Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian. Pokaż wszystkie posty

7.18.2017

Od Briana CD Haydena

Trzymając miłość swojego życia za dłoń, w ciszy zeszli do kuchni. Hayden usiadł na krześle znajdującym się tuż przy wyjściu, zaś Brian naprzeciw. Położył swoją dłoń na dzielącym ich stole wewnętrzną stroną do góry, na której to po sekundzie spoczęła ręka młodszego. Bez przedłużania, bez kombinowania i owijania w bawełnę, nie miał też predyspozycji do kłamania, chyba że dla bezpieczeństwa bliskich. Jednak nie w tym przypadku. Tutaj musiała zaistnieć tylko prawda.
- Hayden, muszę polecieć z mamą do domu.
Chłopak wpierw widocznie zacisnął usta, by po chwili wymusić uśmiech.
- Przecież to żaden problem. Polecimy, załatwimy, co trzeba i wrócimy, tak? – Skierował pytanie do swojego ukochanego, lecz w oczach widać było, że znał odpowiedź, jednakże nie wyzbył się nadziei na inną.
- Nie, skarbie. Ty wrócisz do szkoły. – Oznajmił z wyczuwalnym smutkiem w głosie, zaś tymi słowami zabrał uśmiech z jego ust. – Wrócę za trzy dni. Tylko trzy dni.
- Ale… Co ze szkołą? Nie możesz dorobić sobie kolejnych nieobecności. Znajdujemy się na pierwszych dwóch pozycjach listy uczniów do wydalenia. – Obiema dłońmi złapał rękę Briana, a jego burzowe oczy chaotycznie obiegały twarz starszego. – Nie możesz, Brian. Miałeś spełnić swoje marzenia, jesteś tak blisko i tak łatwo chcesz to porzucić?
- Są rzeczy ważne i ważniejsze. Doskonale o tym wiesz. – Palcami wolnej dłoni zaczął głaskać ciepłą, delikatną skórę chłopaka. – Nie porzucam swoich pragnień, marzeń, tylko na chwilę odsuwam je na bok.
- Dlaczego nie mogę z wami lecieć? Rozumiem, że się do niczego nie  przydam, ale nie chcę zostać sam. Nie chcę sam wrócić do Akademii, sam spać w łóżku, czy samotnie jeść. – Mocniej zacisnął swoje dłonie. – Obiecuję, że nie będę ci przeszkadzał. Możesz mnie nawet zamknąć w domu, ale proszę, nie każ mi znowu znosić rozłąki między nami. Nie dam rady.
- Po prostu… - Tam nie będzie bezpiecznie. – Chcę, żebyś ukończył tę szkołę, okej? Dostałeś ostatnią szansę, a ja nie pozwolę ci jej zmarnować. Masz wrócić, rozumiesz?
Hayden wbił wzrok w ich splecione dłonie, by po chwili delikatnie je rozdzielić. Wstając od stołu skinął tylko głową, po czym bez słowa odwrócił się i skierował do pokoju na piętrze w celu dokończenia pakowania.
Kang, z ciężkim westchnięciem i drżącymi dłońmi, przeczesał swoje włosy, starając sobie wmówić, iż dobrze postąpił. Chcąc dać chłopakowi dłuższy moment do rozmyślań, specjalnie zaczął wyszukiwać sobie zajęcia. Zakręcił gaz, wodę, wszystkie naczynia umyte zaraz po śniadaniu schował do odpowiednich szafek. Kiedy skończyły się możliwości przedłużania do momentu następnej rozmowy ze swoim ukochanym, jeszcze na sekundę usiadł przy stole, chowając twarz w dłoniach. Wyprostował się dopiero, gdy rodzicielka dotknęła jego ramienia. Ułożył dłonie na stole i uniósł na nią wzrok. Patrząc tak w jej ciemne, zawsze wdzięczne oczy, usilnie staral sobie przypomnieć, czy niegdyś zaistniała sytuacja, że zabrakło uśmiechu na jej twarzy.
- Wiesz, że nie musisz ze mną wracać. Dam sobie radę. – Ciepły głos, który samą swoją barwą dawał wsparcie, otulił serce Briana.
- Po tym, co zrobił ojciec, nie mogę cię z tym zostawić. – Wstając z krzesła ujął jej szczupłą dłoń w swoje. – Jako syn powinienem coś zrobić dla swojej matki. Muszę ci się odwdzięczyć za te wszystkie lata, za to, jak mnie wychowałaś oraz wynagrodzić zszargane nerwy za nieposłuszeństwo. Nie byłem dzieckiem, którym mogłaś się chwalić. Przepraszam.
Przymknął oczy i opuścił głowę, powstrzymując nadmiar bolesnych emocji. Nim zdążył się na dobre rozpłakać kobieca dłoń pacnęła go w czubek głowy. Zdziwiony uniósł swe ciemne tęczówki na rodzicielkę.
- Skąd te zwątpienie w tobie? – Smukłymi palcami odgarnęła grzywkę z jego oczu, po czym przygładziła koszulę na ramionach i złapała mocno na wysokości łokci. – Jesteś największym skarbem, jaki dostałam w swoim życiu, więc zabraniam ci mówić tak o sobie. – Wierzchem dłoni otarła mokre policzki syna, z miłością nań patrząc. – Spotkaliśmy się po tak długim czasie. Chciałam odebrać ci wszystkie zmartwienia, a zamiast tego doniosłam kolejne.
- Nie mów tak… - Zrobił smutną minę, aby po chwili zaśmiać się cicho wraz z nią.
- Skoro czujesz się lepiej, to idź do niego, porozmawiajcie. Skoro zdecydowałeś się lecieć do domu, to doskonale rozumiem twoje obawy, ale musisz też w niego uwierzyć. – Chłopak skinął parokrotnie i mocniej ścisnął dłoń matki. – Potem przydasz się w roli syna. Zniesiesz moje bagaże.
Grzecznie przytaknął, ucałował rodzicielkę w zarumieniony policzek i poszedł na górę, do pokoju Haydena. Zamknięte drzwi odizolowały go od reszty domu, tworząc samotnię, której próg przekroczył Brian, uprzednio knykciami pukając w drewno oraz informując o swoim wejściu. Ciche kliknięcie rozniosło się po pokoju, po zamknięciu drzwi.
Młodszy siedział po turecku na podłodze przed walizką, tyłem do drzwi. Po lewej stronie leżały złożone w kostkę ubrania Kanga, które po kolei trafiały do rąk chłopaka, były zwijane i następnie z dokładnością układane w otwartej walizce. Kiedy starszy usiadł obok niego nawet nie drgnął, nie mrugnął, nie zaszczycił wzrokiem. Nie był zły, tylko zawiedziony i przygnębiony. Brian, nie mając pomysłu na rozpoczęcie rozmowy, sięgnął przezeń po jedną ze swoich bluzek, jednak nie to było celem. Zatrzymał się w pochylonej pozycji przed swoim ukochanym, na którego twarz mógł patrzeć z odległości paru centymetrów. Niewzruszony nastolatek wziął kolejny ciuch, zwinął go na swoich kolanach i uniósł wzrok dopiero wtedy, gdy zamierzał go odłożyć. Najpierw obojętny, by po sekundzie zmienić się na wyraźnie zszokowany.
- Płakałeś? – Zapytał wyraźnie zdziwiony, odrzucając na bok dalsze pakowanie, umieszczając swoje dłonie na ramionach ukochanego.
Brian zaprzeczył ruchem głowy.
- Kichałem. – Szepnął, pozwalając sobie na małe oszukaństwo, bo kłamstwo było zbyt mocnym stwierdzeniem.
- Kłamczysz. – Prychnął, mimowolnie głaszcząc okryte jasną koszulą ramiona, jednocześnie wpatrując się w ciemne oczy starszego, który widocznie się zamyślił. – O czym tak intensywnie dumasz?
Brian, nie przerywając kontaktu wzrokowego, cofnął si ę z powrotem do siadu, lekko unosząc kąciki ust, lecz zaraz drżąco opadły.
- Czy ja na ciebie zasługuję? Czy jestem w stanie sprawić, że będziesz szczęśliwy? Przestaniesz myśleć o przeszłości? Co takiego w sobie mam, że ze mną jesteś? Nie mogę dać ci wszystkiego, co bym chciał. Te i wiele innych pytań męczy mnie każdego ranka. Nie potrafię na nie odpowiedzieć, przez co się frustruję. Chcę, żebyś był bezpieczny, nie cierpiał bez potrzeby. To wszystko mnie tak bardzo przytłacza, ale nie mogę tego pokazywać, byś się nie martwił. Powinienem być dla ciebie oparciem, pomocą. – Oczy zaszkliły się od napływających łez, zaś usta drżały, jakoby było mu zimno. Hayden rozchylił lekko wargi, nie mając pojęcia, co mógłby odpowiedzieć. Najpierw chciał powstrzymać łzy ukochanego, więc ujął jego twarz w dłonie. – Proszę. Odpowiedź mi na chociaż jedno z nich. Zabierz trochę tego ciężaru.
- Ja jestem szczęśliwy. Bez zająknięcia mogę stwierdzić, że na tym brzydkim świecie nie ma osoby szczęśliwszej, niż ja, bo jesteś mój. Wiesz, co mnie uszczęśliwia? Twoja obecność, twój głos, twój dotyk. Wszystko, co jest niepowtarzalne. To ja powinienem zapytać się, czy zasługuję na tak wspaniałego człowieka, jakim jesteś. – Przysunął się bliżej i mocno objął starszego, który uczynił podobnie. Głaszcząc go po plecach, przedłużył nieco ciszę, aby opadły emocje. – Wiesz, co uwielbiam w tym wszystkim najbardziej? Ubóstwiam, kiedy mnie całujesz, gdziekolwiek. Czuję wtedy takie cudowne mrowienie w brzuchu, które sprawia, że pragnę więcej i więcej.
Brian, odebrawszy wypowiedź swojego faceta, jako zachętę na poprawę humoru skorzystał z tej bliskości i zaczął muskać ustami skórę chłopaka od karku, przez jedno z uszu, aż do ust, zatrzymując się przy nich na dłużej z wyraźnym uśmiechem. Nie były to przepełnione pożądaniem i namiętnością pocałunki, lecz lekkie muśnięcia, sprawiające większą przyjemność w obecnej chwili. Niestety nie wszystko co cudowne, może długo trwać. Przerwali czułości w momencie drugiego puknięcia w drzwi, ku którym skierowali swoje spojrzenia.
- Chłopcy, taksówka przyjedzie za pół godziny. Mam nadzieję, że wszystko spakowaliście. Sprawdźcie dwa razy.
- Dobrze mamo – odkrzyknął Hayden, co wywołało uśmiech na twarzy Kanga.
- Zaraz zniosę twoje rzeczy. – Zawołał, a po otrzymaniu potwierdzenia usłyszenia, ponownie skierował wzrok na młodszego. – Spakujesz mnie?
Lavell skinął parokrotnie głową, będąc nadzwyczajnie tym zafascynowany. Skradł soczysty pocałunek z ust swojego ukochanego i ponownie zabrał się za pakowanie. Brian na odchodne potarmosił jego ułożone, jasne włosy z uśmiechem na twarzy. Mniej ciężaru na sercu, lecz nie wszystkie zmartwienia odejdą od razu. Niektórych trzeba się pozbyć samemu, ręcznie.


Lot z Vancouver do Seulu był godzinę wcześniej od lotu na trasie Vancouver – Sacramento, dlatego też to Brian wraz z matką musieli jako pierwsi odejść, co niezbyt podobało się Kanadyjczykowi.  Kiedy nastąpiło pierwsze wezwanie na pokład, ludzie ustawili si w długiej kolejce. Mama pożegnała się z najmłodszym „synem” mocnym przytuleniem, świadomie zostawiając ich samych.
- To tylko siedemdziesiąt dwie godziny.
- Co? – Hayden spojrzał zdziwiony na Briana, mocniej zaciskając dłoń na tej jego.
- Dzisiaj rano, a trzeciego dnia wieczorem już będziemy razem. Szybko zleci, nawet nie zauważysz. – Przyciągnął go do siebie i mocno przytulił, nie mając najmniejszej ochoty go zostawiać. – Uważaj na siebie, dobrze? Jedz mało, a często, wysypiaj się, nie spóźniaj na zajęcia, a tym bardziej żadnych nie opuszczaj. Nie pakuj się w żadne kłopoty, jednak jeśli coś się stanie, dzwoń o każdej porze, czy daj jakikolwiek znak. – Odsunął go nieco, by móc spojrzeć w te hipnotyzujące, burzowe oczy, które właśnie zalały się łzami. – I nie płacz. Nie zostawiam cię na zawsze.
Chłopak z trudem przełknął ślinę, jednocześnie kiwając głową i ocierając palcami niesforne krople, spływające po policzkach.
- Ty też na siebie uważaj. Nie pal, nie pij, jedz dużo, śpij. Ubieraj odpowiednio do pogody. – Powiedziane na jednym wdechu zmusiło go do chwili przerwy. Puściwszy dłonie chłopaka, do końca otarł oczy. – masz do mnie wrócić, rozumiesz? Cały, taki sam.
Brian z uśmiechem odgarnął mu grzywkę z czoła, które ucałował, potem wargami tknął czubek nosa i na pożegnanie skończył długim pocałunkiem w usta. Po tym od razu się odwrócił, nie chcąc się wahać, ani pokazywać swojej niepewności.

Po jedenastu godzinach długiego lotu musieli jeszcze poczekać na bagaże. Najpierw długie siedzenie w bezruchu i spanie, a teraz stanie i czekanie. Znakomity zamiennik. W czasie oczekiwania przełączył telefon na normalny tryb, założył słuchawki i wybrał numer do swojego chłopaka. Jeśli dobrze wyliczył, w Vancouver było już po godzinie dziesiątej wieczorem, a tutaj dopiero połowa dnia. Parę długich sygnałów musiało nastąpić, nim Hayden odebrał. Kang przełączył na video rozmowę.
- Dzień dobry wieczór kochanie. – Uśmiechnął się do kamery, widząc oświetloną twarz młodszego, częściowo zasłoniętą przez poduszkę. – Spałeś?
Zaprzeczenie.

- Na początku miałem nie dzwonić, ale strasznie mi tęskno za tobą. Jadłeś? – Hayden potwierdzil cicho, bardziej wtulając się w ciemną poduszkę, która wydała się znajoma. – Czy to jest moje łóżko?
- Może.
- O ty… - Zaśmiał się cicho, okropnie chcąc przy nim być, lecz na razie nie mógł.
- Brian, zaśpiewasz mi coś na dobranoc? Coś… twojego.
Starszy ściągnął brwi i zacisnął usta, zastanawiając się, co mógłby wybrać na dobrą noc dla swojego faceta. Zerknął na taśmę bagażową, lecz ich bagaże pewnie jeszcze nie opuściły samolotu, więc miał sporo czasu. Odszedł pod jedną ze ścian, gdzie było w miarę luźno i nikt by go nie zagłuszał.

Gdybym nie poszedł tamtą drogą
Prawdopodobnie nie zostalibyśmy parą
Widzę tylko ciebie
Gdy nocą zamykam swoje oczy
Zasypiam spojony myślami o tobie
Czuję się, jakbym był w filmie
Gdy nasze spojrzenia się spotykają
Jesteśmy niczym filmowe gwiazdy
Jesteśmy piękni

Gdy skończył,  Hayden uchylił zmęczone powieki i ułożył się inaczej, ukazując całą swoją twarz.
- Masz tyle ładnych tekstów, melodii, piosenek i żadnej z nich nie słyszałem, nikt nie słyszał. Dlaczego? – Ułożył brodę na jednej z dłoni, wyczekując odpowiedzi ze strony Azjaty, który zrobił niezbyt zadowoloną minę z powodu tego, że młodszy przejrzał zawartość jego laptopa.
- Sprzedaję je, Hayden, ale porozmawiamy o tym, kiedy wrócę. Nie teraz. Powinieneś już spać. Beze mnie będzie ciężko, ale wierzę, że dasz radę.
Lavell widocznie chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język. Odrobinę sztucznie pożegnali się do dnia następnego.

Wyjazd z lotniska nie był ciężki. Wystarczyło wsiąść w odpowiedni pociąg i już zmierzali prosto do domu, który od dłuższego czasu stał pusty. Od paru miesięcy tylko matka się wszystkim zajmowała, bo ojciec najpierw uciekał od odpowiedzialności za wzięte pożyczki, potem wyparował.
W akompaniamencie wspomnień z okolicy, śmiesznych sytuacji z dzieciństwa, ale także dziwnych spojrzeń sąsiadów, dotarli do piętrowego budynku. Weszli do przed pokoju, zostawili walizki, minęli schody i przekroczyli kuchnię, z której było wyjście do pokoju, a raczej dobudówki, która wychodziła na handlową ulicę, będąc jednym z wielu obecnych sklepów, totalizatorów i rywalem ubezpieczalni. Otworzywszy drzwi łączące dom z rodzinnym biznesem, zamarli w jednej sekundzie. Pokój, będący w wymiarach 4x6, był w totalnej ruinie. Poobijane ściany, połamane krzesła, biurko, szafki z papierami wyglądały niczym ognisko, a witryna nie zawierała już szkła. Pozostały po niej tylko metalowe wzmocnienia.
Matka pod wpływem szoku zachłysnęła się powietrzem. Brian, nie chcąc, aby dłużej na to patrzyła, zasłonił pomieszczenie swoją osobą, wyprowadzając matkę z powrotem do kuchni. Sam zaś powrócił do bałaganu, zamykając za sobą drzwi. Przeszedł przez pomieszczenie i wyszedł przez żelazne obramowanie, nazywające się kiedyś drzwiami. Omiótł wzrokiem przód budynku, chcąc doszukać się jakiejś ukrytej wiadomości od sprawcy. Wtem podszedł do niego czterdziestoletni sąsiad z ościennego saloniku fryzjerskiego.
- Zrobiło to trzech zamaskowanych mężczyzn dwa dni temu w środku nocy. Ewidentnie czegoś szukali. Nim pojawiła się policja, zdążyli wszystko zdemolować i się zwinąć. Wiesz, gdyby był jeden, mógłbym coś próbować, ale…
- Nawet jeśli, to dobrze, że nie narażał się pan. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby ktoś jeszcze ucierpiał przez mojego ojca.
- Wiesz, kto to zrobił?
- Gdybym powiedział, że się domyślam, skłamałbym. – Brian uśmiechnął się lekko i przeczesał swoją przydługą grzywkę. – Wiem kto i wiem, jak to wszystko zatrzymać.
- Cieszę się, że wróciłeś, Yonghyunie. Moja żona z chęcią ogarnie twoje włosy, napije się herbaty z Yooną. Byle nie musiała na to patrzeć. I tak wiele przeżyła, a to musiało ją kompletnie zniszczyć.
Brian podziękował i skorzystał ze złożonej oferty. Herbata, kawa, domowej roboty ciasto sprawiły, iż choć na chwilę zapomnieli o tym, jak wszystko wygląda tuż za ścianą. Kobieta ze złotymi palcami sprawiła, że Kang wyprzystojniał. Włosy zmieniły barwę na czarną, porównywalną z węglem, a może i ciemniejsze, jednak z zachowaniem rozchodzącej się grzywki. Po cichu poprosił o zaopiekowanie się mamą, po czym udał się na bogatsze obrzeża miasta.  
Po godzinie przebijania się z jednego końca na drugi, stanął przed bramą jednej z willi, otoczonej wysokim, piaskowym murem, masą ochroniarzy i bogatym wnętrzem. Był tutaj raz, z ojcem, parę lat temu, gdy zaczynali działalność. Złe wspomnienia wróciły. Przycisnął dzwonek i uniósł spojrzenie w kamerkę. Po dłuższej chwili oczekiwania zostało mu zadane pytanie, kim jest.
- Kang Younghyun, syn Kang Moonbina. Mam niecierpiącą zwłoki sprawę do Wonpila.
Jedno ze skrzydeł ciężkiej bramy uchyliło się, wpuszczając go na teren posiadłości. Przeszedłszy długi podjazd został skierowany na tyły, a stamtąd wkroczył do środka przed taras, wprost do przestronnego biura. Facet ewidentnie podczas wyciągania pieniędzy z ludzi wpatrywał się w swój ogromny basen, popijając najdroższe whisky, jakie istniało. Nie czekał długo. Właściciel przybył. Podali sobie dłonie, chociaż to Wonpil, bo tak było na imię stojącemu przed nim mafiozie, był nadzwyczaj szczęśliwy z tego spotkania. Gestem dłoni pozwolił mu usiąść naprzeciw niego, a sam zajął miejsce za biurkiem. Nim zdążył o cokolwiek zapytać, Kang go uprzedził.
- Wiem, że to ty zniszczyłeś ubezpieczalnię. Jeśli szukasz pieniędzy, wystarczy powiedzieć, a nie unicestwiać coś, na co niektórzy pracowali przez większość swojego życia. Nie chcę robić hałasu, więc załatwmy to szybko i bezboleśnie. Ile jesteśmy winni?
Mężczyzna prychnął, rozbawiony zachowaniem chłopaka.
- Ledwo wróciłeś do domu, a już zaczynasz się rządzić? – Zapytał z pogardą, otwierając szufladę, z której wyciągnął szczepiony plik kartek i rzucił tuż przed niego. – Twój ojciec podpisał ze mną umowę. Do tej pory wszystko było dobrze. Co pożyczał, to oddawał, ale nagle mu się odwidziało, wziął więcej, niż wszystko razem zliczone do tej pory, i zniknął. Może mam nieciekawe zajęcie, ale to, jak traktuję człowieka, zależy od niego samego. Skoro postanowił spieprzyć z pieniędzmi, postanowiłem je w jakiś sposób odzyskać, ale okazało się, że w ten waszej kanciapie nie ma nic wartego uwagi. Pewnie lepszy majątek trzymacie w domu.
- Dogadajmy się. Nie wiem, gdzie jest mój ojciec, nie zamierzam go szukać, ale jeśli tylko się pojawi, z przyjemnością oddam tego pluskwiaka tobie. Po prostu powiedz ile. Oddam wszystko.
- Niby wyzywasz go od najgorszych, niby nienawidzisz, ale chcesz spłacić jego długi? Jakież to zabawne.
 - Nie robię tego dla niego. Chcę, aby moja matka miała spokój. Jest niewinna, nie związana z tą sprawą. Trafiła w swoim życiu na nieodpowiedniego człowieka. Może to nie naprawi wszystkiego, co do tej pory zrobił, ale na pewno w przyszłości będzie lepiej.
- Jak na młodego mężczyznę, wchodzącego dopiero w dorosłość, masz wiele do powiedzenia i nie jest to wyssane z palca. Jestem ciekaw, jak utrzymujesz się tam, w Ameryce. – Mężczyzna widząc, że Brian nie jest skory do rozmowy na takie tematy, odczepił od leżących na biurku kartek małą notatkę, która okazała się spisem wszystkich pieniędzy pożyczonych i oddanych oraz dług. – Sto pięćdziesiąt milionów wonów (ok. 132 tys. $). Plus doliczę jeszcze ogłoszenie upadłości. Ludziom, którzy wam powierzyli swoje bezpieczeństwo, trzeba oddać całą kasę. Nie potrzebuję tych pieniędzy na teraz, ale nie chciałbym, abyś zniknął, jak twój ojciec. Potrzebuję czegoś pod zastaw.
Zastaw.
Brian wbił wzrok w leżące przed nim kartki, lecz było to w celu zamyślenia, aniżeli przeczytania ich zawartości. Zaczął wertować cały swój dobytek niczym strony w książce. Co było tak cennego, co ten facet miał na myśli? Dom w Korei, w Toronto, były dla niego warte tyle, co miska ryżu. Na pewno.
- Uważam, że Shin Yoona będzie wspaniałym zabezpieczeniem. Oczywiście dla mnie. Dla ciebie będzie to motywacja do działania.
Shin Yoona.
Spojrzał na ten obrzydliwy uśmiech, który zagościł na twarzy mężczyzny. Kang spodziewał się wszystkiego, ale przez myśl mu nie przeszło o traktowaniu człowieka, jak rzecz. Po tylu latach udało mu się w końcu ujrzeć matkę, a teraz ponownie miał ją stracić. Poderwał się z krzesła, niemalże je wywracając.
- Nie pozwolę na to, rozumiesz? – Zacisnął dłonie w pięści, denerwując się coraz bardziej podczas patrzenia na tę niewzruszoną, uśmiechniętą twarz.
- Rozumiem doskonale, dlatego wszystko zależy od ciebie, mój drogi.
Zirytowany do granic możliwości Brian chciał jeszcze coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Zamiast tego bez pożegnania opuścił pomieszczenie, z akompaniamentem trzaśnięcia drzwiami, wprawiając pobliskie okna w drżenie. Ominął wszystkich ochroniarzy, bez ich pomocy wychodząc poza budynek. W czasie, kiedy ucinali sobie niemiłą pogawędkę, zdążyło się zachmurzyć. Ledwo wyszedł za granicę posiadłości, kiedy nastąpiło urwanie chmury. Niezrażony postanowił wracać na piechotę. Wszyscy uciekali, chowali się pod daszkami, w sklepach. Niewielu miało parasole. Brian w tym czasie pozwolił sobie na płacz. Krople łez mieszały się z chłodnym deszczem, w ten sposób chowając zszargane nerwy chłopaka.

~*~

Przebrany w suche ubrania, okryty kocem siedział, a wręcz leżał na wyspie kuchennej, w ciszy i z pustym wzrokiem wpatrywał się w parę uciekającą ze stojącego przed nim kubka. W tym czasie mama krzątała się w kuchni, przygotowując dla nich kolację. Nie powiedział jej wszystkiego. Dlatego za każdym razem, kiedy przypomniał sobie słowa Wonpila, od razu pojawiały się łzy.
- Mamo… Masz jakieś pieniądze?
- Mam, dlaczego pytasz? – Obejrzała się na swojego syna, który w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami. Kobieta odłożyła swój fartuch na blat, po czym przeszła na korytarz, gdzie kucnęła obok schodów, zwinęła częściowo dywan, a następnie, ku zdziwieniu chłopaka, podniosła jedną z desek. Zostawiając dziurę w podłodze, przyniosła niewielką aktówkę. – Tutaj są pieniądze ojca, ale nie ruszałam ich. Nawet nie mam pewności, czy one tam są. Mam też swoje, schowane na górze, po sprzedaży domu.
Puścił mimo uszu wieść o tym, iż dom w Toronto został sprzedany, a wraz z nim wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Otworzył aktówkę i obrócił ją do góry dnem. Na stół wypadły sklejone taśmą pliki banknotów, a zaraz po nich wyleciał pistolet. Matka aż zakrzyknęła z przerażenia na widok broni. Brian wyciągnął po nią dłoń, która została zatrzymana przez rękę rodzicielki.
- Nie ruszaj tego.
Po raz kolejny w swoim życiu jej nie posłuchał. Sięgnął po nią drugą ręką. Nie znał się na takich rzeczach. Nie wiedział, czy jest naładowana, zabezpieczona, ale na pewno ciężka, co mogło oznaczać, iż nabita. Odłożył pistolet na bok i wziął banknoty, na oko mierząc ich wartość.  Na pewno było na jedną czwartą długu, ale nic więcej. Westchnął ciężko i sam poszedł schować wszystko z powrotem.
Podczas kolacji głównym tematem był ojciec. Nie dało się tego uniknąć. Nie udało im się wymyślić jakiegokolwiek planu. I nadal nie odważył się powiedzieć całej prawdy. Potem był jedyną osobą w domu, która nie była w stanie spać z powodu natłoku wielu myśli. Jak najciszej zszedł do kuchni, szukając jakiegokolwiek zajęcia. Włączywszy światło zauważył uchylone drzwi do dobudówki. Ściągnął brwi zdziwiony nieco tym widokiem. Mogło się zdarzyć, że zapomniał je zamknąć na klucz, ale nigdy nie było problemu z zamkiem. W końcu były wzmacnianie. Zajrzał do środka, ale nic prócz wiejącego wiatru i światła ulicznej lampy, nie było. Z pomocą wyobraźni wzruszył ramionami, zamknął drzwi i obrócił się w stronę kuchni, kiedy naskoczyła na niego jakaś czarna postać. Uchylił się, lecz nie dało to oczekiwanych efektów. Został pchnięty na wyspę, zaś jego ciało samo zareagowało. Obrócił się i, nie wiedząc w jaki sposób, unieruchomił ręce napastnika. Mężczyzna, cały ubrany na czarno, z kapturem na głowie i maską zakrywającą połowę twarzy. I nóż w prawej dłoni. Ze strachem odepchnął go od siebie i uciekł na drugą stronę wyspy kuchennej.
Unikaj, unikaj, unikaj.
Mężczyzna, pomimo swojej widocznej większej masy, był nadzwyczaj szybki. Nim Brian zdążył się zorientować ostrze rozcięło bluzkę. Chłopak skorzystał z bliskości uderzył go z pięści w nos, czego się chyba nie spodziewał, bo aż postąpił parę kroków do tyłu. Zadziałało to jak płachta na byka. Niczym zwierzę rzucił się na Briana, podciął mu nogi, przez co ten padł na podłogę. Kłujący ból przeszedł po całej długości kręgosłupa, ale został zakamuflowany gdzieś w odrębnych częściach mózgu, gdyż ciało było nastawione na obronę. Głowa odbiła się od podłogi niczym piłka, przez co przed oczami pojawiły mu się ciemne plamy, przeciągły pisk przebiegł przez uszy. W całym tym niewyraźnym widoku zdołał ujrzeć nadchodzący atak. Odruchem bezwarunkowym osłonił się rękoma, co nie było niestety wystarczające. Nóż na wylot przebił jego lewą dłoń. Zaś krzyk przerażenia rozniósł się po budynku. Zepchnął mężczyznę z siebie kolanami i złapał zranioną dłoń. Nieświadomie nie czuł bólu z powodu działającej adrenaliny. Współdziałał z nią strach, podsycany przez widok krwawiącej rany.
Gdy napastnik zaczął ponownie się do niego zbliżać, spanikowany Brian począł się cofać z pomocą jednej ręki, póki nie utknął w kącie tworzonym przez dwa ciągi szafek.  Bicie własnego serca czuł na całym ciele i słyszał tuż obok uszu. Mężczyzna stanął nad Kangiem i ściągnął maskę, ukazując całą swoją twarz.
Mamo.
- Odejdź. Zostaw go. – Jak na zawołanie głos matki dotarł do uszu Briana. Stała w wejściu do kuchni, naprzeciw swojego syna, i mierzyła z pistoletu w plecy mężczyzny. - Zostaw nas.
Głos jej drżał, a dłonie wręcz przeciwnie. Kurczowo trzymały broń, zaś palec wskazujący tkwił przy spuście. Mężczyzna odwrócił się i znieruchomiał, widocznie zaskoczony. Nawet najlepszy złodziej, czy morderca będzie czuł się niepewnie, jeśli broń znajduje się w dłoniach osoby niedoświadczonej. Napastnik powoli zaczął unosić ręce, gdy w jednej chwili przeskoczył przez aneks i uciekł tą samą drogą, którą przybył.
Kobieta po otrząśnięciu się z pierwszego szoku odrzuciła pistolet i dobiegła do mdlejącego już syna. Widok krwi zmroził jej własną w żyłach, lecz nie mogła się poddać lękowi. Ściągnęła ścierkę z blatu i owinęła nią ranną dłoń chłopaka, mocno zaciskając.
- Younghyunie popatrz na mnie, rozmawiaj ze mną – Poprosiła płaczliwie, z trudem powstrzymując łzy.
Mimo zakrycia rany, szkarłatna kałuża widocznie się powiększała. Nerwowo zaczęła poszukiwać przyczyny, denerwując się coraz bardziej z sekundy na sekundę. Aż znalazła. Głęboka, długa rana na lewym boku, tuż pod żebrami. Ujęła zdrową dłoń syna i ułożyła ją na miejscu swoich.
- Trzymaj mocno, kochanie. – Poprosiła, po czym ściągnęła z siebie bluzkę, zwinęła ją i przycisnęła do największej rany. – Będzie dobrze, ale musisz na mnie patrzeć. Nie zamykaj oczu.
Zdrowa dłoń chłopaka opadła, zaś powieki uniosły się, ukazując zamglone oczy. Powoli przeniósł wzrok na matkę, która płakała, jednak wysilała się na uśmiech. Tak bardzo chciał go odwzajemnić, ale brakło już sił.
- Musisz schować broń… - Wyszeptał, a widząc potakującą głowę, przymknął nieco oczy. – Spłacimy wszystkie długi… Zabiorę cię do USA, zostaniesz przedszkolanką… Zawsze chciałaś nią zostać, pamiętasz? Nie mogę cię oddać.
- Oczywiście. Spełnimy swoje marzenia, razem. – Pomimo wszechobecnej krwi, odgarnęła ciemną grzywkę z jego oczu. W tym samym momencie głowa Briana opadła, a oddech ucichł. – Younghyun? Brian? Skarbie, spójrz na mnie, proszę!
I wtedy drzwi do dobudówki otworzyły się po raz kolejny.

 ~*~

Gdyby nie sąsiad zaalarmowany krzykiem oraz widokiem uciekającej postaci, Brian mógłby się już nigdy nie obudzić, opuszczając wszystkich, którzy darzą go miłością. Po dużej utracie krwi, zatrzymaniu serca i ostatecznym zaszyciu ran, zażądał wypisu. Mimo nazywania samobójcą oraz próśb matki, osłabiony wrócił z nią do domu. Zamiast odpocząć, zabrał pieniądze i udał się do Wonpila. Facet widocznie był zdenerwowany na cały świat, ale większość tej nienawiści poszło na podwładnego, który nie był w stanie nikogo zabić. Jak dobrze się złożyło, Brian rzucił owemu napastnikowi pieniądze pod nogi i życzył powodzenia w następnych powierzonych misjach.
Po wyjściu stamtąd po części mu ulżyło, ale wtedy pomyślał o tym, co obiecał Haydenowi.
Przepraszam, Hayden.
Zmęczony i osłabiony czekaniem na autobus, udał się do pobliskiej kawiarni, gdzie usiadł w najbardziej oddalonym kącie i zadzwonił do swojego chłopaka. Szczęście w tym nieszczęściu nie użyli kamery. Po prostu wysłuchał tej gaduły, który streścił mu cały dzień zajęć i jeszcze trochę. Kiedy żegnał się ostatnimi słowami, ktoś odważył się do niego bez słowa dosiąść. Były facet, to osoba, której najmniej się spodziewał.
- Jak ci mija życie, Brian?
- Jak twoje relacje z Sungjinem, Jae?
Chłopak poprawił okulary na nosie, uśmiechając się przy tym ze sztucznym rozbawieniem słowami Kanadyjczyka. Przez tyle lat nie zmienił się ani trochę. Ciągle blond włosy, hawajskie koszule i okulary.
- Zakończyły się w tym samym momencie, kiedy się zaczęły. Mówiłem ci, że to było po pijaku. Teraz nie jesteśmy tak blisko, ale dostaliśmy się do jednej z wytwórni za pomocą castingu. Są w stanie zapewnić nam debiut jako zespół, jednak potrzebujemy basisty. Od razu pomyślałem o tobie, piękny. I pojawiłeś się, jak na zawołanie.
- Goń się… - Sapnął i oparł się czołem o zdrową dłoń. – Nie chcę mieć z tobą do czynienia. Znalazłem kogoś bardziej wartościowego, niż ty.
Ale czy jestem w stanie z nim być?
- Skoro jest tak bardzo wartościowy, to dlaczego zostawiłeś go w Ameryce? – Zapytał kąśliwie, tym samym pokazując, że wie wystarczająco dużo, jednakowoż nie wiadomo od kogo. – Złożyłem ci cudowną propozycję ziszczenia naszych marzeń, a ty ją tak okrutnie odrzuciłeś. Nie kochasz mnie już?
Brian zaprzeczył ruchem głowy, gdy poczuł kłujący ból w lewym boku. Po spojrzeniu w dół, ujrzał bordową plamę na ciemnym materiale koszuli. Szwy puściły, a wraz z nimi urwała się świadomość Kanga. Znakomity sposób, aby wystraszyć byłego faceta, o ile jest to zrobione specjalnie.

Zamiast pomóc mamie sprzątać cały dom, spakować najpotrzebniejsze rzeczy, ponad dwa dni przeleżał w szpitalu na obserwacji. Wstrząśnienie mózgu plus opierdziel za zerwane szwy i bezmyślność. Wyszedł czwartego dnia, przed południem. O czternastej mieli samolot powrotny do Kalifornii. Musiał wyzbyć się wspomnień z kolejnego miejsca, by zrobić miejsce na te nowe, przyjemniejsze.
W samolocie nie myślał o niczym innym, tylko o Haydenie. O tym, jak zareaguje na jego stan, kolor włosów… Na samą myśl uśmiechnął się. Za co oberwie mu się bardziej? Za rany, po których zostaną blizny, czy może za zmianę koloru bez konsultacji? Właśnie takimi problemami chciałby się przejmować w przyszłości. Są proste, łatwe do przejścia, nie sprawiają dużego cierpienia.

Lot był nieco opóźniony przez pogodę oraz kolejkę do lądowania. Zamiast o dwudziestej drugiej, wylądowali dopiero czterdzieści minut później. Po odzyskaniu bagaży, wolnym krokiem zmierzali do największej hali, gdzie powinien czekać na nich Hayden. Im bliżej byli, tym większy ścisk czuł w żołądku. Nie ma opcji, by nie zauważył. Ranę na boku zobaczy wieczorem. Będą musieli pojechać na zdjęcie tych cholernych nitek. Nie ma żadnej drogi ucieczki. Nie może go też oszukiwać. Musiał z tym skończyć.

5.09.2017

Od Briana CD Haydena [+18]

Hayden przez całą drogę do Vancouver nie chciał powiedzieć nawet słowa na temat owej niespodzianki. Nie wspomogły nawet obietnice związane z nagraniem specjalnej piosenki, kupnie kosmetyków do włosów, czy dzikim seksem w publicznym miejscu. Na lotnisku w Sacramento doprowadził Haydena do takiego stanu podirytowania, że ten zaczął mu grozić spędzeniem lotu w toalecie. Brian odpuścił dopiero po wylądowaniu. Podróż dala mu się we znaki, dlatego nie spieszył się do domu babci Lavella, pomimo późnego już popołudnia.
Co takiego znajdowało się w środku dotychczas pustego domu?  Co miało sprawić, że okazywanie sobie czułości będzie wręcz niemożliwe? Podejrzliwie zmrużył oczy i zatrzymał dłoń na pozłacanej klamce.
- Jeśli coś mnie uderzy, to obiecuję, że cię zgwałcę.
- Po prostu tam wejdź. – Popędził go młodszy, widocznie zirytowany nieufnością swojego chłopa.
W końcu, gdyby chciał mu przyłożyć, dawno temu miałby przynajmniej złamany nos.
Nacisnął klamkę, drzwi ustąpiły i jako pierwszy wkroczył do środka. W momencie, gdy miał zamiar zapytać się Haydena o istnienie niespodzianki, zza ściany wyłoniła się kobieta. Jej długie, czarne włosy opadały po jednej stronie na białą, elegancką koszulę. Dłonią zakryła usta, zaś z oczu popłynęły łzy. Brian upuścił torbę na podłogę, postępując trzy kroki do przodu, by finalnie wpaść w ramiona swojej matki. Dopiero przy jej obecności poczuł te cztery lata rozłąki. Łkał niczym dziecko, nie chcąc się od niej odsunąć chociażby na centymetr, gdyż miał wrażenie, że zniknie. Była niższa o głowę, lecz nie przeszkadzało jej to w tym, by głaskać swojego jedynego syna po karku oraz plecach. Odsunęła się na dosłowną sekundę, chcąc spojrzeć na twarz Briana, aczkolwiek chłopak przysunął ją z powrotem.
Hayden przemknął cicho do kuchni, po drodze ocierając łzy. Czyż właśnie nie spełnił jednego z pragnień swojego ukochanego? Powinien być szczęśliwy. Radość napłynęła do jego serca  w momencie, gdy wrzątkiem zalał zieloną herbatę w trzech kubkach. Zaniósł wszystko wraz z cukrem do salonu, gdzie matka z synem trzymali się za dłonie, siedząc na sofie. Hayden zajął miejsce na fotelu obok.
- Przyjaciel, tak? – Brian zwrócił się do Lavella, który uśmiechnął się nieśmiało. – Mamy nie oszukasz. Ona zna moją orientację.
Chłopak speszył się nieco, zapijając wstyd wielkimi łykami herbaty. Kobieta pogłaskała go pocieszająco po kolanie.
- Nie chciałam cię od razu stawiać w trudnej sytuacji, ale teraz chyba jest gorzej. – uśmiechnęła się promiennie, zaraz przenosząc wzrok na swojego syna. – W takim razie co z Jae? Nie utrzymujecie już kontaktu?
Brian odchrząknął nerwowo, wzrokiem zaczynając uciekać gdzieś w bok.
- Tuż przed wyjazdem się wszystko skończyło. Nie wspominajmy o tym.
Hayden spojrzał na niego nieco podejrzliwie, acz jednocześnie pytająco. Brian wzrokiem poprosił, aby porozmawiali o tym później. Na szczęście niemy przekaz został zrozumiany.
- Pani Kang – wtrącił Hayden, nieco się pochylając. – Ma pani przy sobie jakieś zdjęcia Briana, kiedy był młodszy? Jestem ciekaw, jak wyglądał.
- Możesz mówić mi po imieniu, Sarah. – Uśmiech nie schodził z jej ust. Sięgnęła do torebki, wyciągnęła z niej skórzany portfel. Po otworzeniu, z nieco skrytej zakładki, wysunęła niewielkie zdjęcie, zbliżone rozmiarom do tych legitymacyjnych. Podała je Haydenowi. – Zdjęcie z podstawówki. Miał wtedy jedenaście lat.
- Mamo! – Zajęczał błagalnie Brian, zaś ta palcami przeczesała jego grzywkę w momencie, gdy z ust Lavella wydobyło się prychnięcie.
- Wyrosłeś Young Hyunie. Jesteś wyższy, przystojniejszy i szczęśliwszy. – Odebrała zdjęcie od rozbawionego chłopaka, chowając je w odpowiednie miejsce. – Jak się utrzymywałeś przez te cztery lata? W ogóle nie prosiłeś nas o pieniądze, rzadko dzwoniłeś, a stara matka nie mogła czasami spać po nocach.
Z trudem powstrzymał kolejne łzy. Musiał w końcu pokazać, że się usamodzielnił, a i mama nie była taka stara. Nie osiągnęła nawet pięćdziesiątki, ale lubiła tak na siebie mówić.
- Nadal spełniam swoje marzenie. Większość tekstów piosenek, które napisałem, sprzedałem producentom. Dorabiam sobie także tu i ówdzie. Dużo jem, Hayden może potwierdzić.
I tak rozgorzała rozmowa. Hayden odnalazł album ze swoimi zdjęciami. Opowiedział historię każdego z kolei, wspominał swoich opiekunów, bez smutku na twarzy. Brian wraz z rodzicielką dowiedzieli się paru ciekawych rzeczy z jego życia, po czym oni odwdzięczyli się tym samym. Śmiechom nie było końca, kiedy Sarah wyjawiała wszystkie zawstydzające tajemnice Briana.
- Ledwo skończył czternaście lat, a nauczył się palić oraz pić więcej niż jego ojciec. Wszystko chciał robić po swojemu, nie przyjmował żadnych rad, od razu reagował wielkim gniewem. – Sarah pokręciła głową z lekkim uśmiechem, widocznie wszystko sobie przypominając. – Okropny wtedy był. Przyprawił mnie o tyle siwych włosów, że musiałam zacząć się farbować.
- Nieprawda! – Obruszył się, przynosząc w tym momencie kolejną serię gorącej herbaty.
- Prawda! – Przytaknął Hayden, biorąc jedną ze szklanek. – Teraz też się tak zachowuje. No, może oprócz ataku gniewu. Jest spokojniejszy, wyższy, ale nadal dzieciak.
- Nieprawda! Zejdźcie ze mnie może, co? – Spojrzał na nich spod byka, by po chwili zacząć tworzyć bańki na powierzchni herbaty, tym samym nawet siebie przyprawiając o nieopanowany śmiech.
Gadali, śmiali się, wspominali, aż do późnego wieczoru. Parę minut po północy, Brian zaprowadził mamę do sypialni babci Haydena, zaś chłopak pozostał na dole i zajął się sprzątaniem. Zebrał puste szklanki, talerze i opakowania po chińszczyźnie, którą wcześniej zamówili. Szkoda im było tracić czas w kuchni na szykowanie jedzenia, kiedy tak dobrze kleiła się rozmowa. W czasie wojowniczego zmywania Lavella, Kang wraz z mamą, przebraną już w dwuczęściową piżamę.
- Będziesz spała niczym królowa angielska. – Zaśmiał się cicho, ostatni raz poprawiając jedną z poduszek.
Spędził przy matce jeszcze dłuższą chwilę, chociaż czekało ich tyle wspólnych dni. Na dobrą noc ucałował ją w czoło i cicho opuścił sypialnię. Idąc piętrem, dłonią sunął po drewnianej poręczy, jednocześnie nasłuchując dźwięków z dołu. Światła w kuchni oraz salonie były wyłączone, czyli Hayden zakończył porządki. Brian wyłączył przełącznikiem kinkiety wiszące nad schodami, pogrążając resztę domu w ciemności, po czym postarał się, aby jak najciszej wejść do pokoju, który dzielił ze swym ukochanym, myśląc, że ten już dawno padł. Pomylił się. Ledwo zamknął za sobą drzwi, kiedy z półmroku wyskoczyła na niego znajoma postać, niczym pijawka przysysając się do jego ust. Zamruczał gardłowo, obejmując Haydena w pasie, by po paru sekundach nieco się odsunąć.
- Pluskiewko ty moja – uśmiechnął się lekko, zaś ciepłe dłonie młodszego sunęły po jego ramionach.
- Czemu tak brzydko na mnie mówisz? Zresztą, nieważne. – Widocznie wzruszył ramionami. Ujął dłonie Briana w swoje, ciągnąc go powoli w stronę łóżka. – Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę.
- Dzień dobroci dla zwierząt jeszcze się nie skończył? – Zapytał, pozwalając ściągnąć z siebie bluzkę. Nie uszło uwadze Briana to, jak bardzo dłonie Haydena kleiły się do jego ciała, zdradzając rządze chłopaka.
- Czasami jak coś powiesz, to człowiek ma ochotę się rzucić z dywanu na podłogę. – Skontrował młodszy, zaczynając majstrować przy rozporku Briana, który to przerwał mu tę zabawę, przejmując nieco inicjatywę.
Po ściągnięciu z niego koszulki, zarzucił sobie te chude ramiona na barki, by pozwolić im się objąć wokół szyi. Ich usta w końcu połączyły się w spragnionym pocałunku, zaś dłonie starszego w tym czasie odkryły każdy skrawek nagich, rozgrzanych pleców Lavella. Niespiesznie przeszedł nimi  na pośladki chłopaka, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że praktycznie nie miał okazji, aby je wystarczająco wymacać. Uśmiechnął się zadziornie, przechodząc z nim na pościelone łóżko i jedyne, co zdążył zrobić, to musnąć ustami jego grdykę, po czym ten uciekł spod niego, od razu zmuszając Azjatę do padnięcia na plecy.
Niczym kot przeciągnął się nad nim, a w tej samej chwili jego dłoń schowała się w interesujące ją miejsce. Z pomocą drugiej ręki ściągnął spodnie Briana, które przeszkadzały mu bardziej niż odrobinę. Ustami przeciągnął po mięśniach brzucha swojego faceta, zaś palcami już dobierał się do jego penisa, któremu naprawdę niewiele trzeba było, aby stał się sztywniejszy. Nie było się co dziwić, skoro młode żądze za każdym razem musiały być powstrzymywane z powodu nieodpowiedniej pory dnia, bądź innych przeszkód.
Kang, zadowolony ze śmiałych poczynań chłopaka, ułożył się wygodniej. Podłożył sobie ramiona pod głowę, dzięki czemu mógł dokładnie obserwować każdy ruch Haydena, pomimo panującego półmroku. Mieli wolne, późna godzina na wstępie wykluczyła dzwonienie telefonów, zaś mama Briana po dziesięciogodzinnym locie musiała być wykończona, więc dawno temu zasnęła. Nie robili przecież nic zakazanego, a wręcz ludzkiego, normalnego.
Nadzwyczaj przyjemne mrowienie wystąpiło w żołądku starszego, kiedy to Lavell przyłożył swoje ciepłe usta do jego członka, by, po specjalnie dłuższej, chwili zacząć go cmokać, ssać oraz lizać, niczym w amatorskim pornosie. Dla Briana to było zadowalające, a także jeszcze bardziej pociągające. Przymknął powieki i pozwolił swojemu kochankowi na działanie. Cudowne działanie, przyprawiające go o podniesienie temperatury ciała i wspaniałe mierzwienie tam w dole. Mogłoby się zdawać, że chłopak miał w tym małą wprawę, lecz pytanie skąd? Wyrzucił je z głowy, zaczynając bardziej interesować się kombinatorem, będącym tam w dole, ewidentnie doskonale się bawiącym jego penisem. Przez to przyprawiał go o niepowstrzymane stęknięcia przyjemności, o nierównym oddechu już nie wspominając.
Jak wcześniej było wspomniane, wiele nie trzeba było do zaspokojenia żądz Briana, ze względu na nieplanowany długi czas abstynencji  seksualnej. W ostatniej minucie wpadł na pomysł odwdzięczenia się za te niespodzianki. Bez uprzedzenia złapał Haydena za ramiona i, przerywając mu zabawę członkiem niczym lizakiem, umiejscowił pod sobą. Z głębokim, gardłowym pomrukiem połączył ich usta w pocałunku, w międzyczasie całkowicie rozbierając chłopaka. Sam, dłonią, dokończył to, co przerwał Haydenowi, lecz to było częścią jego planu. Z pomocą naturalnego nawilżacza, kciukiem zaczął kręcić kółeczka wokół odbytu Haydena.
Z lekkim uśmiechem przysunął się na tyle, że połączył czubki ich nosów.
- I tobie należy się rozkosz – Szepnął wprost w jego wargi, które to lubieżnie oblizał. – Szczególnie rozkosz, która wpłynie wyśmienicie na twoje ciało.
Ustami zaczął błądzić po szyi młodszego, w tym czasie powoli i delikatnie bardziej naciskając na wejście Lavella, jednocześnie kontrolował każdy najmniejszy oddech, a także ruch chłopaka. Nie chciał, aby się niepotrzebnie spinał, bądź stresował. W końcu miało to być dla przyjemności. Jedną z dłoni ujął w swoją, chcąc mu w ten sposób odjąć nieco zdenerwowania. W czasie, kiedy na miejscu kciuka umieścił palec wskazujący, powrócił do twarzy ukochanego, by beztrosko patrzeć na jego reakcje.
Przygryzione wargi uświadomiły go, że musi jeszcze chwilę odczekać z włożeniem całego palca, bo już przy połowie te chude ciało całe się spięło. Dla rozluźnienia, począł szeptać mu do ucha wszystkie synonimy rozkoszy, jakie znał.
- Będzie błogo, upojnie, cudownie, niezwykle, rewelacyjnie, zjawiskowo, aż osiągniesz orgazm…
Hayden, już po trzech pierwszych mimowolnie zaczął się uśmiechać, aż przyciągnął tego rozgadanego faceta do siebie i przymknął pocałunkiem, tym samym pozwalając mu okazać swoją wdzięczność. Cały palec w środku przyprawił go o głębokie westchnięcie, a to, co nastąpiło po tym, zaparło dech. Otóż Brian bez problemu odnalazł męski punkt G, jakim jest prostata. Powoli i dokładnie zaczął ją masować, zaś do jego uszu docierały lekkie westchnięcia. Jedna z dłoni Haydena głaskała ramię starszego, a potem plecy, gdy tamten się nachylił, by wycałować każdy skrawek jego szyi oraz pozostawić po sobie widoczny, czerwony ślad, z nadzieją, że pozostanie przez jakiś czas.
Aby nieco urozmaicić doznania młodszego, Kang w drugą dłoń ujął jego nabrzmiałego członka, co dało mu znać, że masaż działa tak, jak powinien. Po paru minutach znaczenia śliną brzucha Lavella, jego oddech przyspieszył, obwieszczając nadchodzący orgazm. Wspomógł go nieco dłonią na penisie, z błyskiem w oku patrząc na wydzielinę, która z niego się wydostała. Szeroko uśmiechnięty zabrał obie dłonie, po czym palcem rozmazał wszystko na kształt serca, końcowo całując ukochanego w usta.
- Szybko. – Podsumował, odgarniając grzywkę z tych pięknych, granatowych oczu.
- Nie krytykuj – Prychnął Hayden, niby złośliwie, lecz z miłością, przyciągnął go do siebie, by rysunek także na nim się odbił.
- Nie robię tego, gnido.
Obaj zaśmiali się cicho i mocno przytulili. Po chwili Hayden sięgnął ręką do lampki, włączając ją. Nieco światła ukazało skotłowaną pościel oraz nieco spocone ciała dwóch mężczyzn. Zgodnie postanowili wziąć jeszcze szybki prysznic i dopiero po nim pójść spać.
Nie byliby sobą, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. Mentalność dzieci wzięła górę i szybki prysznic trwał dwukrotnie dłużej, niż powinien. Nawet włosy zostały umyte, chociaż na liście takiej pozycji nie było. Opanowali swoje chaotyczne dusze po wyjściu z kabiny.
Hayden stanął przed zaparowanym lustrem, które to zaczął przecierać dłonią, gdy Brian okrył go dużym ręcznikiem, po czym mniejszym zaczął wycierać nadmiar wody z włosów. Sprawiało mu to przyjemności, że nie mógł się przestać uśmiechać.
- Brian – Zaczął cicho Lavell sprawiając, że starszy zsunął nieco ręcznik i nawiązał z nim kontakt wzrokowy w lustrzanym odbiciu. – Kim jest Jae?
Kang przeciągnął odpowiedź na parę sekund, wyzbywając się uśmiechu. Zaczął wycierać boki oraz tył głowy chłopaka, tym samym nie patrząc w lustro.
- Moim pierwszym, ale już dawno byłym. – Odparł, po czym tym samym ręcznikiem zaczął przecierać swoją czuprynę.
- Kochałeś go? – Kolejne pytanie.
Kang ostatni raz przeciągnął wilgotnym już materiałem po swoich włosach. Zrzucił go na podłogę i objął młodszego ramionami wokół szyi, zaś swoją klatką piersiową stykał się z jego plecami.
- Patrząc na to z upływem lat stwierdzam, że to było zauroczenie, aniżeli miłość. Obaj byliśmy nastolatkami, to z nim przeżyłem swój pierwszy raz, to on nauczył mnie tego, czego doznałeś dzisiaj. Nie zaprzeczę. – kciukiem głaskał czerwoną plamę, znajdującą się tuż pod grdyką Haydena, jednocześnie intensywnie wpatrując się w ich odbicie. – Ale powiem ci jeszcze jedno, Hayden. Ty jesteś moją pierwszą miłością. Życiową miłością i za żadne skarby nie chcę cię stracić.
Lavell uśmiechnął się lekko, odwracając przodem do Briana, by objąć go najmocniej, jak potrafił. Doskonale wiedział, że mówił prawdę. Cudowną, niepodważalną. Po tych czułościach przegonił starszego, chcąc samemu ogarnąć łazienkę. Uczynił to najszybciej, jak mógł, aby zdążyć przed zaśnięciem tego leniwego faceta.
Udało się. Zdążył. Brian leżał jeszcze na wznak, czekając na młodszego. Hayden złośliwie i żartobliwie, niczym glista przeszedł po nim na swoją stronę, po czym specjalnie zaczął pchać się tyłkiem i barkami na niego, aby zostać przytulonym. Tak stało się po chwili. Dostał także całusa tuż za uchem, przyprawiającego o szybki, zimny dreszcz na plecach. W cieple i bliskości mogli w końcu zasnąć.
- Hayden, śpisz już?
Blisko niezidentyfikowane mruknięcie wydobyło się z ust młodszego.
- Rozmawiałem z mamą i… Wspólnie stwierdziliśmy, że nie możesz mówić do niej po imieniu.
Chłopak rozbudził się i obrócił głowę w stronę starszego na tyle, ile mógł.
- Dlaczego?
- Chce być twoją, naszą mamą.
Parę sekund minęło, nim przyswoił tę informację. Uśmiechnął się znacznie, zacisnął powieki i przekręcił, twarz chowając w klatce piersiowej Briana. Tyle okrutnych myśli przelatywało mu przez głowę, lecz zostały szybko zniwelowane przez bicie serca Kanga.

Ranna pobudka była jedną z najprzyjemniejszych, jakich do tej pory doświadczył. Oczywiście przyczepił się do tego okropnego faceta, dlaczego wcześniej tak cudownie nie był budzony, tylko zrywany z łóżka niczym więzień przez kata. W odpowiedzi dostał tylko wzruszenie ramion oraz wysunięty język.

Wspaniałomyślnie Lavell postanowił przygotować śniadanie, Brian miał mu tylko pomóc, ale nie dość, że obaj utrudniali sobie w tamtej chwili egzystencję, to i biedne śniadanie w postaci czarnej jajecznicy zostało ukarane. Kiedy mama Briana zeszła po kąpieli, ubrana oraz odrobinę umalowana, niemalże patelnią wypędziła ich z kuchni informując, że umrą z głodu w niedalekiej przyszłości, bo na razie ratuje ich szkolna stołówka.

4.16.2017

Od Briana CD Haydena

Spokojna, cicha melodia zaczęła wypływać z głośniczków telefonu obwieszczając , iż wybiła godzina szósta trzydzieści rano i pora wstać. Brian, jeszcze z zamkniętymi powiekami , chciał się przekręcić w stronę budzika, kiedy niemożność ruchu przypomniała mu o obecności Haydena. Na oślep odszukał telefon, wyłączył alarm i odłożył urządzenie z powrotem, aby jeszcze przez chwilę popatrzeć na śpiącego ukochanego, który zamiast na poduszce, spał na ramieniu starszego. Odgarnął jasną grzywkę z oczu Lavella, po czym złożył na jego ustach czuły pocałunek. Powieki młodszego znacznie drgnęły.
- Pobudka śpiochu. – Brian uśmiechnął się lekko, nareszcie mogąc ujrzeć te błękitne oczy. – Musimy wstać, wziąć prysznic, zjeść śniadanie, przetrwać zajęcia i potem mamy resztę dnia dla siebie.
Chłopak zamiast wstać, jeszcze bardziej wtulił się w nagi tors starszego, nie mając najmniejszego zamiaru ruszyć się z ciepłego łóżka. Sam Kang też nie myślał o tym, by gdziekolwiek iść. W końcu miał przy sobie swój ruchomy  generator szczęścia. Po raz kolejny ucałował usta młodszego, ostatecznie zmuszając się do wstania. Nadzwyczaj szybko i bezproblemowo udało mu się wyciągnąć z wyrka Haydena. Powinien to zapisać w kalendarzu i co roku świętować.

Na lekcjach wielu nauczycieli „ucieszyło się” obecnością Briana, a co dopiero Haydena. Nadrobienie zaległości, które narosły do rozmiarów Mount Whitney zajmie im najbliższy miesiąc. Jeśli bez kłótni wezmą się za to razem, może pójdzie szybciej.
Ostatnia godzina dłużyła się niemiłosiernie, przez co dźwięk dzwonka był zwiastunem zbawienia. Lavell zakomunikował Brianowi o przystanku w łazience, w razie gdyby pierwszy znalazł się na obiedzie. W tym czasie Kang podszedł do nauczyciela, by nieco zgłębić historię swoich ocen oraz możliwości ich poprawy. Dopisawszy kolejne terminy w notatniku, wpierw udał się do najbliższej toalety, gdzie spodziewał się zastać chłopaka przed lustrem, standardowo poprawiającego swą lwią grzywę.
Brak obecności, czyli pewnie już dawno czekał na niego z obiadem.
Brak obecności także na stołówce nieco zaniepokoił Briana. Hayden był dużym chłopcem. Pewnie poszedł na chwilę do pokoju, albo do dyrektora, albo innego nauczyciela, może jakiś znajomy go zaczepił na pogaduszki.
Kang zajął strategiczne miejsce, z którego mógł obserwować kto wchodzi i wychodzi ze stołówki. Obiad stygł, a on w tym czasie, jak szpieg, analizował tożsamość każdej osoby przechodzącej mu przed oczyma. Nie był on w tym doskonały, gdyż nie zauważył kiedy ktoś się do niego dosiadł. Spojrzał w błękitne tęczówki, które pojawiły się tuż przed nim. Teraz przypomniał sobie coś, o czym powinien pamiętać, a że zapomniał, to jeszcze bardziej odczuwał brak lavella obok, gdyż musiał mu o tym powiedzieć.
- Widziałeś Haydena? – Zapytał od razu, zaś Harry, widocznie zbity z tropu, uśmiechnął się niepewnie.
- Miło cię widzieć – Odparł po chwili z szerszym uśmiechem, lecz widząc wzrok starszego, odetchnął, zaś szczęście z jego ust zniknęło. – Ostatni raz go widziałem w momencie, kiedy wyszedł z sali dziesięć, może piętnaście, minut temu.
Brian podparł brodę na dłoni czując, jak zaczyna się denerwować. Ufał Haydenowi, ale przez tak długie rozstanie nie mógł teraz znieść momentu, gdy nie widział go przez pięć minut. W końcu wmówił sobie, że prowadzi z kimś ważną rozmowę. Nie uciekł. Nie zrobiłby tego.
Harry przez cały posiłek starał się zwrócić na siebie uwagę starszego, chcąc go także rozśmieszyć, czy nakłonić do dłuższej wymiany zdań, lecz ten odpowiadał mu tylko partykułami. Próby zakończone fiaskiem. Po cichym obiedzie udali się na salę taneczną zdziwieni tym, że w środku tygodnia była ona pusta.
Kang był zawiedziony tym, jak bardzo Harry udawał brak umiejętności tańca. Skoro obiecał, to postanowił mu poświęcić z godzinę, nie więcej. Dzisiaj miał randkę i to ona była priorytetem.
- Ogranicz trochę ruchy rąk, bo wyglądasz, jak pterodaktyl. – Westchnął ciężko, podchodząc do chłopaka. Ujął jego dłonie w swoje i zmniejszył odległość między ich ciałami. – Pokażę ci teraz podstawowy krok do tańca w parze, który jest bardzo uniwersalny. Patrz na nogi.
Obaj pochylili głowy, lecz niebieskooki zaczął czyhać na moment, kiedy Brian będzie nazbyt skupiony. W końcu przypuścił atak na jego usta myśląc, że Azjata nawet nie zdąży zareagować. Mylił się. Otwarta, prawa dłoń Briana przeleciała prawie ze świstem przez jego skroń. Uderzenie było na tyle mocne, aby Harry zachwiał się, łapiąc za obolałe miejsce. Kiedy ogarnął rzeczywistość, spojrzał spod byka na Briana.
- Chciałbyś. – Kang zmrużył oczy, zaś w tej samej sekundzie drzwi do sali otworzyły się, a stanął w nich zaginiony Hayden.
Harry czym prędzej opuścił salę, niemalże taranując po drodze Lavella, który podszedł do swojego chłopaka stojącego przy lustrach.
- Wyglądasz na wściekłego. – Zauważył młodszy przyglądając się, jak Kang podwija rękawy koszuli. – Zrobił ci coś?
- Chciał, ale mu nie wyszło, bo twój facet jest bardzo czujnym oraz wiernym osobnikiem. – Uśmiechnął się na swój własny, oryginalny sposób i złapał Haydena za rękę, robiąc z nim obrót, po czym prawym ramieniem objął go w pasie, zaś palce drugiej dłoni splótł z tymi jego. Oparł czoło o czoło ukochanego, nie przestając się uśmiechać. – Kocham cię, wiesz?
W tej chwili całkowicie zapomniał o gniewie, o zaginięciu Haydena oraz sytuacji sprzed dwóch minut. Przy nim wszystkie nerwy, zmartwienia szły w pizdu. Objął go jeszcze mocniej i z miłością zaczął muskać te słodkie usta, niespiesznie zmieniając pocałunek w bardziej namiętny. Otwarte drzwi nie przeszkadzały im w okazywaniu sobie miłości. Jeśli ktoś chciał – niech patrzy. Może nawet zazdrościć.

 ~ * ~

Restauracja, którą wybrał Hayden, była nieziemska. Wystrój tak bogaty, ze Brian poczuł się nieco biednie. Ich stolik na szczęście nie znajdował się przy ścieżce kelnerów, czy też innych gości wędrujących do toalety, ale nie był też gdzieś bardzo z boku. Było w sam raz. W oczekiwaniu na jedzenie sączyli czerwone wino, jednocześnie rozmawiając ze sobą na wszelkie możliwe tematy.
- Chciałbym poznać kogokolwiek, kto cię wychował – wypalił nagle Brian, w placach kręcąc kielichem z burgundowym napojem. – Miałbym o czym z nimi rozmawiać. Pewnie robili ci masę zdjęć za dzieciaka. Taki mały HayHay.
- HayHay? – Brian na dłuższy moment zamilkł, aby przetworzyć sobie w głowie to, ze jego ukochany z wypowiedzi wyłapał tylko to. - Byle nie pucybut.
- Może wolisz Dennie? Jestem zbyt leniwy, aby ciągle wołać do ciebie Hayden, Hayden, Hayden.
Chłopak wzruszył nieznacznie ramionami, pokazując w niewielkim stopniu swoje zęby.
- Z drugiej strony ja chciałbym poznać twoich rodziców. – Przyznał wpatrując się co starszy wyprawia z winem.
- Co najwyżej mamę. Ojciec zabiłby nas obojga. – Parsknął śmiechem, zakrywając usta dłonią.
Nagle z brzucha Briana wydobył się charakterystyczny dźwięk dla głodnego człowieka. Obaj zacisnęli usta, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu. W końcu to była restauracja, trzeba było się jakoś zachowywać, ale na razie wszystko ich rozśmieszało. W pewnym momencie, kiedy Brian ocierał łzy z kącików oczu, Hayden zesztywniał, wbijając wzrok gdzieś za ramię starszego.
- Muszę do toalety. Zaraz wrócę. – Wypowiedział to tak szybko, jak licytator na aukcji.

Równie prędko odszedł od stołu w kierunku wspomnianej łazienki, odprowadzony wzrokiem zdziwionego Kanga, który z zegarkiem w ręku dał mu trzy minuty na powrót.  


4.08.2017

Od Briana CD Haydena

W tym momencie czuł się, jakby grał w taniej, hiszpańskiej telenoweli. Cień chłopaka, którego kochał, stał przed nim. I płakał. Przepraszał. Sen, czy koszmar? Tak ciężko było odróżnić rzeczywistość od marzeń i pragnień.
Przepraszam.
Dlaczego tak łatwo było mu je mówić, powtarzać, niczym mantrę? Nieszczerość.
Przepraszam, przepraszam, przepraszam…
Zbliżył się do młodszego. Powoli oraz cicho odetchnął, na parę sekund przymykając powieki.
Zamknij się.
Postanowił zrobić coś, czego nigdy nie chciał. Ze względu na Haydena.
Uderzył go w twarz z otwartej dłoni. Nie był to zwyczajne wymierzenie policzka podczas kłótni. Nie kłócili się. Był to sposób na jednoczesne uciszenie chłopaka oraz przywrócenie normalnego toku myślenia. Lavell opuścił głowę, zaś grzywka zakryła częściowo jego twarz. Nadal było słychać pociąganie nosem, a chude ciało nastolatka widocznie drżało. Brian złapał go za ramiona i niemalże przerzucił na swoje łóżko.
Hayden. Nie podobny do tego Haydena, którego zapamiętał Kang, leżał teraz w poprzek na kanarkowej kołdrze, wpatrzony zapłakanymi oczyma w starszego. Brian wszedł na łóżko i pochylił się nad nim.
- Zamknij się? Przez te sześć tygodni zdążyłeś zapomnieć, jak powinieneś się do mnie zwracać? – Zmrużył oczy, dłonie umieszczając po obu stronach jego głowy, by po chwili palcami jednej z nich zacząć ocierać mokre policzki chłopaka. – Nie płacz już.
On odszedł.
- Jestem przy tobie, więc nie masz po co ronić łez. – Ułożył się obok niego i przytulił do swojej klatki piersiowej, niczym dziecko. Dłonią przeczesywał jasne włosy nastolatka. – Kocham cię, wiesz? Cieszę się, że wróciłeś cały. I już mnie nie przepraszaj, bo sklepię ci tyłek, jak powinien któryś z twoich ojców.
Parsknięcie śmiechem poprzez płacz. Zaistniała poprawa.
- Teraz moja kolej na opowiadanie. Masz mnie słuchać. – Oparł brodę na czubku głowy Lavella, przymykając oczy. – Kazałeś mi odejść. Odszedłem. Parę kroków dalej. Leżałeś na trawie, lecz nie sam. Ja też tam byłem. Pilnowałem, obserwowałem i śledziłem, jednak nie udało mi się uchronić ciebie przed wypadkiem. Wiesz, jak bardzo byłem przerażony, kiedy widziałem moment uderzenia? To była najgorsza rzecz, którą widziałem w swoim życiu. Osoba dla mnie ważna, mogła umrzeć w przeciągu kilku minut. W szpitalu skopałem wszystkie ściany, gdy ty leżałeś na sali operacyjnej. Nikt nie dawał ci szans na przeżycie, jednak udało się, lecz szczęście trwało przez kilka sekund. Nadal mogłeś odejść. Zostawić mnie. Powiedziałem sobie wtedy, że jeśli to zrobisz, ożywię cię i osobiście zamorduję. – Odetchnął, z trudem powstrzymując łzy. Na chwilę wpatrzył się w jego zapadnięte policzki, skórę, która straciła swą piękną barwę. – Facet, który cię potrącił był bardziej zainteresowany swoim samochodem, aniżeli stanem zdrowia przypadkowej ofiary. Płaszczyłem się przed nim, specjalnie dla ciebie, Hayden. Chciałem, aby chociaż tobie odpuścił. Weekendami pracuję, wszystkie pieniądze przesyłając temu bęcwałowi, aby tylko się odczepił. Kiedy tylko wróciłem do szkoły, zamiast się uczyć, siedziałem zamknięty w pokoju, nie mając ochoty na spotkania z kimkolwiek, ani nawet na wyjście na dwór. Wszystko tak cholernie mi ciebie przypominało. Tak cholernie tęskniłem. Ile papierosów wypaliłem, alkoholu przez wątrobę przelałem… To wiem tylko ja.
Hayden już tylko pociągał nosem. Brian musnął ustami jego czoło, nos, a potem nieco dłużej usta. Po tym, Lavell niczym speszona nastolatka, schował twarz w torsie starszego. W końcu go przy sobie miał. Mógł przytulić, ucałować, słuchać jego oddechu.
- Może przed spaniem pójdziemy wziąć prysznic, hm? – Zapytał, lecz kiedy przed dłuższą chwilę nie usłyszał odpowiedzi, wszystko okazało się jasne.
Zasnął. Kang uśmiechnął się lekko i odsunął. Rozebrał go prawie do rosołu. Powstrzymując swoje żądze zostawił nastolatka w samych bokserkach. Teraz dopiero zauważył, jak bardzo schudł. Przełożył go na poduszkę i nakrył kołdrą, nim sam się rozebrał i położył obok. Hayden od razu się przytulił, przez co uświadomił Briana, iż był świadom tego, co z nim zrobił, jednocześnie bezczelnie z tego korzystając.
Kochany oszukaniec.

Następnego dnia, rano.

Na zegarku w prawym dolnym rogu ekranu laptopa pojawiła się równa godzina ósma. Lekcje zaczynał dopiero o dziesiątej, więc mógł sobie pozwolić na odrobinę przyjemnej pracy. Kang, siedzący przy biurku tyłem do okna oraz łóżka, był nadzwyczaj zajęty tworzeniem jednocześnie tekstu piosenki oraz podkładu do niej. Robił inaczej, niż większość artystów. Niektórzy mówili na to „od dupy strony”. W uszach miał słuchawki, gdyż chciał, aby Hayden nadal spał. Powinien wszystko odespać. Sam obudził się o szóstej rano. Okrył ukochanego szczelniej kołdrą, a sam naciągnął dresowe spodnie i narzucił bluzę, bez koszulki. Tyle mu wystarczyło.
Pomimo skupienia, w ciemnym odbiciu ekranu zauważył, jak młodszy wstaje z łóżka i podchodzi do niego. Kang wyjął jedną ze słuchawek, nie odwracając się do niego.
- Dzień dobry, śpiochu. – Uśmiechnął się lekko, gdy Hayden objął jego szyję ramionami i oparł na nich podbródek, na równi z twarzą Briana.
Widocznie zmrużył oczy, by po chwili odczytać tekst piosenki widoczny na ekranie:

Stojąc w milczeniu,
Nie masz nic do powiedzenia.
Nie ma dla mnie nowej drogi,
Bo nie widzę przyszłości.

Znajdę sposób na wyjście.

Nie wiemy, gdzie jesteśmy
Wpadliśmy w halucynację.

- Ciekawie brzmi. – Przyznał, prostując się. – Szykujesz to na zajęcia?
Brian skinął głową, po czym zapisał wszystkie zmiany i wyłączył urządzenie.
- Brian… - Specjalnie urwał, aby skupić na sobie uwagę starszego. Ten obrócił się do niego przodem. – Czy my… Jesteśmy, no wiesz. Razem? Że parą.
Kang uśmiechnął się lekko i usadził sobie półnagiego Haydena na kolanach.
- My jesteśmy taką spółką osobową. Nasza działalność opiera się na osobistej więzi wspólników, którymi jesteśmy.
Chłopak spojrzał na starszego, jak na dziwaka.
- Żartujesz sobie ze mnie, tak?
- Zawsze i wszędzie, Hayden.
Nastolatek prychnął, po czym uciekł z jego kolan prosto do łazienki.
Tęskniłem za tobą.
Wparował do pomieszczenia tuż za nim. Złapał go za ręce i zachłannie rzucił się na jego usta. Jakże przyjemne uczucie zagościło w jego sercu, kiedy młodszy oddał pocałunek. Kang specjalnie przedłużał przyjemność, aż doprowadził do tego, że Hayden stracił oddech.
- Jesteś mój, nikogo więcej. Jeśli chcesz, to możemy nawet chodzić za ręce, ale bardziej preferuję trzymanie za pośladek.
Oczywiście nie bał się tego zademonstrować. Lavell w odpowiedzi zassał się na grdyce swojego ukochanego, dłonie zsuwając po jego plecach.
- A teraz, zdemoralizowany tworze wyjdź, bo chcę wziąć prysznic. – Odsunął się od Briana, zaś ten nie odpuścił, ponownie łapiąc go w swoje ramiona.
- Skorzystajmy z niego razem. Oszczędzimy i czas, i wodę. – Starszy poruszył wymownie brwiami, lecz widząc spojrzenie Haydena, przeczesał jego włosy ze zrozumieniem w oczach. – Spokojnie, piękny. Nie zrobię nic, czego nie będziesz chciał.
Zgodził się. Szczęśliwy, jak nigdy Brian zamknął drzwi od łazienki, a wróciwszy przed młodszego, pozwolił mu ściągnąć z siebie bluzę. Robił to tak niepewnie, że nie mógł się przestać uśmiechać, przez co doprowadził jego twarz do czerwoności.

~ * ~

Hayden siedział po turecku na pościelonym łóżku obserwując, jak Brian zapina guziki na mankietach białej koszuli, z małymi, czarnymi karykaturami kruków, bądź mew.
- Przyniosę ci śniadanie, które masz zjeść, bo inaczej złoję twoją dupę tak, że cała akademia będzie słyszała krzyki bólu. – Wciągnął brzuch i zaczął wsuwać koszulę w ciemne spodnie, nie spuszczając wzroku z młodszego, który zrobił głupią minę. – Bo ci tak zostanie. Zamknę cię w pokoju dla dobra mojego, twojego i innych. Masz grzecznie siedzieć i nie ewakuować się przez okno. Jeśli tak zrobisz, zgwałcę cię.
Sięgnął po zegarek leżący na szafce obok łóżka i po drodze musnął jego czoło z nadzwyczaj miłym uśmiechem.
- Nie możesz mnie tutaj zamknąć! – Oburzył się, a po groźnym spojrzeniu starszego odchrząknął, aby ponownie nie unieść głosu. – Co ja będę robił przez ten czas? Zamknij mnie chociaż w moim pokoju.
- Możesz skorzystać z mojego laptopa. Hasło to dokładna data moich urodzin. – Widząc błysk w oczach młodszego uśmiechnął się lekko. – Nie podejrzysz piosenek, bo są zastrzeżone innym hasłem. – Przesunął drzwi szafy i wyciągnął z niego swoją czarną gitarę i wcisnął ją w dłonie chłopaka. – To jest Jane. Jane, Hayden. Nie pogryźcie się.

Parę godzin później.

Metoda na uczynnego chłopca zadziałała. Kucharka pozwoliła mu wyjść z dwoma talerzami pełnymi jedzenia. Mięso, ziemniaki, trzy rodzaje surówek. W planach miał utuczenie chłopaka, bo wyglądał niczym kobyła przeznaczona na rzeź. Otworzywszy drzwi jedną ręką, szerzej otworzył je za pomocą kopnięcia. W momencie, kiedy ujrzał Haydena na łóżku, jedna z poduszek przeleciała nad jego głową, na korytarz. Drgnęła mu brew. Plecami zamknął drzwi i odstawił tacę z jedzeniem na biurko, zaś młodszy tak szybko ulotnił się do łazienki, że świst poszedł. Brian doskoczył do nich i złapał za klamkę. Zaczęła się szarpanina o wejście oraz przetrwanie.
- Otwieraj te drzwi gówniarzu – Warknął cicho, zaczynając się już zastanawiać, w jakiej pozycji przetrąci mu cztery litery.
- Brian! Ja nie chciałem! Nie wiedziałem, że przyjdziesz z jedzeniem! To miała być zabawa! – Chłopak ewidentnie zapierał się nogami o framugi, byle drzwi nie zostały otwarte. – Wyjdę, tylko mnie nie bij!
Odpuścił, czekając. Lavell po paru sekundach najpierw wysunął nos, a potem śmignął na łóżko, aby tylko uniknąć rąk oraz nóg starszego. Oczywistym było to, że Brian tylko mu groził. Nie byłby w stanie podnieść na niego ręki, nie licząc dnia wczorajszego.
- Za dużo tego, nie zjem tyle… - Zamarudził, gdy dostał talerz w dłonie.
Kang zajął miejsce obok niego i westchnął ciężko. Czuł się niemalże, jak ojciec.
- Zjedz, ile dasz radę.
To była najgorsza odpowiedź, jakiej mógł udzielić. Chłopak nadziugał tylko w tym jedzeniu, a zniknęło tyle, co jeden widelec. Odłożył swoje resztki i zabrał Haydenowi z dłoni sztuciec, aby za jego pomocą zacząć karmić dzieciaka. Na szczęście bez słowa zrzędzenia brał do ust wszystko, co Brian mu podawał.
- Czytałem, że nie chciałeś jeść i strasznie za mną tęskniłeś.
- Czytałeś?! – Spojrzał na niego zaskoczony, dłońmi łapiąc ziemniaki wypadające z ust.
- Nie przerywaj mi i siedź cicho, kiedy jesz. – Zmrużył oczy, wciskając mu tym razem surówkę. – Wybaczyłem ci, nadal jesteśmy razem, kocham cię. Nie spodziewałeś się tego. Zamiast poprosić kolegę o kontakt do mnie, wolałeś, aby stał się szpiegiem. Zrozum wreszcie, że życie mogę sobie ułożyć tylko z tobą, ale ty też musisz tego chcieć, inaczej dalej będziemy sobie wzajemnie podcinać nogi. – Ostatni ziemniak i talerz był pusty. – Widzisz, zjadłeś.
Postawił go pod swoim i ujął dłoń Haydena, by podnieść go z łóżka. Razem opuścili pokój, w ciszy przemierzali korytarz, póki nie stanęli przed pokojem numer jeden. Wyciągnął klucz, który był podpięty do jego i otworzył drzwi. Przepuścił młodszego, wchodząc zaraz za nim.
- Co tydzień tutaj sprzątałem. – Przytulił się do jego pleców, ustami muskając kark. – Wiedziałem, że do mnie wrócisz.
Chłopak stał nieruchomo, aż Brian wyczuł, że jego ciało zadrżało. Stanął przed nim i ujrzał, jak łzy spływają po bladych policzkach.
- O mamo – Zaśmiał się, przytulając nastolatka do siebie. Zaczął lekko bujać się na boki, zaczynając cicho nucić melodię. Hayden objął go nadzwyczaj mocno. – No już, nie płacz. Zobacz, co dla ciebie mam.
Podszedł do biurka i wziął z niego podwójną, zamykaną ramkę. Podał mu ją czekając, aż otworzy. Hayden wpierw otarł łzy, dłonie, by w końcu otworzyć prezent. Tak szerokiego uśmiechu chyba jeszcze nigdy nie widział.
- To jedno z moich lepszych zdjęć, gdzie włosy mają normalny kolor. – Zajrzał od góry, uśmiechając się przy tym, gdy niespodziewanie Lavell rzucił mu się na szyję.
- Kocham cię. – Szepnął, tym samym oblewając serce Kanga ciepłem, którego mu niemiłosiernie brakowało.
Starszy mocno objął ukochanego, by po paru sekundach wydać okrzyk przypomnienia sobie czegoś. Wyciągnął telefon z tylnej kieszeni spodni i podsunął pod nos młodszemu.
- Dzisiaj rano zrobiłem te zdjęcie. – Odparł, zaraz palcem przesuwając na odpowiedni obraz. – Zobacz, jak ci się paszcza otwiera.
- Brian! Usuń to! – Chciał mu zabrać urządzenie, lecz starszy zdążył uciec na drugą stronę kanapy oraz pokazać mu język. – Brian!
- To będzie moja tapeta. – Uśmiechnął się zadziornie, po czym złapał młodszego, który właśnie do niego podbiegł. – Przebierz się. Zabieram cię do fryzjera, bo wyglądasz jak pół dupy zza krzaka. Ja jestem umówiony na odświeżenie koloru. – Wzrok Haydena nie był zbyt przychylny temu pomysłowi. – Spokojnie. Grzywka przetrwa.
Już godzinę później znajdowali się u znajomego fryzjera Kanadyjczyka, który podczas golenia boków Lavella, zachwalał jego lwią grzywę. W tym samym czasie Kang siedział na fotelu z farbą na włosach i kręcił się w kółko, jak dzieciak.
Młodszy wszystko widział w wielkim, naściennym lustrze.
- Mnie każesz spoważnieć, a sam zachowujesz się, jak rozpieszczony bachor z ADHD.
Zatrzymał szaleńcze obroty i splótł razem palce swoich dłoni, a następnie uśmiechnął się wrednie.
- Ogolić go na łyso.
- Nic nie mówiłem! – Hayden w obronie starał się zakryć swoje ukochane włosy dłońmi, jednocześnie mając wielką ochotę zabić swojego własnego faceta życia.
Po przyjemnej wizycie u fryzjera wybrali się na spacer do pobliskiego skweru. Ptaki ukryte w koronach drzew rozmawiały ze sobą, tworząc przyjemną dla uszu melodię. Szli wybetonowanym chodnikiem za ręce w ciszy. Czasami słowa były zbędne, bo wystarczyło, że druga osoba znajdowała się obok.
Wtem Brian zatrzymał się niespodziewanie. Puścił dłoń Haydena i nawiązał z nim kontakt wzrokowy. Żadnego uśmiechu, błysku w oku, nieco przeraziło młodszego. Nim zdążył otworzyć usta, Kang zrobił to wcześniej.

- Kiedy znowu zamierzasz uciec?