Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lena. Pokaż wszystkie posty

8.12.2017

Od Leny CD Aleca

   Nim moje palce zacisnęły się na nadgarstku Aleca, wszystkie impulsy, każde słowo wypowiedziane przez szatyna, przepłynęło przez mój nieco przyćmiony umysł, ostatecznie doprowadzając do szybkiej reakcji.
   Nigdy bym się czegoś takiego po nim nie spodziewała. Przecież to był Alec. Ten Alec, który emocje zawsze trzymał na wodzy, ten, który nie dawał się im ponieść, tylko wszystko zawsze przyjmował na chłodno i ze spokojem. A teraz zachowywał się tak jakby ktoś zupełnie inny przejął nad nim kontrolę. Chociaż możliwe też, że to przez ten upał, za bardzo przygrzało mu w głowę czy coś... Przymknęłam na moment powieki, załamana swoim genialnym pomysłem. Najgłupsza rzecz jaką ostatnio wymyśliłaś, Lena. 
   Kiedy ponownie spojrzałam przed siebie, niebieskie tęczówki wpatrywały się wprost we mnie, a w zwężonych źrenicach czaiła się resztka złości, która po chwili uciekła niczym powietrze z dziurawej opony. Pokręciłam delikatnie głową, nie odsuwając wzroku od błękitu nawet na milimetr, jednak kątem oka udało mi się zobaczyć, jak ręka szatyna powoli zwalnia uścisk na koszulce Aidena, a chwilę później zupełnie ją puszcza.
   Uśmiechnęłam się lekko, splatając nasze palce, gdy tylko ręka chłopaka zawisła swobodnie wzdłuż jego ciała. Skinęłam głową w stronę przyjaciela, dając mu tym samym znak, że lepiej będzie, jeśli na razie się odsunie. Rudowłosy, choć z niechęcią wymalowaną na twarzy, po chwili odwrócił się do nas plecami i zniknął w tłumie uczniów z moim uważnym spojrzeniem na sobie.
   Coś mi w tym wszystkim nie pasowało. I nie chodziło tylko o zachowanie Aleca, ale także Aidena. Od tamtego incydentu z lekami, a jeszcze wcześniej z moim ojcem i zniknięciem chłopaka z akademii, jego zachowanie zupełnie się zmieniło. I nie miałam pojęcia dlaczego, żadnego domysłu, nawet punktu zaczepienia. Po prostu nic. Zniknął i wrócił nagle z zupełnie innym zachowaniem.
   Do rzeczywistości ściągnęło mnie ściśnięcie moich palców przez błękitnookiego, który po chwili został obdarzony przeze mnie nieco karcącym spojrzeniem.
  - Naprawdę musiałeś? - Spytałam, przewracając oczami. Byłam zmęczona już całym tym czekaniem w słońcu i tłumie spoconych uczniów.
  - Tak. - Odparł grzecznie tonem sugerującym, że taka odpowiedź była wręcz oczywista. Uniosłam jedną brew, spoglądając przy tym na chłopaka. - Sam się o to prosił. - Uniósł ręce w geście obrony, kiedy zmrużyłam bardziej oczy. Odgarnęłam z czoła luźne kosmyki włosów i już chciałam powiedzieć Alecowi, że nie ma prawa tak traktować mojego przyjaciela, jednak ubiegł mnie kierowca autobusu, który ogłosił, że możemy w końcu wsiąść.
   Tłum uczniów szybko się przerzedził, odsłaniając czwórkę nauczycieli, którzy stali na samym końcu, pilnując, by wszyscy wsiedli do pojazdu. Pośród nich dostrzegłam Cravera, który ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy wpatrywał się w ekran telefonu. Nat raczej nie był nauczycielem, który otwarcie okazywał, że ma jakieś problemy, dlatego nieco mnie zmartwiła jego postawa. Po tym wszystkim co dla nas zrobił, czułam z nim szczególną więź i traktowałam bardziej jak przyjaciela niż nauczyciela, poza lekcjami oczywiście.
  - Nie wiedziałam, że Craver z nami jedzie... - Mruknęłam bardziej do siebie niż do szatyna.
  - Nie wygląda jakby jechał.
  - Idź zajmij miejsce, zaraz do ciebie dołączę. - Delikatnie pchnęłam Aleca w stronę drzwi do autobusu, a sama ruszyłam w stronę nauczyciela, który niemal natychmiast podniósł głowę, jakby wyczuł, że zmierzam w jego stronę. Szybko schował telefon do kieszeni spodni i uśmiechnął się do mnie szeroko. Możliwe, że większość ludzi uznałaby to za typowy uśmiech jakim na co dzień obdarza wszystkich. Jednak ja widziałam, że ten uśmiech różnił się od zwykłego, którym obdarzał swojego otoczenie, gdy wszystko było okey.
  - Wszystko w porządku, Lena? - Spytał zatroskanym głosem. Stanęłam na przeciwko mężczyzny, krzyżując ręce na piersiach.
  - O to samo chciałam pana spytać. - Ciemne brwi powędrowały do góry, a uśmiech nauczyciela poszerzył się jeszcze bardziej. - Widzę, że coś się stało, proszę pana. Pan pomógł nam tyle razy, dlaczego nie możemy się odwdzięczyć?
  - Leno, nie ma takiej potrzeby. - Położył dłoń na moim ramieniu i uścisnął je. - Po prostu mój tato wylądował w szpitalu i nie ma się kto mamą zająć, więc będę musiał tam pojechać. Długa droga, nie będzie mnie ze dwa tygodnie, więc dyrektor pewnie wyznaczy na ten czas kogoś na moje miejsce.
   Zmrużyłam oczy, mrucząc pod nosem w geście zastanowienia. W tamtej chwili coś przyszło mi do głowy, ale było mi głupio prosić o kolejną rzecz Cravera. Z drugiej strony to była jedyna szansa, by dowiedzieć się czegokolwiek. Na kolejne wakacje w trakcie roku nie mieliśmy co liczyć, to będzie cud, jeśli w ogóle puszczą nas na wakacje.
  - Ugh, no dobrze. Ale wróci pan do nas, tak? - Pytanie wypowiedziane głosem na granicy przestrachu i błagania, rozbawiło bardzo Nata.
  - Oczywiście. Nie zostawię was bez pożegnania. - Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, po czym szybko dodał z nerwowym śmiechem. - Ale nie jestem pedofilem, żeby nie było.
   Aż parsknęłam śmiechem na tak absurdalne stwierdzenie. Zakryłam usta, nie chcąc zacząć śmiać się bardziej. Po chwili jednak uspokoiłam się i spoważniałam, podobnie jak mężczyzna, który chyba wyczuł, że chcę go o coś spytać.
  - No pytaj, Lena, bo ci autobus ucieknie. - Zaśmiał się, kładąc mi rękę między łopatkami i powoli odwracając w stronę pojazdu, tym samym zmuszając mnie do pośpieszenia się w swoich poczynaniach.
  - Bo tak się zastanawiałam... - Przygryzłam dolną wargę. Strasznie głupio było mi prosić nauczyciela o kolejną przysługę. - Jak daleko właściwie pan jedzie?
  - Aż na Florydę, a chciałaś coś stamtąd? - Chytry uśmiech wymalował się na jego ustach, tak jakby już doskonale wiedział, czego od niego chcę.
  - Pomyślałam, że może mógłby pan zajrzeć do domu Aleca. Kiedy byliśmy tam ostatnio, wyglądało, że jest okey, ale nie jestem co do tego przekonana. A chciałabym mieć pewność, żeby w razie czego móc powiedzieć Alecowi z czystym sumieniem, że wszystko jest dobrze. - To wszystko wyrzuciłam z siebie na jednym wdechu, bojąc się, że w którymś momencie mężczyzna po prostu mi przerwie i wtedy wszystko co chciałam powiedzieć, ucieknie mi z głowy.
  - Lena, jak miałbym to niby zrobić? Nauczycielom nie wolno chodzić po domach uczniów bez powodu. - Pokręcił głową i chociaż jego słowa nie wróżyły, że się zgodzi, w jasnych oczach widziałam, że chce mi pomóc.
  - No nie wiem, udawałby pan kogoś z elektrowni, opieki społecznej... - Zaczęłam żywo gestykulować, czując na plecach wkurzone spojrzenia pozostałych uczniów i kierowcy, którzy chcieli już jechać, a ja pozostawałam ostatnią osobą, która jeszcze nie wsiadła. - Coś pan wymyśli. Bardzo pana o to proszę...
  - No dobrze, postaram się, ale nie obiecuję. - Odparł w końcu, akcentując swoje zmęczenie głośnym westchnięciem. Uśmiechnęłam się szeroko i podziękowałam Craverowi, który wepchnął mnie w końcu do autobusu.
   Duszne powietrze, którym ledwo dało się oddychać uderzyło od razu w moje płuca, powodując, że poczułam na nich nieprzyjemny ciężar. Uśmiechnęłam się do mężczyzny za kierownicą przepraszająco i ruszyłam w głąb pojazdu, wzrokiem szukając swojego chłopaka. Jednak robiłam to tylko przez chwilę, szybko odpłynęłam myślami do poprzedniego tematu. Nie byłam pewna, czy dobrze zrobiłam prosząc o to nauczyciela, jednak wiedziałam, że temat tego co stało się w domu Aleca, kiedyś wróci i wolałam być na to przygotowana. A na chwilę obecną o niczym mu nie mówić i tak był wystarczająco rozdrażniony zachowaniem Aidena.
   W pewnym momencie czyjaś ręka złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła lekko w swoją stronę, zwracając tym samym moją uwagę. Natychmiast przeniosłam spojrzenie na niebieskie tęczówki i uśmiech, który malował się pod nimi. Odchrząknęłam, wyplątując dłoń z jego uścisku i odwracając na moment wzrok. Kiedyś przez niego runę jak długa na środku ulicy... Rozejrzałam się jeszcze w poszukiwaniu przyjaciela, jednak chłopak ukrył się wyjątkowo dobrze, ponieważ nie byłam w stanie odszukać pośród czupryn tej jednej, konkretnej. Z cichym westchnięciem usiadłam obok Aleca, spoglądając w okno.
  - I jak, Craver jedzie? - Spytał, patrząc na mnie z uśmiechem, ja natomiast momentalnie zesztywniałam, w pierwszej chwili odnosząc wrażenie, że chłopak ma na myśli swój dom. Na szczęście szybko się uspokoiłam, uświadamiając sobie, iż mówi o wycieczce. Wypuściłam powoli powietrze z płuc, przymykając przy tym powieki i kręcąc głową.
  - Musi pojechać do rodziców, jego tato wylądował w szpitalu, więc on musi zająć się mamą. - Uśmiechnęłam się do szatyna, który pokiwał głową i podniósł się z siedzenia, by otworzyć okno ponad nami. Może będzie chociaż trochę chłodniej...

~*~*~*~*~*~*~


   Przeczesałam włosy ręką, podziwiając widoki z balkonu. Miałyśmy z Lilian szczęście, że dostał nam się pokój od strony jeziora Tahoe. Błękit wody kusił, by się w niej zanurzyć, szczególnie przy takiej temperaturze jaka towarzyszyła nam dzisiaj. Byłam pełna podziwu dla naszej szkoły. Byli w stanie wykupić całej grupie trzydniowy nocleg w dwuosobowych apartamentach, znajdujących się w jednym z hoteli w Crystal Bay, a nie stać ich było na wynajęcie autokaru z klimatyzacją? Czegoś trzeba sobie odmówić, żeby móc pozwolić sobie na coś innego, ha?
   Odwróciłam się przodem do pokoju, spoglądając na wyłożoną na łóżku dziewczynę. Długie platynowe włosy rozłożone niczym wachlarz na ciemnej pościeli, nie różniły się zbytnio od koloru jej sukienki. Teraz pozostawało nam tylko czekać, aż wszyscy uczniowie wezmą prysznic po męczącej podróży i będziemy mogli pójść nad jezioro i zanurzyć się w chłodnej wodzie.
  - Siadłabyś, a nie tak stoisz. Czuje się, jakbyś była moim aniołem stróżem. - Zaśmiała się Lili, przekręcając się na bok i zerkając na mnie szarymi oczyma.
  - Może nim jestem? - Zaśmiałam się, puszczając do niej oczko. Zaraz potem ktoś zapukał do naszych drzwi. Wymieniłyśmy szybko spojrzenia, zastanawiając się kto to może być, było jeszcze za wcześnie, żeby nauczyciele chodzili po pokojach i zwoływali uczniów, więc... W mojej głowie pojawiło się pewne przypuszczenie, jednak w głębi wolałam, żeby nie okazało się ono prawdą. Podeszłam do drzwi, otwierając je szybko i postąpiłam krok w tył, nieco speszona widokiem przyjaciela.
  - Ślicznie tu, prawda? - Spytał z szerokim uśmiechem, a mnie coś ścisnęło w żołądku.
  - Aiden? Co ty tu robisz? - To było jedyne zdanie, które w tamtej chwili mój mózg zdołał wygenerować. Na szczęście śmiech współlokatorki przywrócił mi zdolność myślenia i szybko dodałam. - Znaczy wiem, co tu robisz, ale... Co robisz w moim pokoju?
  - Praktycznie rzecz ujmując, nie jestem w twoim pokoju, tylko przed nim. - Uniosłam jedną brew, posyłając chłopakowi zirytowane spojrzenie, na co ten odchrząknął i przeczesał włosy dłonią. - Nie dokończyliśmy naszej rozmowy, pamiętasz?
  - Tak, pewnie, że pamiętam. - Zerknęłam kątem oka w tył na koleżankę, która zwijała się na łóżku ze śmiechu. - Ale może przełożymy to na wieczór, jak będzie chłodniej? Lepiej się wtedy myśli.
   Aiden pokiwał głową i pożegnawszy się ze mną krótko, zrobił w tył zwrot i zniknął w dalszej części korytarza. Ja tymczasem zgromiłam spojrzeniem zaśmiewającą się blondynkę i ruszyłam do łazienki, zabierając po drodze z torby swój strój kąpielowy.

~*~*~*~*~*~*~

   Skłon, skłon, skłon. Wyprost. Nie wierzę, że kazali nam zrobić rozgrzewkę zanim wejdziemy do wody, w dodatku w strojach kąpielowych. Jakby to była jakaś przyjemność wypinać tyłki do chłopaków, którzy nawet nie starali się ukryć tego, że się na nas gapią. A było to dość peszące, szczególnie, że było ich więcej, a co chwila naszych uszu dolatywała wyliczanka, której wybrana miała zostać pierwsza wrzucona do wody. To wszystko zaczynało się tak samo jak moja kolonia w drugiej klasie podstawówki nad polskim morzem. Miałam tylko nadzieję, że nie skończy się tak samo, bo wtedy przez pół wyjazdu leżałam na wpół martwa przez grypę żołądkową.
  - Dobra, dzieciaki, możecie wskakiwać do wody! - Zawołał jeden z opiekunów, jednak żaden uczeń nawet nie drgnął. Wszyscy wpatrywali się w mężczyznę w milczeniu, spojrzeniem mówiącym Ale że ty tak na serio? - No chcecie wejść do tej wody, czy nie?
   Jak na zawołanie chłopaki skoczyli w przód pomiędzy dziewczyny, porywając je ze sobą i w akompaniamencie pisków, wrzucając wprost do zimnej wody. Lilian, która dwie sekundy wcześniej stała obok mnie, zniknęła bez śladu, pośród spienionej wody, która była wytworem rzucających się uczniów. Jak dzieci... Pokręciłam głową, uśmiechając się do siebie.
   Wtem na piasku przede mną pojawił się cień, który przykrył całą moją sylwetkę. Przechyliłam głowę w bok, próbując odgadnąć po samym cieniu kto to taki, jednak przez kąt padania promieni słonecznych, obraz był bardzo wydłużony, więc nie miałam szans zgadnąć po wzroście. Za to kiedy długie ręce otoczyły mnie, utrzymując wciąż pewną odległość od mojego ciała, po karnacji poznałam chłopaka. Jak na zawołanie wszystkie moje mięśnie się spięły, usztywniając całą sylwetkę i nie pozwalając na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Dlatego bardzo ucieszyłam się, słysząc głos swojego chłopaka.
  - Nawet się nie waż. - Twarde, zimne słowa były dla mnie niczym wybawienie z niezręcznej sytuacji. Uśmiechnęłam się półgębkiem, odwracając powoli głowę w stronę Aleca, który z założonymi na klatce piersiowej rękami, przyglądał się z kamienną twarzą mojemu przyjacielowi. Szare oczy szukały u mnie pomocy, jednak złośliwość szatyna udzieliła się chyba i mi, bo wypowiedziałam tylko jedno słowo, kręcąc głową.
  - Odpuść. - Wyciągnęłam rękę w stronę niebieskookiego, ten jednak tylko prychnął, uśmiechając się chytrze. Przechyliłam głowę w bok, zupełnie nie rozumiejąc o co mu chodzi, ale bardzo szybko się przekonałam, gdy Alec dwoma krokami zbliżył się do mnie i schylił. Nim zrozumiałam co się dzieje, zostałam przewieszona przez ramię szatyna, trochę jak worek ziemniaków, chociaż z tego co się orientuję, takich worków raczej nie trzyma się za pupy.
  - Alec, puszczaj mnie! - Pisnęłam, próbując wierzgać nogami, które po chwili zostały unieruchomione. Oparłam się dłońmi o ramię chłopaka i wyprostowałam, unosząc tułów w górę, czego pożałowałam szybciej niż mogłabym się spodziewać. Natychmiast znalazłam się pod falującą powierzchnią, by sekundę później wynurzyć się ponad nią i przyłączyć mój pisk do pozostałych krzyków. Posłałam uśmiechniętemu od ucha do ucha chłopakowi mordercze spojrzenie, które złagodniało, gdy po moich mokrych ramionach prześlizgnął się chłodny powiew wiatru.
  - Zimno ci? - Zaśmiał się, spoglądając z góry w moje oczy. Zgięłam kolana, zanurzając się aż po sam nos i odpowiedziałam chłopakowi, sprawiając jedynie, że woda wokół moich ust zabulgotała.
  - Lena! Alec! Chodźce, gramy w siatkę! - Głos Lilian wyrywający się ponad resztę, doleciał do nas z plaży, zwracając naszą uwagę. Uśmiechnęłam się lekko, wymieniając znaczące spojrzenie ze swoim chłopakiem. Jak na gwizdek na wyścigu oboje puściliśmy się biegiem w stronę piasku, przy okazji próbując wrzucić drugą osobę pod wodę. Śmialiśmy się przy tym tak bardzo, że często nie udawało nam się wyprostować całkowicie nóg w kolanach, czego ostatecznym wynikiem było wylądowanie w wodzie, kiedy sięgała nam ona ledwo nad kostki. Korzystając z okazji przylgnęłam do jego pleców, ochlapując mu głowę wodą i piachem przy okazji.
  - Będziesz mi potem zmywać ten piach z głowy. - Powiedział ze śmiechem, sprawnym ruchem przewracając się na plecy i umieszczając mnie pod sobą. Zaczęłam się śmiać, starając się jednocześnie jakoś wygramolić spod tego leciutkiego byka.
  - Z wielką przyjemnością, o ile nie zmiażdżysz mi teraz płuc!
  - Możecie przestać się tarzać jak małe dzieci i w końcu do nas dołączyć? - Męski naburmuszony głos zagrzmiał nad naszymi głowami, więżąc śmiech w naszych gardłach. Zerknęłam w górę, mrużąc powieki od słońca i ujrzałam niezbyt wysokiego chłopaka o ciemnej karnacji. Jeśli dobrze go rozpoznałam, co wcale nie było takie pewne, patrzenie na kogoś z dołu nie dawało pewności, był to Marco, choć równie dobrze mógł mieć na imię Juan. Co za różnica?
  - Do nas to mówisz? Ty jesteś biały od piachu. - Prychnęłam, czując jak w końcu mogę nabrać pełny wdech wypełniając całe płuca. Już dawno nie odczuwałam takiej przyjemności z oddychania.
   Kilkanaście minut później toczył się już mecz siatkówki plażowej, w którym brała udział zdecydowana część wycieczki. Nie był to jednak zwykły mecz, gdyż część z dziewczyn była ponad resztą graczy, a to za sprawą chłopaków, którzy nosili je na ramionach. Także ja byłam w tej części, balansując tułowiem ponad mokrą czupryną Aleca, którą od czasu do czasu przeczesywałam palcami. Nawet sędzia był nietypowy, gdyż jego rolę przejął pan Stanley, nie do końca znający zasady siatki. Ostatecznie drużyny były nierówne, gracze zmieniali strony boiska jak chcieli, sędziów było aż trzech, a kiedy jedna z par zaliczyła bliskie spotkanie z ziemią, nikt za bardzo się tym nie przejmował. Było dużo lepiej niż w podstawówce.

~*~*~*~*~*~*~

   Przez pierwsze trzydzieści minut zastanawiałam się, czy to odpowiedzialne ze strony nauczycieli, wysłać nas na imprezę w jedynym klubie w Crystal Bay. Chociaż z drugiej strony to był jedyny klub tutaj i teoretycznie byliśmy już pełnoletni, więc zrzucili z siebie odpowiedzialność za nas i pozostawili samych sobie. Test na odpowiedzialność, tak powiedział pan Markes, co wywołało salwę stłumionego śmiechu. To trochę tak jakby dać wygłodniałemu dziecku całą paczkę słodyczy i powiedzieć, że nie może ich zjeść. Z pewnością pyszności ocaleją.
   W tym czasie też podszedł do mnie Aiden, twierdząc, że jest wieczór i że mieliśmy pogadać. To co piłam chyba poważnie mi zaszkodziło, bo wygoniłam przyjaciela gestem ręki, mówiąc, żeby nie zawracał mi głowy. Będę musiała go rano przeprosić i zapytać dlaczego miał czerwone oczy. Pod warunkiem, że tego nie zapomnę. Nie możesz tego zapomnieć, to ważne. Jasne, jak wszystko.
   Po tym czasie w mojej krwi krążyła już zbyt duża ilość alkoholu, by myśleć na takie tematy. Lilian i Cheryl, z którymi od początku spędzałam ten wieczór, co chwila podsuwały mi zapełnioną napojem szklankę. Po trzeciej ledwo siedziałyśmy na stołkach barowych i nie była to wcale wina alkoholu, lecz śmiechu. Koniec końców wywołanego sporą ilością alkoholu. 
  - Lena, słońce ty moje, powiedz mi... - Zaczęła brunetka, machając szklanką, trzymaną w ręce we wszystkie strony. - Dlaczego. Ja się pytam dlaczego naszych chłopców jeszcze nie ma?
   Popatrzyłyśmy z Lili na siebie z dziwnymi minami, po czym wybuchnęłyśmy śmiechem, prawie zsuwając się z siedzeń. Odwróciłyśmy się powoli przodem do zapełnionego parkietu(w większości uczniami naszej akademii) i wzrokiem zaczęłyśmy szukać naszych partnerów, którzy jeszcze w hotelu stwierdzili, że trochę się spóźnią. Jednak ani głośna muzyka dudniąca w uszach, ani kolorowe reflektory, które co chwila świeciły nam prosto w oczy, nie ułatwiały tego zadania.
  - Nuuuuuudzi mi się bez nich. - Zawyły wspólnie niczym wilk, by po chwili znowu zacząć się śmiać. Przewróciłam oczami, odwracając się ponownie w stronę baru i odwróciłam do góry nogami, pusztą już szklankę. Gdzie on się podziewa? Coraz bardziej zaczynałam się martwić, nawet mimo upojenia alkoholowego, przecież cały czas go kochałam, bez względu na to, w jakim stanie był aktualnie mój mózg. Pokręciłam głową i zwróciłam się do swoich koleżanek, ciągnąc je za ręce. 
  - W takim razie pośpiewajmy, żeby umilić sobie czas! - Chwiejnie wdrapałam się na stołek barowy, po czym przeszłam na bar, odsuwając butem szklanki na bok. Cheryl i Lilian szybko do mnie dołączyły, po drodze prawie spadając na ziemię ze śmiechu. Nie trzeba było nam powtarzać, żebyśmy zaczęły śpiewać, ponieważ robiłyśmy to, nawet mimo nieznajomości słów, wtedy po prostu wymyślałyśmy własne. Naszym szkolnym znajomym także nie trzeba było mówić dwa razy, żeby przyłączyli się do naszego śpiewu i podziwiali te jakże piękne, kuszące ruchy ciała, które tylko upośledzeni nazwaliby tańcem.
   Nasze zguby pojawiły się chyba w najmniej oczekiwanym momencie, gdy z naszych ust wylatywały słowa piosenki Enrique'a Iglesiasa Tonight I'm Fuckin' You. Lepszego momentu nie mogli wybrać, naprawdę. Nie za bardzo przejęłam się tym, że wypowiadając słowa refrenu patrzę prosto w niebieskie tęczówki ani nawet tym, że chłopcy w przeciwieństwie do nas są trzeźwi i będą to wszystko pamiętać. Zresztą, kogo to obchodziło? Liczyli się oni, a właściwie dla mnie liczył się tylko Alec, który w czarnych jeansach i białej koszulce prezentował się chyba lepiej niż kiedykolwiek. A kiedy on wyglądał źle? Ta myśl sprawiła, że uśmiechnęłam się pod nosem do siebie, przygryzając dolną wargę i gestem ręki namawiając szatyna, by podszedł bliżej. 


Alec? Omfg, stworzyłam nieśmieszne zło >:D >.< ;_;

8.04.2017

Od Leny

  Przyjrzałam się budynkowi szkoły przez obiektyw cyfrowego aparatu. Miło było znowu trzymać urządzenie w dłoniach, ale to nie było to samo co mój polaroid. A musiałam przyznać, że strasznie tęskniłam za swoim ukochanym aparatem. Jednak byłam zmuszona tymczasowo korzystać z nowoczesnego sprzętu jaki oferowała akademia, w celu zaliczenia ćwiczeń, które mnie ominęły. 
   Nadal z Aleciem odczuwaliśmy skutki naszego nie planowanego wyjazdu, nawet po tak długim czasie jaki już upłynął od tamtych wydarzeń. Zresztą nie tylko nieobecność na lekcjach cały czas dawała mi się we znaki. Same zdarzenia, przez które wtedy przeszliśmy wciąż stały mi za plecami, rzucając ponury cień na przyszłość przede mną, przez co nie potrafiłam spojrzeć w przód ze szczerym, szerokim uśmiechem na ustach. Wciąż odczuwałam strach, który dosłownie dmuchał mi swoim zimnym oddechem w kark. 
  Wyprostowałam się powoli, wypuszczając powietrze z płuc z rezygnacją. Nie potrafiłam się przyzwyczaić do tego sprzętu. Chociaż jego używanie nie szło mi chyba aż tak źle, półgodzinny kurs u Aleca z pewnością mi pomógł, jednak na przyzwyczajenie się do takiego rodzaju aparatu będę potrzebowała czasu. Zerknęłam na wykonane zdjęcie i westchnęłam z rezygnacją. Całej masy czasu...
  Przeczesałam ręką włosy, odwracając się na pięcie plecami w stronę akademii i wolnym krokiem ruszyłam ku bramie wjazdowej. Spuściłam głowę, by nie uszkodzić aparatu przy chowaniu go do torby, która wisiała mi na szyję. Dlatego też zupełnie nie zauważyłam młodego chłopaka na deskorolce, pędzącego chodnikiem. 
 - Uwaga! - Wrzasnął, a ja automatycznie odskoczyłam w tył, nawet nie odwracając głowy w tamtą stronę. Otworzyłam szerzej oczy, jednak jedyne co udało mi się zarejestrować to fioletowy rękaw bluzki chłopaka. Gdy spojrzałam w stronę, w którą jechał, nie było już po nim śladu. Mruknęłam pod nosem coś do siebie i ruszyłam śladem skatera, mając w duchu nadzieję, że może w tłumie coś przyjdzie mi do głowy odnośnie tej sesji.
  Najgorsze w tym zadaniu było to, że pani Jefferson kazała mi samej wymyślić temat. Na ogół nie miałam z tym problemu, ale ostatnie miesiące dały mi się we znaki, a nauczyciele raczej nie mieli zamiaru z tego powodu wziąć na mnie poprawki. Dlatego pozostawało mi tylko wziąć się w garść, spiąć wszystkie mięśnie i przystąpić do pracy. Jedyny kłopot jaki mi towarzyszył od początku, nie licząc tego z brakiem aparatu, oczywiście, to kompletny brak pomysłu na temat. Chociaż po tym prawie wypadku w mojej głowie pojawiła się pewna myśl, która niemal od razu popchnęła mnie w stronę placu w mieście. 
  W Polsce przeważnie rampy i skateparki znajdowały się tuż przy lub chociaż w pobliżu placów zabaw i miałam nadzieję, że tutaj także tak jest. W innym wypadku trzeba będzie popytać ludzi, a nieszczególnie miałam ochotę dziś wchodzić w konwersację z obcymi.
  Po kilkunastu minutach postawiłam stopy na piachu, którym pokryta była cała powierzchnia placu zabaw. Odruchowo skierowałam spojrzenie w stronę huśtawek, ponownie dostrzegając na jednej z nich skuloną sylwetkę chłopaka, siedzącego w strugach deszczu. Ile już czasu minęło...? Uśmiechnęłam się lekko do siebie, zdając sobie sprawę, że wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, że Alec będzie dla mnie kiedykolwiek tak ważną osobą, jaką jest dzisiaj. 
   Wyciągnęłam aparat z pokrowca i włączyłam jednym przyciskiem, przyklękając na jednym kolanie, by nie runąć na piach. Przystawiłam sprzęt do oka, kręcąc pokrętłami, by ustawić odpowiednią ostrość na małego chłopczyka na huśtawce. Po wykonaniu kilku zdjęć pod rząd, odsunęłam aparat od twarzy, kątem oka łapiąc badawcze spojrzenie, najpewniej matki dzieciaka. Starałam się ukryć uśmiech rozbawienia, który uparcie starał się wkraść na moje usta, wywołany myślą, iż kobieta może posądzać mnie o bycie pedofilem. Naprawdę ze wszystkich możliwości, ta zdziwiłaby mnie najmniej. 
   Wyprostowałam nogi, przyglądając się zrobionym fotografiom i już miałam ruszyć w stronę ławki, na której siedziała tamta pani, kiedy moich uszu doszedł pewien rumor, a chwilę potem sprzeczka z udziałem znajomego mi już głosu. Skierowałam się w tamtą stronę, porzucając chęć wytłumaczenia się kobiecie i skupiając swoją uwagę na dziewczynie leżącej na chodniku i chłopaku stojącym ponad nią. 
  - Uważaj jak jeździsz! - Znajomy głos przywołał na moje usta uśmiech rozbawienia. Fioletowa bluzka wisiała na chudym ciele, niczym szmata na szczotce, natomiast zniszczona deskorolka widniała w jego rękach. 
  - Ja mam uważać? To ty nie patrzyłeś przed siebie. - Broniła się dziewczyna, starając się jakoś pozbierać, jednak wstanie z rolkami na nogach nie należało do najprostszych czynności. Podeszłam do tej dwójki, uśmiechając się do dziewczyny, po czym podałam jej rękę, uprzednio podsuwając nogę pod koła jednej z rolek, by nie pojechała w przód. 
  - Nic ci nie jest? - Spytałam jej i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, skierowałam następne pytanie do chłopaka. - Powinieneś zwolnić, nie uważasz, chłopcze? Już drugą osobę dzisiaj powaliłeś i bynajmniej nie swoim talentem. 
  - To wina tej kaleki! Nie umie się nawet utrzymać na ośmiu kółkach, nie wspominając o czterech i jeszcze pakuje się do skateparku! - Blondyn zdecydowanie nie był mistrzem trzymania emocji na wodzy. - Skoro mała dziewczynka jest zielona w kwestii sportu, to może nie powinna wychodzić z domu?!
   Przysłuchiwałam się temu wrzaskowi z rosnącym rozbawieniem, jednak wraz z ostatnimi słowami, przygryzłam dolną wargę i przesunęłam zszokowane spojrzenie na rudowłosą. Mimo wszystko nie obraziłabym się, gdyby zdecydowali się na jakieś małe za
wody, miałabym okazje popstrykać kilka zdjęć.


Amy? XD

7.14.2017

Od Leny CD Aleca

   Co...? To są chyba jakieś kpiny. Jak to facet nie miał już tego w barze? Więc gdzie to miał?! W domu?! Przecież nie będę się komuś włamywać do mieszkania po jakieś pieprzone tabletki... Chociaż z drugiej strony...
  Alec musiał domyślić się moich myśli z uśmiechu, który wymalował mi się na ustach, gdyż łapiąc mnie za ramiona pociągnął w stronę wyjścia. Niechętnie dałam obrócić się w tamtą stronę, jednak nie ruszyłam się na krok, zapierając piętami jak tylko mogłam, co w sumie nie było trudne. Szatyn chyba bał się, że zrobi mi krzywdę, gdyż nie napierał tak bardzo. Poczułam ciepły oddech na policzku, a kątem oka dostrzegłam twarz chłopaka, która zniżyła się do mojego poziomu, otwierając usta, jakby chciał coś powiedzieć. Jednak nawet jeśli tak było, los nie pozwolił mu na to, a dokładniej mówiąc, niewysoka kobieta o kręconych, rudych włosach, która stanęła tuż przed nami, mierząc naszą dwójkę nieprzyjemnym spojrzeniem. Przechyliłam lekko głowę, zastanawiając się, czy prawdopodobieństwo tego, że jest dziewczyną bądź narzeczoną barmana jest większe niż prawdopodobieństwo, że nie odzyskam już tych pigułek. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, jak i zapewne zdziwieniu mojego chłopaka, po chwili kobieta uśmiechnęła się promiennie, odzywając się miłym głosem.
- Czyżby mój kochany Steeve znowu zabrał czyjąś własność? - Zerknęła w stronę baru, machając do ukochanego ze słodkim uśmiechem na ustach. - Momentami traktuje swoją pracę zbyt poważnie, chcąc troszczyć się o wszystkich klientów. Rozumiem, że kiedy ktoś przychodzi tutaj z bronią i chęcią zabicia się, to musi zareagować, ale kiedyś zabrał komuś telefon... Rozumiecie? Zwykły telefon. Nawet już nie pamiętam o co poszło wtedy... - Machnęła niedbale ręką, jakby nie miało to większego znaczenia i po chwili zastanowienia, spytała. - A tobie co zwinął, mała?
  Prychnęłam cicho, cofając głowę na słowo mała. W całym swoim życiu słyszałam to tylko kilka razy, a i tak irytowało mnie takie zwracanie się do mnie. Szczególnie, że rudowłosa wcale nie była dużo wyższa ode mnie, jednak mimo poddenerwowania, na które składał się także dzisiejszy kac, odchrząknęłam szybko i odparłam, unikając bezpośredniej odpowiedzi.
- Coś bardzo ważnego. - Mruknęłam, na co kobieta zmierzyła mnie badawczym spojrzeniem. Przez chwilę miałam wrażenie, że będzie dopytywać o moją zgubę, co byłoby mi bardzo nie na rękę, gdyż wtedy Alec dowiedziałby się co chcę tak bardzo odzyskać. I mimo iż nawet wtedy potrafiłabym go nakłonić do pomocy mi, to przekonanie go, co do słuszności antydepresantów wymagałoby większej ilości energii, a tej tego dnia mi brakowało.
- Cokolwiek by to nie było, zapewne schował to w szafce na siłowni. - Wzruszyła ramionami, a po chwili zastanowienia dodała jeszcze. - Pod warunkiem, że nie jest to samochód lub coś co nie zmieściłoby się w takiej szafce... Duże to było?
  Przełknęłam nerwowo ślinę. Im więcej pytań zadawała, tym bardziej szpony strachu zaciskały się na moim gardle, utrudniając swobodne oddychanie. Lena, ogarnij się. Nikt poza tobą nie wie, co to jest. Pokręciłam głową, wyswobadzając się w końcu z uścisku Aleca.
- Na pewno się zmieściło.
- W takim razie podam wam numer szafki i możecie ją sprawdzić. Niestety dostać się do niej musicie na własną rękę, nie demolując jej przy tym. Gdybym zabrała mu kluczyk do niej, na pewno by się zorientował. Zresztą już jest podejrzliwy, że z wami rozmawiam... - Zmrużyła lekko powieki, spoglądając ukradkiem w stronę baru. To że facet będzie nas obserwował dopóki nie opuścimy lokalu, było bardziej pewne niż to, że rano wstanie słońce. Zresztą przez cały czas czułam na plecach jego palący wzrok, który przewiercał się przez plecy niebieskookiego.
  Skinęłam głową, dając jej znak, że w pełni ją rozumiem i po szybkiej wymianie informacjami, a raczej po tym, jak ona podała nam numer szafki, tego przeklętego barmana, który myśli, że jest jakimś bohaterem, w pośpiechu opuściliśmy lokal.
  Dopiero kiedy znaleźliśmy się na ulicy, odetchnęłam głęboko, tak jakby nieprzyjazna mi aura w barze utrudniała oddychanie. A może to tylko sprawka tego charakterystycznego zapachu takich miejsc, gdzie mieszały się aromaty najróżniejszych trunków, a dodając do tego dym tradycyjnych papierosów czy nawet tych e-, to już w ogóle tworzyło wybuchową mieszankę dla moich nozdrzy. Jakim cudem wytrzymałam tam tyle czasu poprzedniego wieczoru?
- Wiesz gdzie tu jest jakaś siłownia? - Zwróciłam się do chłopaka, zakładając na oczy okulary przeciwsłoneczne. Słońce świecące prosto w oczy nie sprzyjało mniejszemu bólowi głowy. Wręcz przeciwnie, mrużenie powiek dawało mi wrażenie, ściągnięcia wszystkich mięśni twarzy, przede wszystkim czoła, co było niezwykle bolesne w stanie zatrucia alkoholowego. Gdy tylko ciemne szkła ograniczyły promienie słoneczne, wpadające do moich źrenic, od razu poczułam się lepiej. Nie dobrze, ale zdecydowanie lepiej.
- Wydaje mi się, że na terenie basenu jakaś była, ale pewien na sto procent nie jestem. - Odparł, wyciągając z kieszeni telefon. Przechyliłam głowę w prawo, odgarniając jasne kosmyki włosów, które natychmiast zsunęły mi się na twarz i przez kilka cichych chwil przyglądałam się, jak chłopak szuka informacji w telefonie. Kiedy podniósł na mnie spojrzenie niebieskich tęczówek, przed którymi natychmiast uciekłam, czego za sprawą ciemnych szkieł nie był w stanie zobaczyć, oznajmił mi, że jego przypuszczenia się potwierdziły i siłownia jest właśnie na terenie basenu, który mieliśmy już okazje odwiedzić. Skrzywiłam się niewidocznie na to wspomnienie, jednak szybko się otrząsnęłam, chcąc mieć już przy sobie te pieprzone tabletki. Jak na coś co ma dawać szczęście, to w cholerę zachodu z nimi.

~~~~~~~~~~~~~~~~

   Około trzydziestu minut później byliśmy już w szatni pełnej metalowych szafek. Poprosiłam Aleca by pilnował drzwi, ja w tym czasie musiałam odnaleźć szafeczkę z numerem trzydzieści dwa, co wbrew pozorom nie było takie proste. Miejsc na schowanie rzeczy było naprawdę sporo, a kolejność w jakiej były ustawione, przez dłuższy czas była dla mojego zaćmionego umysłu istną zagadką. Jednak kiedy w końcu połapałam się w ich ustawieniu, w krótkim czasie odnalazłam swój cel. Gdy podeszłam do drewnianej ławeczki, ustawionej poniżej i dotknęłam palcami zimnych drzwiczek, aż odskoczyłam z piskiem. Oczywiście od razu za mną pojawił się szatyn, chyba trochę wystraszony moim krzykiem.
- Co się stało? - Zapytał, podchodząc do miejsca, w którym stałam. Wskazałam trzęsącą się ręką na uchyloną szafkę, otwierając i zamykając przy tym usta, nie potrafiąc wydobyć z gardła choćby jednej sylaby. Wnętrze skrytki wypełniała tylko spocona już koszulka, której chyba nikt nie prał przez ostatni tydzień, podobnie było ze spodenkami. Cofnęłam się o krok, intensywnie myśląc nad tym, kto mógł zabrać te tabletki i po co? I przede wszystkim kiedy? Szczerze wątpiłam, by barman mógł od tak opuszczać lokal, a jego rudowłosa dziewczyna raczej nie znalazłaby się tutaj szybciej.
  Odwróciłam się do zdezorientowanego chłopaka, chcąc coś powiedzieć, jednak w tym samym momencie usłyszeliśmy cichy trzask, dobiegający zza jednych drzwi. Z szatni były tylko trzy wyjścia: jedno z nich prowadziło na korytarz i do wyjścia, drugie na sale ze sprzętami do ćwiczeń, a trzecie do ubikacji. I oczywiście trzaśnięcie pochodziło zza tych trzecich drzwi. Skoro już wpakowałam się do męskiej szatni, dlaczego by nie zwiedzić też ubikacji? Klasycznie.
  Wolnym krokiem udałam się w tamtą stronę, wychylając się lekko w bok, próbując w ten sposób zobaczyć coś przez szparę w uchylonych drzwiach. Jednak zupełnie na nic. Kolejny trzask wywołał paraliżujące ciarki, które rozeszły się po całym moim ciele, tak jak rozchodzi się ciepło, gdy zjemy gorącą zupę. Pewna część mojego ciała jak i umysłu zarządziła natychmiastowy w tył zwrot i zapewne bym go wykonała i uciekła, gdzie pieprz rośnie, gdybym za plecami nie miała swojego chłopaka. Który, mimo stanu w jakim ostatnio były nasze kontakty, na pewno obroniłby mnie przed wszystkim. Nawet jeśli sprawcą tych hałasów okazałaby się mała, biała myszka, której zapewne w pierwszym odruchu bym się wystraszyła.
  Złapałam powoli za klamkę, ciągnąc ciężkie, drewniane drzwi w swoją stronę. Moim oczom ukazał się rząd białych kabin, z czego szczególną uwagę zwróciła ostatnia z nich, otwarta na oścież. Powoli przesunęłam wzrok na ciemną, odznaczającą się od jasnego tła postać, początkowo nie rozpoznając w niej nikogo znajomego, być może przez nikłe światło, które wpadało tylko do połowy długiego pomieszczenia. Dopiero gdy Alec sięgnął do wyłącznika, rozświetlając jasnym światłem całą łazienkę, poznałam wysoką postać. Jak mogłabym w tak krótkim czasie zapomnieć tą brązową czuprynę, o której zawsze uparcie twierdziłam, że jest ruda, co często gęsto prowadziło do sprzeczek z jej posiadaczem?
  Moje spojrzenie szybko pochwyciło charakterystyczny pomarańcz, walcowatego pudełeczka, pełnego białych tabletek. Nie... Otworzyłam szerzej oczy, uważnie śledząc, jak chłopak porusza ręką, w której zaciskał moją zgubę.
- Tego szukasz, Lena? - Zapytał smutnym głosem, który sprawił, że w moim gardle zaczęła rosnąć wielka gula, utrudniająca mówienie i przełykanie śliny.
- A-aiden... Oddaj mi to, proszę... - Wyciągnęłam w jego kierunku drżącą dłoń, jakby tym gestem prosząc go o oddanie mojej własności. Przełknęłam nerwowo ślinę, gdy ciche pyknięcie obwieściło otwarcie opakowania.
- Przykro mi, ale to dla twojego dobra. - Jego głos stał się twardy, stanowczy, nieznoszący sprzeciwu, co zupełnie nie pasowało mi do Aidena jakiego znałam. Moje oczy zrobiły się niczym spodki, w chwili kiedy brązowowłosy przesunął się w stronę ubikacji. Oczami wyobraźni już widziałam co chce zrobić, więc szybko skoczyłam w jego stronę, krzycząc, by tego nie robił. Jednak kiedy dopadłam długiej ręki Aidena, opakowanie było już zupełnie puste, a białe tabletki pływały w wodzie, której nawet pies bałby się napić.
- Dlaczego to zrobiłeś? Nie mogłeś, nie miałeś prawa tego zrobić! - Zaczęłam krzyczeć na starego przyjaciela, uderzając go przy tym pięściami w klatkę piersiową z całej siły. W pewnej chwili na moich nadgarstkach zacisnęły się jego palce, unieruchamiając mnie i utrzymując nieco w powietrzu, gdyż kolana zaczęły się pode mną załamywać. Zamilkłam natychmiast, wpatrując się oczami pełnymi łez w szare oczy, kryjące się pod mocno ściągniętymi brwiami.
- Na co ci to chore gówno?! - Zagrzmiał na całą szatnię, a ja tylko skuliłam się w sobie. On nigdy wcześniej na mnie nie krzyczał, na nikogo. Nawet gdy był poddenerwowany nie zdarzyło mu się podnieść głosu. - To jest dla chorych psychicznie! Jesteś chora psychicznie?! Jesteś wariatką, Lena?! - Po tych słowach puścił moje nadgarstki, a ja runęłam na brudną posadzkę, uderzając w jasne kafelki kolanami i niemal natychmiast zanosząc się głośnym szlochem. Czułam się w tamtej chwili jak dziecko, któremu obrywa się za zbicie drogocennego wazonu albo... za połknięcie całej paczki tabletek.
- A ty co? Zawsze będziesz jej ze wszystkim ulegał? - Jego głos nieco się uspokoił, ale nadal był ostry i stanowczy, chociaż nieco cichszy. - Taki z ciebie dobry chłopczyk, że zawsze za nią idziesz? Jak będzie chciała obrabować bank, to też jej w tym pomożesz? - Skuliłam się jeszcze bardziej, otulając szczelnie ramionami, próbując w jakikolwiek sposób się uspokoić. - A gdybyście przez przypadek wpadli i okazało się, że Lena jest w ciąży, ale tego nie chce i postanowiła usunąć ciążę? Też byś się na to ślepo zgodził, co? - Prychnął, pogardliwie. - No pewnie. Jesteś w nią tak wpatrzony, że nawet gdyby zdradziła cię tuż przed nosem, to byś nie zauważył.
  Krótka chwila ciszy, w której słychać było tylko mój szloch i gwałtowne łapanie powietrza, ogarnęła całe pomieszczenie, aż w końcu Aiden klękając przede mną, ponownie się odezwał, tym razem już zupełnie spokojnie, głosem, który dobrze znałam. Podniosłam na niego zapłakane oczy, ocierając je szybko wierzchem dłoni.
- Nie wyjechałem z miasta, bo za bardzo się o ciebie martwiłem, Lena. I nie wyjadę, dopóki Talbot nie nauczy się, że nie można zawsze się łapać na te piękne oczy. - Uśmiechnął się delikatnie, przyciągając mnie do siebie i otulając ramionami. Przez chwilę nie miałam pojęcia co się dzieje, jednak kiedy tylko pojęłam, że znajduję się w uścisku szarookiego, z mojego gardła wyrwał się kolejny szloch, zapoczątkowujący kolejną falę płaczu.


Alec? ;-;
Ajm soł sori, for... ju noł for łat ._.

6.20.2017

Od Leny CD Aleca

  Uniosłam lekko jedną brew, spoglądając na chłopaka niezbyt przychylnie. Ostatecznie jednak przewróciłam oczami i podeszłam powoli do szatyna, po czym stając na palcach, przesunęłam wargami po jego szorstkim policzku. I mimo iż początkowo moje usta znajdowały się zaledwie centymetr od jego ucha, już po chwili poczułam na nich gorący oddech Aleca. Coś wewnątrz mnie wyło rozpaczliwie chociażby o jeden, krótki pocałunek. Jednak jedyne co zrobiłam, to stanęłam na płaskich stopach z cichym westchnięciem, zabierając z dłoni mojego gościa moją słodką własność. Przyglądając się opakowaniu, podeszłam do łóżka, jakby zupełnie tracąc zainteresowanie chłopakiem, który zaczął rozglądać się po pokoju, jak gdyby był tu po raz pierwszy. Sięgnęłam po laptopa, szeleszcząc plastikowym opakowaniem, które próbowałam otworzyć.
- Ile wzięłaś tych tabletek? - Chłodny głos Aleca przeszył powietrze w moim pokoju, sprawiając, że popatrzyłam na niego zdziwiona, zaciskając zęby na folii, która uparcie nie chciała dać się rozerwać. Rozchyliłam delikatnie usta w zastanowieniu, w wyniku czego nadal nieotwarta słodkość spadła na moje nogi.
- Osiem? - Wzruszyłam ramionami, przyglądając się jak mój chłopak sięga po czekoladę, po czym bez najmniejszego problemu otwiera ją i podaje mi wprost do rąk.
- Nie uważasz, że to trochę za dużo jak na jeden dzień?
- Nie działały wcześniej... - Mruknęłam, gryząc mleczną czekoladę, która natychmiast zaczęła rozpuszczać mi się na języku. - Chcesz? - Wyciągnęłam w jego kierunku rękę, jednak kiedy tylko Alec się nachylił, schowałam z piskiem czekoladę, krzycząc moje!, co ewidentnie rozbawiło chłopaka.
  Kilkanaście minut później leżałam owinięta kocem, wpatrując się w ekran laptopa, na którym przesuwały się różne obrazy, nietworzące niczego sensownego dla mojego oderwanego od rzeczywistości umysłu. Zdecydowana część mojej uwagi pochłonięta była śledzeniem palców Aleca, które od dłuższej chwili błądziły po moim ramieniu i plecach, od czasu do czasu zaplatając kosmyki włosów. Być może nie miałoby to miejsca, gdybym nie opierała głowy o jego ramię, ale było mi tak wygodnie, że nawet dziwne uczucie nie miało takiej siły, by zgonić mnie z łóżka czy zmusić do zmiany pozycji. Po kolejnych kilku minutach przesunęłam głowę na dolne żebra Aleca, obejmując go odruchowo jedna ręką. Przymknęłam lekko oczy i chyba nawet zaczęłam przysypiać, jednak w pewnym momencie podniosłam się do siadu podpartego, z rozbawieniem spoglądając na zdziwionego chłopaka.
- Burczy ci w brzuchu. - Skomentowałam wcześniejszy odgłos, który dotarł do moich uszu. - A to znaczy, że jesteś głodny. - Pokiwałam głową, udając głosem małe dziecko, które myśli, że zna się na wszystkim.
- Brawo, Sherlock'u. - W niebieskich oczach zagościły małe iskierki, które zniknęły zaraz po wypowiedzeniu przeze mnie kolejnych słów.
- A więc wynoś się. - Na powrót mój głos przybrał lodowatą barwę. Jednak zdziwienie i ból w oczach chłopaka szybko przywróciły mnie do względnej normalności. Westchnęłam ciężko i wskazałam ręką drzwi, mówiąc: - Po prostu idź na stołówkę, weź coś do jedzenia i wróć.
  Chwilę zajęło mu zrozumienie, że mówię naprawdę poważnie, także o powrocie do mnie, więc szybko się otrząsnął i podniósł z posłania, podchodząc do drzwi.
- Tobie też coś wziąć?
- Nie. - Odparłam bez namysłu, kiedy jednak Alec posłał mi wzrok typu Ale potem swojego ci nie dam, dodałam szybko. - Chociaż w sumie to możesz mi coś wziąć...
  Gdy po około dziesięciu minutach szatyn wrócił, siedziałam na ziemi pośród porozwalanych kawałków, które zostały z mojego ukochanego aparatu. Zastanawiałam się czy jest w ogóle jakiś sposób, by to wszystko poskładać w całość, ale jedyne co przychodziło mi do głowy to klej, a na lepką maź raczej tego nie naprawię. Westchnęłam cicho i popatrzyłam w zmartwione, niebieskie oczy, które ogarnęły cały ten bałagan, po czym zatrzymały się na mojej twarzy. Chłopak odstawił wszystko co przyniósł na biurko i podszedł do mnie, podając mi rękę, bym wstała. Niechętnie to zrobiłam, a po chwili bez słowa przytuliłam się do chłopaka, który mimo lekkiej dezorientacji przytulił mnie mocno, chowając w ramionach. Rany, jak ja się tam dobrze czułam... Gdybym tylko mogła spędziłabym tam całe życie. Nie wyobrażałam sobie bezpieczniejszego miejsca, takiego w którym wszystkie moje zmartwienia, troski i zły humor, a nawet ból znikały. Chociaż zasługą tego ostatniego mogła być także spora ilość tabletek przeciwbólowych...
  Pokręciłam głową, odsuwając się od niego i spoglądając z zaciekawieniem w stronę jedzenia, które w niedługim czasie zniknęło. Nawet nie podejrzewałam, że byłam taka głodna ani nawet, że Alec był w stanie wciągnąć tyle jedzenia. Chociaż z tego co się orientowałam, nie jadł ostatnio regularnie, a może tylko mi się tak wydawało? Nie zmieniało to faktu, że po obfitym posiłku siedzieliśmy ponownie na łóżku. A dokładniej mówiąc to Alec leżał, a ja siedziałam okrakiem na jego biodrach, spoglądając z udawaną wyższością na swojego chłopaka, który przyglądał mi się z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Chyba trochę za dużo wzięłaś tych tabletek, wiesz? - Przekrzywił lekko głowę, błyskając zabawnie iskierkami w oczach. Uniosłam lekko głowę, przymykając powieki, po czym pochyliłam się nad nim, szepcząc wprost do jego ucha.
- Marudzisz...? Zdawało mi się, że moja chłodna wersja nie bardzo ci odpowiada... - Uśmiechnęłam się chytrze, przesuwając powoli nosem po szorstkiej skórze na policzku. - Powinieneś korzystać z mojego stanu, jutro mogę być wredna.
- Masz okres, Lena... - Wymruczał ze śmiechem, co tylko zmotywowało mnie do działania, które nie do końca było świadome.
- No i co z tego, marudo... - Zerknęłam w górę w błękitne tęczówki, skryte pod powiekami. Przesunęłam wargami po jego ciepłej szyi, wsuwając jednocześnie powoli dłonie pod materiał szarej koszulki, którą miał na sobie. Niemal od razu pod zimnymi palcami poczułam ten umięśniony brzuch, który bądź co bądź przyciągał spojrzenia całej masy dziewczyn. Kiedy tylko zacisnęłam delikatnie zęby na skórze, co wywołało ciche syknięcie u szatyna, jego ręce natychmiast znalazły się na moich biodrach, przesuwając pomału w dół. Prychnęłam, wyciągając dłonie spod koszulki i łapiąc nadgarstki chłopaka w oka mgnieniu, po czym przeniosłam jego ręce nad głowę, uniemożliwiając swobodne poruszanie nimi. Przejechałam językiem po wcześniej ugryzionym miejscu i ponownie zaczęłam go całować po szyi, co wywołało u Aleca serię kocich mruków.
  W pewnym momencie oderwałam się od jego szyi, jak rażona prądem i zawołałam uradowana.
- Wiem, co oglądniemy!
  Błękitne oczy otworzyły się leniwie, a na twarzy chłopaka wyrysował się smutek i żal, że tak szybko zaprzestałam swoich pieszczot. Wzruszyłam ramionami, sięgając po laptopa.
- Wstawaj leniu, oglądamy bajki. - Powiedziałam, okrywając naszą dwójkę przyniesionym przez niego kocem.

~~~~~~~~~~~~~~~~

  Rano obudziło mnie delikatne stukanie w ramię. Ziewnęłam szeroko, zakrywając usta wierzchem dłoni i uniosłam się na jednej ręce, ściągając z głowy miękki koc. Spojrzałam w dół i uniosłam nieco jedną brew, zastanawiając się, dlaczego właściwie miałam głowę na podbrzuszu szatyna, szybko jednak porzuciłam te myśli i wstałam, wygrzebując się z pościeli. Na środku pokoju nadal porozwalane były kawałki aparatu, których poprzedniego dnia nie posprzątałam. Mruknęłam ponuro, kierując się w stronę łazienki, gdzie walnęłam nosem w zamknięte na klamkę drzwi. Cofnęłam się o krok, pocierając twarz jedną ręką, a drugą uderzając w jasne drewno.
- Durne drzwi... - Warknęłam, łapiąc za klamkę.
- Lena spokojnie. - Śmiech Aleca za moimi plecami sprawił, że odwróciłam się do niego przodem.
- Jestem spokojna jak pieprzony wagon buddyjskich mnichów. - Rzuciłam lodowato i weszłam do małego pomieszczenia.
  Jeszcze nim opuściliśmy mój pokój, zatrzymałam szatyna przed sobą i wskazałam palcem jego szyję, na której malował się czerwony ślad - pozostałość po wczorajszych pieszczotach i moim, nie od końca świadomym, działaniu.
- To jest znak, że jesteś mój i nikt nie ma prawa się do ciebie zbliżać bardziej niż to konieczne. - Powiedziałam to chłodnym, naburmuszonym głosem, przez co chyba zabrzmiałam trochę jak obrażone dziecko, gdyż Alec uśmiechnął się, kiwając głową.
- Okey, podoba mi się taki układ. - Wyciągnął rękę przed siebie, po czym położył ją na mojej głowie i potargał mi włosy na jej czubku. Mruknęłam ponuro w odpowiedzi. - Jesteś słodka, kiedy jesteś zazdrosna.
- Nie jestem zazdrosna. - Fuknęłam, strącając jego rękę i opuszczając swój pokój.

~~~~~~~~~~~~~~~~

  Dzień generalnie zleciał nam spokojnie, może z wyjątkiem informatyki, na której wpadł pan Seagal, ogłaszając wszem i wobec, że szuka chętnych na udział w pojedynku kulinarnym, który odbędzie się za dwa tygodnie w naszej akademii. Dziwnym trafem patrzył prosto na mnie, przez co odniosłam niemiłe wrażenie, że liczył, iż się zgłoszę. I już na przewie dane mi było utwierdzić się w moim przekonaniu, co do oczekiwań nauczyciela. Mężczyzna powiedział, że bardzo by się ucieszył, z naciskiem na bardzo, gdybym zdecydowała się zapisać na ten cały pojedynek. Twierdził, że z narodowymi potrawami radzę sobie bardzo dobrze, a i obce nie wychodzą mi najgorzej, poza tym byłaby to dla mnie taka odskocznia. Obiecałam Seagal'owi się nad tym zastanowić, choć nie byłam pewna czy faktycznie to zrobię. Bez Aidana obok ciężko było mi sobie wyobrazić gotowanie. Tak jakby stał się nieodłączną częścią tej czynności. Przecież jego już tutaj nie ma, daj temu spokój. 
  Następną dziwną rzeczą jaka spotkała mnie tego dnia, była pani Jefferson. Nie ona była dziwna, tylko sprawa w jakiej mnie szukała. Złapała mnie akurat na okienku, gdy przechodziłam przez korytarz w stronę tarasu, gdzie miał na mnie czekać Alec.
- Lena, mogłabym cię prosić na słówko?
- Tak? - Zdziwiona odwróciłam się do kobiety, spoglądając w stronę drzwi na taras, które były otwarte na oścież. Nauczycielka rozejrzała się nerwowo, jakby w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby nas podsłuchiwać i usłyszeć coś czego nie powinien.
- Wiem, że nie powinnam, ale... - Spuściłam głowę, wkładając rękę do swojej obszernej torebki, w której najpierw coś zagrzechotało, a potem zaszeleściło. Uniosłam lekko brew. - Ale wiem jak czasem jest się trudno podnieść, po różnych wydarzeniach... Proszę, weź je. Mnie już raczej nie będą potrzebne, a może tobie pomogą... - Wcisnęła mi szybko do ręki jakieś opakowanie, po czym zniknęła szybciej niż się pojawiła. Popatrzyłam zaskoczona na przedmiot w dłoni, próbując odczytać skomplikowaną nazwę, chociaż nie było mi to potrzebne, po samym opakowaniu można było się domyślić, że to antydepresanty. Pytanie, skąd i po co pani Jefferson je miała, zawisło w mojej głowie tylko na kilka sekund, potem narodziło się inne: czy powinnam z nich skorzystać?
  Podniosłam wzrok, słysząc odchrząknięcie i napotkałam spojrzenie uśmiechniętych niebieskich tęczówek. Ledwo widoczny uśmiech wpłynął na moje usta, kiedy wcisnęłam pudełko do torby. Mam swoje własne antydepresanty... 

~~~~~~~~~~~~~~~~

  Nie miałam pojęcia, która była godzina ani ile razy już mój telefon wibrował, dając znak, że ktoś próbuje się do mnie dodzwonić. W takim stanie w jakim się znajdowałam naprawdę było mi wszystko jedno. Nie przeszkadzał mi nawet facet, siedzący obok i dmuchający mi co jakiś czas dymem prosto w twarz. Nie lubiłam dymu tytoniowego. Nie cierpiałam wręcz. Jednak po alkoholu człowiek staje się bardziej tolerancyjny niż mógłby kiedykolwiek pomyśleć. Postukałam paznokciem w pustą szklankę, zwracając tym uwagę barmana, który w nienagannym stroju czyścił właśnie kieliszki.
- Nie za dużo jak na ciebie, mała? - Odezwał się jegomość z boku, po raz kolejny dmuchając prosto w oczy szarym dymem. Zakaszlałam teatralnie, posyłając mu mordercze spojrzenie.
- Nie wtrącaj się. - Syknęłam lodowato i popatrzyłam wyczekująco na mężczyznę za barem, który po krótkim ociąganiu się, zabrał mi sprzed nosa pustą szklankę i zaczął ją uzupełniać. Z pomrukiem sięgnęłam do torby i wyciągnęłam tabletki, które dostałam dziś od nauczycielki. Nie chciałam ich brać. Przynajmniej początkowo. Im dłużej siedziałam w tym barze, w tym zatęchłym powietrzu, przepełnionym chmielem, tym bardziej kusiło mnie, by ich spróbować. By zobaczyć czy faktycznie małe tabletki, sprawią, że będę tym, kim byłam kiedyś. Bo chciałam znowu taka być. Uśmiechnięta. Pełna życia. Szczęśliwa. A jak do tej pory jedynie tabletki przeciwbólowe przyniosły jakiekolwiek zmiany. Więc może pigułki szczęścia zdziałają jeszcze więcej...?
- Z tego co wiem, mieszanie alkoholu i tabletek nie prowadzi do niczego dobrego. - Odezwał się ni z tego, ni z owego barman, wyrywając mi z dłoni papierowe pudełko.
- Ey! To jest moje! - Warknęłam, unosząc się na rękach na blacie i starając się dosięgnąć swojej własności.
- Nie mam zamiaru mieć na sumieniu twojego życia.
- Więc mi je oddaj, wezmę je poza barem. - Syknęłam, siadając z powrotem na krześle barowym.
- Nie wyszłabyś stąd nawet. - Prychnął, chowając tabletki pod ladę.
- Nie jestem aż tak pijana. Oddaj je, to ich nie wezmę.
- Jak ci ich nie oddam, to też ich nie weźmiesz.
  Wydałam z siebie coś pomiędzy warknięciem a żałosnym wyciem, po czym opadłam zrezygnowana na bar. Odkąd tu przyszłam, wiedziałam, że nie powinnam tyle pić. Że w ogóle nie powinnam pić bez kogoś znajomego obok, zupełnie nie miałam do tego głowy. Jednak chciałam zrobić na przekór sobie i chyba ukarać się za to jak ostatnio się zachowywałam, chociaż jakby się głębiej zastanowić nie miałam na to większego wpływu. Ale stało się, wypiłam o te pięć szklanek za dużo i kręciło mi się w głowie, i nawet nie byłam pewna czy moje myśli mają jakikolwiek sens.
  Nagle tuż przed moim nosem mężczyzna zza baru, postawił kolejną pełną szklankę. Złapałam ją do ręki i uśmiechnęłam się krzywo.
- Przynajmniej szklankę oddał... - Mruknęłam zadowolona.
- Wolę, żebyś piła niż brała jakieś tabletki. - Burknął pod nosem, po czym zajął się resztą klientów.

Alec?
Ni wim co dalej ;-;

6.05.2017

Od Leny CD Aleca

  Zerknęłam kątem oka na krztuszącego się chłopaka, po czym odwróciłam spojrzenie w stronę okna, łapiąc po drodze kontrolne spojrzenie Cravera, które dostrzegłam w lusterku. Spokojnie czekałam, aż Alec przestanie kaszleć, spoglądając na przesuwające się za oknem krajobrazy. Każdy kolejny kilometr przybliżał nas do akademii, a ja z każdą kolejną minutą byłam coraz mniej pewna, że chce tam wracać. Że chce spotkać tych wszystkich ludzi, którzy oczekują, że nadal będę tą samą osobą, że nadal będę się uśmiechać, ze wszystkimi rozmawiać. Że będzie tak jakby nic się nie stało, bo przecież dla nich tak jest, oni niczego nie wiedzą. I nigdy się nie dowiedzą, tego byłam pewna.
- Nie mogłam pozwolić, żeby mówiła tak o... moim chłopaku. - Rzuciłam obojętnym tonem, nie odwracając głowy od szyby. Uniosłam lekko jedną brew, widząc w bocznym lusterku, zadziorny uśmiech nauczyciela, który mimo skupienia na drodze, najwyraźniej słuchał nas dość uważnie.
  Po krótkiej chwili na ręce, która spoczywała spokojnie na moim kolanie, poczułam delikatne uściśnięcie. Spojrzałam na swoją dłoń, na której zaciskały się palce szatyna. Powoli podniosłam na niego wzrokiem pełnym niezrozumienia i chociaż widziałam dokładnie, tuż przed oczami jego uśmiech, wiedziałam, że nie wszystko jest okej. Że coś jest nie tak. A przecież wiedziałam co. Tylko, że nie potrafiłam się zmusić, by cokolwiek to dla mnie znaczyło, by nie było obojętne tak jak wszystko inne. Nie umiałam...

~~~~~~~~~~~~~~~~

  Przeniosłam powoli spojrzenie z bramy wjazdowej na czarny ekran telefonu, który trzymałam w ręce; dostałam go tymczasowo od dyrektora z uwagi na to, że mój własny uległ... uszkodzeniu. Od mojego... naszego powrotu do akademii minęło już dziesięć dni, w ciągu których zdarzyło się kilka rzeczy, których nie chciałam. Między innymi codzienne spotkania z panią Rambert oraz jakimś innym mężczyzną, który nie uczył w szkole, a podawał się za psychiatrę. Dobrego psychiatrę. Zmarnowane dwie godziny z każdego dnia w zamkniętym pomieszczeniu z tą dwójką, która uparcie próbowała ze mną porozmawiać, czemu ja byłam stanowczo przeciwko i milczałam, unikając ich wzroku. Zresztą tak samo jak wszystkich innych, z czego wyjątek stanowił Alec i Craver, z którymi od czasu do czasu zamieniałam kilka lakonicznych zdań, nie mając większej ochoty na przeciąganie tych sztucznych konwersacji.
  Uciekałam jak najdalej od wszystkich pytań, które mnożyły się w zastraszającym tempie, otulając mnie szczelniej niż powietrze. One mnie atakowały, ze wszystkich stron. Większość uczniów akademii, mniej czy bardziej zaznajomionych ze mną, dopytywała powodu mojego zniknięcia, zmiany i tego wszystkiego co się działo. A działo się naprawdę wiele, gdyż przez cztery dni z rzędu po budynku buszowała policja w sprawie mojego ojca, ojca Aleca i Noah'a (w końcu się za niego wzięli?). Musiałam przyznać, że męczyły mnie te ciągłe przesłuchania, funkcjonariuszy zapewne też, bo nie dowiadywali się ode mnie zbyt wiele, mimo iż byłam najbardziej zamieszana w to wszystko i teoretycznie wiedziałam najwięcej. Chociaż to nie było znowu takie najgorsze...

~~osiem dni wcześniej~~

  Środek lekcji, a ja zamiast być na angielskim, szwendałam się po korytarzach akademii. Dlaczego nie siedziałam grzecznie w ławce, słuchając nauczyciela i notując każde jego słowo, jak na przykładną uczennicę przystało? Pani Rambert stwierdziła, że dodatkowe dwa dni przerwy mi się przydadzą na ponowne zaaklimatyzowanie się w szkole, więc nie musiałam być na lekcji, w przeciwieństwie do Aleca. I było mi to naprawdę na rękę, ponieważ krąg obojętności w mojej głowie rozrósł sie tak bardzo, że objął już chyba wszystko co było możliwe. Łącznie z niebieskookim chłopakiem i jego przygnębieniem, na które nie umiałam nijak zareagować. Niestety lub stety.
  Otworzyłam powoli drzwi na stołówkę, przekraczając jej próg bez pośpiechu, jednocześnie ogarniając szybkim spojrzeniem puste wnętrze. Prawie puste wnętrze. Szybko cofnęłam wzrok na jedną jedyną postać, która moim widokiem była tak samo zszokowana jak ja jej. Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem, który wyrwało Aidena z szoku. Chłopak drgnął, jakby chciał do mnie podejść, a może odwrócić się i uciec? Jednak w ostatniej chwili coś go powstrzymało. 
- Lena...? - Drżący głos przywędrował do moich uszu, sprawiając, że przechyliłam delikatnie głowę w bok, mierząc chłopaka uważnym spojrzeniem. - Wszystko w porządku z tobą...?
  Te słowa uderzyły we mnie niczym grom z jasnego nieba. Cofnęłam się o krok, aż otwierając szerzej oczy z niedowierzania. Poczułam się jakby ktoś właśnie wbił mi nóż w brzuch, przekręcając go przy tym kilka razy. Dlaczego to zrobił? Dlaczego to tak zabolało? Dlaczego znowu zdradziła mnie osoba, której zaufałam...? 
  To były dokładnie te same słowa, wypowiedziane tym samym tonem, które usłyszałam, kiedy tylko mój rozmówca podniósł słuchawkę, gdy dzwoniłam do niego z telefonu Cezarego. I byłam tego całkowicie pewna. I ta pewność bolała...
  Zaczęłam kręcić głową, cofając się w stronę drzwi, przez które jeszcze chwilę temu weszłam. Aiden szybko zrozumiał, że domyśliłam się wszystkiego i poczerwieniał na policzkach, najwyraźniej zawstydzony tym faktem. 
- To ty mnie zdradziłeś... - Szepnęłam, nawet nie przejmując się tym, czy chłopak mnie usłyszał, czy może jednak nie. Nie liczyło się to już dla mnie, chciałam po prostu jak najszybciej stamtąd wyjść. Wyjść i już więcej nie widzieć go na oczy...


~~teraz~~

   Zacisnęłam dłoń na obudowie telefonu, przymykając powoli oczy, próbując w ten sposób pozbyć się niechcianych myśli, które natrętnie krążyły po moim umyśle. Żałowałam, że przez ten tydzień unikałam wszystkich lekcji, na których powinien być także Aiden. Pomijając już fakt, że w większości były to moje ulubione lekcje, nie miałam okazji z nim porozmawiać. Nawet zamienić słowa. On nie miał okazji się wytłumaczyć, chociaż nie byłam pewna, czy chcę słuchać jego tłumaczeń, dlaczego to zrobił. Bo to co zrobił było okropne i bolesne. Wydał mnie mojemu własnemu ojcu, mimo iż wiedział jak bardzo go nienawidzę. 
  Przetarłam dłonią twarz, powracając myślami do wydarzeń sprzed godziny, które mimo że tak nieodległe, wydawało mi się, że od teraźniejszości dzieliła je już wieczność.
  Stałam przed lustrem poprawiając kosmyki jasnych włosów, które uparcie opadały mi na oczy. Od dawna się tak nie stroiłam, ale w końcu stwierdziłam, że trzeba się podnieść i chociaż w tym najmniejszym stopniu zadbać o swój wygląd. Chociażby dla Aleca. Poprawiłam spódnicę, odwracając się odruchowo do okno, gdy tylko doszły mnie stamtąd znajome głosy.
  Patrzyłam przez dłuższą chwilę na chłopaka odwróconego do mnie plecami, starając sobie uświadomić kto to taki. Jednak po chwili mieniąca się w promieniach słońca ruda czupryna odwróciła się do mnie, spoglądając prosto w okno, centralnie w moje oczy, jakby czuł mój wzrok na sobie i wiedział, że go obserwuję.
  Drgnęłam, by po chwili zerwać się gwałtownie z miejsca i wybiec z pokoju, trzaskając drzwiami i w biegu zakładając trampki. Zupełnie nie myślałam o tym co robię i dlaczego to robię, po prostu biegłam przed siebie, niemal łamiąc sobie nogi na schodach. Ale w tamtym momencie ważne było co innego. Wypadłam przed budynek szkoły, od razu kierując swoje kroki w stronę podjazdu, gdzie zatrzymałam się niecały metr od Aidena, patrząc na niego nieodgadnionym wzrokiem, dokładnie takim jakim często Alec obdarzał swoje otoczenie.
- Nie musisz wyjeżdżać... - Powiedziałam chłodno, nie potrafiąc zdobyć się na cieplejszy ton głosu. Coś w środku mnie blokowało, jakby niewidzialna ściana, za którą zamknięte były wszystkie uczucia, które wcale nie tak dawno okazywałam z niemałą przyjemnością. Dlaczego właściwie to tak bardzo się zmieniło...? Dlaczego nie potrafiłam nawet udawać, że cokolwiek czuję?
- Muszę, Lena. - Uśmiechnął się delikatnie, zaciskając mocno palce na paskach od dość dużej torby podręcznej. Podkrążone, lekko zaczerwienione oczy zdradzały, że nie spał dobrze przez ostatnie noce i pewnie gdybym była w normalnym stanie, poczułabym się za to odpowiedzialna, jednak teraz sumienie było najwyraźniej zamknięte razem z wszelkimi uczuciami. - Nie potrafiłbym ci teraz spojrzeć w oczy... Nie po tym, co zrobiłem. - Blady uśmiech zniknął po chwili z jego ust, ja natomiast nieświadomie zaczęłam kręcić głową, próbując przekonać wewnętrznie samą siebie do wypowiedzenia jeszcze jednego słowa. Do zrobienia jednego kroku, wykonania gestu, cokolwiek. Ale wszystko to co mogłoby sprawić, że zrobiłabym jakiś ruch, było poza moim zasięgiem.
  Przeniosłam spojrzenie na bramę, którą niecałą godzinę temu Aiden opuścił teren akademii, zapewne już na zawsze. I od tamtego momentu nie ruszyłam się z miejsca nawet na krok. Nie byłam z tego zadowolona, nie chciałam tego, nawet mimo tego co mi zrobił, nie chciałam, żeby wyjeżdżał, żeby opuszczał akademię.
  Westchnęłam cicho i spojrzałam na wibrujący w mojej dłoni telefon, jednocześnie nasłuchując zbliżających się kroków od strony wejścia. Gdy tylko na jasnym ekranie rozświetlił się znajomy numer, po krótkim namyśle przesunęłam palcem po gładkim szkle, odrzucając szybko połączenie. Nie mam ochoty z nią rozmawiać. 
- Kto dzwonił? - Pogodny głos zadźwięczał mi tuż obok ucha, w które chwilę później Alec mnie pocałował. Odwróciłam się do niego powoli, spoglądając w niebieskie, nieco wyblakłe już tęczówki. Może i zamknęłam się w sobie, ale mój dar spostrzegawczości nie przepadł bez wieści, więc dobrze widziałam co działo się z chłopakiem od naszej wizyty w jego domu. I mimo iż starała się udawać przede mną czy też przed wszystkimi, że wszystko jest okej, ja wiedziałam, że tak nie jest. Te małe iskierki zniknęły z jego oczu, odkąd usłyszał od matki, że ma po prostu wyjść. I nieważne jak cholernie chciałam mu pomóc, nie byłam w stanie. Nie potrafiłam nawet złapać go za rękę, spojrzeć w oczy i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Bo sama już w to nie wierzyłam. Nie wierzyłam, że jeszcze kiedyś będzie tak jak było. Dla mnie to po prostu było nierealne.
- Mama. - Odparłam bez mrugnięcia okiem, mimo że miałam w świadomości to, że nie powinnam tego mówić. Ale obojętność na wszystko i wszystkich zrobiła swoje.
  Momentalnie łagodny uśmiech zniknął z ust szatyna, nie pozostawiając po sobie ani śladu, tak jakby nigdy go tam nie było. Spuścił głowę, tak żebym nie mogła dostrzec jego oczu, chociaż nawet pomimo tego, wiedziałam co się z nim dzieje. Odruchowo chciałam zrobić krok w tył, ze strachu, a może z poczucia bezsilności? Jednak nim to zrobiłam, pod Aleciem ugięły się kolana, a ten poleciał prosto na mnie, ściągając naszą dwójkę na podłoże, w które uderzyłam mocno odsłoniętymi kolanami. Umięśnione ręce otuliły mnie szczelnie na wysokości biustu, w który niebieskooki dosłownie się wtulił, chowając w nim twarz.
  Patrzyłam na niego z uniesionymi brwiami i rękami spuszczonymi wzdłuż ciała. Nie wiedziałam co zrobić ani jak się zachować, ani nawet co powiedzieć. Po prostu klęczałam tam na twardych kamykach, przyglądając się swojemu chłopakowi z szokiem i dezorientacją wymalowaną na twarzy.
- Lena, proszę... Wróć do mnie, proszę cię... - Wymruczał w materiał mojej bluzki przez co ledwo go zrozumiałam, jednak kiedy tylko sens jego słów dotarł do moich uszu, coś we mnie pękło. Zaczęło pękać. Ta niewidzialna ściana, za którą kryło się wszystko to co tworzyło tamtą mnie.
  Nie mogę być obojętna na wszystko. Nie kiedy Alec mnie potrzebuje. On mnie nie zostawił, więc ja jego też nie mogę. 
  Spuściłam powoli głowę, przymykając powieki i delikatnie przytulając chłopaka do siebie, jakbym nie była pewna tego co właśnie robię. Bo tak właściwie nie byłam pewna, dziwnie się czułam obejmując go i przeczesując delikatnie palcami gęste włosy, chociaż przyznać musiałam, że tęskniłam za tym. Cholernie mocno tęskniłam. 
- Alec, spokojnie... Jestem z tobą cały czas, przecież wiesz... - Przesunęłam palcami po jego policzku, nie do końca wiedząc co powinnam dalej zrobić. Westchnęłam cicho, przytulając go mocniej do siebie.

~~~~~~~~~~~~~~~~

  Resztę poprzedniego dnia spędziliśmy w mieście, próbując oderwać się od nieprzyjemnych myśli i zmartwień i w sumie nawet nam to wyszło, chociaż mimo tego ciepłego gestu z mojej strony, reszta nie za bardzo się zmieniła.
  Natomiast kolejny dzień nie mógł zacząć się lepiej. Obudził mnie ból brzucha, którego powodem oczywiście był okres, bo jakżeby inaczej? Chociaż z drugiej strony powinnam być za niego wdzięczna, zważając na to, że się nie zabezpieczyliśmy. I w sumie dopiero teraz uświadomiłam sobie, jaką głupota to było i jak wielkie ryzyko ze sobą niosło. Ale w takich momentach człowiek nie myśli o przyszłości, żyje chwilą.
  Ubrałam się szybko, pomrukując co raz ponuro i przed wyjściem wzięłam dwie tabletki przeciwbólowe, co do których działania byłam pewna, że nie doświadczę, jednak warto było chociaż spróbować. Chociaż i tak najbardziej chciałam znaleźć się w ramionach swojego chłopaka i najchętniej przesiedziałabym w nich całe pięć dni albo i dłużej...


Alec?
Końcówka totalnie do dupy, ale i tak mi wybaczysz :* pseplasam ._.

5.14.2017

Od Leny CD Aleca

  Zaskakujące z jaką łatwością górskie widoki odrywały mnie od rzeczywistości, nawet jeśli chwilę temu mało co nie zginęłam. Mogłam siedzieć na tej skarpie przez cały dzień, obserwując porośnięte iglastymi drzewami stoki gór, które zmieniały stopniowo kolor wraz ze wschodzącym słońcem. Co chwilę otulał mnie chłodny podmuch powietrza, za każdym razem przynosząc ze sobą nowe myśli i wspomnienia z dzieciństwa. Wszystkie te piesze wycieczki ze szkoły, z dziadkiem, z rodzeństwem... Na każdej takiej wycieczce znajdowaliśmy nowe wspaniałe miejsce, które na długo zapadało mi w pamięć i często było wysepką na morzu zagubienia oraz moim azylem.
  Kiedy słowa wypowiedziane przez chłopaka dotarły do moich uszu, natychmiast powróciłam do rzeczywistości przypominając sobie o pijanych tubylcach, schronie, całym tym zamieszaniu oraz o tym, że obok mnie siedzi osoba, której się boję. Powinnam. Tak sądzę... Powoli odwróciłam głowę w stronę szatyna, spoglądając na niego szeroko otwartymi oczami. Żartował sobie, prawda? Musiał żartować.
- Kpisz sobie ze mnie? - Spytałam chłodno, zwracając głowę ku wschodzącemu słońcu. Ciepłe promienie odepchnęły zdenerwowanie i strach, które nade mną zawisły wraz z wypowiedzeniem słów przez Aleca.
- A co mamy innego do roboty? - Kątem oka widziałam, jak uważnie mi się przyglądał tymi swoimi niebieskimi oczami, które teraz były nad wyraz jasne. Westchnęłam cicho, przebiegając szybko spojrzeniem po wierzchołkach gór, jakby tam szukając odpowiedzi na zadane przez szatyna pytanie. Ale szczyty uparcie milczały, zmuszając mnie do zastanowienia się nad odpowiedzią, nad dalszym planem działania, którego szczerze mówiąc nie mieliśmy. Ale powrót teraz do bunkra byłoby jak skok wprost w paszczę potwora, który od razu nas połknie. Z drugiej strony, co nam pozostało? Nie mogliśmy w nieskończoność uciekać, szczególnie, że żadne z nas nie było w pełni sił ani nawet w posiadaniu połowy z nich.
  Wzruszyłam lekko ramionami, zagryzając mocno wargę. Tak mocno, że po chwili poczułam w ustach smak krwi.
- Sami przyciskamy sobie nóż do gardła... - Mruknęłam ponuro, podnosząc się powoli na równe nogi. Naprawdę byłam pełna podziwu, że po tym wszystkim wciąż miałam siłę utrzymywać się prosto, chociaż odnosiłam wrażenie, że jest to raczej zasługa adrenaliny i strachu, które wciąż pchały mnie do przodu, aniżeli sił, których prawdopodobnie w sobie już nie miałam.
  Wejście z powrotem na górę sprawiło nam chyba mniej problemów niż samo zejście na tą półkę skalną. Wystarczyło, że Alec mnie podsadził, a ja wdrapałam się na górę, przy okazji zrzucając na chłopaka kilka małych kamyczków. Potem oczywiście jemu pomogłam wciągnąć się na górę i mimo iż prawie zsunęliśmy się z powrotem, to uznałam to za mniejszy wysiłek niż ten, który musieliśmy włożyć w zejście na dół.
  Tym razem pogoda okazała się dla nas łaskawa i nie zmieniła się w przeciągu pięciu minut. Żwawym krokiem wspinaliśmy się w górę, ostrożnie stawiając stopy między kamieniami, które raz co raz obsuwały się, ściągając za sobą swoich braci. Cały czas czułam na sobie uważne spojrzenie chłopaka, który dbał. bym nie zsunęła się niżej niż to konieczne.
  Droga powrotna zajęła nam dużo mniej czasu, głównie ze względu na słoneczną pogodę, o której wtedy mogliśmy jedynie marzyć.
  Promienie światła przedzierały się przez gęste gałęzie drzew, upiększając błotnistą ścieżkę, którą poprzedniego wieczoru wdrapywaliśmy się w górę, o całą masę jasnych plamek, które zmieniały swoje miejsca przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru. I nie wiem czy to strach przed powrotem do schronu czy może przed samym upadkiem nakłonił mnie do tego, by skorzystać z pomocnej dłoni Aleca. Dosłownie. Trzymałam się mocno jego ręki od momentu, w którym podeszwy moich butów straciły przyczepność z mokrym podłożem. Czując uścisk na palcach, starałam się go zignorować, co wcale nie było takie proste, ponieważ każda myśl, która nie dotyczyła bezpośrednio bezpiecznego schodzenia, leciała w kierunku uczucia, które towarzyszyło temu wszystkiemu. Uczucia, którego nijak nie potrafiłam określić. I chyba nawet nie chciałam.
  Woleliśmy nie ryzykować, dlatego zdecydowaliśmy się wejść tylnym wejściem. Na szczęście nikt go nie zamknął lub po prostu nie zdążył tego zrobić. Nie miałam nawet pomysłu na to, co ojciec i policja mogli zrobić z moimi starymi znajomymi. Zabraliby ich gdzieś? Przecież nie mogli wsadzić ich do więzienia, nie mieliby podstaw... Chociaż w sumie przebywali w schronie, co chyba nie do końca jest dozwolone bez nakazu czy czegoś takiego... Nie, przecież nie mogli ich zamknąć. Cezary nie dałby się tak łatwo. 
- Okej, poczekaj tutaj. - Dłoń Aleca spoczęła na moim ramieniu, zatrzymując mnie w ciemnym kącie za jakimiś wielkimi pudłami, ustawionymi w wysokie wierze. Przyglądałam się białej kuli światła, które przemieszczała się powoli w zupełnych ciemnościach, co chwilę potykając się o jakieś rupiecie porozrzucane po podłodze. Nie podobała mi się te ciemność i od samego początku uważałam ten pomysł za zły pomysł, ale niebieskooki się uparł, jakby zostawił tutaj coś naprawdę ważnego, coś bez czego nie był w stu procentach sobą. I jeszcze ta bezwzględna cisza przerywana jedynie krokami chłopaka i szuraniem przedmiotów, które przesuwał. Chociaż czego innego można było się spodziewać po zamkniętej, pustej przestrzeni?
  Przesadzasz, Lena. Strach odbiera ci zdolność logicznego myślenia, naprawdę... Pokręciłam głową, przeczesując palcami włosy, które swoją drogą od dwóch dni nie widziały szczotki ani mydła... Muszę wyglądać okropnie. Zmrużyłam lekko oczy, zastanawiając się czy to aby na pewno jestem ja. Przejmowanie się swoim wyglądem w takim momencie to najgłupsza rzecz, jaką można zrobić.
  Wtem cichutkie pstryk przecięło ciszę niczym stalowy nóż, a jasność, która nastała wraz z nim, przegoniła ciemność w najdalsze kąty, do których nie była w stanie dotrzeć. Zaalarmowana uniosłam głowę, a moim oczom ukazał się nie kto inny, jak mój ojciec w towarzystwie sześciu uzbrojonych policjantów. Przełknęłam nerwowo ślinę, wiedząc dobrze, co się szykuje.
- Wiedziałem, że wrócisz. - Mruknął zadowolony mężczyzna w jak zwykle nienagannym garniturze. Zmrużyłam oczy, przesuwając uważne spojrzenie po wszystkich zgromadzonych. Nie wyglądało to dobrze, szczególnie, że każdy z nich miał broń palną, raczej nie naładowaną ślepkami. - Czyżbyś szukał tego? - Na jego ustach wykwitł szyderczy uśmiech, gdy wyciągnął z kieszeni... zdjęcie? Zmrużyłam bardziej oczy, by móc dostrzec, które to zdjęcie.
- Niech pan mi je odda. - Chłodny głos uderzył do moich uszu, przywołując na myśl niewyraźne wspomnienie z akademii. Przecież już nie raz słyszałam ten głos... 
- Najpierw oddaj mi Lenę. - On nie da za wygraną. Nie dopóki nie dostanie mnie z powrotem w swoje ręce. Na dłuższą chwilę pogrążyłam się zupełnie w myślach, odcinając się tym samym od rzeczywistości, w której toczyła się wymiana zdań pomiędzy ojcem a Aleciem.
  Tyle razy już słyszałam ten głos. Ten chłodny głos, który w gruncie rzeczy, był mi bardzo przychylny. Ciepły, wręcz niekiedy parzący moją skórę. Ale jak to...? To zupełnie nie trzymało się kupy, dlaczego oschły dla wszystkich ton, miałby być w stosunku do mnie przyjazny? Głos kogoś kto podobno mnie bił...? W tym momencie czułam się jak na jednej z lekcji matematyki, po tygodniowej nieobecności. Nie miałam bladego pojęcia co, jak i dlaczego.
- W takim razie... - Zmiana barwy głosu, należącego do mojego rodzica, przywołała mnie natychmiast do rzeczywistości. - ...zastrzelić go.
  Dwa słowa spadły na mnie niczym grom z jasnego nieba.
  Nie...!
  Pchana w przód przez dziwne uczucie wymieszane z śmiertelnym strachem, wyskoczyłam z ukrycia, w którym pozostawałam przez cały ten czas i nim ktokolwiek zdążył się zorientować, zatrzymałam się o krok przed Aleciem, stając na drodze kulom, które mogłyby go zranić. Wszyscy łącznie z szatynem i moim ojcem byli zdziwieni nagłym pojawieniem się, z tym, że ten drugi ocknął się z tego bardzo szybko i powiedział głosem pełnym troski i zmartwienia. Aż miałam ochotę zwrócić wszystko co jadłam w ostatnim tygodniu.
- Lena, gdzie ty się tyle czasu powiedziałaś?
  Zmrużyłam tylko oczy, nic nie odpowiadając i przesunęłam spojrzenie na zdjęcie w palcach ojca. Niestety było zwrócone czystą stroną do mnie. Odwróć to pieprzone zdjęcie. Niecierpliwiłam się faktem, iż nie wiem, którą fotografię trzyma w dłoniach rodzic i z każdą kolejną chwilą moje obawy rosły, co do tego, które zdjęcie to może być. Błagam tylko nie to...
- No co jest? Mowę ci odebrało? - Jego głos nie był już taki przyjazny i miły. Funkcjonariusze popatrzyli po sobie i powoli opuścili broń, co nie uszło uwadze ojca, który tylko mruknął ponuro, po czym roześmiał się rozbawiony własnymi słowami. - Nie sądziłem, że możesz upaść jeszcze niżej, ale jak widać się da. Dziwi mnie tylko, że jeszcze nie próbowałaś się zabić...
  Zacisnęłam dłonie w pięści, zastanawiając się jak wygląda i co myśli teraz Alec, ale dopóki się nie ruszał, nie miało to najmniejszego znaczenia. Błagam, żeby on tylko wyszedł z tego cało... 
- Wiesz kogo przypominasz? Starego, jesteś tak samo beznadziejna jak on. Czy któreś z was zrobiło kiedykolwiek coś dobrze? Zaczęło i skończyło to? Nie, ale ja pomogę ci skończyć coś pierwszy raz w życiu. - Sięgnął do kieszeni marynarki, z której wyciągnął metalową zapalniczkę, połyskującą w świetle lamp. Zapalił mały płomień, po czym przesunął go tuż pod róg zdjęcia, uprzednio odwracając je do nas przodem.
  Nie, tylko nie to zdjęcie...
  Szeroko otwartymi oczami patrzyłam, jak płomień liże nieśmiało śliską powierzchnię, by już po krótkiej chwili pełznąć wyżej, pozostawiając po sobie tylko czarne, pozwijane szczątki papieru. Dlaczego...? Miałam wrażenie, że wszystkie wspomnienia związane z tym jednym, pierwszym zdjęciem rozsypują się w pył, który natychmiast rozwiewa się z podmuchem silnego wiatru.
  Zniszczył zdjęcie. Po prostu je spalił. Jak nic nieznaczący kawałek papieru. Zniszczył to o co się troszczyłam. To na czym cholernie mi zależało, z czym wiązała się cała masa wspomnień, które on bez mrugnięcia okiem, obrócił w pył. Zniszczył pamiątkę związaną z osobą, która jest... najważniejsza...?
  Odwróciłam się szybko w stronę Aleca, czując, że chłopak chce coś zrobić, a ja nie mogłam na to pozwolić. Nie mogłam mu pozwolić, chociażby zbliżyć się do ojca. Nie teraz. Nie w tym momencie. W ogóle. Bezgłośnie powiedziałam przepraszam, przykładając dłonie do klatki piersiowej szatyna, po czym unikając kontaktu wzrokowego z niebieskimi tęczówkami, pchnęłam go najmocniej jak tylko umiałam. Chłopak postąpił kilka chwiejnych kroków w tył i po chwili runął na ziemię jak długi, potykając się o coś. Zaraz po tym zwróciłam się przodem do ojca, puszczając się biegiem w jego stronę. Nie ujdzie mu to na sucho... Byłam zła. Chociaż zła to mało powiedziane. Byłam wściekła, wręcz trzęsłam się ze złości, z tej nienawiści do ojca, którą zbierałam w sobie przez tyle lat, a która teraz znalazła ujście.
  Podobnie jak poprzednim razem, gdy zwróciłam swoją złość przeciwko rodzicowi, wpadłam wprost w pułapkę, z której nie umiałam się wydostać. Nie zdążyłam się zatrzymać, by uniknąć dłoni mężczyzny, która zacisnęła się na moim gardle i uniosła lekko w powietrze. Znowu przez złość i bezmyślność wpakowałaś się w bagno. Brawo, Lena. Uczysz się na błędach, nie ma co. Złapałam dłońmi za jego przedramię, próbując się jakoś uwolnić z tego uścisku, uniemożliwiającego mi oddychanie.
- Jesteś za głupia, by cokolwiek mi zrobić. - Uśmiechnął się lekko, po czym ściszył głos tak, że tylko ja go słyszałam. - Myślisz, że dlaczego on z tobą jest? Bo cie kocha? Bo coś w tobie widzi? Otwórz oczy, dziewczyno... To zwykła litość. Jemu jest po prostu ciebie szkoda, jesteś tak żałosna...
  Przestałam się szarpać i po prostu patrzyłam w jego oczy, słuchając tych słów jak zahipnotyzowana, czując jak coś, co w ciągu dnia w towarzystwie Aleca zaczęło się we mnie budować, właśnie rozsypuje się w drobny mak. Ojciec zwyczajnie zdeptał tą nic nie wartą myśl, jak śmiecia, którym zresztą była. Poczułam jak uścisk na mojej szyi maleje, po czym zupełnie znika, a ja wylądowałam twardo na ziemi, uderzając w beton kolanami.  Podparłam się rękami, by nie uderzyć twarzą w podłogę, jednak na nic się to stało, ponieważ po chwili ciężka noga mężczyzny spoczęła na moich plecach, przyciskając je do ziemi. Wypuściłam powoli powietrze z płuc, nie mając sił, by trzymać je tam pod naciskiem.
  Po krótkiej chwili tuż przed moimi oczami wylądowało to, co zostało ze zdjęcia. Czarny, pozwijany kawałek bliżej nieokreślonej struktury. I to zabolało. Zabolało jak cholera, bardziej niż cokolwiek innego.
  Przeniosłam spojrzenie w stronę, z której moich uszu doszły powolne kroki. W naszą stronę szedł chudy, niski mężczyzna niosąc w rękach niebieską teczkę. Niebieska teczka... Coś mi to mówi, Lena myśl. Ściągnęłam brwi, próbując odszukać w myślach wspomnienia z nią związane. I faktycznie po chwili mnie olśniło. Przypomniało mi się wszystko. To jak odbierałam taką samą teczkę z rąk kobiety w sekretariacie, jak potem widziałam plecy jakiegoś chłopaka w swojej szkole (i wtedy uświadomiłam sobie, że był to chyba właśnie Alec) oraz to jak potem ojciec zabrał mnie do psycholożki. I to ona wmówiła mi te wszystkie rzeczy o tym, że Alec mnie bił. Teraz to sobie przypomniałam, mimo iż wtedy wydawałam się jej nie słuchać.
  Ta wiedza wezbrała we mnie jeszcze większą wściekłość niż wcześniej. Nikt cię nie zniszczy, dopóki sama na to nie pozwolisz. Pamiętałam dokładnie te słowa dziadka. Powtarzał to za każdym razem, kiedy ojciec na mnie krzyczał i poniżał mnie. Zacisnęłam ponownie dłonie w pięści. Nawet jeśli to co mówił o Alecu to była prawda, nie pozwolę siebie zniszczyć. Nie teraz. 
- Tacy jak ty zasługują na litość. Zastrzelcie ją. - Odparł, zabierając nogę z moich pleców. Natychmiast wykorzystałam moment, w którym policjanci zamarli, słysząc rozkaz mojego ojca. Stanęłam na równych nogach i patrząc morderczym spojrzeniem prosto na ojca, powiedziałam.
- Nie dam się tak łatwo. A ty zapłacisz za te wszystkie lata.
  I w tym momencie wydarzenia potoczyły się z prędkością światła, a mój zmęczony umysł nie był w stanie za nimi nadążyć. Znikąd pojawił się Cezary i jego grupa, którzy obezwładnili funkcjonariuszy, sprawiając jednocześnie, że bronie powypadały im z rąk. Ojciec schylił się natychmiast po jedną z nich, po czym przyłożył mi lufę do czoła. Sekundę później rozległ się huk, a w całym pomieszczeniu zapadła cisza, którą przerwał po chwili krzyk mężczyzny. Oberwał z dłoń. Tylko od kogo?
  Popatrzyłam w tamta stronę, widząc Marikę i jej chłopaka, który dzierżył w ręce pistolet niczym miecz. Siostra natychmiast do mnie podbiegła i przytuliła mnie mocno, a nadmiar emocji sprawił, że obie runęłyśmy na ziemię.


Alec? Końcówka na szybko, wybacz... miało wyjść lepiej x.x nie przyznaję się

5.03.2017

Od Leny CD Aleca

  Natychmiast wyrwałam rękę z uścisku chłopaka, cofając się o krok i wpadając plecami na zimną ścianę. Przycisnęłam obiec dłonie do klatki piersiowej, chaotycznie łapiąc powietrze do płuc, wciąż wlepiając w chłopaka przerażone spojrzenie szeroko otwartych oczu. Kątem oka dostrzegałam też twarz Cezarego, na której malowało się zszokowanie, tym co zobaczył.
  Czułam się przytłoczona ilością uczuć, które się we mnie kłębiły, biły się o miejsce tej, którą mam się w tej chwili kierować. Złość, bezradność, strach, tęsknota, niemoc... To wszystko i wiele więcej sprawiło, że ugięły się pode mną kolana, a cała moja sylwetka skuliła się na ziemi, pośród kawałków oderwanej farby, która odleciała, kiedy przesuwałam po niej plecami. Usiadłam na nogach, zginając się w pół i przyciągając głowę do kolan, próbując w ten sposób odciąć się od tego wszystkiego. 
  Zupełnie nie pojmowałam zachowania Aleca, było sprzeczne z moimi wspomnieniami, z tym co miałam w głowie. Nie odpowiadało to moim wyobrażeniom nawet w jednej setnej procenta i nie miałam pojęcia dlaczego, a za każdym razem, gdy próbowałam sobie to jakoś wytłumaczyć, wszystko mieszało się jeszcze bardziej, tak bardzo, że nie byłam w stanie rozróżnić, co należy do moich wspomnień, a co do rzeczywistości, która rozgrywa się tu i teraz. To jest zły człowiek. Obcy głos ponownie zadudnił w mojej głowie, wprowadzając jeszcze większy chaos niż dotychczas. Nie wiedziałam do kogo on należał, jednak wiązałam go ze wszystkimi złymi wspomnieniami, które dotyczyły niebieskookiego. 
  Podniosłam gwałtownie głowę, słysząc charakterystyczne trzeszczenie szkła pod podeszwami butów i omiotłam szybkim spojrzeniem szare tęczówki i ich właściciela, który kucał przede mną i powoli wysuwał dłoń w moją stronę. Pokręciłam głową, odpychając od siebie jego rękę i próbując wcisnąć się w ścianę. Niech oni wszyscy mnie zostawią...
- Czarny, mamy problem... - Mruknięcie spod wejścia zwróciło uwagę całej naszej trójki. Mina Dominika nie zapowiadała nic dobrego, ale chyba trochę skrępowały go trzy pary oczy wiercące w nim wielką dziurę. - Burza idzie. Myślisz, że znowu nie będzie prądu?
- Jeśli walnie w słup to pewnie tak... - Westchnął ciężko, podnosząc się. Podążyłam za nim wzrokiem, unosząc głową i chcąc nie chcąc widząc również spuszczoną głowę Amerykanina, uparcie wpatrującego się w czubki własnych butów. - Chodźmy lepiej do głównej sali.
  Kilkanaście minut później wszyscy siedzieliśmy w ogromnej sali, pogrążenia w egipskich ciemnościach i martwej ciszy, w której dało się słyszeć, szalejącą ponad nami burzę. Siedziałam oparta plecami o ścianę, z podciągniętymi pod brodę kolanami i obracałam w palcach mały kawałek tynku, który znalazłam gdzieś obok siebie zanim zgasło światło. Mrugałam co jakiś czas, chociaż nie miało to zupełnie znaczenia, bo tak czy tak widziałam tylko bezdenną ciemność, która w pewnym momencie rozjaśniła się gdzieś z boku. Powędrowałam tam szybko spojrzeniem, widząc jak któryś z chłopaków, prawdopodobnie Cezary podnosi się, włączając lapmę w telefonie. 
- Zaraz wrócę. - Powiedział tylko i odszedł w stronę głównego korytarza, zabierając ze sobą jedyne źródło światła. Podejrzewałam, że nie tylko on miał telefon, jednak nikt z obecnych, nie wykazał ani odrobiny chęci, by rozświetlić ciemność. 
  Wraz z ponownym pojawieniem się światła, z korytarza dobiegło nas donośne walenie w drzwi. Drgnęłam nerwowo, po chwili podnosząc się na trzęsących się nogach, podobnie jak pozostali. Cezary oświetlił mnie snopem jasności, pochodzącym z latarki, po czym przesunął nim po reszcie, przyglądając się każdemu z osobna, jakby próbował doszukać się osoby, która sprowadziła tutaj intruza. Wtem doszło nas wołanie policji. Przełknęłam nerwowo ślinę, podpierając się jedną ręką ściany, by nie runąć na betonową podłogę. Nie, nie, nie, nie, nie... Tylko jedno słowo w niezliczonej ilości kopii krążyło mi teraz po umyśle, zataczając coraz to mniejsze koła i przywołując tym samym uczucie paniki, które natychmiast zaczęło mnie ogarniać, uniemożliwiając normalne oddychanie. 
- Wiktor, pokaż im drugie wyjście. Dominik idziesz ze mną. - Oczy chłopaka błysnęły metalicznie, gdy wydawał sprawnie rozkazy. Był najbardziej opanowany z nas wszystkich, nic dziwnego, że był przywódcą. Rzucił jedną z dwóch latarek blondynowi, a sam z drugim zawrócił w stronę korytarza, pozostawiając biedną Kornelię samą. 
- Ruchy, ślamazary. - Rzucił w naszą stronę, kierując się do czarnych drzwi na drugim końcu pomieszczenia, na które wcześniej nie zwracałam większej uwagi. Szybko je otworzył, gdy tylko do nich podeszliśmy i skierował tam światło latarki, oświetlając długie, wąskie pomieszczenie wypełnione jakimiś pudłami, szczotkami, mopami i tym podobnymi rzeczami. - W podłodze jest klapa. Tunel wyprowadzi was z drugiej strony góry, tylko uważajcie, jest mokro, ślisko i stromo. 
  Pierwszy próg przestąpił Alec, ja po krótkim wahaniu też chciała już wejść, jednak powstrzymała mnie ręka Wiktora, która zacisnęła się na moim ramieniu, sprawiając, że odwróciłam do niego głowę z niemym pytaniem w oczach. 
- Miło było cię znowu zobaczyć, Lenka. - Uśmiechnął się delikatnie, po czym dosłownie wepchnął mnie do ciasnego pomieszczenia i zamknął drzwi na klucz tuż za moimi plecami. Znieruchomiałam, czując jak ponownie ogarnia mnie strach. Zostałam sama z Aleciem... Spuściłam głowę, osuwając się powoli na ziemię i kuląc. Dlaczego oni mnie z nim zostawiają... Dlaczego Cezary to robi... Przecież wie co się działo... Odwróciłam się w stronę drzwi, słysząc wyraźnie coraz głośniejsze głosy i kroki. Jednocześnie w świetle telefonu, widziałam jak chłopak próbuje otworzyć klapę w podłodze, przygniecioną przez kilka pudeł. 
- Gdzie jest moja córka? - Głos mojego ojca zmroził mi krew w żyłach i wpędził w strach dużo większy niż wizja ucieczki w towarzystwie Aleca. Zacisnęłam dłonie w pięści, przesuwając paznokciami po betonie z nieprzyjemnym chrobotem. Skrzywiłam się i skuliłam jeszcze bardziej, chowając głowę pod rękami. 
- Jej tu nigdy nie było. Nie zadajemy się z takimi osobami, nie wie pan? - Spokojny głos przywódcy, nie usatysfakcjonował mojego rodzica, który nakazał policjantom przeszukać cały bunkier. Wszystkie mięśnie mojego ciała spięły się gwałtownie na tą wiadomość, uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. Siedziałam w miejscu, wpatrzona przed siebie, kątem oka wyłapując jak Alec otwiera w końcu to przejście, które stało się teraz naszym jedynym ratunkiem. Mruknęłam cicho, starając w jakiś sposób sama siebie zmotywować do ruszenia się z miejsca, bo im dłużej siedziałam tak pod tymi drzwiami, ryzyko, że nas znajdą rosło w zatrważającym tempie. No dalej, Lena. Rusz się, chcesz znowu wrócić do ojca? Podniosłam się, łapiąc jakiegoś kartonu, który przesunął się niebezpiecznie, więc szybko poprawiłam go, by nie spadł i nie narobił hałasu. Ustawianie kolumn z kartonów z pewnością nie należało do najmądrzejszych pomysłów, jednak miałam wrażenie, że ten kto to zrobił, nie miał takich problemów jak my. 
- Jej tu nie ma, nie rozumiecie?! - Ostry głos przeciął powietrze niczym nóż, sprawiając że wszystko zatrzymało się w miejscu, łącznie z Aleciem, który właśnie miał się zsuwać do podziemnego korytarza. I dokładnie w tej chwili najdoskonalszej ciszy, stało się coś, czego nikt nigdy by nie przewidział. 
  W tej zupełnej ciszy, w której prawdopodobnie wszyscy za drzwiami przyglądali się sobie na wzajem, nagle rozbrzmiała znajoma mi muzyczka, która dochodziła z dłoni chłopaka. Popatrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami, po chwili gromiąc go spojrzeniem, czego ten nie mógł zauważyć, wpatrzony w telefon, drżącymi rękoma próbując jak najszybciej wyłączyć dźwięk. Jakim cudem zadzwonił mu telefon, tu nie ma zasięgu... Z paniką zerknęłam w stronę drzwi, do których zbliżały się kroki. 
- Jesteś pewien? - Po samym głosie poznałam, że na usta ojca wpłynął uśmiech satysfakcji, który natychmiast pojawił się przed moimi oczami. Nigdy wcześniej nie dostałam takiego kopa jak w tamtym momencie. Nogą zepchnęłam Aleca do tunelu, po czym sama się tam zsunęłam, zamykając za sobą klapę. Przejście było bardzo wilgotne, wąskie i tak niskie, że oboje musieliśmy iść niemal na czworaka, żeby się zmieścić. To nie było nic wielkiego, zwyczajny tunel wykopany w ziemi, gdzieniegdzie wzmocniony drewnianymi palami, by się nie zawalił, nic poza tym. Wszędzie była tylko ziemia, korzenie i kamyki. 
  W przeciągu dwóch minut przedostaliśmy się na jego drugi koniec, wychodząc na szalejącą burzę, która od razu uderzyła w nas deszczem i zimnym podmuchem wiatru. Przysłoniłam oczy dłonią i spojrzałam w granatowe niebo, co chwila rozświetlane błyskami piorunów. Wspinanie się przy takiej pogodzie było bardzo głupim pomysłem, jeśli nie jednym z najgłupszych, jednak nie mogliśmy ani zawrócić, ani ruszyć w dół, ponieważ w obu przypadkach wpadlibyśmy prosto w ręce policji i przy okazji mojego ojca. O ile pamięć mnie nie myliła, gdzieś w górnym paśmie była niewielka chatka, w której moglibyśmy się skryć i przeczekać burzę, a potem... Sama nie wiem. Na ten moment priorytetem było jak najszybciej oddalić się od bunkra i nie złapać przypadkiem ogona. 
  Przeniosłam spojrzenie na szatyna, który spod oklapniętych włosów przyglądał się mi ze ściągniętymi brwiami. Jednak nie była to oznaka gniewu czy złości, tylko czystego zmartwienia, które rysowało się w jego oczach i geście ręki, którym chyba chciał poprawić włosy, opadające mi na twarz. Widząc jego rękę, która zbliżała się do mojej twarzy, automatycznie pchana doświadczeniem ze wspomnień, odchyliłam się w tył, uciekając przed jego dotykiem, co sprawiło, że mięśnie jego twarzy na moment drgnęły, jakby mój ruch wyrządził mu ogromną krzywdę. W mojej głowie ponownie zaczął rodzić się chaos, który szybko uspokoiłam, chcąc skupić się na wspinaczce, która w tym deszczu i szalejącym wietrze nie była czymś łatwym, więc oboje musieliśmy się na tym skupić maksymalnie. 
  Skinęłam tylko głową w górę, poprawiając mokre włosy i przerzucając je na jedno ramię, by nie przeszkadzały mi aż tak. Rozpoczęliśmy żwawą wspinaczkę, pchani przez strach, chęć odcięcia się od tego wszystkiego i trochę także przez wiatr, który co jakiś czas zawiewał od dołu. Początkowo szliśmy po wystających korzeniach, jednak kiedy oboje obsunęliśmy się o dobre cztery metry, stwierdziliśmy, że nie jest to najlepszy sposób i spróbujemy teraz iść po trawie. Jednak i to nie był dobry pomysł, mokra trawa była jeszcze bardziej śliska niż wystające korzenie i błoto razem wzięte. Ostatecznie wyszło na to, że Alec wspinał się pierwszy, wyszukując co bezpieczniejsze miejsca, gdzie można było oprzeć nogę, jednocześnie co chwilę odwracał się, spoglądając na mnie, jakby sprawdzał czy daję sobie radę i czy wciąż za nim idę.
   Tak jakby się o mnie martwił lub troszczył... Kolejna myśl, która narodziła w mojej głowie chaos, którego tym razem nie udało mi się zdusić i który w oka mgnieniu ogarnął cały mój umysł, odrywając od rzeczywistości z dziecinną łatwością. I po kilku chwilach przyszło mi za to zapłacić, za to że dałam się rozproszyć, że skupiłam się na czymś innym niż wspinaczka w ten deszcz.
  Byłam coraz bardziej zmęczona, nie miałam już sił by dalej się wspinać. Na dodatek krew nie nadążała z rozprowadzaniem po całym organizmie tlenu, którego też mi brakowało. Każdy kolejny wdech był płytszy od poprzedniego, aż w pewnym momencie nie mogłam w ogóle złapać powietrza i dokładnie w tej samej chwili, moja noga osunęła się z mokrego korzenia. Z gardła wyrwało mi się krótkie, ochrypłe piśnięcie. Zacisnęłam powieki, spodziewając się, że zaraz uderzę plecami w ziemię, a potem zacznę się zsuwać, jednak jedyne co poczułam to mocny uścisk lewej dłoni. Znieruchomiałam odruchowo, otwierając oczy niemal natychmiast i wbijając wystraszone spojrzenie w chłopaka, który jedną ręką trzymał mnie mocno, a drugą obejmował pień drzewa, żebyśmy oboje się nie zsunęli. Nie widziałam tego dokładnie, ale mogłam się domyślić, jak mięśnie pod jego skórzaną kurtką się napinają, kiedy przyciągał mnie do siebie.
  Kiedy tylko stanęłam na w miarę stabilnym podłożu, podniosłam spojrzenie na chłopaka, jednak zaraz uciekłam, nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy. Spuściłam głowę, spoglądając na swoje ręce, na których zobaczyłam rozmoczoną krew. Była prawie niewidoczna w tych ciemnościach, w dodatku bardzo rozwodniona zupełnie nie przypominała tej ciemnoczerwonej cieczy, która płynęła w żyłach. Ale ja byłam pewna, że to była ona. I na pewno nie pochodziła ode mnie... Ponownie przeniosłam wzrok na szatyna, który próbował otrzeć twarz z nadmiernej ilości wody, jednak na nic; deszcz padał zbyt gęsto. Zastanawianie się dlaczego Alec ma skaleczoną rękę postanowiłam zostawić na później, kiedy już będziemy w jakimś bezpiecznym i suchym miejscu.
  Do szczytu zostało nam naprawdę niewiele, zresztą i tak nie wchodziliśmy na samą górę. Dałam chłopakowi znak ręką, że wszystko jest w porządku i że powinniśmy kontynuować wspinaczkę, na co on tylko pokiwał głową i ruszył dalej w górę. Reszta drogi minęła nam raczej spokojnie, oboje byliśmy już w pełni skupieni na tym, gdzie stawiamy nogi, dlatego też nie było więcej problemów.
  Kiedy tylko wyszliśmy spomiędzy drzew na otwartą przestrzeń, wiatr razem z deszczem uderzyły w nas, prawie spychając na stromy stok. Od dawna nie widziałam takiej burzy, ale takie zdarzają się chyba tylko w górach. Gdy kolejny błysk rozświetlił niebo, a piorun uderzył gdzieś w pobliski szczyt, oboje drgnęliśmy gwałtownie i szybko zwróciliśmy swoje kroki w przeciwną stronę niż ta z której przyszliśmy. Oddalając się od lasu, narażaliśmy się na uderzenie pioruna, jednak to był jedyny sposób, by dostać się do chatki, którą pamiętałam jeszcze z czasów gimnazjum. W każdym razie miałam nadzieję, że pamięć mnie nie myli i domek faktycznie stoi na tym wzgórzu, a nie na przykład dwie góry dalej.
  Nagle poczułam jak chłopak stuka mnie w ramię, co sprawiło, że przestraszona odwróciłam w jego stronę głowę. Szatyn trzymał swoją kurtkę w ręce i podawał mi ją, jednak ja odmówiłam, mówiąc, że zamoknie mu telefon. Zresztą i tak nasz cel nie jest daleko. Przynajmniej taką mam nadzieję... 
  Na szczęście po kilku minutach w strugach deszczu zamajaczył mi w oddali ciemny kształt, dokładnie taki jak miał ten domek. Puściłam się biegiem w tamtym kierunku, ślizgając się na błocie, byłam jednak na tyle uparta, że po niecałej minucie dopadłam drzwiczek i powoli otworzyłam je, dostrzegając w środku światło. Pomału weszłam do środka i stanęłam tuż za drzwiami, po chwili robiąc nieco miejsca Alecowi, który również znalazł się w pomieszczeniu.
  We wspomnieniach chatka była większa, ale to był tylko dowód na to, że pamięć potrafi zmienić pewne rzeczy. Na samym środku paliło się ognisko, złożone z grubych konarów drzew, które ktoś porozcinał. Na około stały trzy ławki zbite ze starych pni; dalej gdzieś bardziej w cieniu dostrzegałam różne misy, poustawiane na wielkim stole. Przesunęłam wzrok dalej i napotkałam bardzo zdziwioną twarz, starszej już kobiety, ubranej w starą suknie, podobną do tej z tradycyjnego stroju góralskiego. Po krótkiej chwili na jej ustach wymalował się szeroki uśmiech i zawołała głośno, nawołując naszą dwójkę ręką.
- Wlyźze! Dysc, cliwo, a wy lezicie! - Klepnęła się ręką w udo, każąc nam usiąść. Gwara góralska, cudownie... Mimo iż wychowałam się w Zakopanem, nie miałam zbyt częstego kontaktu z ludźmi, którzy mówili w ten sposób. Momentami zupełnie nie rozumiałam co oni do mnie mówią i podejrzewałam, że dla Aleca to w tym momencie brzmi jak czarna magia. - A gdzie byliście? - Na szczęście ich gwara nie obejmowała wszystkich słów, ale nadal brzmieli śmiesznie przez swój akcent.
- Byliśmy na nieszczęśliwym spacerze... - Wzruszyłam ramionami, mówiąc pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy. Spojrzałam w stronę ognia, od którego było czuć ciepło, takie fizyczne ciepło, którego już dawno nie czułam.
- Caliście mokrzy, siądźcie no przy warcie, zagrzejcie się. - Ton jej głosu i cały sposób bycia tej kobiety, nie pozwalały mi odmówić. Zresztą działały na to też zmęczenie, wyczerpanie i zziębnięcie przez ten deszcz. Z uśmiechem podziękowałam i usiadłam na ławce od strony ściany, o którą lekko oparłam się ramieniem. Po chwili kobieta okryła każdego z nas skórą z owcy, żebyśmy się zagrzali, po czym wróciła na swoje miejsce i zaczęła opowiadać dlaczego tutaj siedzi. Ale mówiła to chyba do samej siebie, gdyż ani nie byłam w stanie tego zrozumieć, ani nawet usłyszeć tego jej bełkotu pod nosem.
  Westchnęłam ciężko, spoglądając w ogień. Teraz miałam chwilę, by spokojnie pomyśleć i nie groziło mi to spadnięciem i połamaniem wszystkich kości. Naciągnęłam skórę na ramiona, tak żeby mi się nie zsunęła i wyciągnęłam przed siebie ręce w stronę ognia, jednocześnie przypominając sobie o tym, jak zobaczyłam na nich krew. Ściągnęłam brwi, zastanawiając się, skąd ona się tam wzięła i kiedy popatrzyłam w stronę kobiety, która siedziała pod niewielkim lustrem, olśniło mnie. Spojrzałam prosto w ogień, przypominając sobie, jak chłopak wyciągał kawałek szkła z mojej dłoni. Kawałek szkła, na którym były ślady krwi. Widziałam to wyraźnie, kiedy rzucał go na ziemię.
  I tutaj ponownie nasunęło mi się pewne pytanie. Skoro Alec nie pozwolił mi zrobić sobie krzywdy, nie pozwolił mi spaść... Dlaczego miałby wcześniej mnie bić...? Przecież to nie miało najmniejszego sensu... Najpierw chcieć kogoś skrzywdzić, a potem zachowywać się tak jakby... Jakby chciało się go chronić. To naprawdę nie miało sensu... Chyba, że... Chyba, że on po prostu chciał zdobyć moje zaufanie... Och, Lena, przestań. 
  Odruchowo zerknęłam w bok, widząc jak chłopak pociera sobie dłonie i wtedy zobaczyłam rozcięcie na wewnętrznej części jego dłoni. Nie wyglądało to dobrze, więc pchana impulsem, wyprostowałam się i zwróciłam do kobiety z zapytaniem o jakąś chustkę.
- Chustka? Ni ma, ba je dziopa. Może być?
- N-no... Tak. - Czymkolwiek owa dziopa jest... Szybko okazało się, że to po prostu ścierka. Ah, ta gwara góralska... Kiedy zapytałam ją o możliwość podarcia materiału, ta tylko wzruszyła ramionami i zaczęła mruczeć coś do siebie pod nosem, uznałam więc to za tak i rozdarłam ścierkę na dwie podłużne części.
- Podaj mi rękę. - Powiedziałam cicho do Aleca, który przez cały ten czas, przyglądał się moim poczynaniom. Chłopak wyciągnął do mnie powoli rękę, bez najmniejszego zawahania, jakby był pewien, że nie zrobię mu żadnej krzywdy i to było... To było dziwne uczucie... Przełknęłam nerwowo ślinę, starając się o tym teraz nie myśleć i zaczęłam delikatnie obwiązywać jego dłoń, by chociaż na razie do rany nie wdało się zakażenie. O ile już to nie nastąpiło. Po chwili zawiązałam ostrożnie oba końce w niewielki guzeł i odsunęłam się z powrotem na swoje miejsce, na drugim końcu ławki, wbijając uparte spojrzenie w płomienie. Przez następnych kilka minut starałam się zignorować wzrok Aleca, który dosłownie na sobie czułam.
  Nie trwało to jednak długo, bo do chatki wszedł wielki mężczyzna, który musiał się zgarbić przy wchodzeniu, wraz z młodą dziewczyną, która prawdopodobnie była jego córką. Popatrzyli na nas, potem na kobietę i znowu na nas, po czym usiedli na drugiej ławce, jakby nasza obecność zupełnie im nie przeszkadzała.
- Hanka, a dała im ty co zryć? - Mężczyzna zwrócił się do kobiety, zdejmując z głowy przemoczony kapelusz, a z ramion mokrą kurtkę i rzucił obie te rzeczy między ognisko a ścianę.
- A co ja im dać zryć miałam? A dyć tu nic nie ma. Ino kankę mogę im dać. - Mówiąc to, postawiła między naszą dwójką dzbanek i dwie niewielkie, gliniane szklanki. Wychyliłam się nieco w stronę szatyna, zaglądając do naczynia, w którym znajdowało się mleko. Poinformowałam o tym chłopaka, który skinął głową i napełnił oba kubeczki do pełna, po chwili podając mi jeden z nich.
- Michałek w dómaś?
- Cupie cały dzioj.
- A to bujok... - Reszty rozmowy nie próbowałam nawet słuchać,. będąc w pełni świadomą, że rozumiem tylko pojedyncze słowa, które poskładane w całość nie mają zupełnego sensu.
   Mieszając resztką mleka w kubeczku, zerknęłam kątem oka w stronę Aleca, który siedział z łokciami opartymi na kolanach i spoglądał w tańczące płomienie, które odbijały się w jego oczach. Musiał być naprawdę głęboko pogrążony w myślach, bo nawet nie zauważył, że mu się przyglądam. I to coraz mniej to ukrywając.
  Tak naprawdę to dopiero teraz miałam okazję uważnie mu się przyjrzeć. Jego twarzy. Która swoją drogą zmieniła się przez ten czas. Tak mi się przynajmniej wydawało... Zupełny mętlik w głowie... Jednak była jedna rzecz, którą pamiętałam dobrze. Bardzo wyraźnie. To były jego oczy. te niebieskie tęczówki, zwykle obojętne i chłodne z koloru, dla mnie... Wyprostowałam się nieco, przechylając głowę w bok, przerzucając powoli spojrzenie prosto w ogień. Dla mnie były inne... Kolejna rzecz, która zupełnie nie współgrała ze wspomnieniami i tym co powtarzał ten obcy głos. Kolejny argument, by poważnie zastanowić się, które myśli i wspomnienia należą do rzeczywistości, a które sama sobie wymyśliłam. Tylko czy ja byłaby w stanie coś takiego wymyślić... 
  Westchnęłam po raz kolejny, przenosząc spojrzenie z powrotem na twarz szatyna, który tym razem patrzył wprost na mnie. Drgnęłam lekko i ponownie chciałam uciec wzrokiem gdzieś w bok, jednak naraz coś rzuciło mi się w oczy, coś czego nie zauważyłam wcześniej. Bez najmniejszego namysłu wyciągnęłam dłoń w stronę Aleca, delikatnie odgarniając wilgotne jeszcze kosmyki brązowych włosów, by odsłonić czoło, na którym widoczna była rana. Jakby po jakimś uderzeniu... Poczułam jak coś we mnie ściska się boleśnie, mimo iż tego nie chciałam... Po chwili cofnęłam drżącą rękę, jednak nie byłam już w stanie odwrócić spojrzenia od jego twarzy.
- C-co ci się stało...? - Spytałam cicho, łamiącym się głosem. Nie mogłam nic z tym zrobić, tak jakby moje ciało i wszystko co w tej chwili się z nim działo, nie było w żaden sposób połączone z umysłem.
- Mały wypadek... - Wzruszył ramionami, unosząc delikatnie jeden kącik ust w niby-uśmiechu, który nie miał ani krzty radości. Poczułam jak moje serce gwałtownie się ściska, a potem zaczyna pękać od góry, zalewając mnie całą od środka uczuciami, które wciągały mnie w jakąś bezdenną ciemność, w której nie było nic.
- Ja-jaki wypadek...? - Przestraszonym wzrokiem wpatrywałam się w chłopaka, zupełnie zapominając, że jeszcze chwilę temu bałam się jego, a nie o niego. Kątem oka widziałam, że rodzinka górali zupełnie nie przejęła się naszą rozmową w innym języku; teraz rozmawiali o jakiejś przewlycyniy*, czymkolwiek to coś było.
  Niebieskooki opowiedział mi wszystko, poczynając od tego jak nie chodził na zajęcia po moim zniknięciu, przez pobicie ucznia, trasę do psychiatryka i całą drogę jaką przebył, by spotkać mnie tam na ulicy. A ja z każdą kolejną informacją czułam, jak moje serce pęka coraz bardziej, aż w końcu został tylko jeden malutki kawałeczek, który spajał obie połówki razem. Miałam wrażenie, że czarna chmura rozpaczy okręciła się właśnie wokół mnie, odcinając mnie zupełnie od świata zewnętrznego i wszystkich innych uczuć.
- Lena, ja z ciebie nie zrezygnuję, nawet gdybyś kazała mi odejść. Nie potrafię zrezygnować z kogoś kogo kocham, rozumiesz...? - Przy ostatnich słowach głos mu się załamał, mimo że starał się go utrzymać w ryzach. Drugie zdanie, które padło z jego ust, sprawiło, że ten mały kawałek, który trzymał moje serce wciąż w jednym kawałku, pękł z głośnym hukiem, zalewając mnie falą paraliżującego bólu. Miałam wrażenie, że spadł na mnie ogromny głaz, który zupełnie uniemożliwił mi jakikolwiek ruch. Dlaczego to tak cholernie bolało... I dlaczego ktoś kłamał... Ktoś przecież musiał kłamać, bo to wszystko... To nie trzymało się całości. Więc albo Alec kłamał, albo moje wspomnienia... Ale jak wspomnienia mogą kłamać? Czy to w ogóle jest możliwe...?
  Przeniosłam spojrzenie na chłopaka, spoglądając w jego niebieskie oczy. I wtedy uświadomiłam sobie, że strasznie lubiłam w nie patrzeć. Teraz, ale wcześniej też. Z tym, że kiedyś ich kolor był bardziej żywy i co jakiś czas pojawiał się w nich charakterystyczny błysk... Uniosłam lekko głowę, resztkami sił starając się powstrzymać płacz, jednak nie udało mi się to na długo. Po chwili z moich oczu popłynęły gęsto łzy, w których kryło się wszystko to, co chowałam w sobie przez ostatni... Ile już czasu minęło...? 


Alec?
* - czysta bielizna