Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isaac. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isaac. Pokaż wszystkie posty

7.13.2017

Od Isaaca C.D Ahmanet

   Domu Ahmanet, bo tak miała na imię właścicielka, nie dało się opisać prostymi słowami. Wystarczyło, że spojrzę na jeden pokój i patrzę, i patrzę, i patrzę, i jestem jak w transie, tkwię w dziwnym wrażeniu raczej odnoszącym się do tego, ile pieniędzy musiało pójść na chociażby... cholera, poduszkę. Otaczały mnie zbyt duże luksusy i może to był powód, dla którego czułem się z lekka niekomfortowo. Ale te uczucie dało się okiełznać i schować na samym dnie umysłu, by nie przeszkadzało w spotkaniu. Szczególnie, że nie byłem sam, a ze znajomymi ludźmi, którzy być może stosowali podobny kamuflaż.
   – Isaac, co znaczy ten twój tatuaż ma szyi? – Ocknąłem się, gdy usłyszałem swoje imię i odwróciłem się, by po chwili zrozumieć, że to Ahmanet do mnie przemówiła.
   – Tatuaż? – Odruchowo położyłem rękę w tamtym miejscu na szyi, wypuściłem powietrze z ust, starając się odpowiednio dobrać słowa. Gdyby głębiej się nad tym zastanowić, to sam nie wiem, skąd mam te dziwne znaki. – To nie tatuaż, a znamię. Mam to od kiedy pamiętam, ale jakbym miał wybrać tatuaż, byłby bardziej symboliczny. – Na mojej twarzy zagościł zaledwie najmniejszy ślad uśmiechu. 
   Pokiwała krótko głową, zupełnie tak, jakby nie miała mówić już nic więcej.
   – Za to ty chyba masz sporo tatuaży – stwierdziłem, nie przyjmując nawet do wiadomości opcji, że mogę być w błędzie. Najbardziej widoczny na jej ciele symbol spoczywał na jej ramieniu i w sumie kojarzył mi się jedynie z chińskimi krzaczkami. – Ani jednego nie żałujesz?
   Zlustrowała się wzrokiem od góry do dołu, jakby chciała w jednym spojrzeniu zmagazynować wszystkie swoje zdobienia. Pokręciła energicznie głową, wzięła łyk drinka, po czym wysunęła w moją stronę rękę z naczyniem.
   – Napijesz się?
   – Nie, odjeżdżam motorem i lepiej byłoby nie zrobić wypadku – odparłem niewzruszonym tonem.
   – Czy ja wiem. Jeden drink nie sprawi, że stracisz resztę zmysłów. 
   Mój zamiar odpowiedzi całkowicie wyparował, gdy na taras w tempie wykładniczym pojawił się nieznany mi chłopak. Na twarzy malowało mu się coś więcej niż zmartwienie, być może strach; jego ręka ciągle wskazywała basen, ale usta trzymał szeroko rozszerzone, tak, jakby miały zamiar coś powiedzieć, ale nie mogły.
   – Co się stało? – zagadnęła Ahmanet. – No mów, spokojnie! – Stanęła przed nim, wgapiając się w jego spłoszone oczy.
   – Jeśli mówicie o drinkach, tam jest ktoś, kto przesadził... – Słyszałem jego dudniące serce zamknięte w piersi. Bez żadnych słów poszliśmy w ślad za nieznanym mi chłopakiem, a wraz z przebytymi progami pokoi nasilały się dźwięki wiwatujących młodych ludzi. Zapewne ci, którzy wciąż zostali u Ahmanet. Dziewczyna szybko zrezygnuje z zapraszania nieznajomych... Po chwili zrozumieliśmy, o co chodziło panikarzowi. Pijany chłopak rzucał się po mokrych płytkach, przeklinał, śpiewał, niszczył wszystko, co miał dookoła, a ci co stali, nagrywali. To takie typowe, ale jakie żenujące...
   Jako jedyny podszedłem bliżej, czując jak aura agresji owija agresora niczym mgła. Odnosiłem wrażenie, jakby ostrzegała mnie przed podejściem, ale skoro jestem jedyną osobą, wypadałoby zacząć działać jak pacyfista-dyplomata i przestać liczyć na otoczenie.
   – Hej, smakowało ci to? Myślę, że już starczy. – Schyliłem się, by podnieść stłuczony kieliszek i, uśmiechając się ze zdezorientowaniem do chłopaka, odłożyłem naczynie na bok. Prawdopodobnie Ahmanet jest z osób, które straty nawet nie zauważą, ale nie zamierzam kryć tego, że jestem prostym człowiekiem i działam w taki sposób, w jaki każe mi sumienie.
   Pijany odwrócił się do mnie. Przez chwilę prowadziliśmy całkiem spokojną rozmowę, jednak kiedy wszystko wydawało się wracać na właściwy tor, spuścił ze mnie spojrzenie i zatrzymał je dokładnie za moimi plecami. Na Ahmanet. Zajrzałem do niej przed ramie, ale nim cokolwiek zdążyłem powiedzieć, by ją uspokoić, powiedzieć, by zachowała spokój, sylwetka chłopaka śmignęła obok mnie, przeszywając powietrze chłodem. W amoku usłyszałem jeszcze tylko, jak chłopak krzyczy o kolejne drinki, a potem dotarł do mnie już tylko plusk wody. To musiało się stać, by reszta ludzi się ocknęła i unieruchomiła napastnika. Ja czując pulsujący w głowie przestrach, podbiegłem do krawędzi basenu i zauważyłem pływającą w nim Ahmanet, która na całe szczęście nie miała problemu z pływaniem. Odetchnąłem z ulgą i rozejrzałem się dookoła, lustrując wzrokiem wszystkie szkody, jakie chłopak zdążył wyrządzić.
   – Um... – Podałem jej rękę, by pomóc jej wyjść z przestronnego basenu. – Pomogę posprzątać, okej?
   Podciągnęła się i wstała, zaczesując mokre, ciemne włosy do tyłu.
   – Zadzwonię po sprzątaczkę... jeju, co to był za gość...
   – Nie dzwoń, sami to ogarniemy. Nie jest tak dużo, żeby o jedenastej w nocy wzywać kobietę do sprzątania – zaprzeczyłem ze zdecydowaniem. – Idź się wysusz.
   – Zadzwo... – urwała, gdy z kolejny raz zaprotestowałem, czując dziwne uczucie wstydu, gdy przypomniałem sobie o tym, że miałby sprzątać ktoś o wiele starszy, mimo że ja jestem na miejscu.
   – Nie. Naprawdę, to nie boli. – Na mojej twarzy odmalował się najlżejszy ślad uśmiechu.

Ahmanet?

7.09.2017

Od Isaaca C.D Taviego

   Zsunąłem się z łóżka, kiedy do moich uszu dotarła wibracja telefonu. Spojrzałem w stronę drzwi, po czym omiotłem pokój wzrokiem, zupełnie tak, jakby nadawca wiadomości ciągle tu był. Ale go nie było. I ta świadomość znacznie zmniejszyła mój uśmiech, który wcześniej utrzymywał się na mojej twarzy bez mojej kontroli. Układając wygodnie telefon w dłoni, odblokowałem wyświetlacz i nacisnąłem delikatnie na wiadomość.

Do jutra,
Tavi

   Z każdą mijającą chwilą, gdy to odczytywałem, czułem dziwny uścisk zadowolenia w żołądku. Spokój, który towarzyszył mi wtedy, przybił moją głowę z powrotem do poduszki i rozkazał zasilić rozbolałe płuca głębszym oddechem. Odpisałem w ten sam sposób, a następnie, zdając sobie sprawę z godziny, odłożyłem wszystko i poszedłem pod prysznic. I jak trudna ta czynność by się nie okazała, nawet podczas urazów musiałem zachować higienę, bo inaczej stroniłbym od chociażby wyjścia z tego pokoju. Szczerze powiedziawszy nie zliczę razów, kiedy pomyślałem, by wziąć zwolnienie na jakiś czas, ale argumentem, który skutecznie mnie od tego odganiał było to, że chodzę do szkoły zbyt krótko, aby pozwolić sobie zniszczyć frekwencje.
   Nazajutrz wystarczył dźwięk budzika, żebym przypomniał sobie o moim nowym znajomym. W związku z tym zanim przewróciłem się z szarpiącym bólem na drugi bok, chwyciłem jeszcze raz telefon. Wybrałem wiadomości, zaznaczyłem Taviego, a następnie krótko przywitałem. Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, by doprowadzić się do porządku; przeczesałem raz włosy, zasłoniłem ciemną koszulę czarną, skórzaną kurtką i wyszedłem bez żadnej kuli pod pachą. Wolałem kuśtykać, bo stwierdziłem, że to o wiele wygodniejszy sposób na życie niż zajęte ręce i proszenie wszystkich dookoła o najróżniejsze przysługi. Lekcja, która rozpoczynała mój dzień nie należała do mojego planu, co oznaczało godzinę wolną. Miałem calutkie czterdzieści pięć minut, żeby poszwendać się po szkole i przy okazji znaleźć Taviego. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, ale chłopak ni stąd ni zowąd stał się dla mnie przyjemnym powodem, dla którego chodzę do szkoły.
   Szedłem wzdłuż korytarza, co jakiś czas wymieniając z ludźmi spojrzenia. A ja tylko zaglądałem w ich twarze, by przekonać się, czy czasami nie pominę tego, kogo szukam od rana. Numer jego pokoju dawno wyleciał mi z głowy, więc jedyną opcją pozostało mi czekanie. Taa, nigdy nie miałem dobrej pamięci. A pro po... W jednej chwili poczułem, jak zegar w tykający w mojej podświadomości okazuje się być bombą i dosłownie rujnuje mój umysł. Dotąd myślałem, że gorszym cymbałem nie mogę być, ale widocznie wszystko jest możliwe; zapomniałem o pierwszej możliwej w roku szkolnym pracy domowej, jaką zadali poprzedniego dnia. Myśląc o tym, gorączkowo rozglądałem się po całym korytarzu, zupełnie jakbym bał się tego, że ktoś mnie śledzi, a każdy nowy krok zbliża mnie do tajemniczej pułapki.
   Docierając na taras, nie potrafiłem ukryć podziwu, gdy zauważyłem znajome loki i szczuplutkie plecy. Kuśtykałem umiejętnie tak, by widzieć twarz chłopaka i wkrótce położyłem ręce na blacie stołu, nie powstrzymując się nawet przed poszerzeniem uśmiechu. Pochyliłem się odrobinę do przodu i to był moment, w którym zwróciłem na siebie jego cenną uwagę.
Znalezione obrazy dla zapytania alec lightwood gif
   – Hej, odczytałem SMS'a. – Podniósł na mnie swój wzrok, mówiąc niezbyt donośnym głosem, a mimo to słyszałem go doskonale.
   – Doberek, gdzie ten biały pomera-coś tam? – Nie wiedziałem, czy pocę się z tego powodu, że właśnie zamierzam perfidnie zapytać go o pracę domową czy może to coś zupełnie innego. Jedno wiedziałem: czułem pieniącą się we mnie falę wstydu, którą nie sposób było powstrzymać zwykłym wstrzymaniem oddechu.
   – Nauczyciele nie są za oprowadzaniem zwierząt po korytarzu, więc musiałem ją zostawić. – Jego twarz, ściągnięta w wyrazie delikatnego smutku, sprawiła, ze przysiadłem się obok. – Wyglądasz na spiętego...
   – Tak, bo, um... – zacząłem, patrząc w zupełnie inną stronę. Cholernie nie chciałem, żeby wziął mnie za próżniaka, którego nie stać na przeznaczenie godziny na pracę domową. O dziwo naprawdę ciężko mi było z myślą, że być może się pogrążę, a on zacznie interpretować to tak, jakbym znalazł obiekt do wykorzystywania. To zupełnie nie tak... – Zapomniałem pracy domowej, a to pierwsza praca w roku szkolnym...
   – Chcesz, żebym ci ją dał? – Wyręczył mnie, a ja odetchnąłem z ulgą, widząc jednocześnie tajemnicze rumieńce na jego policzkach, na które starałem się zbytnio nie reagować. A wbrew temu mój wzrok wciąż zsuwał się z jego głębokich oczu i na moment zatrzymywał właśnie tam, na zaróżowiałych śladach. Bądź co bądź, uroczych śladach. 
   Pokiwałem głową, nie ukrywając skonfundowania, i podrzuciłem plecak na kolana, rozsuwając go. Wyjąłem potrzebny zeszyt, otworzyłem go, jednocześnie z dokładnością obserwując każdy ruch Taviego, który kopiował moje ruchy. Przekazaliśmy sobie wszelkie informacje dotyczące angielskiego, a gdy ostatnia strona zeszytu się zamknęła, ulga i szczęście wypełniały mnie w równych proporcjach. Rozszerzyłem uśmiech, który rozpromienił moją twarz i z nieskrywaną radością powiedziałem:
   – Nawet nie wiesz, jak ci dziękuję...
   – To? To nic takiego – odparł niemal natychmiast, chowając wszystko do plecaka. Rumieńce zasiedlające się na jego policzkach nie odstąpiły chłopaka ani na krok i to sprawiło, że prawie się wyszczerzyłem, a dla niego prawdopodobnie zrobiłem to z nieznanego powodu.
   – Ej... masz wolną godzinę, nie? – Zmarszczyłem czoło w wyrazie zaciekawienia.
   – Tak, a co?
   – Chodź ze mną – szepnąłem cicho, w taki sposób, jakbym udawał cichego zabójcę, czyhającego na kolejną ofiarę, ale to spowodowało tylko tajemniczy uśmiech na twarzy Taviego. Może nawet zakłopotany uśmiech. – Mamy sporo czasu.
   – Mówiąc sporo, masz na myśli czterdzieści pięć minut? – Spojrzał na mnie, gdy uniosłem się z siedzenia energicznie i sprawiłem wrażenie, jakbym miał się zachwiać i upaść na twardą, drewnianą podłogę tarasu.
   – Miałem szukać motoru. Krzyknąłeś wtedy, że idziesz ze mną. Nie wystawisz mnie, co? – Powietrze wypełnił mój krótki śmiech. – No chodź. Tylko ten dzień. – Zachęcałem go, ponownie pochylając się nad stołem.
   Chłopak po krótkim czasie skapitulował, ale pod warunkiem, że wrócimy niedługo, bo Pome-coś tam sam się nie nakarmi. Tavi jasno dał mi do zrozumienia, że już zakochał się w piesku i najchętniej nie oddalałby się od niego choćby o krok, gdyby nie obowiązek taki jak szkoła. Dyskretnie opuściliśmy szkołę, wtapiając się w przechodniów. Na przestrzeni paru minut udało nam się całkiem oddalić od obszaru, w którym postawiono szkołę. Zatraciliśmy się w jednym kierunku, jaki po paru kilometrach przestał obrastać zielenią i powoli zaczął przypominać mi wysuszone Prescott. Spalona słońcem ziemia. Samo słońce, które bez reszty wylewało na nas swój żar. Jednak najgorzej czuliśmy się będąc w taksówce, w drodze na stacje benzynową, gdzie pierwszy raz spotkałem Taviego. I nie były to zbyt przyjemne okoliczności. Tam, gdzie się wykrwawiałem, wciąż leżała krew, tyle że zaschnięta, wręcz tworząca z gruntem jednolitą powierzchnię.
   – Pamiętasz, skąd przyszedłeś? – zagadnął Tavi, który by ochronić się przed blaskiem słońca, utworzył z dłoni daszek.
   – Tam. – Wskazałem dłonią, czując coraz to większy pot płynący wzdłuż moich pleców. Bądź co bądź, ale temperatura jednak ma jakiś wpływ na to, jak człowiek wygląda. I to nie był seksowny pot... 
   – Czeka nas długa droga – skomentował, a ja dałem mu do zrozumienia, jak bardzo się z nim zgadzam. Z tym, że kuśtykanie nie było najwygodniejszą formą chodzenia. – Na pewno dasz radę dojść? – Czułem na sobie jego wątpliwy wzrok, ale wbrew wszystkim myślom pokręciłem głową.
   – Dam radę. To prosta droga, niedaleko jest las, zostawiłem motor w krzakach i przy odrobinie szczęścia trafimy na niego od razu. Tavi, jak się czujesz z tym, że właśnie opuszczamy zajęcia?
   – Źle, ale dobrze – powiedział niewzruszonym tonem, a ja w ten czas przekrzywiłem głowę i spojrzałem z niedowierzającym uśmiechem. Wciąż mrużyłem oczy, bo słońce było dzisiaj wyjątkowo bezlitosne.
   Po około godzinie kręcenia się na obrzeżach dosyć dużego, gęstego lasu, obrośniętego dookoła przez wysokie zarośla, coś błysnęło mi przed oczami. Zauważyłem te same wzniesienie, z którego dwa dni temu przyszło mi się sturlać i dokładnie pod stopami tejże górki odnalazłem to, co chciałem. Z uśmiechem zawołałem Taviego, nieprzerwanie wpatrując się w błyszczącą w słońcu piękną maszynę. Zanim jednak chłopak przebił się przez krzaki, usłyszałem jeszcze parę szelestów i z doskwierającym już odrobinę mniej bólem nogi pochyliłem się nad sprzętem. Złapałem za kierownicę, z głośnym syczeniem podnosząc go i wykorzystując do tego wszelkie pokłady sił.
   – Znalazłeś go. – Bardziej stwierdził, niż zapytał, a w następnej chwili bez wahania obszedł maszynę i złapał za drugą stronę, by ją ostrożnie podnieść. – Trochę... poobijany?
   – Cholera by to wzięła – komentowałem, obserwując dokładnie każdy zarys na motorze i odczuwając ściśnięcie w sercu za każdym razem, gdy widziałem nowe uszkodzenie. Nic jednak nie było na tyle poważne, by utrudnić jazdę. No oprócz jednego. Czołowa lampa była całkowicie stłuczona. Odbijałaby światło jak przez pryzmat.
   W ciszy do mojej głowy przyszedł kolejny pomysł i wówczas sam nie wiedziałem, czy może uraz ciągle ma wpływ na to, o czym myślę, czy może od początku byłem taki porysowany, jak ten motor. Bez względu na to, co mnie podkusiło, przerzuciłem nogę przez maszynę i usadowiłem się na niej, zahaczając stopę o sprzęgło. Moja dłoń ostrożnie objęła rączkę z gazem, w taki sposób, jakbym dotykał jej pierwszy raz.
   – Co ty...
   – Chodź. – Zacząłem się śmiać, aż w końcu uruchomiłem maszynę, rozkoszując się rykiem, jaki wydaje.
   – To głupie...
   – Tavi, nie jestem głupi. Nie decydowałbym się na coś, co zagrażałoby twojemu i mojemu życiu. Wskakuj. – Uspokoiłem go delikatnym uśmiechem. Choć lepiej nazwać to podjęciem próby.
 
Tavi?

6.17.2017

Od Isaaca C.D Taviego

   Odpowiedź mojego nowego znajomego zdawała się być chwilowym wybawieniem od spazmatycznych uścisków bólu, łapiących mnie w najróżniejszych obszarach na ciele – czasami to bark, a czasami okolice klatki piersiowej, jednakże wszędzie odczuwałem szarpaninę mięśni tak samo mocno. Życiem rządzi przypadek. „Tavi” dał mi dowód na to, że szala się kiedyś przesuwa i nigdy nie jest tak, że żyjemy samym pechem. Gdy niefortunnie zahaczyłem o maskę potężnego samochodu, stoczyłem się po górce, ale teraz siedzę tu, otoczony opieką lekarzy i szczęśliwie wybawiony przez propozycję tego chłopaka. Szczerze sam już nie pamiętam, czy może jednak nie zaryłem w ciężarówkę, bo odrzut, jaki mi zafundowała, właśnie kazał mi myśleć w ten sposób. Wypełniał mnie strach na samą myśl o tym, że być może dzieliły mnie centymetry od prawdziwej tragedii.
   Na jego cichy śmiech odpowiedziałem spojrzeniem pełnym autentycznej ulgi. Od kiedy pamiętam, ujawniam wszystkie swoje emocje, więc teraz nie mogło być inaczej. Z tym, że nie zamierzałem nawet kryć radości związanej z faktem, że stoi przede mną osoba, której zawdzięczam życie i zapewne ta myśl jeszcze na długo będzie górowała ponad wszystkie inne. Jeśli nie na zawsze, gdy będzie mi dane utrzymać kontakt z Tavim. 
   – I serio byłaby możliwość, żebyście mnie tam podrzucili? – Znów przeciąłem swoją twarz uśmiechem, poprawiając kule, która niewygodnie wrzynała mi się w pachę i sprawiała więcej bólu niżeli wszystkie moje obrażenia w tamtym miejscu. Zadałem zbyt oczywiste pytanie, ale najwyraźniej w świecie sam ciągle nie potrafiłem uwierzyć w swojego farta, zważywszy na okoliczności.
   – Tak, chyba że humor mi się zmieni – odparł zwyczajnym tonem, który mógł mi sugerować to, że albo sobie żartuje, albo naprawdę jest gotowy uzależnić losy naszej podróży od własnego samopoczucia. Jednak chłopak już po zaledwie sekundzie odpędził ode mnie dylematy, które kumulowały się wewnątrz mojego umysłu w zatrważającym tempie. – Na spokojnie trafisz z nami do akademii... Isaac? Dobrze zapamiętałem?
   Zmarszczyłem czoło, jeszcze raz analizując jego zdanie i starając się zauważyć, co przykuło moją nagłą uwagę.
   – Skąd wiesz, jak się nazywam?
   – Wydukałeś w samochodzie, ledwo żywy. – Uśmiechnął się pod nosem, lustrując mnie wzrokiem tak, jakby właśnie zobaczył mnie w tym samym stanie, co w samochodzie.
   – Naprawdę? Musiałem uznać, że za chwile umrę. – Prychnąłem pod nosem, bez względu na to, że wcale nie było się z czego śmiać. – Ty to Tavi – bardziej stwierdziłem, niż spytałem i w następnej chwili wyciągnąłem rękę w jego kierunku, a na mojej twarzy odmalował się ślad słabego uśmiechu. – Zaczniemy lepiej tę znajomość, Tavi? – Powtórzyłem jego imię z wyraźną emfazą, jednak nie byłem pewien, czy to go zbyt mocno nie zirytuje. Wciąż pamiętam jego ostre spojrzenie, gdy rozmawiał ze swoim przyjacielem na temat tego, jak naprawdę się nazywa. Jako że echo wypadku wciąż panowało w mojej głowie, nie potrafiłem pomyśleć nad tym w racjonalny sposób. Chciałem po prostu, żeby ta znajomość miała lepszy początek, niż podwózka do szpitala... już mało mnie obchodzi, czy Tavi to jego prawdziwe imię.
   Chłopak bez odpowiedzi uścisnął moją dłoń, potrząsając nią nieco. Potem nie potrzebowaliśmy słów, bym wstał z małą pomocą Taviego i przedostał się do wyjścia, gdzie znów przystanąłem oparty o framugę. Niestety moja kondycja nie wygląda tak samo jak jeszcze przed wypadkiem; obecnie ból potrzebował zaledwie paru moich kroków, żeby roznieść się z jednego miejsca do każdej mojej kończyny w równych proporcjach.

***

   Z niemałym trudem przetransportowałem się na tyły drogiego auta, usadawiając kule na swoich kolanach. Siedziałem dokładnie pośrodku, nie utrudniając tym samym kierowcy kontrolowania drogi. Czułem się, jakby w przeciągu paru sekund na moje powieki spadł niewyobrażalny ciężar; opadłem więc na oparcie, sycząc z szarpiącego bólu, który ujawnił się od nowa, gdy postanowiłem mocniej opaść na mimo wszystko miękką skórę budującą fotel.
   – Pytałeś o coś. Wcześniej. – Głos Taviego wydawał się mnie z powrotem rozbudzić, przynajmniej do tego stopnia, bym spojrzał przed siebie spod mocno przymrużonych powiek. Niezbyt wytrawny obserwator mógłby się już pokusić o stwierdzenie, że zasnąłem, ale nic bardziej mylnego.
   – O szpica miniaturowego. Masz go? – Głowa kierowcy na ułamek sekundy szarpnęła się w stronę drugiego chłopaka.
   – Nie... brat go sprzedał – mówił z przejęciem, a w swoim umyśle zrobiłem miejsce na głębokie westchnięcie chłopaka, które wypełnione było nieskrywanym zawodem. Tavi był autentycznie smutny i szczerze powiedziawszy poczułem ulgę, że nie wziąłem udziału w tej konwersacji, bo podzieliłbym jego smutek. A gdybym załatwił mu tego psa w akcie wdzięczności? Szpic miniaturowy, szpic miniaturowy... powtarzałem sobie te dwa słowa w kółko i odnosiłem wrażenie, że trzymam je kurczowo w zaciśniętej pięści, nie pozwalając im uciec wraz z moją podświadomością, która błagała o sen. Zmęczenie, białe, szpitalne światła i dziesiątki sztucznych sformułowań jednak robią swoje.
   – Czyli lipa? – Przyjaciel Taviego podsumował to najprościej, jak się dało. Poprawiłem się w miejscu, spojrzałem w szybę na przewijające się za nią obrazy, by nie dać się porwać objęciom Morfeusza. Nie teraz.
   – To już dawno, zostawmy ten temat. Isaac przysypia czy mi się wydaję? – Tak, prawie odpływałem. Jednak kiedy usłyszałem swoje imię, odwróciłem głowę do towarzyszy tylko po to, by za moment pochwycić niebieskie spojrzenie Taviego ukryte sprytnie w przednim lusterku.
   – Tylko trochę. – Z westchnieniem z powrotem osunąłem się na siedzenie, szukając na tyle niewygodnej pozycji, by nie stać się całkowicie podległym zaśnięciu. Już za chwilę akademia, dam radę.
   Po zaledwie połowie godziny zatrzymaliśmy się przed sporawym budynkiem, a jak na BMW pisk opon był tak samo donośny jak każdego innego samochodu. Wysiadłem przez drzwi pasażera, uprzednio licząc na pomoc kul, które znów zaczęły mi się od nowa wbijać w pachę. I ja mam chodzić z tym przez... a szkoda gadać. Fabryka słów w moim umyśle właśnie została zamknięta, bo nikt nie chciał współpracować.
   – Dzięki za... – zająknąłem się, podskakując na jednej nodze do Taviego, który natychmiast zwrócił swoje spojrzenie na mnie. I barwa jego oczu nie pozostawała owiana tajemnicą nawet w takich ciemnościach; wystarczył wzięty znikąd blask, by ją dostrzec. – Dzięki za podwózkę. I że zostałeś i udzieliłeś mi pomocy. – Dokończyłem z małym przełknięciem śliny, niemal w czas spotykając się z jego niezobowiązującym kiwnięciem głowy. Czas spać. 

***

   Z rana stałem przed szkołą, z moimi obiema paniami kulami, i przysuwałem telefon bliżej swojego ucha. Najwyraźniej w świecie wczorajszy pomysł na odwdzięczenie się Taviemu pozostawał niedotknięty jakąkolwiek skazą przybierającą postać apatii. Czekałem na złapanie połączenia tak intensywnie, jak jeszcze nigdy. Gdyby moja noga miała się dobrze, byłem pewien, że teraz skakałbym z jednej na drugą.
   – Halo? – Męski głos wszył się w denerwujący, telefoniczny szum, a ja niemal zerwałem się z miejsca, przymierzając się do rozmowy.
   – Josh, powiedz mi, że masz czas. Sporo czasu. I kieszonkowego.
   – Nawet nie wiesz, jak dużo, Isaac. – Pomimo iż nie widziałem jego twarzy, poczułem, że mój przyjaciel się uśmiecha. – Dawaj. Mów, o co chodzi. Znowu chcesz załatwić ode mnie te śmie... – mówił, ale przerwałem mu.
   – Nie, chodzi o psa.
   – Isaac, jesteś taki samotny? – Dalej się podśmiewał, ale ucichł, gdy nikt oprócz niego nie podzielał jego humoru. Zrozumiałem, że doszło do niego, iż jestem śmiertelnie poważny, więc już po krótkim odchrząknięciu powrócił jego stary głos. – Chcesz, żebym ci załatwił psa... jakiego?
   – Szpica miniaturowego. Jessica, twoja dziewczyna go ma, prawda?
   – No oszczeniła się niedawno, ale zdajesz sobie sprawę z tego, jaki on jest drogi? Nawet mi się nie uda jej przekonać, żeby oddać jednego za darmo. To kupa szmalu, Isaac – wytłumaczył, jakby zmęczony tą krótką rozmową.
   – Zdaje sobie sprawę z tego, że jestem farciarzem i mam takiego kumpla jak ty. Dopłacę, nie powiem, mam trochę zaoszczędzonej kasy, ale...
   – Postaram się o to, żeby nie był tak drogi jak normalnie. Pomeranian... to naprawdę ładny pies. Jessica przy okazji nieźle strzyże ich futra. – Przerwał mi, sprawiając jednocześnie, że uśmiechnąłem się do przejeżdżających samochodów.
   – Pomeranian? Kojarzy mi się z chemią. Pomeranian potasu – śmiałem się, a Josh mi w tym zawtórował.
   – Nie, Isaac, po prostu spotkajmy się przed tą twoją akademią. Przygotuj jakieś... pięćset dolców? Dasz radę? Cena takiego szczeniaka waha się od tysiąca do trzech, więc to chyba będzie niezła zniżka dla przyjaciela. – Jego śmiech powoli zanikał w słuchawce telefonu, gdy wyjął na światło dzienne cenę, jaką mam przygotować.
   – Jasne, nie ma problemu, i tak dzięki. Niczego bez ciebie bym nie zrobił.
   – Zgubiłbyś się jak dziecko. 


***

   To jest na pewno pies? Uśmiechnąłem się do siebie, tuląc w dłoniach niewielką, białą kulkę, która piszczała cicho i lizała mnie po twarzy, gdy ją zbliżałem i chciałem upewnić się, czy na pewno Josh nie dał mi jakiegoś pluszaka za te moje skromne pięćset dolców. Ale to było żywe zwierzę. Przyłapałem się nawet na myśli, czy by go sobie nie zatrzymać, ale znacznie bardziej cieszyłaby mnie radość tego, który wczoraj mnie uratował. Zostawiwszy więc kule w pokoju, a kuśtykając z ciężkim gipsem na nodze, przemierzałem zatłoczony pierwszego dnia korytarz w poszukiwaniu Taviego. Piesek obracał głowę w różne strony, opierając swoje łapki o moje przedramię i wyrażał tym samym swoją ciekawość świata. Poczułem niezrozumiałe zdziwienie, kiedy Bezimienny szczeknął na kogoś, kto właśnie zbliżał się w moją stronę. Masz dobry nos, perro. 
   To był Tavi.
   – Umm... – zająknąłem się, widząc, jak Tavi traci zainteresowanie moją twarzą i jego uwaga skupia się w pełni na małej, puszystej i białej kulce. Spojrzałem to na zwierzę, to na chłopaka, który powoli rozchylał usta ze zdumienia i podchodził bliżej. – Jest cały twój, Tavi. W podzięce za uratowanie życia. – Chwyciłem szczeniaka delikatnie wokoło jego małej klatki piersiowej i z uśmiechem czekałem, aż Tavi go zabierze.

(Tavi? Za błędy przepraszam, późno było ;_;)

6.13.2017

Od Isaaca do Taviego

   Przyjemny wiatr szarpał każdy swobodny element czarnej, skórzanej kurtki, która ściśle opijała górną partię mojego ciała. Wzbijałem za sobą dymy kurzu na pokrytej piaskiem jezdni, gdy z każdym minionym samotnie metrem krajobraz miasta znikał za dalekim horyzontem, tak jak gasnące z wolna słońce. Oddalałem się. Oddalałem i nie próbowałem nawet zgadywać, jak dużo kilometrów udało mi się już pokonać w linii prostej. Starałem się zatrzymać wokół siebie względne poczucie ulgi i swobody, jakiej nie doświadczam nigdzie indziej, jak jadąc motorem. To były tak powtarzające się uczucia, a jednak czułem, jak za każdym razem przeżywam je na nowo. Uważam to za głupie, ale często, gdy mam do towarzystwa tylko własny umysł, wyobrażam sobie, że właśnie odjeżdżam daleko od problemów. A one – te problemy – bezustannie kontynuują pościg, dobrze wiedząc, że gdy tylko się zatrzymam, z powrotem spotkamy się za rogiem. I w ten oto sposób toczy się błędne koło, pomyślałem, dmuchając głośno w szybkę kasku, która momentalnie zaparowała, uniemożliwiając mi widzenie. Mrużyłem oczy, starając się opanować niepohamowaną panikę i sięgnąłem szybki kasku, podsuwając ją ku górze. Zimny podmuch wiatru uderzył mnie w twarz, a jedynym źródłem światła, pozwalającym mi na obserwowanie drogi, pozostały rzucone w linii prostej światła motoru. Pomarańczowe, wcześniej uderzające gorącem w moje plecy słońce, wydawało się zniknąć w najmniej potrzebnym momencie. W tych chwilach grozy zachwiałem się i przemierzałem część ulicy długim zygzakiem, czując jak krew w moich żyłach bulgocze niebezpiecznie głośno. Ten dźwięk narastał głównie w skroni i wywoływał tępy ból głowy, z którym jeszcze trudniej było mi odzyskać kontrolę nad sterami. Obraz zalał się czerwienią, gdy z dużą prędkością zbliżałem się do zakrętu i dostrzegłem nasilające się białe światło, dobiegające z tamtej strony. Zaraz zdarzy się coś niedobrego. Czując, jak moje serce chce wydrzeć mi się z piersi, zignorowałem wszelkie próby opanowania sytuacji. Po prostu w akcie ogromnej desperacji zacząłem hamować, mimo że z każdym metrem było już na to za późno. Pochyliłem własne ciało w stronę środka jezdni, ciągnąc za sobą motor, lecz i to wspomogło hamowanie jedynie w najmniejszym stopniu. Strach zawładnął moim umysłem, kiedy podjąłem próby przejechania zakrętu i wówczas pochłonęło mnie te same białe światło, którego tak się obawiałem. Już prawie, Isaac, nie zderzysz się... i właśnie w tym momencie, pośród przeszywającego pisku opon, blisko za sobą usłyszałem głośny huk, a potem zostałem podrzucony do góry, prosto w zimne powietrze. Impet zderzenia wpłynął na moje ciało, przez które przeszło coś na wzór niewidocznego piorunu, i naznaczył bólem każdą warstwę moich mięśni. Pierwszy raz miałem szansę zrozumieć, jak to jest, gdy życie przelatuje Ci przed oczami. Widziałem dokładnie każdy jego moment. Spomiędzy tych myśli próbowałem dokopać się do rzeczywistości, w której jednak wciąż wisiałem, chcąc nie chcąc. I moje położenie nie było zbyt dobre. 
   Nadal szybowałem otulony mroźnym powietrzem, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że moje palce zbielały jak kość. W najmniej spodziewanym momencie poczułem, jak najróżniejsze części mojego ciała ranią ostre igiełki krzaków – policzki, czoło to tylko dwa obszary, na którym spodziewam się mieć rysy. Potem te uczucie było zaledwie kroplą w oceanie; runąłem twardo na ziemie, częściowo przygnieciony przez motor, który próbował odciąć mi czucie od moich nóg. Potem wystarczyło, by poruszył się zaledwie jeden element maszyny, i sturlałem się ze wzniesienia razem z nią, rozbijając kask, który wkrótce sam pod wpływem uderzeń o suche podłoże opuścił moją głowę i pozostawił ją zupełnie nieosłoniętą, podatną na zranienia. Przyjmowałem na siebie kolejne spazmatyczne pociski bólu, aż było ich tak dużo, że postanowiłem ze swobodą je przyjmować. Czułem dziwny, rozlewający się w moim wnętrzu ból, a potem wystarczyło jedno głośniejsze pęknięcie w mojej nodze, bym otworzył usta i wydał głośny krzyk, nie mając w sobie więcej siły, by go tłumić. Głośne echo przetoczyło się dookoła mnie i zapanował spokój. Błogi spokój, wraz z momentalnym zatrzymaniem się maszyny, która teraz jedynie dociskała moją rękę do podłoża. Kurwa, boli... wszystko... Unosiłem powoli klatkę piersiową w płytkich oddechach i spojrzałem słabo w górę. Czyste, bezgwiezdne i nocne niebo. Pochwycenie głębokiego haustu powietrza wywoływało niemal spotęgowany ból, który pulsował nieustannie w moich wnętrzu. Z okropnym trudem, ignorując wszelkie dolegliwości, sięgnąłem lewą ręką kierownicy i krzycząc z wysiłku, uniosłem ją do góry tak, by wyswobodzić spod niej dłoń, która okazała się być prawie zmiażdżona. Ciepło bijące od niej pozwalało mi stwierdzić, że jest cała zakrwawiona. I tylko takie wnioski mogłem wysnuć, będąc otoczonym przez mrok.
   Udało mi się pokonać pierwszy stopień i minimalnie oderwać klatkę piersiową od ziemi. Skaliste, nierówne i wypalone słońcem powierzchnie przywiodły mi na myśl Prescott; podtrzymując się tymi myślami o domu, dźwignąłem się na nogi, jednak zanim tego dokonałem, runąłem jeszcze parę razy. Szurałem zranioną nogą po ziemi, ciągnąc ją za sobą, a zdrowszą ręką otuliłem brzuch, który był niesamowicie ściskany przez niewygodną udrękę. Zamykanie powiek pomogło mi w jakimś stopniu uporać się z kąsającym niczym jad bólem, dopóki nie doszedłem samodzielnie do stacji benzynowej, ulokowanej daleko od miejsca, w którym zostawiłem motor. Znosiłem katusze tak długo, jak tylko potrafiłem. Potem, widząc sylwetkę przy drzwiach, mgła poczęła rozrastać się na całym moim polu widzenia, chłonąc je ciemnością. Zmrużyłem oczy, walcząc o możliwość egzystencji i jeszcze parę chwil utrzymałem się na nogach.
    – H-hej... – Mimo starań, z mojego gardła wyrwał się jedynie niewyraźny jęk, co okazało się sporym wysiłkiem. Zdołałem ściągnąć na siebie uwagę nieznajomego, widząc jak jego głowa zwraca się w moją stronę. Wtedy zgiąłem się wpół, tracąc nad sobą panowanie. Krew pulsowała w mojej czerwonej sieci żył, a niewyraźny szum, odrywający mnie od dźwięków rzeczywistości, zagnieździł się głęboko w moich uszach. Mrugnąłem parę razy, a w następnej chwili padłem twardo na bok... czy to koniec mojej wytrzymałości? Nie było sensu krzyczeć już z bólu; ciche stęknięcia to szczyt.
   – To n-nic takiego, ale... proszę, pomóż mi... – wysyczałem pośród wirującego mi dookoła obrazu. Czułem jednak, że zanim na dobre odpadnę, zdążę przynajmniej poznać tego, który z każdym metrem znajdował się bliżej mnie.

(Tavi?)

6.03.2017

Isaac Grimes


Imię: Isaac
Nazwisko: Garcia/Grimes. Podpisuje się tym drugim. 
Pochodzenie: Prescott – miasto w Stanach Zjednoczonych, w stanie Arizona, stolica hrabstwa Yavapai. Kiedyś miał styczność z Hiszpanią. 
Wiek: 20 lat
Orientacja: Biseksualizm.
Pokój: 56
Znalezione obrazy dla zapytania alec shadowhunters gif tumblrAparycja: Jego wyglądu zewnętrznego zdecydowanie nie da się opisać za pomocą kilku słów. Sam fakt, że nieco się wyróżnia można stwierdzić po jednym spojrzeniu: tajemniczy tatuaż na szyi, który wcale nie wygląda na zwykły tatuaż, a prędzej znamie. Niewielka przerwa na lewej brwi, dodająca mu seksapilu. Ułożone ciekawie w nieładzie krótkie włosy, których nawet nie musi układać, by tak wyglądały. Do niesfornych kosmyków opadających mu na czoło już się tak przyzwyczaił, że bez nich praktycznie nie widziałby siebie w lustrze. Brązowe, płonące intensywną barwą oczy to właśnie te pośredniki, które ukazują jego wszystkie emocje, przesyłając je do świata zewnętrznego. Co można powiedzieć o twarzy... proporcjonalna, męsko zarysowana. W jej obszarach nie ma choćby kilkudniowego zarostu, a to dlatego, że jego zdaniem nie byłoby mu w nim dobrze. Doskonałych rozmiarów nos, a pod nim zaróżowiałe usta, które zapraszają, by poznać ich smak. Sylwetka? Zacznijmy od tego, że jest to wysoki na sto dziewięćdziesiąt centymetrów mężczyzna, a mężczyzną nie określam go bez należytego powodu. Wskazują na to wszystkie jego atuty, na które zwraca uwagę chyba każda panna: szerokie, męskie ramiona, ostro zarysowane mięśnie na brzuchu oraz coś jeszcze, czego nie sprawdzi nikt, kto nie zostanie do tego powołany. 
Charakter: Być jak otwarta księga to idealnie porównanie, określające prostymi słowami egzystencję Isaaca – wystarczy bowiem rzut oka na jego twarz, by bez pytań zrozumieć, czy jest zły, zadowolony, obrażony albo zmartwiony. Życie okazuje się o tyle łatwe, że to wszystko masz jak na tacy. To taka konkretna osoba, że pokuszę się o stwierdzenie, iż nie da się z nikim łatwiej nawiązać kontaktu. Nieważne czy chodzi o interes, czy o zwyczajny temat do rozmowy, a ten tu akurat dokłada wszelkich starań, by nie zanudzać. Jest mieszanką różnych genów, które przypisują go do kategorii dobrych towarzyszy, godnych zaufania, chętnych do pomocy. Czy tak właściwie on ma wady? Hell yeah, tylko one potrzebują czasu i odpowiednio mocnego powodu, by wyjść na światło prawdy. A to nie znaczy, że Isaac tego światła ze starannością unika. Dla niego po prostu bardzo liczy się pierwsze wrażenie, którego nie chce zepsuć. To czas, kiedy pierwsze gesty, pierwsze słowa wskazują na to, jaka druga osoba jest, czego się po niej spodziewać. Czas, kiedy młody Grimes rozpisuje w głowie schemat tego, jak właściwie dobierać słowa oraz którą ścieżkę powinien obrać, by dostosować się całkowicie do Ciebie. I oczywiście pierwsze wrażenie wskazuje na to, jaki Isaac jest, a przecież to dobry chłopak, prawda? To tak troskliwy, opiekuńczy osobnik, który stanie na głowie, by zapewnić tej osobie, na której mu zależy, niewątpliwe bezpieczeństwo. Nie, nie tej, na której mu zależy. Tej, której po prostu ufa. Anielska cierpliwość dawno uczyniła z Grimesa typa, który nawet dla zwykłego znajomego gotów jest znieść jego zły humor, przygnębienie. Ale on się nie podda i nie odpuści, bez względu na to, jak bardzo go ten człowiek odrzuca i nienawidzi. Zaś cierpliwość do problemów spoczywających na barkach kogoś cholernie dla niego ważnego, kończy się, kiedy sytuacja pnie w jeszcze gorszą stronę i on to zauważy. Wówczas cała radość pryska i mógłby zignorować każdą swoją potrzebę, aby pomóc. I pomógłby ze zdrowym, sprytnym podejściem. Powróćmy jednak do podstawowego pytania. Jak szybko zdobyć jego zaufanie? A bardzo szybko, mimo że naiwny nie jest. To jednocześnie taka osoba, która skrupulatnie dba o to, żebyś nie przekroczył wyznaczonej granicy. Pominąć rzecz jasna ludzi, jakim udało się ją przekroczyć i on to w pełni zaakceptował. Głębsze koleżeństwo to krawędź, na jakiej zawiśniesz już prawdopodobnie do końca znajomości. Jak nie, to przynajmniej sam odpuścisz. Isaac najzwyczajniej w świecie za każdym razem boi się brnąć dalej, boi się tego momentu, w którym ktoś powie mu, żeby krótko mówiąc spierdalał. Podczas gdy on całemu światu udowadnia to, jaki jest odpowiedzialny, to właśnie on sam w to nie wierzy i spośród wielu tych rzeczy boi się właśnie jej. Odpowiedzialności. Jeśli on dostrzega, jak jego więzi z kimś bardziej się zacieśniają, to ta obawa jest silniejsza od czegokolwiek. I przez długi, długi czas nic ani nikt nie potrafi zrobić dziury w tym szkodliwym murze. Zostali przy nim ci, którzy go po prostu szczerze kochają i ciągle dążą do tego, aby dodać mu odrobinę wiary w siebie.
   Każda jego cecha jest zmienna niczym angielska pogoda, dlatego wszystkie stwierdzenia powyżej wymienione zaleca się traktować z minimalnym dystansem, ewentualnie tylko się z nimi zapoznać. Czas na to, jak Isaac prezentuje się wśród akademickiej społeczności. A warto wiedzieć, że to pełen energii chłopak, który jest w stanie zrobić dużo, by kogoś pocieszyć. I nie ważne, czy zna tę osobę, czy nie – widzi kogoś, kto płacze ze spuszczoną głową albo siedzi pod ścianą ze wzrokiem tępo wbitym w przestrzeń – podchodzi, zagaduje. Czy mu się w ogóle kończy entuzjazm? Tak. Złamie go ostateczny moment, kiedy ktoś w niego zwątpi. To kropla, która przelewa czarę.
   Isaac zdecydowanie należy do tych, którzy wybierają drogę dyplomaty i rozwiązują problem za pomocą słów, mocniejszych czy łagodniejszych. W takich konfrontacjach zwykle odznacza się pewnością siebie, potrafi poprzeć swoje słowa odpowiednimi argumentami, a najczęściej jego zdenerwowanie definiują złośliwe uśmiechy. Szczególnie kierowane do osób, których szczerze nie darzy sympatią i nie próbuje tego ukrywać. Ogólnie mówiąc jest inteligentnym oraz mądrym chłopakiem, do tego nie daje sobie w kaszę dmuchać. Czego chcieć więcej?
Partner: Nope.
Rodzina:
  • Javier Garcia – ojciec, z którym spędził większość dzieciństwa w Hiszpanii. Jego rodzina zawsze mogła być idealnym wzorem na to, że mimo rozwodów i dramatycznych kłótni, wychodzących poza margines prywatności, wszystko można odbudować. Każdą relację, każdą więź. Rodzinę. I mimo że nikt nie zapomniał, jak Javier zdradzał swoją żonę, zarówno Isaac, jak i Violet dla dobra całej rodziny pozwolili sobie uwierzyć w zmianę Garcii i zaryzykować. Udało się. Poza tym jakie relacje łączą go z Isaacem? Skoro spędził z nim większość dzieciństwa to oczywiście bardzo dużo można o tych więzach powiedzieć, których moc pozwoliła chłopakowi poradzić sobie ze zdradą ojca i ponownie mu zaufać. Często żartują, śmieją się, a kiedy młodziak odwiedza ich w Prescott po dłuższej przerwie czują się tak, jakby ta tęsknota rozrastała się na przestrzeni lat. Javier to ojciec, który jest tak wyluzowany i pełen poczucia humoru, że ich rodzina nigdy długo nie pogrąża się w smutku. Ale kiedy przychodzi czas problemów, nie trzeba długo czekać na jego interwencje i powagę. 
  • Violet Grimes – jedynym warunkiem na to, żeby wybaczyła Javierowi było zmiana nazwiska. W tych dramatycznych dniach dla zdradzonej kobiety liczyło się to, żeby powrócić na stare graty. To rodzina Grimesów ją wspierała jak mogła i wykazała się prawdziwą lojalnością, dzięki czemu Violet tak bardzo chciała powrócić do tego nazwiska. Z Isaacem łączą ją silne, nierozerwalne więzi, budowane przez całe życie, nawet w Hiszpanii, gdzie – mimo że bywała tam tylko okresowo, przez natłok pracy w USA – dzwoniła do swojej małej pociechy codziennie po parę razy. Domagała się rozmów, tęskniąc za nim z każdą minioną chwilą, w której go nie widziała. Czasami nawet w pracy dzwonili przez kamerkę internetową i tłumili śmiech, gdy starali się zachować ciszę podczas obecności szefa. Pogodna, troskliwa i kochana matka to trzy słowa, które opisują ją jak nic innego. 
  • Sophia Grimes – młodsza siostra Isaaca. Jest cholernie nietolerancyjną osobą, wiele razy krytykowała go, widząc dodatkowe kobiety w domu, a o mężczyznach strach rozmawiać. Ograniczona, zbuntowana nastolatka, taka, która sieje zamęt dookoła siebie, najczęściej niepotrzebny. 
Zajęcia: Zajęcia z projektowania, fotografia i pisarstwo. 
Zainteresowania: Ten tutaj nie widzi dnia bez jazdy na swoim motorze. Bez swojej Yamahy R6 nie jest w stanie długo pociągnąć. Jeździ, gdy mu źle i czuje się tak, jakby był jedyną osobą na świecie. I takie uczucia towarzyszą mu właśnie podczas jazdy. A szanuje je jak nic innego w świecie, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że szczęście i spokój to obie rzeczy, które potrafią zniknąć bez pożegnania. Poza tym pisze, przeważnie dla siebie, bo cholernie wstydliwe jest dla niego pokazywanie własnych aspiracji. Strzela z łuku, uczestniczył już w wielu takich konkurencjach i nieskromnie powiem, zgarniał nagrody oraz wyróżnienia. Fotografia... z fotografią niewiele ma wspólnego, ale żyje w przekonaniu, że jeszcze poprawi tę umiejętność, bo na fotografię bez powodu nie powinien chodzić. A spodobało mu się i cóż poradzić. Nie zna się na tym tyle, co na projektowaniu. Tak, Isaac wbrew pozorom lubi posiedzieć trochę i pobawić się w profesjonalnego projektanta. 
Inne:
*To chłopak o amerykańsko-hiszpańskich korzeniach.
*Strzela z łuku i biega, dba o formę.
*Często spisuje lekcje, bo jest zapominalski. Ale nie leniwy!
*Zna się co nieco na samochodach, ale nie pała do nich taką sympatią, jak do motorów.
*W jego wypowiedziach często znajdziesz hiszpańskie słowa. 
Kontakt: 7devils