają pracę innym.

***

   Dźwięk głośno zamykanych drzwi uprzedził moment, w jakim ostatecznie wyciągnąłem telefon. Było już dosyć ciemno; zmierzch bez reszty przemienił się w czerń i mrokiem zaglądał w każdy kąt nieoświetlonej akademii. Bezustannie prześladowało mnie blade odbicie tkwiące w dopiero umytym gumolicie, który tworzył podłogę na całej przestrzeni i zazwyczaj gdy korytarz tętni życiem, słychać charakterystyczne piszczenie podeszwy. A pomyśleć, że jeszcze niedawno mój umysł był na tyle sfiksowany, że widziałbym w odbiciu zupełnie inną twarz. Zmorę, koszmar nocny, zupełnie odstający od rzeczywistości, tworzący ze mnie wariata na każdej płaszczyźnie. Teraz przebiegał mnie jedynie dreszcz w obawie, że stanie się coś złego, co przywróci to wszystko za jednym zamachem. Pozostał jeszcze pewien ślad wstydu związany z tym, jak mogłem wyobrażać sobie podobne rzeczy, będące domeną psychicznie chorego człowieka, którym być może nigdy nie byłem. To właśnie wyobraźnia czyni z nas ukrytych psychopatów, jest czymś takim, czym trzeba mądrze sterować, bo wyrwie się spod kontroli.
   Uświadomiłem sobie, że naprawdę wiele emocji wypełniało mnie teraz w równych proporcjach, ale wystarczyła myśl, by zmieść je wszystkie w jeden, nieważny i zapomniany przeze mnie kąt. Lena. Doszło do mnie, że to do niej powinienem zadzwonić od razu. Wybrałem więc numer i przysuwając wyświetlacz ostrożnie do ucha, zatrzymałem się w miejscu oraz wsłuchałem w towarzyszący ciszy szum.
   Nic, powiedziałem do siebie, tupiąc dyskretnie nogą, a mimo że dyskretnie, to mógłbym potraktować ten dźwięk jako totalny hałas w pozbawionym przedmiotów korytarzu. Z każdą próbą moje zniecierpliwienie oraz uzasadnione obawy zbierały się w jedną, pulsującą kulę, ukrytą płytko w moich nerwach i tylko czekającą na moment, aż samoistnie wybuchnie. Tak naprawdę czułem coś więcej niż tylko zmartwienie, gdy widziałem za każdym oknem świetlisty księżyc otoczony szatą gwiazd. Było o wiele za późno. O wiele za późno na opuszczanie szkoły. Zanim doszedłem do oczywistych wniosków, że Leny nie ma, odwiedziłem jej pokój, który był otwarty, i przeszukałem po dwa razy te same miejsca, podtrzymywany przez znikomą nadzieję, że trafię na ślad. 

***

   Pusto, pusto, pusto. Od jakichś piętnastu minut marznę w letniej, acz wieczorowej atmosferze, pochłaniany przez miliony myśli. Szedłem wzdłuż jednego chodnika, wręcz wwiercając sobie do głowy, że Lena nie mogła odejść zbyt daleko. Uspokajały mnie myśli, że po prostu wyszła z koleżankami na jakieś ciastko, ewentualnie piwo, i tak wciągnęło ją towarzystwo, iż straciła poczucie czasu. Badałem uważnie wzrokiem każdy budynek po obu stronach ulicy, nie pozwalając, by w poszukiwaniach przeszkodził mi chociażby większych rozmiarów samochód. Przeoczenie czegoś po prostu nie wchodziło dzisiaj w grę; poczułbym się cholernie źle, gdybym ją minął. 
   I w tym jednym momencie wszystkie moje myśli uległy autodestrukcji. Moje poszerzające się z chwili na chwilę oczy sięgnęły pleców, na które opadały blond włosy, ułożone w lekkim nieładzie. To była Lena. I mimo że przez cały czas stała tyłem, wewnętrzne przekonanie nie pozostawiało żadnych wątpliwości co do tego, że właśnie odnalazłem zgubę. Jej głos, gesty i chwiejna postawa to te trzy rzeczy, które zapoczątkowały różne powody do naprawdę wielu myśli, ale bynajmniej nie do tego, żebym się cieszył. Nawet ulga nie okazała się tak silna, bym teraz zerwał się z miejsca, podbiegł do Leny i ją przytulił; dziewczyna przeprowadzała ostrą rozmowę prawdopodobnie z barmanem, który wciąż unosił jedną rękę skierowaną na ulicę i pomimo dziesiątek najróżniejszych zdań blondynki, on tylko krzyczał starczy, mała. 
   Zszedłem z chodnika i przebiłem się nerwowo przez kilkoro stojących nieruchomo gapiów. Ze ściągniętymi brwiami złapałem Lenę za ramie, odciągając ją odrobinę do tyłu i jedynie nieznacznie przykuwając jej uwagę. W amoku natychmiast zrzuciła moją dłoń i nie pozwalała, by cokolwiek przeszkodziło jej teraz w czymkolwiek, czym była zajęta. 
   – Co się dzieje? Lena, dlaczego krzyczysz? – Stanąłem obok niej, będąc na tyle wysokim, by przechylić głowę w jej stronę i próbować pochwycić niebieskie, pełne zdenerwowania spojrzenie; wyrażałem wszelkie chęci, by je ujarzmić. A poza tym... Nigdy bym się nie spodziewał, że zobaczę ją w takim stanie. Że zobaczę ją upitą i samotną, przed zadymionym barem. Ba! Nie troszczyłem się nawet o fakt, że moje usta dawno złożyły się w wyraz zdziwienia. Bez względu na okoliczności, nie mogłem sobie pozwolić na rozdygotanie uwagi. Zachowałem zimną krew, która pulsowała chaotycznie w moich skroniach. 
   – A coś za jeden? – Barman ponownie podniósł głos, tym razem patrząc na mnie spod przymrużonych powiek. Sprawiał wrażenie naprawdę zmęczonego i nie tylko podkrążone oczy na to wskazywały. Mimo wszystko nie wyglądał mi na skrajnie złego człowieka, a wstyd przyznać, właśnie za takiego go miałem, gdy odważył się unieść głos na Lenę. Moją Lenę. 
   – Jestem jej chłopakiem, co tu się dzieje?
   – Nigdzie nie idę bez... – urwała, a ja obejmując jej ramię ręką, zagarnąłem ją w bezpieczniejszy uścisk i próbowałem utrzymać w niezachwianej pozycji, przesuwając kciukiem po jej ciepłej skórze. W przeciągu chwili zrozumiałem, że bez dostatecznie mocnego powodu nie kontynuowałaby tej rozmowy; ja wierzyłem, że gość mocno nadepnął jej na odcisk, ale po jego minie prosto o wniosek, że cokolwiek był winny Lenie, wyrazem twarzy nie dawał poznać, że go cokolwiek rusza. Był znudzony, a pod oczami miał poszarzałe worki, które przy okazji dodawały mu kilka lat. No bo komu miałbym ufać, jak nie Lenie? Skoro nigdzie nie idzie bez czegoś, to coś musiała zostawić. Po alkoholu nie traci się zmysłów, po prostu stajemy się odważniejsi i przez nasze usta przemawia prawda, czasem bolesna, ale prawda.
   – Młoda jest kompletnie pijana, opróżnia mi cały asortyment i odstrasza klientów! Mam zadzwonić do tej cholernej placówki, żeby ją zabrali, a później żeby zrobili to rodzice, czy ty to zrobisz, chłopie?
   – Ja to zrobię – wydukałem szybko na wzmiankę o ojcu Leny i momentalnie krew zawrzała w mojej sieci żył, doprowadzając mnie do szczytu irytacji, do jakiego tylko człowiek może dojść. – Obejdzie się bez rodziców. – Zaciągałem ociężałą i kompletnie niezadowoloną z tego powodu dziewczynę prosto na chodnik. Barman kiwnięciem głowy mnie pożegnał, po czym zdążyłem zauważyć, jak chowa się za drzwiami.
   Przez resztę drogi do akademii Lena szamotała się i marudziła jak rozkapryszone dziecko. Jednak do tej pory najwięcej mojej uwagi skupiały na sobie w kółko powtarzane słowa: daj mi tam wrócić, daj mi tam wrócić. Wymawiała to tak szybko i z takim przejęciem, że gęsia skórka chwilowo pokryła całe moje ciało. Mimo że każde słowo dokładnie do mnie docierało, ja zbywałem je milczeniem i jedyne, o czym myślałem, to o tym, żeby jak najszybciej przebyć drogę dzielącą nas od akademii. I wbrew kąsającemu poczuciu winy, że być może ta rzecz naprawdę jest dla niej tak piekielnie ważna, szedłem dalej, dalej, dalej i dalej, dopóki Lena się poddała, a na jej powieki wstąpił ciążący sen, który z trudem dźwigała. Mnie też nie uśmiechałaby się opcja, jakby teraz zasnęła na chodniku, więc gdy tylko czułem, jak ciężar jej ciała opiera się o mnie bez żadnych oporów, zignorowałem palący gdzieniegdzie ból i stawiałem szybciej kroki, które wkrótce zbliżyły nas do akademii.

***

   Nie pamiętałem która wybiła godzina, kiedy położyłem Lenę na jej łóżko. Tylko, że było zbyt późno, by ktokolwiek zwrócił uwagę na parę nastolatków szwendających się po ciemnym korytarzu, z czego jeden był całkowicie pijany. Całe napięcie ze mnie spłynęło i czułem niewyobrażalny spokój, być może spowodowany także regularnym oddechem, który uzupełniał powietrze w pomieszczeniu. Przy okazji mam kolejny powód, żeby nie puszczać jej nigdzie samej... Teraz słyszałem w swoim wnętrzu dwa przekrzykujące się głosy; oba doprowadzały do bólu głowy, ale jednocześnie każdy prezentował inną perspektywę myślenia. Pierwszy mówił, że mam być odpowiedzialny i pilnować Leny, bo gdyby nie moja obecność wtedy, możliwe, że Lena nie wróciłaby do szkoły. Druga, że Lena nie zachowuje się tak na co dzień. Że to, co zrobiła, stało się pod wpływem jednego, druzgocącego wydarzenia. Czasami ludzie piją tylko dlatego, żeby coś „zapić”, poradzić sobie z tym w łatwiejszy – ale tylko na chwilę łatwiejszy – sposób. Potem pojawia się poczucie winy, bo postąpiło się głupio, bo wypiło się ten kieliszek czy dwa za dużo. To normalne i ludzkie. Lena jest osobą, która na pewno zna granice, wiec zaryzykowałem i posłuchałem drugiego głosu. Nie trzeba być Sherlockiem, żeby odkryć, że i ja, i Lena, przeżyliśmy ostatnio całkiem sporo, ona jeszcze więcej, ale byłem bardziej niż pewny co do tego, że cokolwiek się dzieje, pomogę jej z tym. Minie czas, dużo czasu; nie dzisiaj, nie jutro, ale pomogę jej. 
   
***

   Nadchodzącego dnia na zajęciach pojawiłem się sam, bez Leny, która wciąż odsypiała i nawet nie próbowałem zgadywać, jak bardzo kac rozwala jej głowę od środka. Stało się, że tak powiem. Zakończyłem przepisywanie zeszytu w czasie, gdy dzwonek zadzwonił tym samym, irytującym dźwiękiem co zawsze, a w następnej chwili zgarnąłem książki w rękę. Wystarczyło same wyjście z sali, by w oczy rzuciła mi się blondynka z twarzą skierowaną prosto na mnie. Uczesana, pomalowana sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie zatracała się nad szklanką alkoholu poprzedniego dnia. Jeśli miałbym to spiąć w jedno, to wyglądała normalnie. Nie wiem, czy właśnie ten wniosek sprawił, że w moich nerwach zamrowił przestrach, czy fakt, że Lena właśnie zmierzała w moją stronę, tupiąc głośno, nawet pomimo zgiełku panującego na korytarzu.
   – Lena, jak głowa? – zamruczałem po cichu, a kącik moich ust bez kontroli uniósł się w górę. Byłem wpatrzony dokładnie w nią i zdążyłem zauważyć, jak jej brwi ściągają się w wyrazie zdenerwowania. A może bólu głowy? Nie chciałem zgadywać, o co jej chodziło, bo czułem jednocześnie, że za parę chwil stanie mi się krzywda.
   Złapałem jej dłoń, która uniesiona i wyprostowana chciała wymierzyć mi kukstańca w tył głowy. Pozwoliłem, by na moją twarz wstąpiła mina, którą osobiście nazwałem zbitym szczeniakiem, i w ten czas Lena głośno wypuściła powietrze z płuc.
   – Nie obudziłeś mnie. – Złożyła ręce na klatce piersiowej, a w jej głosie dało się wyczuć gorzkie stwierdzenie.
   – Dokładnie – odparłem krótko, przytakując jej na ten błyskotliwy wniosek.
   Zmarszczeniem czoła zasygnalizowała mi, że mam skończyć z szukaniem powodów do żartów, inaczej to źle się dla mnie skończy. I ni stąd ni zowąd, z tych rozmyśleń wyrwała mnie jej ręka, która szarpnęła mnie w stronę kąta.
   – Musimy po coś wrócić... – zaczęła cicho, ze spuszczoną głową, a ja przysłuchiwałem się jej zupełnie tak, jakbym nie chciał, by umknęło mi choć jedno słowo. – Natychmiast! – Podniosła ton, sprawiając, że momentalnie odsunąłem się na krok. Na mojej twarzy odmalował się wyraz niezrozumienia, a potem coś mnie olśniło i wziąłem głęboki oddech, przeciągając głośno „aaa”.
   – Chodzi o tego barmana? – Przekrzywiłem głowę. – Nie sądzisz, że najpierw kac powinien ci minąć?
   W odpowiedzi zamruczała pod nosem, spoglądając w przeciwną stronę. Jej naburmuszona twarz przywiodła mi na myśl całą sytuację z wczoraj, która prawie odrywała mi się od ścian pamięci.
   – Nie przesadzaj! Nie boli mnie aż tak, przeżyje. – Pomasowała skroń, dając mi kolejny powód do zastanowienia się nad tym, czy z jej ust faktycznie płynie prawda. Pokręciłem momentalnie głową, ponownie ulegając dziewczynie i czując w tej sprawie jedynie minimalną złość do siebie.
   – Chcesz to zrobić teraz? Co to w ogóle za rzecz, którą zostawiłaś?
   – Dowiesz się jak to odzyskam... chyba.
   Rozejrzała się dookoła, jakby uważała połowę uczniów w szkole za szpiegów, a potem wyszczerzyła się do mnie i pociągnęła za rękę. Okazała się o tyle zadowolona tym, że pójdę z nią, iż natychmiast przyspieszyła kroku i pozostawiła mnie daleko w tyle, zmuszając do truchtu. Drugi raz jej nie zgubię... 


***

   – Nie. Nie i jeszcze raz nie – powiedział barman tym samym, zmęczonym tonem i ponownie odwrócił się od nas, by obsłużyć klientów. Ale ja jednym ruchem ręki złapałem go za kołnierz i szarpnąłem z powrotem w te same miejsce, będąc właśnie w tak dużym stopniu zaangażowanym w odzyskaniu tajemniczej rzeczy.
   Spojrzał na mnie z miną nie żartuj chłopaku, lecz w tej chwili miałem wrażenie, że nie istnieje żadna rzecz, która jest w stanie mnie złamać. Nawet ze świadomością, że ryzykuję obitą twarzą. Czułem, jak ręka Leny zaciska się na moim nadgarstku i domyślałem się, że to był jeden z powodów mojej rozpierającej pewności siebie, oprócz samego faktu, że to cecha, która mnie definiuje. W prawdzie nigdy nie byłem za tym, by przechodzić do rękoczynów i teraz było tak samo.
   Ukradkiem zerknąłem na plakietkę, którą miał przyczepioną do piersi.
   – To nie twoja własność... Steve. – Jego imię wypowiedziałem z lekkim mrużeniem oczu. On, jak gdyby poczuł się obnażony z prywatności, zakrył plakietkę i spojrzał na nas groźnie.
   – Wyjdźcie.
   – Oddaj to, do cholery... – wtrąciła się Lena; od razu przekrzywiłem głowę w jej stronę. Widziałem każdy detal jej zdenerwowania na twarzy.
   – Nie oddam. Odpowiedź jest prosta. Nie mam już tego w barze. I nie śnijcie sobie, że to odzyskacie. – Z tymi słowami zaczął ścierać blat, a ja poczułem, jak z czasem uzupełnia się we mnie znane poczucie niedowierzania i irytacji. Irytacji, bo poza tym, że dyskutowaliśmy z nim tak długo, okazuje się, że dawno nie miał przedmiotu przy sobie.

Lena? 

6.18.2017

Od Aleca C.D Chiary

   Ostatnie pytanie mojej nowej koleżanki momentalnie wprawiło mnie w zastanowienie. To stan, którego unikałem jak ognia, bo zamiast myśleć o tym, co ważne, to pozwalam minionym wydarzeniom powrócić na główny tor. A je najchętniej rzuciłbym w głęboką przepaść, gdzie zostałyby już na zawsze, wbrew temu, że teraz to one ciągną mnie w dół, a nie na odwrót. O czym my to... krótki filmik na aktorstwo. Stanley po prostu miał w zwyczaju dzielić klasę na mniejsze grupki i dawać im wolną rękę w szlifowaniu własnych umiejętności. To nie pierwszy raz, kiedy kazał odrzucić swoją naturę i grać kogoś, kim się nie jest, tylko po to, żeby w przyszłości umieć przełamywać bariery dotyczące niepozornych, ale jakże istotnych rzeczy. A to z kolei był system, który zyskał moje pełne poparcie. Bo jaki jest inny sposób, by zacząć poszerzać horyzonty w dziedzinie aktorstwa? Westchnąłem, przewracając spojrzenie na Jeffa, z głową kompletnie pozbawioną pomysłów. Chłopak mnie zawiódł. Widać po nim, że też nie zamierzał się odezwać.
   – Las rąk. A raczej pomysłów – skwitowała Chiara, a jej ręce opadły wzdłuż ciała. Wystarczył jedynie rzut oka, by stwierdzić pokrótce, jakie cechy budują te z pozoru nienaganne dziewczę. Za każdym razem nie potrafiłem odeprzeć wrażenia, że kojarzyła mi się z socjopatką o naprawdę wielu odcieniach, ale nie przekazywała tego bezpośrednio chociażby za pomocą oczu, przez które przemykał błysk. I tylko wytrawny obserwator mógł zawiesić na nim swoją uwagę. Jednak będąc w stu procentach pewien, mogę przyznać na wstępie, że Chiara nie ma problemu z samooceną, która wydaje mi się być całkiem wysoka. A co o Jeffie? Głupie pytanie.
   – Nagramy kamerą, tak? Kiedy mamy kolejne zajęcia z aktorstwa? – Usiadłem na łóżku, oparłem łokcie o kolana i chcąc nie chcąc spojrzałem we własne odbicie skryte w tej dziwnej, jakoby lustrzanej podłodze, która zaścielała praktycznie każdy metr kwadratowy pokoju.
   – W następny poniedziałek, a co? – odparła Chiara, co jakiś czas zaglądając w swój notes.
   – Możemy pomyśleć nad sceną innym razem. Za jakieś pół godziny czeka mnie trening, a i tak wymyśliliśmy już naprawdę dużo. – Wyolbrzymiłem, dokładnie zdając sobie z tego sprawę. W odpowiedzi uchwyciłem głębokie westchnienie Jeffa i sceptyczny wzrok Chiary, która w następnej chwili go uzasadniła.
   – Trening? Myślałam, że brakuje ci energii i entuzjazmu nie tylko do życia społecznego. – Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, stając około trzech metrów przede mną. Ciągle podnosiła brew, sygnalizując mi tym, że wciąż nie do końca wierzy w moje słowa.
   Rozłożyłem ręce, dźwigając się z powrotem na nogi, i podsumowałem z niezobowiązującym uśmiechem rozrastającym się na mojej twarzy:
   – Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz, pani Kierowniczko. – Może po prostu w dobry humor wprawiali mnie ludzie, którzy zaczynają sobie powolutku zdawać sprawę z tego, że nie są tacy nieomylni. Chociaż jak patrzę na Chiarę, to to nie jest wcale takie oczywiste. Zagadka skonfrontowana z zagadką równa się jeszcze większej zagadce, której nawet Sherlock by się nie podjął. Gdy na front moich myśli wpłynął Sherlock, momentalnie skojarzyłem tą postać z Leną, i uśmiechnąłem się cieplej na te wspomnienie, zatrzymując wzrok akurat na dziewczynie przede mną.
   – Fakt, może nie wiem, ale się dowiem. Poza tym podoba mi się ta ksywka – odparła pewna swojego zdania, uśmiechnęła się pod nosem i bez żadnego wahania zmierzyła mnie badawczym spojrzeniem, jednak nie na tyle rozbrajającym, bym odwrócił od niej swoją uwagę.
   – W takim razie będę używał jej częściej. – Wypuściłem spokojnie powietrze z płuc, pozwalając, by kącik moich ust uniósł się do góry po raz kolejny. Dopiero niegdyś jeszcze milczący Jeff okazał się przerywnikiem i dał kres naszej krótkiej dyskusji, zapytawszy się o to, czy może już wyjść.
   
***

   Szarpałem trawę pod ostrymi podeszwami butów, biegnąc przed siebie i bezustannie zaciskając dłonie na kijku od lacrosse, tak mocno, że moja skóra poczerwieniała. Był wczesny wieczór, około godziny dziewiętnastej, więc w zestawieniu z obecną porą roku słońce minimalnie kryło się za horyzontem. Korzystałem z każdego jego blednącego promienia, by wrzucić małą piłeczkę w światło bramki i cieszyć się z kolejnych sukcesów na koncie. A jeszcze bardziej cieszyła mnie energia przetaczająca się głośno w rozległym korytarzu moich żył; wręcz hałaśliwa w skroniach, w których buzowała. Zatrzymałem się w miejscu, kiedy Andrew, kolega z drużyny, klepnął mnie w ramie i szarpnął za nie z niedźwiedzią siłą.
   – Jesteś ślepy? – Skarcił mnie spojrzeniem, po czym własną dłonią zwrócił moją twarz w kierunku końca boiska. Dopiero wtedy odzyskałem ostrość widzenia i poczułem zaledwie najlżejszy ślad zaskoczenia, widząc Chiarę. Różnica tkwiła w tym, że jej twarz w większej mierze zakrywała kamera, którą dziewczyna trzymała tuż przed sobą. – Jedna z najpopularniejszych lasek w szkole gapi się na ciebie, a ty stoisz, przegrywie? – Andrew dalej szeptał, jakby w ogóle ktoś inny był w stanie nas usłyszeć, a ja wzruszyłem ramionami, nie czując się źle z żadną podjętą decyzją.
   Od kiedy w moim sercu trwale zagościła Lena, wzmianki o jakichkolwiek innych dziewczynach wydawały się mnie omijać szerokim łukiem, albo to ja wyłączałem wtedy słuch, uznając, że wplątuje się w rozmowę, która mnie zwyczajnie nie dotyczy. Poza tym Chiara nie wyglądała mi na taką, która by się mną interesowała.
   – No rusz dupę, chociaż ja chcę ją poznać. – Andrew nie dawał za wygraną i chcąc nie chcąc postanowił na swoim. Podeszliśmy bliżej nagrywającej dziewczyny, w ciągu paru chwil skupiając na sobie jej cenną uwagę, jednak nie w takim stopniu, by wyłączyła kamerę.
   Prawą dłonią obtarłem pot z czoła, będący efektem zawziętego treningu, i zaczepiłem kijkiem o ziemie, podpierając się na nim. Moja klatka piersiowa unosiła się w głośnych oddechach, wręcz sapaniach, dając tym jasny znak do tego, że intensywność dzisiejszego treningu dawno wyszła poza skalę i muszę zacząć się oszczędzać.
   – Co nagrywasz, Chiara? – odezwał się Andrew, jakby cały w skowronkach, swoim uśmiechem rozświetlając malujące się dookoła cienie. Czułem wzrok reszty kolegów z drużyny na swoich plecach i ledwo powstrzymałem się od tego, by się nie odwrócić i ich nie upomnieć.
   – Czy to nie oczywiste? Poza tym nie znam twojego imienia. – Skupiona odsunęła się o krok, zapewne powiększając kadr na naszą dwójkę. – Czy takie przerwy w treningu często wam się zdarzają?
   – Tylko jak przychodzą takie laseczki. I jestem Andrew – powiedział wyszczerzony, zanim zdążyłem szturchnąć go łokciem w żebro. Ten debil zrobi z siebie gorszego debila...
   – Widzę, że powaga nie jest twoją mocną stroną, Andrew – prychnęła pod nosem, a w jej głosie rozbrzmiało coś na podobieństwo zawodu. Drugorzędną sprawą pozostaje to, jak wiele wyłapanych przeze mnie emocji dziewczyny mogłem uznać w tym momencie za autentyczne.
   – Więc kręcisz to na poważnie? Mogę zostać twoim wiernym operatorem? – Bramkarz już dawno nie stał obok mnie, zamiast tego wyskoczył w stronę pani Kierowniczki, sprawiając, że jego twarz i kamerę dzielił niespełna metr.
   – A masz do tego odpowiednie umiejętności? – powiedziała bez większego wyrazu, jedynie co parę chwil odrywając od kamery swój wzrok, którego barwy wciąż jeszcze nie zdążyłem poznać.
   – Mam wszystko, czego potrzebujesz! – Odsunął się na kolejne dwa metry, by przyjąć jakąś żenującą pozę i napiąć swojego bicepsa w taki sposób, by kamera dokładnie go widziała. Współczuję kamerze. Współczuję Chiarze. 
   – Nie wątpię, że masz mi wiele do zaoferowania, ale na pewno nie wszystko. – Jedyne, co zrobiła dziewczyna, to zmarszczyła brwi i zaledwie przeleciała znikomym spojrzeniem po jego ramieniu, nie poświęcając mu zbyt dużo materiału. – Alec jest najlepszym zawodnikiem, tak?
   – Talbot to nasza lokalna gwiazdka, gdy on jest w grze, jest co nagrywać. – Zawiesił mi rękę wokół szyi, chwilowo obarczając ją swoim ciężarem, który zdołałem unieść. Wydawał się o wiele bardziej skory do rozmowy z kamerą niżeli ja, i mimo iż chłopak właśnie mnie uznał za najciekawszy temat, nie próbowałem nawet tego komentować. Po prostu Andrewa nie da się przegadać.
   – Jesteś najlepszy, ale czy to oznacza, że w ostatnim sezonie nie odniosłeś żadnej porażki? – Czułem, jak tym razem obiektyw kamery przewierca mnie na wylot. Ku mojemu zdziwieniu do wymyślenia sensownej odpowiedzi potrzebowałem jedynie otwartych ust, lecz coś mi przerwało.
   – Pff, ten buc nigdy się nie przyzna! – Po raz kolejny skomentował Andrew, co sprawiło, że w moich nerwach momentalnie zamrowiło niezbyt przyjemne uczucie irytacji. I po odchrząknięciu Chiary doszło do mnie, że nie tylko ja się tak czułem.
   – Andrew, mój drogi... – Wychyliła spojrzenie zza kamery, a jej uśmiech i słodki ton, strach przyznać, kazały mi się obawiać. – Mamusia cię nie nauczyła, że nie przeszkadza się dorosłym, jak rozmawiają?
   Śmiechy obiegły całe boisko. No, teraz chociaż wiem, że każdy podsłuchuje... Natomiast mina Andrewa odrobinę zasłabła, bo schował swój uśmiech, wziął głębszy oddech, jakby właśnie myślał nad ripostą. Lecz z jego ust jedynie wybiegło piskliwe: „Zapamiętała moje imię!” i nie wyglądał już na takiego, który miałby coś do powiedzenia. Zadowolona z siebie Chiara ponownie schowała się za kamerą, uprzednio krótkim gestem dłoni ponaglając mnie do odpowiedzi.
   – Odniosłem porażkę, zdarzyła się taka. Wtedy naprawdę uświadamiasz sobie, że w pojedynkę nie wygrasz. Sam ciągle popełniam błędy i nie twierdzę, że nie przyczyniam się do jakiejś przegranej. Jeśli przegrywamy, robimy to wspólnie i to każe nam popracować nad sobą – mówiłem tak swobodnie, że pokusiłem się o stwierdzenie, że być może kierowałem te słowa do samej Chiary, nie kamery.
   – Na koniec powiedz nam wszystkim, dlaczego wybrałeś akurat lacrosse?
   – Bo ładne dziewczyny! – Wydarł się ktoś zza moich pleców, na co w odpowiedzi zaśmiałem się cicho i postanowiłem uratować godność swojej drużyny, która znajdowała się w tej chwili gdzieś na poziomie moich butów, mocno zdeptana.
   – Trener zaszczepił u mnie chęci na to. Nie ten z akademii, jeszcze wcześniejszy. Poza tym lacrosse jest oryginalnym sportem, to połączenie hokeja i futbolu amerykańskiego. A to, co ma ciekawszą historię, zachęca do siebie bardziej. Tak jest też z ludźmi... – Skończyłem z westchnieniem, patrząc już nie na kamerę, tylko na dziewczynę za nią stojącą. Po prostu nie potrafiłem patrzeć się w jedno i to samo miejsce, udając, że z nim rozmawiam. Czułem się jak szajbus. 

Chiara?

6.16.2017

Od Aleca - C.D Leny

   Po upływie kilku dni moja głowa zaczęła rejestrować ubytek myśli. Ale tak powolny, że wystarczyło się tylko głębiej zastanowić, by przywrócić wszystko, czego chciało się tak skrupulatnie pozbyć. Słowa mojej matki, które tak zapamiętałem, prawie zanikały pośród obowiązków szkolnych, a powracały jedynie w nocy, kiedy otulony samotnością byłem zmuszony wpuścić te myśli do swojego wnętrza, by wyjadały mnie z wartości, na których próbowałem podeprzeć swoją codzienną egzystencję. Wciąż pamiętałem dotyk Leny, jej ciepłe słowa, przez które próbował przedostać się chłód – czy wymawiane były wówczas z niechęcią czy z chęcią, zapragnąłem usłyszeć je jeszcze raz. Świadomość, że moja ukochana nie jest i nie będzie już nigdy taka sama, jak w pierwszych tygodniach znajomości, boli, ale jednocześnie uzmysławia mi, jak dużo razem przeszliśmy. Przypomniała o dziesiątkach rzeczy, które sprawiły, że nasze więzi mimo wszystko umocniły się tak, że w tej chwili ciężko mi odejść od Leny na krok. I nigdy nie sądziłem, że przydadzą mi się takie myśli, jak chociażby te o Noah'u. Bo mówią mi, że żadna tragedia nie ma takiej siły, by poszatkować nasze nerwy, przemienić serca w czerwone, krwawiące miazgi; zawsze może być gorzej albo lepiej, od indywidualnego wyboru zależy, w jakim kierunku pójdziemy. Teraz też damy sobie radę, nie ma innego wyjścia. Nasze życie jest już w cholerę popieprzone. Jedyne, co musimy teraz zrobić, to zwolnić tempa i na tym się skupić: utrzymać własne życie w ryzach, zacząć przejmować się szkołą, obowiązkami. To są między innym te rzeczy, które potrafiłyby nas odciągnąć od niepohamowanej gonitwy myśli.
   Przyszedł czas pierwszej od tak dawna lekcji norweskiego. Wystarczyło przejście przez próg, by przebiegł mnie dreszcz, by otuliła mnie ta dziwna, ale jakże znajoma atmosfera, która wywoływała poczucie tęsknoty. Tak, tęskniłem za szkołą. Ten charakterystyczny zapach zamknięty w czterech ścianach sali. Cichy powiew wydostający się z okna, które zawsze otwiera Seagal, nawet gdy uczniowie wracają w poniedziałek do szkoły i narzekają, że akademia jest wystarczająco ochłodzona. Jak to miałem w zwyczaju, postąpiłem parę kroków, by dostać się na sam koniec sali. Na mojej twarzy zagościłby chociaż cień uśmiechu, gdyby nie fakt, że Lena wyglądała jakoś inaczej. Siedziała oparta łokciami o blat ławki, pozbawiona chęci, by chociaż unieść na mnie niebieskie oczy. Stanąłem torsem do jej pleców, zawisłem nad nią, nie powściągając się przed objęciem rękoma jej twarzy. Z cichym mruczeniem odchyliłem ją lekko do tyłu, by złożyć pocałunek w okolicy jej policzka i żuchwy.
   – Siadaj... – Westchnęła z przeszywającym chłodem w głosie, który sprawił, że zatrzymałem się w miejscu. Gdyby Seagal nie rozkazał mi gestem dłoni usiąść, zapewne nadal tkwiłbym w tej samej pozycji.
   – Wyglądasz...
   – Jak gówno? Wiem – mruknęła, przez cały ten czas patrząc głęboko przed siebie, na tablicę, wodząc wzrokiem za ręką nauczyciela, która szurała kredą po powierzchni.
    W odpowiedzi moja brew powędrowała pytająco ku górze. Zupełnie nie wiedziałem jak to skomentować, mimo że moje usta były rozchylone. Chyba bardziej ze zdumienia niżeli gotowości do udzielenia odpowiedzi.
   – Nie to miałem na myśli. – Sięgnąłem do plecaka, by wyjąć potrzebne książki, a jednak moja uwaga bardziej skupiała się na dziewczynie, której wyraz twarzy próbował przewiercić dziurę w moim wnętrzu.
   Kolejnej odpowiedzi nie otrzymałem. Miałem w głowie tyle różnych niebezpiecznych domysłów, że musiałbym poświęcić więcej niż godzinę lekcyjną, by stwierdzić, która jest choć odrobinę zbliżona do realiów rzeczywistości. Boże, Alec, daj jej czas... Zabrałem się za przepisywanie tematu i zignorowałem fakt, że jestem całkowicie w tyle z norweskim, co skutkuje tym, że ledwo pamiętam krótkie sformułowania. Zero notatek, zero wiedzy, mniej niż pięćdziesiąt procent szansy na zaliczenie tego przedmiotu. Dopiero teraz odczuwałem widoczne efekty całej naszej podróży. Co by było, gdybym naprawdę pojechał do psychiatryka? Nie spowodował tego wypadku, nie dotarł do Leny. Ta myśl nagle wyswobodziła się spomiędzy tysiąca innych i znów nie potrafiłem jej po prostu zignorować. No bo świadomości, że jechałeś z mordercą, nie da się zwyczajnie puścić na wiatr. Z nią trzeba się nauczyć żyć, jak z innymi wydarzeniami, które niedawno obchodziły swój koniec. A jednak wciąż czułem intensywne kłucie gdzieś po lewej stronie klatki piersiowej, gdy udało mi się poświęcić chwilę na uświadomienie sobie, jak wiele rzeczy zdążyło ulec długotrwałym zmianom. Byłem tak narwany, że myślałem, iż zdołam wszystko naprawić na przestrzeni paru dni, może tygodnia.
   Potrząsnąłem głową, jakby pewien, że to pomoże mi pozbyć się kipiącego nadmiaru myśli; one całkiem zniknęły, gdy zatrzymałem wzrok. Lena już przez dłuższy czas obejmowała rękę wokół brzucha, a jej mina sugerowałaby, że ma ochotę kogoś zwyzywać. Jeśli ja mam być tą ofiarą, to milczenie jest złotem. Kopalnią złota w Grasbergu, do cholery. Byłem pewien, że jej cięte, chłodne niczym lód niebieskie spojrzenie wystarczy, bym uzupełnij roczny zapas bycia obiektem, na którym można się swobodnie wyżyć. Jednak czułem coś więcej niż zmartwienie, gdy widziałem grymas bólu na jej twarzy i żadne jej zachowanie nie dawało mi prawa do zignorowania tego.
   – Coś nie tak? – szepnąłem, utrzymując swój najzwyklejszy wzrok na tablicy.
   – Po prostu... okres. – Otworzyła książkę, machając ręką na swoją dolegliwość. Czy to można nazwać dolegliwością? Spojrzałem na klasę spod przymrużonych powiek, pogrążony w głębokim zamyśleniu. Wstyd przyznać, ale gdy mowa o miesiączce to nie znam się na niej tak, jak w zwyczaju mają to kobiety. Po prostu wiem, że boli i trzeba być wyrozumiałym. Po kiego mi więcej!
   – Proszę pana, mogę wyjść na moment? – Wyrwała się Lena, podniosła rękę ku górze i bez odpowiedzi nauczyciela wstała z ławki. – Dziękuję...
   Jąkałem się jeszcze chwilę, oparty o drugie krzesło i nie wiedząc co mnie podkusiło, zwróciłem na siebie cenną uwagę Seagala, którego twarz wyrażała tylko to, jak bardzo nudzi go tymczasowe życie. Nawet gdyby klasę obiegło dziesiątki szeptów, normalnie doprowadzających przeciętnego nauczyciela do czerwoności, on wzruszyłby ramionami i dalej sprawdzałby dziennik. Nie od dziś wiadomo, iż jego dewizą jest „Uczysz się dla siebie, nie dla mnie. Więc słuchasz też dla siebie”.
   – Mogę pójść z nią? – Kącik moich ust zadrżał w niewidocznym uśmiechu.
   Ciemnowłosy mężczyzna spojrzał sceptycznie, co spotkało się z zaledwie najlżejszym wyrazem protestu na mojej twarzy. Jego wzrok ugasił ostatnią iskrę zapału, która definiowała moje zachowanie i z siłą usadził mnie z powrotem na siedzeniu.
   – Ale ja... też mam potrzebę – wydukałem już nieco spokojniejszym tonem. Dalej jednak spotykałem na sobie wzrok mówiący nic z tego, Alec. Więc nic z tego.

***

   Lekcja powoli chyliła się ku końcowi. Ostatnie jej minuty były w istocie ciche i spokojne; żaden szept nie przetaczał się między ławkami, a jedynym niezbyt wygodnym dźwiękiem pozostawało denerwujące sunięcie długopisu po... kartkówkach. Tak, Seagal pokazał rogi i postanowił podsumować lekcję krótką kartkówką z podstawowych norweskich zwrotów. Ze zgarbieniem wypełniałem luki, dopóki nie zlitował się nade mną dzwonek i nie przerwał moich męczarni. W ten czas jako pierwszy wstałem nerwowo od ławki, kierując się do biurka. Wystarczyło spojrzeć na sposób, w jaki odłożyłem kartkę, by utwierdzić się w przekonaniu, że bezsilność wyssała ze mnie cały dobry humor, a pozostawiła tylko gasnący z wolna gniew. Ostatnią rozmowę z Leną odbyłem zaraz po wyjściu z sali. Jej entuzjazm w żaden sposób nie pozwalał mi na kontynuowanie dialogu i rozstaliśmy się na zaledwie zakręcie, gdzie uznała, że skoro mam teraz trening, to powinienem zwrócić się w stronę boiska. Biedny Alec – zawołało moje sumienie, kryjące mi się głęboko w głowie. Od zawsze pierdoliło głupoty.
   Jednak jak to miałem w zwyczaju, udało mi się schować wszystkie myśli w jednym zamknięciu i spokojnie przebyć pełen efektów trening. Nigdy nie czułem takiego oderwania od rzeczywistości, jak właśnie tam, na boisku. To tak, jakbyś żył w piekle, wśród karmazynowych języków ognia i na moment przyszłoby Ci pływać w morzu. Alec, nie tylko jesteś wariatem, ale masz też autyzm? Prychnąłem, kręcąc się po korytarzach, by wkrótce spotkać się z frontowymi drzwiami akademii. Wokoło panowała złowroga cisza; tylko moje stopy odbijały się szerokim i głośnym echem, zarysowując swoje granice na ścianach. Wyszedłem na zewnątrz, czemu towarzyszył kolejny huk ciężko zamykających się drzwi.

***

   Cały swoje skupienie poświęcałem Lenie. Anioł z dosadnie uwydatnionymi rogami zażyczył sobie tym swoim oziębłym, telefonicznym tonem tabliczkę czekolady, a ja, będąc akurat w sklepie, miałem słodkości w zasięgu ręki. A co, jeśli kobiety z okresem lubią wykorzystywać swoich partnerów? Uśmiechnąłem się pod nosem, zbliżając się do kasy i coraz bardziej doceniając swoje towarzystwo. W następnej chwili odłożyłem swoje zakupy na blat, odnajdując znużone spojrzenie ekspedientki, która nie potrzebowała nawet słów, by wyrazić, od jak dawna wszystkie jej emocje na tej posadzie zastępuje szara monotonia.
   – Jeszcze podpaski – dopowiedziałem, w czasie gdy kobieta kasowała każdy produkt z osobna. Potem odwróciła się za siebie z tymi samymi pokładami entuzjazmu i sięgnęła wyższej półki, nagle przerywając:
   – Jakie?
   – No normalne. – Wzruszyłem ramionami, zbity z tropu.
   – Nocne czy dzienne? Normalne, znaczy dzienne, tak? – Jej głos wydawał się teraz minimalnie poruszony, a to zdawało się być miłą odmianą w stosunku do jej cichych, nużących pomruków. W odpowiedzi zerknąłem tajemniczo spod lekko przymrużonych powiek, uważając, że to pytanie, na którym niezwykle łatwo się wyłożyć.
   – To jest jakaś różnica?
   – Duża.
   – Jest pani kobietą – oparłem dłonie o blat, pochylając się do przodu i tym samym zapoczątkowując dyskusję, wraz z cichym, zmęczonym westchnieniem, które opuściło moje płuca. – Nie mam zielonego pojęcia, co kupić, dlatego niech pani mnie o nic nie wypytuje, bo równie dobrze mógłbym kupić wkładki do butów i je pomylić z rozłożoną podpaską bez tych śmiesznych skrzydełek... więc co pani poleca? – Po szybkim i beznamiętnym ciągu słów, spytałem się z lekkim uśmiechem, tak niewinnym, że można by było posądzić mnie o morderstwo.
   Kobieta zbadała mnie nieodgadnionym spojrzeniem; mógłbym rzec, że nawet zdziwionym, lecz to, co było dla mnie naprawdę ważne, to to, że postanowiła wyjąć z półki potrzebną rzecz. W żółwim tempie kasowała produkt, regularnie lustrując mnie swoim wzrokiem, a ja tylko stałem i czekałem, poruszając się nerwowo w oparciu o blat.

***

   Obiecana tabliczka czekolady, jakiś randomowy film i koc. Koc... chyba Lena nie będzie zła, jeżeli będę nocował dzisiaj u niej? Moje męskie zmysły od dawna wręcz wyją o... o wiadomo co, jednak ostatnio dostawałem zbyt dużo wiadomości od życia, że w najbliższym czasie mogę liczyć co najwyżej na kopa w dupę. Czekałem pod drzwiami, tupiąc cicho nogą i skupiłem swoją uwagę na osobę, która stała w progu zaraz po otwarciu wejścia.
   – Chcesz coś obejrzeć, kochana? – Rozłożyłem żartobliwie ręce z zakupami, w drugiej dłoni ściskając koc, i w tej pozie dałem jej do zrozumienia, że oczekuję ciepłego przywitania.
   Dziewczyna położyła ręce na klamce i rozchyliła szerzej drzwi, zapraszając mnie do środka. Przywitanie oczywiście pominięte! To już nawet nie coś, co wywoływałoby u mnie jakiekolwiek emocje. Powiedziałem sobie, że zacznę się do tego przyzwyczajać, ale nie w taki sposób, bym nie mógł w odpowiedniej chwili się tego wyprzeć. To się właśnie zwie zrozumieniem. Nie tylko w stosunku do osób dotkniętych pewnymi sprawami, ale również te owe sprawy, które wciąż uderzały o brzeg naszego życia niczym spieniona fala.
   – A moją czekoladę masz?
   – Mam, ale nie oddam za darmo. – Wskazałem swój policzek, uśmiechając się nad wyraz szyderczo.

(Lena? ;-; )

5.25.2017

Od Aleca C.D Leny

   Niebieskim spojrzeniem wodziłem teraz za pędzącymi naprzód wydarzeniami. Wyczerpujące myśli bez umiaru kumulowały się wewnątrz mojej głowy, aż w pewnym momencie poczułem się całkowicie oderwany od tego, co się dzieje. Jak obserwator, widz, który nie ma żadnego związku z wydarzeniami rozgrywającymi się na ekranie. A jednak każdy, zawijający się w płomieniach skrawek pierwszej fotografii traktowałem wtedy niczym część siebie i ten obraz wydawał się powtarzać w mojej głowie niczym echo. Próbowałem nie poddać się wrażeniu, że za chwilę ogień strawi mój umysł bez żadnej litości, obracając powoli w garść pyłu piękne wspomnienie, żyjące we mnie dotychczas tak intensywnie. Mógłbym pokusić się o stwierdzenie, że czyniło mój dzień lepszym, nawet gdy ten okazywał się być jednym z najgorszych w moim życiu. Było jak miłe wyobrażenie; budziło tęsknotę i naraz było w stanie odepchnąć czarne, pogłębiające się nad moją głową chmury, zwiastujące coś więcej niż tylko burzę.
   Dopiero w następnym momencie strzał z pistoletu wyrwał z mojej głowy pełny schemat, na którym obecnie opierałem swój byt. Dźwięk, rozbijający się głucho o cztery ściany matowego pomieszczenia, w ułamku jednej sekundy wypełnił mnie niezliczoną dawką przerażenia, wylewającą się aż po krawędzie mojej wytrzymałości. Potem wybiegłem do przodu, natychmiast odepchnięty przez dwie osoby, które zachowywały się tak, jakby najbardziej w świecie chciały dostać się do Leny. Wtedy doszło do mnie, że strzał został oddany właśnie z pistoletu tego mężczyzny, którego już widziałem wcześniej. W parze z siostrą Leny, Mariką, zasłonił mi blondynkę, a ja wtedy ruszyłem dalej naprzód, ignorując wszystko. Postrzelonego Czereśniewskiego. Tłumiony w zaciśniętej pięści gniew, który kazał mi natychmiast wyrównać temu facetowi każdą krzywdę. Dokonać zemsty za wszystkie naznaczenia na Jej ciele. Obawa o moją sympatię okazała się jednak silniejsza i przewyższająca cały zbiór negatywnych emocji. Przed chwilą miała lufę między oczami, czy ona faktycznie potrzebowała w tym momencie akurat zemsty? Mimo że jej słowa, które ciągle wisiały w moim umyśle, wręcz krzyczały potwierdzająco, nie wiem co zdołało mieć taką siłę, by mnie całkowicie odpędzić od wymierzenia chociażby jednego uderzenia w jego twarz. Cieszył mnie ten grymas bólu, który tworzyła każda jego zmarszczka. Tak, cholernie mnie cieszył. 
   Postąpiłem parę kroków naprzód, starając się przebić przez całe towarzystwo. Marika wciąż obejmowała Lenę i mogłem tylko zgadywać, jak wiele silnych emocji pociągnęło obie dziewczyny w stronę podłoża. Dlaczego coś mnie niewygodnie kuje w serce, gdy pozwalam sobie dłużej patrzeć na ten widok? Cezary wraz z ludźmi pilnował funkcjonariuszy i rozmawiał z tym, który strzelał, a ja nie zamierzałem ich słuchać, już nawet pomijając oczywistą przeszkodę, jaką była nieznajomość języka polskiego. Znów czułem się tak, jakbym był tylko duchem. Stałem obok, chowając się w cieniu nie mniej dokładnie niż szczury, które swoją obecność zdradzały jedynie kilkoma pisknięciami, powielonymi przez warstwy echa. A bezsilność z kolei wyżerała we mnie ogromną dziurę od środka. Sprawiała, ze czułem się z nią okropnie źle. Nie potrafiłem nic powiedzieć, nawet, gdy otaczał nas chaos i zamieszanie.
   I wtem ręka spoczęła na mojej klatce piersiowej, zatrzymując mnie akurat w chwili, kiedy zbliżałem się do Leny i jej siostry. Instynkt kazał mi natychmiast spojrzeć w tamtą stronę, a wówczas okazało się, iż to Cezary, o ile faktycznie zapamiętałem jego imię. Stał i spoglądał na mnie tak, jakby za sprawą mojej twarzy chciał odkryć to, co chcę teraz zrobić. Albo co najmniej to, co zamierzam, jest już dla niego pewne i skrajnie nieprzyzwoite jednocześnie.
   – Nie podchodź do nich – mówił spokojnie. – Ty też powinieneś z kimś pogadać.
   – Ale Lena... – Dlaczego oni wszyscy chcą mnie od niej odsunąć? Przerwał mi, gdy otwierałem szerzej usta.
   – Z nią w porządku, zważywszy na okoliczności. Niech się nacieszy siostrą, okay? A ty mógłbyś zainteresować się w końcu tym, co mówię. – Wsadził dłoń do kieszeni i zaczął postępować do przodu, ciągnąc mnie za sobą. Albo to ja po prostu uległem ciekawości, pchany przez jej niewidzialną pięść.
   Mruknąłem w odpowiedzi.
   – Mów mi, interesuję się – dodałem tonem, który był w stanie przemienić wodę w lód.
   – Schowaj ten entuzjazm, jego imię to Nat. Nat Craver. Stoi u stóp gór i od niedawna czeka na sygnał ode mnie. – Nie wiedziałem, na co zwracać większą część swojej uwagi. Na to, że chłopak schylał się w moją stronę i szeptał z taką dokładnością, jakby nikt oprócz mnie nie miał tego usłyszeć, czy na to, że nasz kochany nauczyciel jest, do cholery, w Polsce. Parę sekund zajęło mi pogodzenie się z tym drugim, co w samych początkach spekulacji nie odbiegało zbyt daleko od absurdu. Czyżby to właśnie była ta granica, w której żadna myśl nie zmieści mi się już w głowie?
   – Skąd on się tu wziął?
   – Policja, wykonane telefony i wszystkie zeznania przywiodły go aż tu. Trafił na twój ślad i to cud, że cię odnalazł. Rozmawiałem z nim przed chwilą, kazałem mu czekać. – Wyprowadził mnie z bunkra, obiecując, z sarkazmem czy bez, że zabierze mnie dosłownie na moment, by nie podzielać na jeszcze drobniejsze kawałki mojej i tak już zachwianej bliskości z Leną. Nie kolejny raz. Bliskość to pojęcie niezwykle szerokie, a wbrew temu odczuwałem je teraz na kilka różnych sposobów jednocześnie.
   Bałem się pomyśleć, że nie zniósłbym dłuższej rozłąki. Wręcz błagałem, żeby się nie powtórzyła. Przez ostatnie miesiące zaobserwowałem w sobie tyle zmian, których nie potrafiłem pojąć, a paradoksem okazywało się to, iż życie toczyło się z nimi dalej. A jeśli ktoś kiedykolwiek zadałby mi pytanie, czy zabawa w uczucia wzmocniła mój umysł czy osłabiła, wzruszyłbym ramionami, widząc własną odpowiedź jak przez mgłę; niewyraźną, niepewną, taką, która nawet złożona w rozległą historię ciągle pozostałaby jednym, wielkim znakiem zapytania. Ale w mojej głowie zatrzymywałem tylko jeden wniosek, mając pewność, że jest on prawdziwy. Mianowicie od dawna zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli darzę Lenę większym uczuciem niż kogokolwiek innego, jednocześnie nie jestem w stanie bez niej żyć, a jej obecność potrafi ożywić mnie tak, jak nic poza nią nie byłoby w stanie. Spytacie, jak udało mi się przebyć dziesięć tysięcy kilometrów samotnie... tamtymi czasy egzystowałem oparty o mur swojej własnej wytrzymałości, która za każdym razem, gdy chciałem się poddać, kąsała mnie i zasilała nowymi zapasami energii. A myśli o Lenie nikt ani nic nie potrafiło zniszczyć. Siły, która w nich drzemała, też nie.
   Potrzebowaliśmy paru sekund, by zejść ze wzniesień i spotkać wysoką sylwetkę, pogrążoną całkowicie w mroku. Gdyby nie to, że poruszyła się oraz pognała w naszą stronę, nie domyśliłbym się, że to ktoś, kto chce nas widzieć. Potem rozpoznałem go od stóp do głów, to nie mógł nie być Craver. Zatrzymał się tuż przede mną w taki sposób, jakby czekał na znak, aż pozwolę się... przytulić? Wyglądał na zdziwionego, zaniepokojonego, troskliwego. Z jego oczu dało się wyczytać i więcej, ale nie potrafiłem skupić się na rzeczach mniejszej wagi.
   – Alec, to ty? – Teraz coś się zmieniło. Coś, czego nie potrafiłem zignorować. Przez jego brązowe oczy przepełzł błysk, który sprawił, że momentalnie poczułem się źle w swojej skórze. To było jak nieme pytanie do czego doprowadziłeś. Jakby nagle po kryjomu wypomniał mi trupy, po jakich szedłem, by się tu dostać.
   – Tak, nie widać? – Odpowiedziałem mu nieodgadnionym wzrokiem, który nie zdradzał teraz ani jednej mojej myśli, tak jakbym był z nich całkowicie wyprany. – Nie bądź na mnie zły. – Uniosłem ręce w geście obronnym, po czym opadły one wzdłuż mojego ciała. – Zrobiłem, co musiałem, żeby mieć ją znowu przy sobie. Wywiezienie jej do Polski? Proszę pana... to, co robił jej ojciec... obok tego nie można przejść obojętnie. – Nie musiałem nawet tłumaczyć, kim jest ona. Wystarczyło zajrzeć w moje oczy, by zrozumieć absolutnie wszystko, bo to właśnie w nich tak uparcie ukrywałem najważniejsze szczegóły. A Craver należał do osób, które potrafiły odgadywać je bardzo trafnie, i nawet czasami zdarzało mi się poczuć obnażonym z głębszych informacji na swój temat.
   – Jej ojcem zajmą się odpowiednie służby.
   – Służby? – Wszedłem mu w słowo nieco agresywniej, czując, jakby te słowa zadziałały na mnie niczym mocniejszy energetyk. – W bunkrze jest paru funkcjonariuszy, których ten gość – wskazałem na chłopaka stojącego obok nas, z emfazą na słowa ten gość – unieruchomił. Nie wyglądali na takich, co byliby po naszej stronie, spluw też nie mieli miłych! Zmienią położenie, gdy dowiedzą się o tym, jaki jest Czereśniewski? Zrobią to?
   – Dowiedzieli się o tym, kiedy wycelował do Leny, ale, stary... niech się nim nie zajmują. Nawet nie wiesz, ile problemów od raz zwali się na głowę tej rodziny. Na głowę Leny też. A my już mamy policję na karku – wtrącił się Cezary, który od początku rozmowy trwał w ciszy. Teraz ze zdecydowaniem ciągnął swoją wypowiedź, doprowadzając mnie nią do sporych refleksji. Może miał rację? Co ja mam o tym myśleć... nie mogę pozwolić sobie na to, żeby zrobić jeszcze więcej syfu, niż jest go teraz.
   Westchnieniem starałem się wyrzucić z siebie to wszystko, nad czym rozprawiałem.
   – Po coś tu jestem, tak? Zabieram was, koniec tej popieprzonej sytuacji. Nikt nie opuszcza już akademii. Ani ty, Alec, ani Lena. Nie skończyliście nawet semestru. – Craver mówił to z taką zawziętością, że szybko stwierdziłem, iż balon jego cierpliwości właśnie pękł. Że nikt nie ma nieskończonej siły, by nad wszystkim panować, i to był bardziej niż trafny wniosek. Tak właściwe te jego słowa okazały się pierwszymi, dzięki którym spuściłem z tonu, bo wcześniej miałem ochotę się wręcz wydrzeć. Warto wierzyć w to, że wszystko będzie dobrze? Nagle mam oddać komuś wszystko w swoje ręce? Alec, przecież dotąd radziłeś sobie sam. 
   – A co z... – Ręką wskazałem kierunek, w którym mieścił się bunkier, i to tylko wystarczyło, by dwójka facetów zrozumiała moją wiadomość.
   Cezary omiótł wzrokiem runo leśne, popadając w intensywne zamyślenie, a po niespełna kilku sekundach jako pierwszy mi odpowiedział.
   – Tym się nie martwcie, okay? – Tajemniczy ton, każący mi się obawiać. A szczerze? Ani ja, ani Craver nie mieliśmy siły, aby dopytywać. Niech się dzieje; my swoje skończyliśmy, a rola Cravera w tym wszystkim wcale nie wyglądała tak źle, zważywszy, że wrócimy tam, skąd żeśmy przyszli. Zostawimy te sprawy za sobą tak, jakbyśmy właśnie wyrzucili coś najmniejszej wagi, a tak przecież nie było. Mój umysł dźgało setki lodowych igiełek, gdy próbowałem zmusić się do tego, by coś w końcu zignorować i pozostawić samemu sobie. Nie da się... 

***

   Po Lenę wróciliśmy razem z Craverem, który jako dobry mówca począł rozmawiać z Mariką. Ostudzał emocje, mówił, że będzie dobrze. Że tam, w akademii, jej młodszej siostrze będzie lepiej niż tu. Że jej psychika już dość ucierpiała i ciągle cierpi, gdy w pobliżu jest ten, na którym chciała dokonać okropnej zemsty, napędzanej wszystkimi krzywdami. A patrzenie, jak moja Lena załamuje się jeszcze bardziej było ostatnim, na co miałem ochotę. Jedynym, w miarę pozytywnym aspektem okazało się to, że nie miała już tej siły, którą tryskała chwilę wcześniej w konfrontacji z jej ojcem. Więc teraz przekonanie jej, by pojechała z nami, nie stanowiło żadnej trudności. W porównaniu do tego, co przeszliśmy, było naprawdę błahostką. Przy okazji skazywałem się na kolejne szarpnięcia mojego serca, gdy na to spoglądałem. Na to, jak każda rzecz staje się dla niej obojętna. Jak szybko z tego wyjdzie? 
   W ciągu kilku godzin uwinęliśmy się z formalnościami, Lena zabrała walizki, pożegnała się. Nikt z nas już nie wiedział, co dzieje się z Czereśniewskim, i nawet o niego nie pytał. Mówienie na ten temat zaprzeczało temu, co wcześniej sobie ustaliliśmy. Że chcemy przynajmniej przez parę godzin odpocząć od ciągłych zamętów. A nie chciałem nawet zgadywać, co dzieje się w głowie Leny, gdy ta przyodziewała swoją maskę obojętności, wyczerpania, i patrzyła w przestrzeń. Prawdopodobnie to byłaby większa burza niż ta, która złapała nas w czasie ucieczki. Dlaczego, do cholery, nie umiałem niczego powiedzieć? Słowa przemawiały moimi gestami, jednak teraz były tak skrępowane, jak jeszcze nigdy. Myśl, że gdy tylko się zbliżę, ona da mi jasny znak, że jeśli przysunę się jeszcze centymetr, to oberwę.. ona nie dawała mi spokoju, ale nadal próbowałem przepić tę świadomość kolejnymi łykami czystej wody, która regenerowała moje wyschnięte gardło. 
   Siedzenie w samochodzie wręcz nienaturalnie spychało ze mnie wszystkie wyczerpujące emocje, z jakimi wcześniej było mi się zmierzyć. Jakby z każdym minionym kilometrem opuszczało mnie... to wszystko. To wszystko, bo nie miałem dostatecznie dobrego słowa, by móc to określić. I szczerze powiedziawszy powoli traciłem chęci, by próbować tego dokonać. Koniec myślenia na dzisiaj, Alec. 

***

   Dziesiątki postojów, miliony przesiadek. Nie chciałem liczyć kilometrów oraz godzin, które przeobrażały się w długie, wyczerpujące i pełne milczenia dni. Jedynie Craver jakoś dbał o fakt, by rozluźnić sytuację, a jeśli to mu wychodziło kiepsko, to było naprawdę źle. 
   I wtedy, całkowicie znikąd, napłynęła do mnie cholernie silna myśl. Nie pozwoliła o sobie zapomnieć ani na sekundę, dopóki nie otworzyłem ust i nie zahaczyłem rękoma o oparcie przednich siedzeń. Pochyliłem się do przodu, a mój ton bardziej niż pytanie przypominał rozkaz, nad czym nie potrafiłem zapanować. 
   – Zajedziemy do mojego domu? Pokieruję pana. Proszę, muszę zobaczyć, co z moją matką... – Serio, Alec? Taki z ciebie idealny syn? Prychnąłem do siebie, jakbym chciał tym uciszyć własne myśli i odbiłem się od oparcia, lądując z powrotem na tylnym siedzeniu samochodu, który wiózł nas akurat przez moje rodzinne miasto. 
   Craver spojrzał na mnie zza ramienia, ściągnął brwi, ale nic nie powiedział. W następnej chwili pokiwał głową i znów pojazd opanowała ta sama, głęboka cisza, w której słychać było jedynie szurające przy zakrętach koła auta. Nie zwracałem uwagi na to, jaka była pora dnia, ale wahała się między późnym wieczorem a nocą. I wskazywał na to wachlarz wschodu słońca, który już nie malował nieba pomarańczową barwą, bo ta poczynała być całkiem chłonięta przez nadchodzącą z góry czerń. 
   Po następnej godzinie zmierzch był już mrokiem, rozproszonym przez lampy ustawione szeregowo po obu stronach ulicy. Kiedy samochód zatrzymał się z piskiem opon, gęsia skórka pokryła większy obszar mojego ciała, a ja nie potrafiłem powiedzieć, co tak naprawdę wypełniało mnie obawami. Te uczucie nawiedzało mnie za każdym razem, gdy zbliżałem się do domu. Nieuzasadnione, tak samo niewygodne, a wystarczyło tylko otworzyć drzwi od auta. Co, jeśli moja matka znowu jest sama, siedzi w tej swojej piwnicy, udając, że to azyl, którego potrzebuje? A reszta jej świata osuwa się w nic nieznaczącą przepaść. Co może czuć jej syn? Jej syn nienawidzi swojej własnej bezsilności, która towarzyszy mu przy myśleniu o tym, jak pomóc kobiecie. Czy w ogóle jest w stanie?
   – To zajmie chwilę, okay? – Zanim wysiadłem, skierowałem te pytanie do Leny, czując niewyobrażalną potrzebę, by się do niej odezwać. Każde, obojętnie jakie słowo wydobyte z jej ust sprawiłoby, że z powrotem uzupełniłbym siły. 
   Tymczasem cisza, jaka utknęła między nami, znów przybrała postać niewidzialnego ostrza, które z impetem wbiło się w moje serce. Ten jeden gest wystarczył, by przepełnić czarę goryczy, której nie umiałem już dłużej ukrywać. Zmarszczyłem brwi, moja twarz posmutniała, a oczy straciły swój dawny kolor tylko po to, by go po chwili odzyskać. Miałem wyjść z auta, gdy z nagła zatrzymał mnie słaby, acz bijący mrozem głos. Zachrypnięty, jakby z gardła dziewczyny przez dłuższy czas nie wydobywały się żadne słowa, ale wciąż byłem w stanie rozpoznać, że należał akurat do niej. 
   – Idę z tobą. 
   – Okay, będziesz moim wsparciem. – Nie mogłem powstrzymywać poszerzającego się na mojej twarzy uśmiechu, wbrew temu, jaki obraz odwiedzin przedstawiał mój własny umysł. Źle, źle, źle. Pierwszy raz tak cholernie mocno próbowałem opanować uczucie zbliżającego się nieszczęścia, którego nie umiałem zetrzeć za nic w świecie. Sprawiło to, że moje palce niespodziewanie musnęły dłoń Leny, którą natychmiast odsunęła tak, bym tego nie dostrzegł. A dostrzegłem. To był mój zwyczajny odruch, kiedy uświadomiłem sobie, jak wiele rzeczy może pójść nie tak na przestrzeni krótkiego czasu. A skonfundowanie, wpełzające od raz na moją twarz, skryłem dokładnie pod pocieszającą miną mówiącą rozumiem, że się boisz. Nie. Nie rozumiałem. I czuję, że ciężko będzie mi się z tym pogodzić. Ba! Wręcz teraz rwałem się do tego, by odwrócić ją do siebie i objąć, ale jej reakcja na ten gest była zbyt nieodgadniona, by o niej myśleć.
   Stawiałem kroki, idąc blisko dziewczyny, a każdy metr przybliżał nas do tych enigmatycznych drzwi. Oboje stanęliśmy przy nich, a z racji tego, że to ja znajdowałem się przy dzwonku, mi przypadł zaszczyt, żeby go wcisnąć. O ile drzwi faktycznie są zamknięte. Niechętnie pociągnąłem za klamkę, a wraz z przeszywającym zimnem zrozumiałem, że dzwonek okazał się koniecznością. Zagadką natomiast pozostało to, co podkusiło mnie, by odwrócić się w stronę Leny. Spuściłem wzrok, wpatrując się w jej twarz, gdzieniegdzie poranioną. Plaster przyklejony na czole nie był już taką zagadką; domyślałem się, skąd go ma i to z kolei wymuszało moje ściągnięcie brwi, które mówiło tylko o tym, jak bardzo nienawidzę autora tej skrytej rany. Nie mogłem pozwolić, by złość związana z jej ojcem znów się we mnie pojawiła. On to przeszłość. Nie obchodzi mnie to, co się z nim stanie. 
   Uniosłem ostrożnie dłoń i odgarnąłem niesforne kosmyki jej włosów z twarzy. Potem wyszczerzyłem zęby w zawadiackim uśmiechu, nie starając się nawet ukryć, jak bardzo cieszy mnie jej widok.
   – Jesteś piękna. – Dwa słowa, których prawdziwości nie odważyłem się nigdy podważać. W odpowiedzi zauważyłem tylko ściągnięcie wzroku w dół. Jest taka urocza. 
   Mój uśmiech zmniejszał się stopniowo, aż pozostało z niego jedynie wspomnienie.
   – Przepraszam... – szepnąłem cicho, po czym spojrzenie przesunąłem niżej, na jej usta.
   – Za co? – Nie skontrolowałem wyrazu jej twarzy. Ułożyłem ręce na jej ramionach z taką delikatnością, jaką nie darzyłem jeszcze nikogo, a jednocześnie było to swego rodzaju zdecydowane. Jednym gestem przysunąłem ją mocno do swojej klatki piersiowej, jakbym chciał schować ją przed całym światem. Doprawdy moje serce kołatało wówczas tak, jak za pierwszym razem, gdy ją pocałowałem. Wszystkie te identyczne  uczucia uderzyły we mnie miłym pociskiem, o ile może coś takiego istnieć. Ale słowo daję, że w jednym momencie zapragnąłem zapomnieć o tym wszystkim, co się wydarzyło. O tym, co złe. 
   Jej blond włosy muskały mnie w żuchwę, a potem zaryzykowałem i z pomocą dłoni, pod wpływem czegoś, czego znów nie umiałem nazwać, podniosłem jej podbródek tak, żeby odnaleźć jej usta. Oczy miała niczym tafla cichego jeziora, które odbijały się blaskiem i zdawały się oświetlać dookoła ciemność, mimo iż ta wizja posiadała prawo istnienia jedynie w moim umyśle. Nie liczył się dzwonek do drzwi. Nie liczył się Craver. Nie liczyło się nic.
   – Za to.
   Po prostu przechyliłem głowę, otarłem jej usta swoimi wargami, po to, by kolejno złączyć je ze sobą z nieskrywaną namiętnością. I tę namiętność tłumiłem w sobie aż do tego momentu, gotowy, żeby w każdej chwili móc ją z trudem opanować.
   Jej usta były suche i pozbawione słodkości; czułem posmak metalicznej krwi, gdy pozwalałem sobie na własną rękę pogłębiać pocałunek, nawilżać jej wargi, nie uważając na to, czy dziewczyna odwzajemnia moje poczynania. Nie szkodzi, ja nie potrafiłem dłużej podlegać temu dystansowi. Ilekroć zdawałem sobie o nim sprawę, moje serce, zmysły, błagały o to, żebym jak najszybciej znalazł się obok niej. To było silniejsze uczucie niż jakiekolwiek inne. Nie jestem egoistą. Chciałem, by poczuła to samo, żeby rozbudziła w sobie to, co jeszcze niedawno dawała po sobie rozpoznać. Miłość do mnie. Brakowało mi tej dziewczyny jak tlenu...
   Z objęć fantazji wyrwał mnie nagły skrzyp drzwi. Oderwaliśmy się od siebie, dostrzegając, jak w progu pojawia się nie kto inny, jak mój ojciec. Co on tu robi? Mimo że ukrycie zdziwienia malującego się na mojej twarzy okazało się nie lada wyzwaniem, przełknąłem ślinę i dołożyłem wszelkich starań, by nie było tego po mnie poznać. Wbrew temu, że noc mówiła sama za siebie.
Za to mina ojca była genialna. Rozszerzone usta potrafiłem zauważyć nawet pod osłoną ciemności, jaką zapewniał panujący mrok.
   – Gdzie ona jest? – spytałem, omijając przywitanie, które w chwili obecnej uznałem za niezwykle zbędne. 
   – Jaka ona? – Udał idiotę. Ciekawe, że takimi odzywkami dokładnie wiedział, jak mnie zdenerwować. Najwyraźniej po drodze umknął mu fakt, że stałem się niezbyt podatny na tego typu zachowania.
   – Mama – rzuciłem stanowczo, próbując zajrzeć mu przez ramię, jednak i dom spowijała nieprzebita ciemność.
   – Ona śpi. – Zaczął przesuwać swój wzrok, a gdy spoczął on na Lenie, zmrużył powieki tak, jakby własnie ujrzał ducha. – Co ty tu robisz?
   Ponownie zabrałem głos, a moją twarz przeciął szyderczy uśmiech. Taki, który kazał mu się obawiać.
   – Naprawdę sądziłeś, że kilometry mnie powstrzymają? – Chuchnąłem, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Myślałem, że jesteś inteligentniejszy. Przecież za takiego cię uważają, prawda? – Złączyłem obie dłonie, opierając się o framugę drzwi i tym samym zmuszając ojca do zrobienia kroku w tył.
   – Mam cię znowu wysłać do psychiatryka, szalony gówniarzu? – mówił ostrzegawczo, cofając się raz po raz, gdy przejmowałem obszar korytarza. Nie poznawałem tego miejsca, ilekroć patrzyłem na ściany, widziałem w nim tylko budynek. Nic więcej.
   – Nie przyszedłem do ciebie, tylko do mamy. Więc gdzie...
   – Alec. – Przerwała mi Lena, odważając się na to, żeby pociągnąć mnie za ramię i ściągnąć moją uwagę na wychylającą się zza rogu postać. Marna, wyprostowana sylwetka kobiety. Tej kobiety, którą znałem już dokładnie, ale... było w niej coś innego. Ojciec wykorzystał ten moment, by przysunąć się do włącznika i zaświecił światło, które rozbłysło jaskrawo z góry. Spod zmrużonych powiek udało mi się dostrzec najmniejszy szczegół na mamie. I zarówno ja, jak i Lena, nie ukrywaliśmy podziwu. Ubrana była w szlafrok, zdziwienie odmalowywało się na jej twarzy. Wyglądała normalnie. 
   – Wyjdźcie. – To jedno słowo zakuło mnie jak nic innego, może dlatego, że nie się go nie spodziewałem. Ale to wystarczyło, aby w pełni przywrócić mnie do rzeczywistości; moje usta zaczęły drżeć, starając się o wypowiedzenie chociaż kilku słów, które mogłoby zatrzymać mnie teraz w tym domu, wbrew woli kobiety.
   – C-co się stało? – Próba zignorowania nadmiaru rozpaczy spełzła na niczym, głos załamał mi się całkowicie, a ja poczułem, jak na mojej dłoni zaciskają się palce.
   – Alec, chodźmy... – To był głos Leny, ale ja wciąż nie umiałem oderwać pytającego spojrzenia od matki. Patrzyła na mnie ciągle w ten sam sposób. – Proszę. – Moja sympatia pociągnęła mnie raz jeszcze. Zareagowałem, wzrokiem tkwiąc w jej niebieskich oczach, w których próbowałem odnaleźć jedyne wsparcie.
   Nie było już powodu, dla jakiego mogłem tu zostać. Schowałem cały swój bezbrzeżny smutek, spuściłem poszarzałe tęczówki, uprzednio zaglądając nimi głęboko w oczy swojej matki, a mimo że dzieliła nas spora odległość, zdawało mi się, że wręcz się w nie wwiercałem. Z odpowiedzi nici.

***

   W samochodzie milczałem przez trzy kolejne godziny, wpatrzony w przewijające się za oknem obrazy. Podczas gdy Craver rozmawiał z Leną, nie wiedzieć o czym, ja nie zwracałem uwagi absolutnie na nic.
   Wziąłem butelkę wody do rąk i przerzucałem ją z dłoni do dłoni.
   – Lena?
   – Hm?
   – Dlaczego wtedy uderzyłaś tamtą dziewczynę? – Zmarszczyłem czoło, nie wiedząc dokładnie co mnie podkusiło, by zadać te pytanie akurat teraz. Dostrzegłem, jak blondynka skupia się na jeden moment, by później sprawić, że omal nie zakrztusiłem się łykiem wody.
   – Powiedziała, ze z chęcią by się z tobą przelizała. W łóżku. Nago.
   Craver, co ty z nami, chłopie, masz... 

Lena? Nie przyznaję się i obiecuję poprawę .___. koniec dram na razie, bo po długiej przerwie nie umiem ich pisać xDDD Jezus Maria jakie to jest beznadziejne, zabij to ;_;