8.19.2017

Od Liama CD Oshee

Była dziś sobota dlatego pojechałem do Kat. Poznałem jej przyjaciółkę Lucy, która będzie jej druhną na naszym ślubie...jeśli do niego dojdzie.
Lucy była piękną dziewczyną o jasno brązowych włosach z nielicznymi pasemkami w kolorze blond. Oczy dziewczyny były koloru niebieskiego. Czułem jak coś mnie do niej ciągnie. Udało mi się to jednak opanować. Wieczorem Kat musiała pojechać do pracy i zostałem sam z Lucy.
-Może się lepiej poznamy? - Zaproponowałem.
-Chętnie. - Dziewczyna zbliżyła się do mnie na taką odległość, że nasze ciała się stylały.
-Co robisz? - Stałem w bezruchu. Nasze twarze dzieliło dosłownie kilkanaście centymetrów.
-Poznaję Cię. - Wyszeptała i wpiła się w moje usta.
Mogłem to przerwać to teraz, w tej chwili ale nie potrafiłem...a raczej nie chciałem. Objąłem ją i podstadziłem tak, że jej nogi były na boich biodrach podtrzymywane przez moje dłonie. Lucy wsadziła dłonie w moje włosy. W takiej pozycji poszliśmy do najbliższej sypialni.

~~~~~~~KILKA GODZIN PÓŹNIEJ~~~~~~~

Lucy leżała na łóżku wtulona w mój tors. Oboje byliśmy nadzy. Zdałem sobie sprawę, że nie mogę wziąść ślubu z Kat. Po prostu nie jestem w stanie być z jedną dziewczyną w stałym związku.
-Kat niedługo wróci. - Powiedziała dziewczyna nie zmieniając pozycji. -Co jej powiemy?
-Nic. Zerwę z nią. Nie mogę wziąść z nią ślubu bo nie potrafie być w stałym związku. - Wyjaśniłem.
Usłyszeliśmy dźwięk otwierających się drzwi. Pewnie Kat wróciła wcześniej. Szybko zaczęliśmy się ubierać. Jednak nie zdążyliśmy bo Kat weszła do środka.
-Czy wy... - Nie mogła dokończyć zdania.
-Tak. - Potwierdziłem to co chciała powiedzieć. -Wybacz ale zrywam zaręczyny. Nie potrafię być w stałym związku.
Kat tylko zdjęła pierścionek zaręczynowy i rzuciła nim we mnie.
-Wynoście się oboje! - Krzyknęła łamiącym się głosem.
Dokończyliśmy się ubierać i wyszliśmy.

~~~~~~~~~DWA DNI PÓŹNIEJ~~~~~~~~~

Na przerwie wyszedłem na zewnątrz. Zauważyłem ciemnowłosą dziewczynę rozglądającą się, jakby kogoś szukała. Jej wzrok zatrzymał się na mnie. Bez wahania podeszła do mnie.
-Ty jesteś Liam De Vil? - Odezwała się.
-Tak, to ja. - Przytaknąłem.
-Nazywam się Nicole Grey. Wiem, że będzie Ci w to trudno uwieżyć ale jestem twoją starszą siostrą. - Mówiła to tak spokojnie jakby to już ćwiczyła setki razy.
-Co? - Nie ukrywałem zdziwienia. -Ja nie mam rodzeństwa.
-Masz mnie. Zostałam oddana do domu dziecka bo ojciec nie chciał córki tylko syna.
-Jak śmiesz mówić tak o moim ojcu? - Teraz to przegięła. -Nie jesteś moją siostrą i skończyłem z tobą rozmowę.
Szybkim krokiem wszedłem do budynku zostawiając dziewczynę za sobą. Byłem zdenerwowany po tym co mi powiedziała. Jak ona śmie tak obrażać ojca. Szedłem prosto przed siebie korytarzem nie patrząc na nic. W końcu na kogoś wpadłem. To musiało się tak skończyć.
-Patrz jak chodzisz. - Wiedziałem, że to moja wina ale nie zamierzałem tego przyznawać.
- Sorry, moja wina. Nie patrzyłam gdzie idę. - Powiedziała dziewczyna, którą potrąciłem łapiąc się za głowę i coś podnosząc z podłogi.
-Następnym razem postaraj się patrzeć. - Mój ton brzmiał oschle.
-Może Ci to jakoś wynagrodzę? Co powiesz na kawę? - Na jej twarzy pojawił się nikły uśmiech.
-Ok.
Poszliśmy do stołówki gdzie dziewczyna kupiła mi i sobie kawę.
-Jestem Oshee. - Przedstawiła się.
-Liam. - Wziąłem swoją kawę.
-Zły dzień? - Podjęła rozmowę.
-I to jeszcze jak ale nie chcę o tym gadać. - Wziąłem mały łyk jeszcze gorącej kawy.
Przyjżałem się tej dziewczynie. Była szczupła o średnim wzroście. Miała brązowo-rude włosy opadające na ramiona, lekko falowane. Karnację wyjątkowo jasną. Oczy miała złoto-piwne. Jednym słowem była ładna. Miała też orginalne imię.
-Nowa? - Jakoś byłem oszczędny w słowach, pewnie przez ten incydent z tamtą dziewczyną.
(Oshee?)

Od Louisa CD Sibil

Nadszedł dzień na przedstawianie prezentacji. Siedziałem już pod salą czekając na lelcję. Zastanawiałem się czy Sibil przyjdzie. Może nie jest już z nią tak źle. Jak na zawołanie się zjawiła.
-Hej. - Powiedziała.
-Hej, gotowa? - Kiwnęła głową, że tak.
No i świetnie. Po dzwonku weszliśmy do sali. Każdy kolejno przedstawiał swoje prezentacje. My byliśmy na samym końcu. Dostaliśmy po szóstce. Po tym jak nauczyciel powiedział nam oceny Sibil zemdlała. W sali zapanowała nerwowa sytuacja. Jako, że byłem najbliżej to znawiłem się przy niej najszybciej. Położyłem dłoń na jej czoło. Było gorące.
-Ma gorączkę. Zabiorę ją do pokoju. - Powiedziałem do pana Withlocka.
-Dobrze i zajmij się nią. Masz ode mnie zwolnienie na resztę lekcji. - Zadecydował. -Poinformuj mnie potem o jej stanie.
Kiwnąłem na znak, że rozumiem i zabrałem Sibil do pokoju. Położyłem ją na łóżku i zabrałem się za przygotowanie zimnego okładu na czoło. Gotowy okład położyłem na jej rozpalonym czole po czym poszedłem po pielęgniarkę. Razem z nią wróciłem do Sibil. Pielęgniarka ją zbadała i podłączyła kroplówkę. O stanie Sibil powiadomiłem pana Withlocka i jej koleżankę Ericę, która od razu popędziła by ją zobaczyć. Musiały być sobie bliskie skoro tak się tym przejęła. Dołączyłem do niej.
-Co się stało? - Jej głos drgał z przejęcia.
-Zemdlała na angielskim po przedstawieniu projektu. Była cała rozpalona. Pielęgniarka powiedziała, że za kilka dni wyjdzie z tego. - Powiedziałem to co sam wiedziałem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Minęły już dwa dni od zemdlenia Sibil a ona jeszcze się nie ocknęła.
Po lekcjach znalazłem chwilkę by ją odwiedzić. Na miejscu była Erica. Usiadłem obok niej.
-Dalej nic? - Spojrzałem na nią.
Zaprzeczyła. Musiała tu chyba siedzieć przez cały czas. Zauważyłem, że ma podkrążone oczy od niewyspania. Czym ona się tak przejmuje? Przecież to zwykła strata przytomności a nie zawał serca.
-Hej wam. - Usłyszeliśmy cichy głos. Była to Sibil.
-Sib, nareszcie się ocknęłaś. Dwa dni byłaś nieprzytomna pod kroplówką. Czemu nie powiedziałaś, że się tak źle czujesz? - Wypaliła przejęta Erica z nutą szczęscia spowodowaną odzyskaniem przytomności przez Sibil.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Po kilku godzinach za naciskiem Eri poszedłem sprawdzić co u Sibil. Nie chciało mi się iść ale gdybym nie poszedł do Erica by mi cały czas nudziła, do upadłego.
Siedzieliśmy w ciszy.
-Jak się czujesz? - Przerwałem tą ciszę.
-Już wszystko jest dobrze. Przyniósłbyś mi zeszyty, żebym mogła nadrobić zaległości?
-Jase.
Poszedłem do pokoju po zeszyty. Wziąłem wszyatkie wracając z nimi do Sibil. Sib miała już wszystko przygotowane na łóżku, gdzie położyłem też moje zeszyty.
-Dzięki. - Sięgnęła po pierwszy zeszyt.
Nie chciałem jej przeszkadzać dlatego wyszedłem.

~~~~~~~~~TYDZIEŃ PÓŹNIEJ~~~~~~~~~

Minął już tydzień od tego pamiętnego zdarzenia. Jak co dzień rano zjadłem śniadanie, wymyłem zęby, ubrałem się i ułożyłem fryzurę. Po wszystkim poszedłem na lekcje. Sib minąłem tylko raz.
Dziś na zajęciach z wokalu śpiewaliśmy piosenki gwiazd, których tekst został przetłumaczony w Translatorze. To była naprawdę świetna zabawa. Teksty były zabawne i nie było piosenki by się ktoś nie śmiał. Oby takie zabawy były częściej i nie tylko na tych zajęciach.
Po zajęciach udało mi się złapać Sibil.
-Co powiesz na wypad do kina dziś? - Zapytałem.
(Sibil?)

8.18.2017

Od Oshee

Siedzę tu już piętnaście minut i czuję każdą upływającą polowi sekundę, zaraz nie wytrzymam. Nie mam pojęcia dlaczego zawsze jest tak, że dłuży się czas gdy robimy lub uczestniczymy w czymś co nas kompletnie nie interesuje. Mam serdecznie dość słuchania historycznych bajek o wojnach i królach. Powoli położyłam się na ławce. Na szczęście Pani  Ambrosia Morgan była tak przejęta lekcją którą prowadziła, że kompletnie nie zauważyła tego, że wyciągam z mojej torby szkicownik. Niezgrabnie wyciągnęłam automatyczny ołówek z mojego lekko zniszczonego piórnika i zaczęłam nim rysować po kartce. Byłam tak zajęta gryzmoleniem w dzienniczku, że zapomniałam gdzie jestem i tym samym wpakowałam się w kłopoty. Z uwielbieniem patrząc się w kartkę lekko przygryzałam długopis który trzymałam w prawej dłoni. W tej chwili nie liczyło się nic innego, byłam ja, kartka i narzędzie rysujące. Tak jakbym była sama na sali, zero ludzi, zero szeptów. Nie zwróciłam uwagi na to, że historyczka do mnie podeszła.

Znalezione obrazy dla zapytania rysunek smoka w szkicowniku
- Panienko Moongernstern, wydaje mi się, ze na dzisiejszej lekcji nie rozmawiamy o grzybach i krasnoludkach, czyż nie ? - na sali rozległ się niewielki chichot ludzi siedzących na około mnie. Tylko jeden się nie śmiał, kątem oka zerknęłam na niego - on tylko trochę się zmarszczył, popatrzył przed siebie i lekko się uśmiechnął.
- Nie byłabym tego pewna, zważywszy na to, że niektórzy w tej sali mają własnie IQ poniżej IQ  krasnoludów. - warknęłam cicho spuszczając wzrok. Nauczycielka tego widocznie nie usłyszała, bo nie zwróciła mi uwagi na moją lekko bezczelną wypowiedź.
 - Oddaj mi proszę swój szkicownik, dostaniesz go po lekcjach jeśli będziesz przez następne dwadzieścia minut słuchać tego o czym mówię. - po czym popatrzyła na mnie z powagą
Dałam jej to o co mnie poprosiła. Oparłam następnie brodę na dłoniach i patrzyłam się w prost na tablicę. 

Kilka minut później 
Dźwięk dzwonka natychmiast podniósł uczniów z krzeseł. Ja powoli spakowałam swoje rzeczy i podążyłam w stronę biurka historyczki. Czekałam z boku, nauczycielka w tej chwili rozmawiała przez telefon, a ja musiałam czekać i słuchać. Gdy skończyła otworzyła szufladę. Szperając w niej chwilę, szybkim ruchem wyciągnęła moją własność i położyła na blacie.
- Następnym razem go tak szybko nie odzyskasz. Zajmij się na drugi raz lekcją a nie szkicowaniem i lekceważeniem mnie i lekcji. - powiedziała oschle ale w spokojnym tonie
- Przepraszam. - wzięłam szkicownik - Do widzenia. - odwróciłam się na pięcie i pognałam szybkim krokiem do wyjścia. Gdy przechodziłam przez drzwi jeszcze raz odwróciłam się w stronę nauczycielki i nie patrząc na tłok w korytarzu wpadłam na ucznia.
- Sorry, moja wina. Nie patrzyłam gdzie idę. - złapałam się za głowę i powoli schyliłam się po "dziennik" który wyleciał mi z rąk.

<Halo Ktosiu?>

Od Farry CD Klary

Notowała coś w swoim zeszycie a tylko siedziałam myśląc kiedy ten koszmar się skończy.
-Dobra, co bylo potem... - Oderwała długopis od kartki. -Może powinnyśmy opisać miejsca, w ktorych byliśmy. To powinno być najłatwiejsze.
-Ok. - Powiedziałam od niechcenia wzruszając przy tym ramionami. -Jak sobie chcesz.
-Cieszę, się że jesteś taka pomocna. - Zakpiła.
Nie chciało mi się nawet na nią złościć przez to siedzenie tutaj dlatego tylko na nią spojrzałam i pokręciłam głową.
-To...pamiętasz pierwsze miejsce w jakim byłyśmy?
Hmm...czy pamiętam pierwsze miejsce? No nie bardzo.
-Chyba jakaś katedra czy skocznia. - Co do tego nie byłam pewna. Jedyne miejsce, które dobrze zapamiętałam z tej wycieczki to była galeria...no i hotel, czyli dwa miejsca a nie jedno.
-Ok. - Znów zaczęła coś pisać.
-Może już skończmy na dziś i resztę zrobimy jutro. - Nie miałam ochoty siedzieć tu choćby sekundę dłużej.
-Niech Ci będzie. - Westchnęła.
Zabrałam swoją torbę i jak najszybciej wyszłam z tej świetlicy zostawiając Klarę samą. Skierowałam się do garażu skąd pojechałam samochodem do restauracji na kolację. Na miejscu spotkałam znajomego, którego dawno nie widziałam. Nawet się go tu nie spodziewałam. Skoro już się spotkaliśmy to kolację zjedliśmy razem. Opowiadaliśmy sobie nawzajem co się w naszym życiu zmieniło od ostatniego spotkania, a trochę tego było. Zasiedziałam się z nim do późnej nocy. W akademiku byłam ok. 2 w nocy.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rano ledwo co wyszłam z pokoju natknęłam się na Klarę.
-Dziś o 17:00 dokończymy to zadanie w świetlicy. - Powiedziała.
-Ok. - Wyminęłam ją i poszłam dalej.
Nie miałam najmniejszej ochoty przechodzić przez to samo jeszcze raz. Po co jej ja skoro sama wszystko dobrze wie? Przecież może zrobić zadanie i powiedzieć nauczycielowi, że robiła je ze mną i po kłopocie. Nikt by się nawet nie dowiedział, że w rzeczywistości było inaczej. Na pewno nie jest aż taka świenta, że nie chce okłamywać ludzi. Kto w tych czasach nie kłamie.
(Klara?)

8.17.2017

Od Sibil cd Louise

Obudziłam się koło ósmej rano. Wzięłam prysznic, ubrałam się wzięłam torbę i poszłam po coś do jedzenia. Na stołówce byłam już po pięciu minutach. Wzięłam sobie śniadanie, zjadłam i poszłam pod sale. Co jakiś czas piłam antybiotyk.
- Hej. - powiedziałam do Louisa
- Hej, gotowa jesteś. - kiwnęłam na tak. Akurat będzie angielski. Po tej lekcji albo i po prezentacji wracam do pokoju.
Weszliśmy do sali, po kolei każda para przedstawiała swoje prace.
***
Przedstawiliśmy swoja prace, usłyszałam, że mamy po szóstce i straciłam kontakt z rzeczywistością.
Obudziłam się u siebie w pokoju, był półmrok, więc mogłam wszystko widzieć. Koło mnie siedziała Erica I Louis.
- Hej wam. - powiedziałam słabo
- Sib, ocknęłaś się, spałaś dwa dni. Straciłaś przytomność. Czemu nic nie powiedziałaś, że się tak źle czujesz. - mówiła z przejęciem E.
- Nic mi nie jest odpocznę i będzie wszystko w porządku. - położyłam się na drugim boku, Lou spał. Zamknęłam oczy zasnęłam.

Kilka godzin później

Lou siedział obok mnie, patrzyłam na niego. Podniosłam się i nie odezwałam, bo co mam powiedzieć.
- Sibil jak się czujesz? - spytał
- W porządku już jest. Przyniesiesz mi zeszyty odrobię lekcje. - powiedziałam patrząc na niego. Poszedł. Wstałam i wzięłam swoje książki i zeszyty, gdy miałam już wszystko ma łóżku oraz piórnik siadam z powrotem. Lou wszedł, a wraz z nim zeszyty.

Tydzień później

Wstałam przed siódma rano, zrobiła porządki. Wzięłam prysznic, ubrałam się, ułożyłam włosy, umalowałam oraz wzięłam dodatki i buty. Zapakowałam torbę i poszłam, przednio zamykając pokój. Wleciałam na stołówkę jak burza, wzięłam sobie śniadanie i siadam w jakiejś pierwszej lepiej ławce. Jedzenie przerwał mi ktoś.
- To moje miejsce. - powiedziałam jak mniemam chłopak
- Mogę się przesunąć i będziesz miał swoje miejsce. Najpierw powinieneś powiedzieć coś innego. - powiedziałam i jadłam dalej.
- Ugh, czy mogłabyś się przesunąć. - powiedział z lekkim wkurwem.
Przesunęłam się i on siadł. Zerkałam na niego. On to zauważył.
- Co tak zerkasz. - powiedziałam patrząc na mnie
- Ty jesteś Oscar tak? - przyglądałam się mu.
- Nie ładnie tak się perfidnie gapić. Tak mam na imię Oscar, ty jesteś Sibil. Chodzimy razem na fotografie. - uśmiechnęłam się do niego.
- Widzimy się na fotografii. - wzięłam tace, odniosłam ja i poszłam na zajęcia.
Zajęcia minęły w miarę szybko. Minęło Lou tylko mu pomachałam i poszłam na zajęcia fotograficzne. Siedzieliśmy w kółku, bo pani coś wymyśliła i na nią czekaliśmy. Wszyscy dostaliśmy zdjęcia kogoś z kółka, mamy coś o tej osobie powiedzieć i być z nią w parze. Jak przyniesiemy do niej ma ją zwalić z nóg. No to będzie krótkie.
- Sibil, kto ci się wylosował, powiesz parę słów o tej osobie. - powiedziała Pani M.
- Wylosował mi się Oscar. To może tak Oskar ma śliczne loki, do tego czasem zdarza mu się farbować, ma parę drobnych tatuaży, jest wysoki. Ma tak jakoś 182 cm. Z charakteru to wydaje się taka osoba, która ma zasady i się ich trzyma. Prócz nich jest taka osoba, której towarzyszy muzyka. Aby niekiedy uciec, od rzeczywistości czyta książki. Zapewne jego rodzice są idealna para szczęśliwych osób, jak i rodziców. Oscar jest Włochem, lecz nie przypomina rodziców. Jego zainteresowania to sztuka, pisarstwo i fotografia. Ma pewnie jeszcze parę tajemnic to czyni go unikalna osoba. - skończyłam opowiadać, a cała reszta się na mnie patrzyła.
- Skąd to wszystko wiesz, to tylko zdjęcie. - powiedział Oscar, spoglądając na mnie podejrzliwie.
- Sibil umie wiele ze zdjęcia wyczytać. To czyni ją jakże interesującą. - powiedziałam Pani.
- Jeszcze jest przystojny i jakże pozwalający. - zachichotałam, patrząc na dziewczyny, śliniące się.
- Dobrze teraz Oscar, kto ci się trafił i co powiesz o tej osobie. - powiedziała Pani.

Oscar? Louise?

8.15.2017

Od Louisa CD Sibil

"To spoko." - Tylko tyle od niej usłyszałem. Szczerze spodziewałem się czegoś więcej, sam nie wiem czego ale na pewno nie samego "to spoko". Najzwyczajniej w świecie mnie zignorowała i poszła do swojej koleżanki. Nie mając co robić usiadłem na ławce i wyjąłem telefon. Po dzwonku byłem pierwszy pod salą. Teraz był język angielski, który lubię, zresztą jak tu nie lubieć języka, którym się posługuję od dziecka. Usiadłem w ostatniej ławce w środkowym rzędzie. Sibil siedziała dwie ławki przede mną, a moja stara "przyjaciółka" Chole na samym przodzie. Lekcja mijała spokojnie. Obyło się bez pytania co mnie ucieszyło.
Po lekcjach poszedłem się przebrać, w strój sportowy. W drodze z pokoju do siłowni natknąłem się na Sibil, która mi pomachała. Odwzajemniłem jej gest, dodatkowo się uśmiechnąłem. Na siłowni robiłem to co zwykle, czyli: ciężary, bieżnia, pąpki, brzuszki, rowerek, rozciąganie i kilka dodatkowych ćwiczeń. Po 2 godzinach i 30 minutach wróciłem do pokoju od razu biorąc prysznic. Ledwo co wyszedłem spod prysznica to dostałem SMS-a. Był od brata Sibil Damona. Razem ze Stefanem wybierali się na miasto i zapraszali mnie bym do nich dołączył. Odpisałem im że przyjdę. Ubrałem się szybko i wyszedłem. Razem z chłopakami poszliśmy do knajpki na piwo i coś do zjedzenia. Los chciał, że była też tam Sibil z koleżanką.
-Hej, co was tu sprowadza? - Odezwała się Sibil poprzedzając to łykiem soku.
-Tak przyszliśmy się rozerwać. - Głos zabrał Damon.
Cała nasza trójka zamówiła sobie po piwie i cheesburgerze. Nasze posiłki skończyliśmy wcześniej niż dziewczyny dlatego też wyszliśmy wcześniej niż one. Poszliśmy jeszcze na bilarda, a potem karzdy do swoich domów, w moim przypadku to do pokoju w akademiku.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rano będąc na jednym z wielu korytarzy Akademii telefon mi zawibrował w kierzeni co oznaczało SMS-a. Wyjąłem go by zobaczyć od kogo to. Napisała Sibil, że źle się czuje, i że jej dziś nie będzie. Ciekawe co jej jest.
Na jednej z przerw postanowiłem ją odwiedzić.  Dobijałem się do chwili, aż mi otworzyła.
-Witam, o co chodzi? - Wpóściła mnie i od razu się położyła.
-Hej, przeczytałem wiadomość od Ciebie. Jak się czujesz? - Koło łóżka zauważyłem koc, ktory zabrałem i ją nim przykryłem.
-Średnio, ale do jutra powinnam wydobrzeć. - Jej głos brzmiał tak cicho jakby miała zaraz zasnąć.
Po chwili ciszy sprawdziłem czy śpi, spała. Zabrałem plecak i cicho wyszedłem idąc szybko na kolejną lekcję. Mam nadzieję, że szybko wydobrzeje bo nie chcę sam przedstawiać tego projektu, za dużo czytania.
(Sibil?)

8.14.2017

Od Haydena CD Briana

Niesamowite, jak bardzo człowiek może tęsknić. 

Leżąc w łóżku chłopaka, ciężko było mi oprzeć się wrażeniu, że go tutaj nie ma. Pościel, chociaż dopiero co zmieniana zdążyła przesiąknąć zapachem chłopaka, uświadamiając mi dobitniej, jak bardzo go potrzebuję. Ostatni raz przekręciłem się na drugi bok, w głowie odtwarzając kojący śpiew ukochanego chłopaka. Ciężko było mi zrozumieć fakt, że rozstaliśmy się po raz kolejny, a wszystko we mnie niemal krzyczało, że o czymś nie wiem, a cały wyjazd Briana, zwyczajnie się źle skończy. Złapałem zachłannie dłońmi poduszkę i ostatni raz przekręciłem się na drugą stronę, oddając się ciemności i wszechogarniającej ciszy.
~*~
Niesamowite jak trudna może okazać się egzystencja bez jednej osoby u boku. Tak wiele zmian w nasze życie wprowadza fakt, że u naszego boku jest ta osoba, która szarej rzeczywistości nadaje największy sens i najpiękniejsze barwy.
Bez Briana i w pełni świadomy jego nieobecności, czułem się pusty. Po tak długiej rozłące naprawdę, ponad wszystko chciałem mieć go dla siebie, a nie po raz kolejny liczyć się z faktem, że jest tak daleko. Pierwsze objawy samotności udało mi się odczuć przy śniadaniu kiedy to ze szklanką soku przysłuchiwałem się rozmowie znajomych osób oczekując pytania, które padło z ust czarnowłosego chłopaka.
- A gdzie Brian? - zerknąłem na niego kątem oka, odwracając uwagę od pomarańczowej cieczy. No właśnie, dobre pytanie... Skąd miałem wiedzieć gdzie był Brian? Przecież na pewno nie jechałby do domu by więcej czasu spędzić z mamą. Zagryzłem wargi, nie mogąc zmusić nawet kącików ust by te uniosły się w górę.
- U rodziny - mruknąłem i ponownie nawiązałem kontakt wzrokowy z grupą, nie wiem czemu, ale kompletnie nie chciałem z nimi rozmawiać, już na pewno nie o jasnowłosym, kiedy go przy mnie nie ma.
Przytłaczająca samotność dawała mi we znaki do końca dnia, brak sensu w egzystencji i towarzyszące temu uczucie niepokoju sprawiło, że nawet podczas zajęć wokalnych nie umiałem skupić się na niczym innym niż wracanie myślą do jasnowłosego chłopaka, który w tym momencie tak wiele kilometrów ode mnie brną w sprawy, pewnie nawet nie wiem jak bardzo niebezpieczne. Wlepiałem puste spojrzenie w kartkę, próbując nakreślić na nich jakiekolwiek zdania, a targające mną uczucia i myśli powracające do słów chłopaka. Jak mógł wątpić, że go kocham?


                                 Szukając odpowiedzi, wiedziałem przez cały czas,                                                że zagubiłem się,

Wszyscy spadamy w dół

Nie byłem mądrzejszy niż ten, którym się stałem

Stoję sam, załamany

Wszystko co mam to ostatnia szansa,

nie zamierzam się od ciebie odwrócić

Weź moją dłoń,
Pociągnij mnie w dół
Jeśli Ty upadniesz, to ja też,
Nie mogę ocalić tego, co z ciebie pozostało
Zaśpiewaj coś nowego,
nie mam nic
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie...
Nie ma nic do stracenia, 
Ta walka nigdy nie skończy się
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie...
Pochłoń mnie i odciągnij,
wiem, że nie pozostało już nic
Ból tak znany i bliski sercu,
nie więcej, nie mniej, nie zapomnę
Chodź jeszcze niżej, ocal siebie,
nie mogę znaleźć drogi do Ciebie
I nie mogę znieść spojrzenia prawdzie w oczy.
Zaśpiewaj coś nowego,
nie mam nic
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie..
Nie ma nic do stracenia, 
Ta walka nigdy nie skończy się
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie...
Chciałem wybaczyć, 
próbując zapomnieć.
Nie zostawiaj mnie tu znowu,
Jestem z Tobą na zawsze, do końca.
Zaśpiewaj coś nowego,
nie mam nic
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie.
Nie ma nic do stracenia, 
ta walka nigdy się nie skończy,
Nie mogę stawić czoła ciemności bez Ciebie...
Trzymając rękę, która ciągnie mnie w dół,
wybaczam Ci, zapomnę Ci do końca
Trzymając rękę, która ciągnie mnie w dół,
wybaczam Ci, zapomnę Ci do końca...
*Breakin Benjamin- Without you.

Poczułem, jak niechciana łza spływa po moim policzku, a zaraz za nią następne, na bladej skórze zaczęły znaczyć ciemne, mokre ślady, przycisnąłem kartkę do klatki piersiowej próbując zebrać myśli.
Co tak przeżywałem?
No tak... Brian nie wiedział czy go kocham.
Jak mogłem być dla niego tak okropny, by zwątpił w moją miłość? Nieprzyjemny ból rozszedł się po mojej klatce piersiowej, przez co mocniej podkuliłem kolana, próbując chociażby udawać, że słucham nauczyciela, którego wykład akurat, nie był wyjątkowo porywający. Siedziałem więc tak na zmianę ponownie to bijąc się z myślami, to wystukując tylko mi znany rytm długopisem, o blat biurka. Koniec końców ostatnią minutę przed dzwonkiem poświęciłem na wysłanie sms'a Brianowi, by tylko przypomnieć mu o tym jak bardzo go kocham. To mnie też uratowało i pozwoliło przetrwać do końca lekcji. Zadowolony z siebie i z zamiarem opuszczenia sali lekcyjnej ruszyłem w stronę wyjścia, zatrzymany jednak przez nauczyciela, który zmierzywszy mnie troskliwym spojrzeniem, wciąż próbował utrzymać profesorską powagę.
- Hayden, wszystko dobrze? Czemu Briana ciągle nie ma w szkole? - zwróciwszy uwagę na fakt, że pod nieobecność mego ukochanego, to właśnie ja zostałem spytany o jej powód, zrobiło mi się naprawdę miło.
Co jednak miałem odpowiedzieć nauczycielowi, by nie pogłębić dołu, w jaki wpadł Azjata?
- Czy on zostanie wyrzucony? Jeśli wróci za trzy dni? 
- Staram się jak mogę, nie chcę by szkoła straciła tak wspaniałego ucznia, jakim jest Brian, ale spójrzmy prawdzie w oczy, nawet nie zdążyłby przepisać wszystkich zeszytów by nadrobić jakiekolwiek zaległości.
- A czy to by wystarczyło? - nauczyciel spojrzał na mnie i z politowaniem zgasił narastającą we mnie nadzieję.
- Nie... Jednak na pewno bardzo pomoże - zmarszczyłem brwi na te wyprane z pozytywizmu słowa. Skinąłem jedynie głową i nie czekając na dalsze rozwiązanie tematu, zwyczajnie opuściłem szkolną salę.
- A dokąd to? - niski i znajomy głos przyciągnął moją uwagę, a chude palce ścisnęły moje ramie. Obejrzałem się za siebie, próbując przypomnieć sobie z kim mam do czynienia.
Te długie białe włosy...
Chuda sylwetka...
Sine, zielone oczy.
- Aron? - uniosłem pytająco brwi, przyglądając się chłopakowi. Jego i tak blada cera, jakby poszarzała, uwydatniając zapadnięte policzki. Wyglądał znacznie, znacznie gorzej niż gdy go widziałem ostatni raz.
- Widzę cieszysz się na mój powrót tak samo jak wszyscy - mruknął.
Faktycznie.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę od jak dawna chłopak był nieobecny w naszej szkole.
- Co Ci się stało? -  to pytanie kompletnie nie na miejscu, jakby machinalnie padło z moich ust, jednak nie dało się ukryć, że wyglądał on naprawdę źle.
- Pamiętaj Hayden, że wszyscy muszą płacić swoje długi, a Twój chłopak zbyt długo już uciekał - mruknął z przesiąkniętym cynizmem, uśmiechem przyklejonym do twarzy. Kompletnie nie wiedziałem co mój towarzysz miał na myśli, Brian nawet nie zająknął się na temat swojej krótkiej, a jak widać owocnej znajomości z Aronem.
- Ty? Niewiele, poza tym, że zrobiłbyś dla niego wszystko, a mnie potrzebna jest mała przysługa - oblizałem nerwowo wargi przyglądając się bystremu spojrzeniu przede mną. - Spotkaj się ze mną dzisiaj o 23 za szkołą, tam wszystko Ci wyjaśnię - wymruczał głosem niespokojnym, niemal drżącym, który na myśl zdążył mi przywieść jedynie zbliżające się kłopoty.
Westchnąłem ciężko, tocząc walkę ze swoimi myślami, by koniec, końców jedynie machinalnie skinąć głową. Obserwowałem jeszcze przez krótką chwilę jak klatka piersiowa Arona unosi się i opada, a on sam odwraca na pięcie i rusza w głąb ciemnego korytarza, już teraz żałując wszystkich podjętych przeze mnie decyzji. Zamrugałem kilka razy i sam ruszyłem w ślady mojego rozmówcy.
***
Godzina spotkania zbliżała się nieubłaganie, a wraz z nią na moim czole zbierała się coraz większa ilość lepkiej i zimnej substancji. Pot i nerwy zostawiały mokre ślady na moich policzkach, a bieżnia, jakby sama miała dość mojego wysiłku. Idąc więc za jej sugestią wyłączyłem urządzenie, kończąc tym samym swój morderczy trening. Niesiony myślą, że Brian nie byłby zawiedziony gdyby jego chłopak był w odpowiedniej formie, z dumą przyjmowałem ból, jaki witał mnie przy każdym kroku. Ześlizgiwałem się po schodach nerwowym gestem ściągając rękaw koszulki, by po raz kolejny sprawdzić godzinę. 22:44, ekscytacja osaczała mój organizm coraz bardziej i bardziej powodując, że zwykłe spotkanie stawało się dla mnie czymś wyjątkowym.
Nie wiem czy szukałem wrażeń, by choć na chwilę oderwać swoje życie od Briana, czy po prostu ponownie wariowałem, ale lekki powiew przygody, omiatający moją dotychczasową egzystencję był niemal podniecający.
Przemierzyłem wszystkie szkolne korytarze i otworzyłem drzwi zderzając się z zimnym, orzeźwiającym wiatrem. W oczy wpadały mi kosmyki nieułożonych włosów, które po niedawnym farbowaniu wciąż pachniały świeżością. Przesunąłem palcem po ich bieli i niemal biegiem ruszyłem wzdłuż pomalowanych ścian Akademii. Smukła sylwetka wyłoniła się z cienia po kilku minutach drogi, zdawało mi się, że jest jeszcze chudszy niż gdy ostatni raz się widzieliśmy. Posłałem mu uśmiech, którego nie odwzajemnił, a jedynie wyciągnął w moją stronę kościstą dłoń.
- Mamy mało czasu - niemal szepnął bez zbędnego przywitania.
- Do czego.
- Spłacisz jego dług Hayden - zmierzył mnie ostrym spojrzeniem, niemal wypluwając te słowa ze spuchniętych warg - Jakiś gówniarz robi mi tu konkurencję, masz mi pomóc się go pozbyć - jego słowa trzeszczały mi w głowie, przeszkadzając w analizowaniu ich sensu.
- Nie rozumiem... - Aron zrobił w moją stronę nerwowy krok do przodu, a jego dłoń uderzyła w ścianę tuż przy mojej głowie.
- Czego nie rozumiesz? Że sprzedaję prochy i jakiś spierdolony szczeniak kradnie mi klientów? - spojrzał na mnie z wrogością, a w jego oczach szalały iskierki. Rozszerzone źrenice rzucały piorunami, sprawiały, że wyglądał na szalonego i mogłem tylko przypuszczać jak bardzo w tym momencie był naćpany.
Bałem się.
Jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, z tego co zrobiłem i jak ogromne może nieść to konsekwencje.
Czy nie było już za późno?
Przełknąłem głośno ślinę czując jak ciężar między na mi robi się lżejszy, aż wreszcie znika niemal całkowicie, pozwalając mi na wzięcie oddechu.
- Co Brian ma z tym wszystkim wspólnego? - niemal podniosłem głos, błądząc przy granicy wytrzymałości.
- Lepiej dla niego, że sam Ci powie.
- Więc czemu mam Ci pomagać? Równie dobrze możesz kłamać.
- Bo się boisz - jego pewność siebie przytłaczała mnie i złościła jednocześnie. To jak beztrosko poruszał się, widziałem nawet w panującym mroku - Boisz się, że to prawda, że mogę zrobić mu krzywdę. Nawet... - przystawił palec wskazujący do mojej klatki piersiowej - Wiesz, że to prawda - miałem wrażenie, że grunt osuwa mi się spod nóg. W grze, którą do tej pory uznawałem, za niewinny wybryk, Aron rozdawał wszystkie karty. - Choć - ponaglił mnie i nie oczekując reakcji ruszył do przodu.

Stawiałem krok za krokiem, słuchając jak ciężko odbija się on od ścian budynków, mijając trzecią przecznicę kompletnie straciłem pojęcie o naszej lokalizacji i w pełni oddałem się Aronowi, który jak widać świetnie czuł się w tej miej uczęszczanej sferze miasta. Bałem się coraz bardziej. Coś, co na początku miało być dla mnie niewinną zabawą, stało się ogromnym wyzwaniem, którego musiałem się podjąć jeśli faktycznie mógłby zrobić coś Kangowi.
Zbyt wiele wydarzeń zabroniło mi ryzykować kolejne tragedie.
Jego tragedie.
- Nie mogę sobie pozwolić by ktoś wchodził mi w drogę - zaczął swój lament po raz kolejny podczas podróży. Jego monolog trwał i trwał, momentami zdawało mi się, że rozmawia sam ze sobą, a głos w jego głowie udziela, jak najbardziej racjonalnych odpowiedzi. - Dlatego musimy się go pozbyć, zabrali mnie tylko na tydzień, a nowi chcą zająć mój teren - mruczał, za bardzo jednak bałem się odezwać, nie pewien czy na pewno mówi do mnie. - Stój! - niemal krzyknął i chwytając w pięść materiał mojej koszulki, przygwoździł mnie do ściany, nim wyszliśmy za róg. Uścisk dłoni Arona zelżał, a sam mogłem dojrzeć przyczynę nagłej paniki.
Po środku ulicy w latarnianym półmroku majaczyły się 3 postacie. Dwie z nich z kapturami na głowach, przez co nie mogłem rozpoznać żadnych więcej szczegółów i wysoki, blond włosy chłopak o wydatnej szczęce i kościach policzkowych. Posturą jedna z postaci przypominała mi kobietę, jednak moją uwagę bardziej przyciągał przedmiot, który trzymała w ręce.
Broń?
Wzdrygnąłem się gotów wycofać. Nie rozumiałem rzeczy, które miały tu miejsce, jeśli jednak Brian miał z tym coś wspólnego...
- Kiedy odejdą, wkroczysz do akcji. Nie proszę Cię o wiele, podejdź do niego i spytaj, czy ma coś specjalnego. Na pewno będzie wiedział o co chodzi - jasnowłosy chwycił mnie nagle za ramiona i przyciągnął tak, że jego twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko - Masz zdobyć jego zaufanie Hayden, masz wyciągnąć od niego dla kogo pracuje, a potem pomóc mi go zniszczyć, proste, prawda? - nie dał mi jednak szansy na odpowiedź bo zbliżające się do nas kroki jasno dały do zrozumienia, że droga wolna.
Nie wiedziałem co gorsze. Kupno narkotyków, czy kolejna minuta spędzona z tym człowiekiem. Przełknąłem nerwowo ślinę, zaciskając bluzę, którą nieco podsunąłem pod szyję i ruszyłem przed siebie. Chłopak, którego obserwowaliśmy od ostatnich kilku minut, stał oparty o ścianę mierząc mnie ostrym wzrokiem, a ja czułem, jak nerwy podchodzą mi pod gardło. Kilka kroków dzieliło mnie od czegoś... nielegalnego? Sam nie wiedziałem jak nazwać ten żart, ale wrażenie, że właśnie uczestniczę w ukrytej kamerze i za chwilę to wszystko okaże się
Jednym,
Wielkim,
Beznadziejnym
Żartem.
Tak jednak nie było..
Ku przeczącym temu wrażeniom blondyn uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, na co jedyne mocniej przygryzłem wargi.
- Nowy? - spytał jako pierwszy, dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że od kilku minut stoimy przed sobą, jedynie się na siebie patrząc. Jego twarz nie była zmęczona. Wyglądał tak zwyczajnie, że po raz kolejny zwątpiłem w prawdziwość całego zajścia. Uniosłem powieki by spojrzeć w jego oczy, w ich ciemną niebieską barwę, która na swój dziwny sposób, przyciągała.
Pytanie to było kompletnie nieoficjalne, niezobowiązujące, grał. Udawał i był przy tym ostrożny. Jak więc miałem zagrać ja, by dał się nabrać?
Skinąłem jedynie głową, chowając drżące dłonie do kieszeni. Nie wiem czy to, czy mój wygląd wzbudził w nim litość, ale chłopak uśmiechnął się po raz kolejny i machnął ręką, sugerując, bym poszedł za nim. Oczywiście nie odeszliśmy daleko, jedynie za niewielki sklepik gdzie wysoka trawa smagała moje nogi, a powietrze było jakby gęściejsze. - Skąd o mnie wiesz? Tacy jak Ty - ze swego rodzaju pogardą złapał za koniec  mojej bluzy, zmuszając tym samym do zrobienia kroku w jego stronę. - Raczej tu nie zaglądają.
Paraliżujący strach rozlał się po moim ciele, tak, że dosłownie zapomniałem jak się mówi. Powietrze jakby zacisnęło się wokół mojej szyi odbierając mi oddech, chciałem się cofnąć i uciec, gdy nagle twarz mojego rozmówcy ponownie wykrzywiła się w zadowolonym uśmiechu.
- Żartuję - klepnął mnie w ramię - Poznaję takich jak wy, Ci, którzy niby chcą spróbować życia, nie? Ten pierwszy raz i adrenalina, sam przez to przechodziłem - rozluźniony, zacząłem łapać nerwowo powietrze, które paliło moje płuca.
- T-tak, mój przyjaciel powiedział, że tutaj mogę kogoś zastać, a widziałem Cię z tamtymi ludźmi i pomyślałem, że... Ale bałem się zapytać - wydusiłem wszystko na jednym wdechu.
To nie na Twoje nerwy Hayden, masz już dość wrażeń jak na jedno życie.
- Ian - wyciągnął w moją stronę szczupłą dłoń, na której widniał ogromny, fioletowy siniak - Nie pytaj - szepnął, gdy zauważył, jak uważnie się mu przyglądam.
- Hayden - mruknąłem i ścisnąłem kościstą dłoń. Po trwającej dłużej niż to taktowne ciszy, Ian odchrząknął znacząco sięgając do lewej kieszeni swoich spodni.
- W takim razie... Haydenie. Dla takich jak Ty mam coś specjalnego - z jego dłoni dobył się cichy szelest, a malutka torebeczka uwieńczona czerwoną kokardką dosłownie oświetliła otaczający nas mrok.
- Co to takiego? - niemal machinalnie zrobiłem dwa kroki do tyłu, splatając ręce za sobą. W mojej głowie rozlało się wspomnienie śmierci Luhana, co jedynie zmotywowało mnie do działania.
Nie stracę nikogo przez narkotyki.
Nieważne co Brian miał z tym wspólnego, ja to skończę.
Motywując samego siebie wykrzywiłem dłoń w nienaturalnym geście, przejmując od niego folię.
Przecież nie muszę tego brać, mam to tylko zanieść. Drugą dłonią sięgnąłem po portfel, nim jednak moja dłoń musnęła skórzany materiał, Ian zdążył mnie zatrzymać.
- Daj spokój. Jeśli Ci podpasuje, wrócisz po więcej, wtedy się rozliczymy - po tych słowach zniknął. Umknął z mojego pola widzenia tak szybko, że zacząłem zastanawiać się czy na pewno tu był i gdybym dalej nie gniótł białego proszku swoją dygoczącą dłonią, uwierzyłbym, że to halucynacje, a przystojny narkoman nigdy nie zawitał na tę pustą i nagle zwyczajną ulicę.
Schowałem produkt, nieznanego mi pochodzenia do kieszeni i zachowując szczególną ostrożność, wyszedłem na spotkanie z większym złem. Złem, które według zapowiedzi czekało na mnie na końcu ulicy. Złem, przez, które poczułem, że chętnie wróciłbym do swojego poprzedniego towarzysza. Sam Aron jednak, nie zaszczycił mnie nawet jednym słowem, dosłownie wyrywając mi to, co jednak należało do niego i odchodząc, w wiązance przekleństw dając upust swojej nienawiści do świata i ludzi.
Ja sam, błądząc dłuższą chwilę wokół miejsca zdarzenia odnalazłem wreszcie przystanek autobusowy i z zadowoleniem wsiadłem do środka.
Droga do szkoły minęła mi na analizowaniu poziomu swojej głupoty, tym jak bardzo jest ona widoczna kiedy obok mnie nie ma Briana. Nie chciałem go okłamywać, ale jeszcze bardziej nie chciałem go narażać i jedynie fakt, że już jutro będę miał Briana przy sobie odciągał mnie od oczywistego zła w jakie wpadłem.
***
Resztę dnia, tak samo i nocy jak i połowę poranka spędziłem na uzupełnianiu zeszytów Briana, z całych zaległości, chociaż miałem wrażenie, że nie byłem nawet w połowie, pocieszał mnie fakt, że mogę mu jakkolwiek pomóc.
Co chwila wracałem myślami do burzy jasnych włosów, dochodząc do wniosku, że dzisiaj, zajęcia mogę sobie odpuścić. W końcu i tak leżę i płaczę z zaległościami, a moje ambitne plany na dzisiejszy dzień i tak uniemożliwiały mi racjonalne myślenie, a ich przygotowanie zabierało zbyt wiele czasu, poza tym do jego powrotu zostało już kilkanaście godzin, to tak niewiele, a ja umierałem z ogromnej tęsknoty. Zbyt długo go nie było, zbyt długo pozwalałem by ode mnie odchodził i niczego więcej nie pragnąłem tak jak tego, żeby mieć go dla siebie jako mojego chłopaka.
Przez chociaż kilka dni. 
Gdy budzik w pokoju Briana wybił ósmą rano efektownie zerwałem się z zajmowanego do tej pory krzesła przy jego biurku i zleciałem na podłogę, zdzierając przy tym skórę na łokciu. Otarłem obolałe miejsce i zamknąłem otwarte do tej pory zeszyty, po czym nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, dosłownie wybiegłem z pokoju Briana, do swojego, szukając w szafie ubrań, które nadawałby się na dzisiejszy dzień.
Wyjąłem białą koszulkę z kieszonką na piersi, czarne spodnie z dziurami na kolanach i buty typu glany, decydując się koniec końców na najprostszy z możliwych zestawów.
Nie popisujesz się, Hayden.
Z cichym, pełnym zażenowania westchnieniem zgarnąłem przygotowany zestaw i wszedłem do łazienki, decydując się na długą, bo aż dwu godzinną kąpiel, do której doszło blisko czterdziesto-minutowe układanie włosów, przez co na zegarku mogłem ujrzeć piękną, godzinę jedenastą. Każda minuta wydawała mi się ogromnym krokiem w stronę spotkania z ukochanym, na które tak bardzo czekałem. Na zbyt długo musiałem się z nim żegnać, zbyt wiele czasu trzymał mnie w niepewności, nie odpowiadając na moje pytania.
Dlaczego nie wrócił w porę?
Zagryzłem mocno wargi próbując za bardzo nie przejmować się sprawami tak błahymi przy fakcie, że dzisiaj do mnie wróci.
I nie odejdzie.
Nie może.
To zbyt wiele.
Czułem się jak zaplątany w sidła własnych uczuć. Wiedziałem, że nie powinienem się tak zachowywać, trzymać na wodzy swoje pragnienia, ale za każdym razem gdy przypominałem sobie jego ramiona, dające bezpieczeństwo, czy smak ust Briana, jego zapach lub jakakolwiek inna bliskość, jakikolwiek dotyk, wtedy miłość wygrywała nad wszystkim innym, przyćmiewała umysł i spychała resztę uczuć na dalszy plan.
Ponownie opuściłem szkolne mury, kierując się w stronę miasta, a dokładniej znajomego jubilera, który dzisiaj odgrywał kluczową rolę. Chciałem zrobić milowy krok w stronę mojej przyszłości z Brianem, nie pewien, czy on chce tego samego, nie miałem nawet pojęcia czy jakkolwiek wiąże ze mną plany na przyszłość, ale nie dowiem się tego, jeśli nie spróbuję.
Prawda?
Wraz z zamknięciem sklepowych drzwi, zrezygnowałem z jakichkolwiek możliwości wycofania się i zaufaniu oraz szczęściu powierzyłem wszelkie możliwości oraz następne wydarzenia.
Brianie Kang. 
Przygotuj się.
Z uśmiechem na twarzy przemierzałem spokojne, zapracowane ulice przyglądając się ludziom, których przytłaczało ich własne tempo życia. Ja dzisiaj, pierwszy raz od tak wielu lat mogłem żyć chwilą, aktualnym momentem, i cieszyć się z tego jak dziecko z nowej zabawki. Wchodząc do akademii miałem ochotę tańczyć, za każdym razem gdy moja stopa przy kolejnym kroku stykała się ze znajomym dywanem chciałem skakać i rozbawiony tym śmiać się, nie martwiąc o reakcję innych. Wpełzłem do pokoju Briana, ogarniając wzrokiem panujący tam bałagan. Odetchnąłem cicho i zamiarem zabrania się do pracy położyłem na łóżku i wtuliłem w przesiąkniętą jego zapachem pościel, którą momentalnie zwinąłem i odrzuciłem w kąt, gotów do działań. Samo sprzątanie, wiadomo, do najprzyjemniejszych nie należało, ale przynajmniej zajęło mi czas do późnych godzin i uspokoiło myśli. Z ogromną radością przyjąłem więc fakt, że zakończenie mojej ciężkiej pracy, przyniosło początek godzinie dwudziestej i dokańczając odkurzanie pokoju Briana, opuściłem jego pokój, już nawet nie zahaczając o własny. Popędziłem prosto na przystanek, czekając na ostatni autobus, który miał mnie zawieść pod kwiaciarnię. Może i był to przesadzony romantyzm, ale takiego właśnie oczekiwałem, pełnego słodkości powitania, po którym będę mógł go nie wypuszczać od siebie nawet na krok. Oczywiście, za radą i przesądami Nory, wybrałem czerwone tulipany, oznaczać miały miłość i radość ze spotkania.
Nie, nie byłem przesądny, ale uważałem to za urocze.
Na samo lotnisko, zmuszony byłem dojechać taksówką, która to wlokła się niemiłosiernie przez najdłuższe ulice miasta, prosto na lotnisko. Korzystając jednak z okazji zamęczałem kierowcę swoimi planami na najbliższe godziny, ten balansując na granicy wytrzymałości, starał się mi doradzać, doprowadzając do wniosków wyjątkowo oczywistych.
Na koniec zostawiłem starszego mężczyznę z wysokim napiwkiem, pożegnał mnie on ciepłym słowem i równie miłym uśmiechem. Odetchnąłem ciężkim, chłodnym powietrzem, zaciągając się tym typowym dla lotnisk zapachem i dopiero wtedy dotarło do mnie, jak blisko mojego szczęścia jestem. Do dwudziestej drugiej zostało niecałe dziesięć minut, a ruch na lotnisku, jakby robił się bardziej ożywiony. Jak przyjemnie było patrzeć na ludzi, którzy z radością i łzami w oczach, wyczekiwali powrotu bliskiej osoby. Mnie samego powoli nosiło, zmusiłem się więc by choć na chwilę usiedzieć w miejscu, zajmując je obok sporo niższej dziewczyny. Krótkowłosa blondynka zdawała się być tak samo zdenerwowana jak i ja, więc posłałem jej pokrzepiający uśmiech gdy tylko złapaliśmy kontakt wzrokowy. Podtrzymywanie go jednak, żadnemu z nas się nie przysłużyło, więc pierwszy odwróciłem spojrzenie, przyglądając się jej rozdygotanym dłoniom.
- Długa rozłąka? - spytałem, orientując się, że ona również się mi przygląda. Brązowooka uśmiechnęła się, kiwając głową. Nawet w mroku mogłem dostrzec, jak w jej oczach mienią się łzy.
- Moja matka, wygrała z chorobą po trzech miesiącach leczenia - zaczęła opowiadać spoglądając to na mnie, to za szybę - Przepraszam, nie powinnam... 
- Podziwiam Cię, ja nie mogę wytrzymać po kilku dniach - uśmiechnąłem się, ignorując jej speszenie. Podniosłem z siedzenia obok kwiaty, dzieląc je na dwie części - Weź je, ta część jest dla Ciebie, drugą daj mamie i życz jej ode mnie zdrowia - chwyciłem dłoń dziewczyny, podając jej bukiety. Niższa jeszcze szerzej ukazała swoje białe zęby, a policzki okryły się mocnym rumieńcem. Podziękowała mi kila razy i ostrożnie odłożyła prezent.
Minuty mijały, a rozmowa się kleiła, nawet nie zorientowałem się kiedy na wielkiej tablicy przed nami pojawił się napis, informujący, że samolot właśnie wylądował. 
- Przepraszam, muszę iść - niemal krzyknąłem w stronę dziewczyny i nie zwracając na nią uwagi ruszyłem w stronę hali, gdzie za chwilę miał się pojawić Brian. Moje podniecenie rosło z każdym krokiem, zgasło jednak równie szybko, kiedy zamiast jasnowłosego chłopaka, ujrzałem trupa z czarnymi włosami.
Brian, który nie wyglądał jak Brian, sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał upaść, przez chwilę zdawało mi się, że to nie on, że po prostu z kimś go pomyliłem, szkoda, że to nie było możliwe. Zbliżyłem się do tego wraka człowieka, który teraz miałem przed sobą i bez słów wpatrywaliśmy się w siebie.
Nie miałem odwagi go przytulić.
Nie miałem odwagi zrobić czegokolwiek. 
Nie wiedziałem nawet co czułem. Wściekłość? Żal? Współczucie? Moje serce za chwilę jakby miało uciec z klatki piersiowej, pozwalając przy tym łzom wypłynąć na wierzch.
- Hayden... - zaczął, nad wyraz spokojnym i łagodnym głosem, co przerwałem ruchem dłoni. Nie chciałem słuchać jego tłumaczeń, nie chciałem by udowadniał, że jak zawsze lepiej niż ja, wiedział co dla nas lepsze. Nie chciałem nawet na niego patrzeć.
Brian, gdybym mógł Cię znienawidzić.
- Nie odzywaj się, nie teraz, nie każ mi tego znosić - swoją wypowiedź uwieńczyłem gwałtownym haustem powietrza, hamując szloch. Spojrzałem w smutne, ciemne tęczówki, błyszczące w ponurym świetle i ponownie wróciłem do czarnych włosów, próbując z tego bagna wyciągnąć chociaż nić normalności i zwykłego przywitania - Bardzo ładnie Ci w tych włosach, ale mogłeś uprzedzić chociaż do jakiego fryzjera idziesz... Mógł c-coś zepsuć - emocje, które tworzyły we mnie duszący i bolesny armagedon, nie pozwoliły mi na ciepłe powitanie. Mój głos załamał się, a łzy zaczęły atakować twarz. - Daj - mruknąłem, zabierając Kangowi jego walizkę. Nie widziałem wyrazu twarzy Kanadyjczyka, nie byłem w stanie na niego spojrzeć, ale i on milczał, zostawiając najgorsze na później. Spojrzałem na jego szeroką bluzę i spodnie od dresu, które były niemal tak szare jak jego cera, spuchnięte oczy, spękane i drżące wargi oraz nieobecne spojrzenie. Jednocześnie chciałem go pocałować i uderzyć, ale nie pozwoliłem sobie na żadną z tych czynności. Wydawał mi się tak kruchy i delikatny, że powiew wiatru, w stanie będzie mu zrobić krzywdę. Idąc pierwszy wyprowadziłem naszą dwójkę, w między czasie dzwoniąc po taksówkę, która dzięki Bogu czekała na nas niemal przy samym wejściu. Kiedy z pomocą taksówkarza, pakowałem wszystkie rzeczy chłopaka do bagażnika, sam zainteresowany zajął miejsce z tyłu, za kierowcą. Sam usiadłem obok chcąc być równocześnie blisko i daleko od jego osoby. Przykleiłem więc policzek do szyby, przyglądając się obrazowi za oknem, gdy dłoń czarnowłosego okryła moją własną.
Niesamowite, jak szybko dni wyczekiwania i radość spotkania mogą zmienić się w zwykłą, cholerną złość. Czemu po raz kolejny mi nie zaufał, nic nie powiedział, zostawił i sam wpakował w kłopoty, pchając mnie we własne. Zacisnąłem rękę w pięść licząc, że Kanadyjczyk zrozumie i sam się ode mnie odsunie. Ten jedynie mocniej zacisnął dłoń na mojej, nie odpuszczając. Byłem na niego taki wściekły, jak mogłem tak bardzo kochać kogoś, kto tyle przede mną ukrywał? Brian dzielił się ze mną jedynie dobrą stroną swojego życia, a jaki sens ma związek, w którym nie jesteśmy szczerzy wobec siebie?
Skuliłem się sam w sobie, zatrzymując tak natłok myśli. Chciałem postawić w swojej głowie mur oddzielający złość na Briana, od radości z jego powrotu, ale jedyne co z tego miałem to trwające całą drogę poczucie porażki. Z dna jakie wpadłem nie ruszałem się dopóki nie doszliśmy do drzwi, pokoju Briana, chwilę po ich otwarciu, wszystkie, zlepione w jedno emocje, zaczęły rozpadać się kawałek po kawałku by wybuchnąć, gdy ten odezwał się po raz pierwszy.
- Hayden, błagam porozmawiaj ze mną - siadając na łóżku zacisnął dłonie w pięści i chyba po raz pierwszy, naprawdę na mnie spojrzał.
- O czym? Chcesz mi powiedzieć co się stało, kiedy po raz kolejny postanowiłeś zachować się cholerny egoista, zaufać samemu sobie i mieć w dupie fakt, że się o Ciebie, kurwa boję?! Nawet nie wiem po chuj tam pojechałeś! - ostatnią z wypakowywanych koszulek wrzuciłem do wielkiego worka, chcąc wynieś go do prania - Znowu coś przede mną ukryłeś, Brian. Pojechałeś tam, mówiąc, że nie mogę jechać z Tobą bo muszę skończyć szkołę, tak naprawdę stało się coś, o czym nie mam pojęcia, a pewnie najgorszego i tak nie widziałem, oszukałeś mnie... - zamilkłem, mając dość swojego własnego głosu.
- Nie chciałem Cię narażać - mruknął jedynie, mocniej mnie tym denerwując.
- Nie chciałeś?! Nawet nie wiesz co by się stało! Staram się, tak bardzo się staram... - starłem mokry policzek, zasuwając pustą już walizkę. Nie miałem siły na kłótnie, nie z nim, nie gdy był w takim stanie. - Proszę Cię, nie odpowiadaj, nawet się do mnie nie odzywaj - załkałem, zanosząc się własnym płaczem i zbliżyłem do czarnowłosego. - Podnieś się - poprosiłem i sam ściągnąłem z chłopaka bluzę. Moim oczom ukazał się szeroki opatrunek, ze świeżą raną, z której dzięki Bogu nie leciała krew. 
- Przepraszam Cię, nie chciałem, żeby tak to wyglądało, musiałem to skończyć żeby z moją matką wszystko było dobrze - kolejny raz próbował się wytłumaczyć.
- Masz jakieś leki? Antybiotyk? Coś musieli Ci przepisać - mruknąłem, bez pytania zaglądając do jego torby. Mała reklamówka z tabletkami jako pierwsza rzuciła mi się w oczy, więc wyciągnąłem ją, czytając przy tym receptę.
- Leciałeś samolotem, więc nie mogłeś brać leków, czyli te musisz przyjąć teraz, resztę z samego rana, więc masz tu wodę i połknij je - podałem chłopakowi szklankę z trzema małymi proszkami, poprawiając w między czasie jego łóżko, tak, by mógł położyć się spać. - Dasz sobie radę, śpij dzis w dresach, jutro się ewentualnie umyjesz. Dzwoń gdybyś czegoś potrzebował, a Twój telefon jest podłączony do ładowarki. - nie czekając na jego odpowiedź, wyszedłem z pokoju. Wiem, że gdyby teraz się odezwał sam bym nie wytrzymał i z nim został, a tego nie chciałem. Zatrzymałem się za drzwiami, przykładając dłonie do twarzy, oparłem się o ścianę, wydychając głęboko powietrze.
- Jesteś kompletnym idiotą Hayden... Nie marnuj tego, nie trać go, błagam Cię nie rób tego sobie - zagryzłem mocno wargi i odwracając się za siebie, kolejny raz wparowałem do pokoju Briana, który leżał na łóżku odwrócony plecami do mnie. Zignorował fakt, że tu wszedłem więc skorzystałem z okazji i ściągnąłem ubrania, zostając w samych szortach i wślizgnąłem się do łóżka za swoim ukochanym.
- Przepraszam... Wiem, wiem, że chciałeś dla mnie dobrze - ułożyłem dłoń, na jego ramieniu, przytulając twarz do jego pleców, który po chwili zmienił się w niemiły dla policzków bandaż. Kang odwrócił się z cichym jękiem, wplatając dłoń w moje włosy.
- Chciałem Ci tego oszczędzić, chciałem, żebyś był bezpieczny, zawsze chcę - wydmuchał w moje włosy. Delikatnie palcami przejechałem po torsie chłopaka, czując jego uderzającą bliskość, ciemnowłosy spokojnie ułożył dłonie na moich plecach, pozwalając mi przytulić się nieco mocniej. - Tęskniłem za Tobą - te słowa sprawiły, że zachciało mi się płakać. Miałem przy sobie największe szczęście i pewność, że chciał dobrze. 
- Ślicznie Ci w tych włosach, ale ostatni raz poszedłeś do fryzjera beze mnie - ciepłe wargi musnęły moje czoło, noc i na koniec usta, ponawiając tą czynność kilkukrotnie, aż wreszcie dopuścił mnie do głosu - Śpij już, jutro czeka Cię ważny dzień - mruknąłem i odwróciłem się do niego tyłem, zaciskając mocno powieki.
Nienawidzę Cię, Brian.
- Dlaczego? - spytał, ale mu nie odpowiedziałem, pozwoliłem się przytulić, korzystając ze snu, na który tak długo czekałem.



***
Pobudka, mimo wczorajszych wydarzeń należała do najprzyjemniejszych jakie pamiętałem. Ciepły oddech muskający mój policzek i poczucie wyczekiwanego od dawna bezpieczeństwa. Przytuliłem się nieco mocniej do ciepłego ramienia, obserwując jak klatka piersiowa chłopaka unosi się i opada równomiernie. Biały materiał zdawał się poluźnić, co zauważyłem dopiero gdy wyczołgiwałem się z łóżka.
Być może, śniadania do łóżka były przesłodzone, ale to dla mnie typowe i Brian o tym wiedział. Więc udałem się od razu do stołówki, zabierając jedną z niebieskich tacek, na których to wylądowało śniadanie Kanga, które osobiście odpuściłem. Zmierzając ku wyjściu, dostrzegłem w drzwiach znajomą sylwetkę, jego chude dłonie i białe włosy.
Aron.
Przez ten czas kompletnie zapomniałem o jego istnieniu i układzie, który miał wyciągnąć Kanadyjczyka z jego licznych kłopotów. Białowłosy ułożył mi dłoń na ramieniu, która sięgając wysokiej temperatury zdawała się płonąć.
Related image- Za dwa dni masz tam iść rozumiesz, Brian wrócił, ale jeśli piśniesz mu słowo, obaj będziecie skończeni - zacisnąłem jedynie wargi i pokiwałem głową. Nie był to dobry dzień na kłótnie, a wyboru i tak nie miałem. Zrezygnowałem więc z niepotrzebnych kłótni i wróciłem o pokoju ukochanego, gdzie zostawiwszy jedzenie ucałowałem chłopaka w czoło i wyszedłem nim ten zdążył się obudzić. Szybko pognałem do swojego pokoju gotów zacząć przygotowania na dzisiejszy, wyjątkowy dzień. Wyjąłem z szafy ciemne, długie spodnie, czarny podkoszulek, kurtkę w kolorze brudnej zieleni, a na nogi wsunąłem białe adidasy. Włosy, chyba pierwszy raz od dawna zaczesałem na bok i przylizałem używając do tego maski zmiękczającej. 
Pachniała truskawkami. 
Zadowolony z efektu sięgnąłem po leżący na stoliku główny punkt programu, idąc ponownie do Kanga, z którym to zamierzałem spędzić dzisiejszy dzień. Dzięki Bogu chłopak już nie spał, w dość krzywej pozycji kończąc przygotowane wcześniej tosty. Podszedłem bliżej, czołgając się po łóżku w jego stronę, co jedynie wywołało wyczekiwany uśmiech na twarzy chłopaka.
- Cześć - przywitałem się z chłopakiem, muskając wargami jego ciepły policzek. - Tęskniłeś? - spytałem, nie otrzymując jednak żadnej odpowiedzi.
- Czemu nie jesteś na mnie zły? Czemu na mnie nie krzyczysz? - spytał, na co się zastanowiłem.
- Nie chcę, kocham Cię Brian. Ufam Ci. Wiem, że jeśli powinienem wiedzieć, to mi powiesz, poza tym chcę żebyś czuł się ze mną dobrze, nie mogę Cię tak trzymać - przysunąłem się bliżej ramy łóżka, o którą mój chłopak był oparty - Kocham Cię jak nienormalny - zaśmiałem się, na jednak prawdziwe słowa. Brian ułożył dłoń na moim policzku muskając go delikatnie kciukiem.
- Ja Ciebie też - jego wargi musnęły kącik moich ust. Wyglądał tak słabo, że niemal miałem ochotę zrezygnować ze swoich dotychczasowych planów, byłem na nie jednak za bardzo nastawiony. Uśmiechnąłem się do niego, kolejny raz dotykając opatrunku na jego boku.
- Mogę Ci jakoś pomóc? - musnąłem wargami jego kark, lekko go przy tym obejmując.
- Daję radę - uśmiechnął się, sięgając do moich włosów.
- Brian, bo... - zacząłem i przekręciłem się tak by oprzeć głowę na jego nogach - Chciałem Cię dziś gdzieś zabrać, ale jeśli nie czujesz się na siłach, to nie musimy... - wydąłem do przodu dolną wargę, zerkając na niego błagalnie.
- Spokojnie, nie jestem jeszcze umierający - mruknął, jego dłoń, usypiająco muskała moje włosy tak, by ich nie zniszczyć przez co czułem jak odbija się na mnie zmęczenie z ostatnich nocy.
- Nie rób tak, bo odlecę - podniosłem się zerkając na niego. Cały czas coś go martwiło, ale nie mogłem pozwolić sobie teraz na troski, jeśli nie rozweselę go szczerą rozmową, to gestami. - W takim razie zbieraj się i wychodzimy - moje podniecenie rosło z każdą chwilą, a serce łomotało jak oszalałe. Dawno zdążyłem zapomnieć o ogromnej, targającej mną złości. Za bardzo go kochałem. Kang leniwie podniósł się z zajmowanego miejsca i nieco utykając udał się do łazienki, ja w międzyczasie pościeliłem jego łóżko i posprzątałem po śniadaniu, upewniając się po raz tysięczny czy na pewno małe, czarne pudełeczko wciąż warla się po mojej kieszeni. Kiedy tylko czarna czupryna wyłoniła się z łazienki, ruszyłem do drzwi chcąc już opuścić szkolne mury.
- Lavell, uspokój się, podejdź tu - zgodnie z rozkazem zbliżyłem się do ukochanego, który siedział na łóżku, zakładając buty. Gdy tylko zająłem miejsce obok, dłoń Kanadyjczyka, przejechała po moim policzku, a usta złożyły na moich wargach długi pocałunek, potem jeszcze jeden i kolejny. W każdym z nich starałem się oddać ogromną tęsknotę jaką odczuwałem nim wczorajszej nocy mnie nie przytulił. Czas jakby ustał w miejscu, a emocje opadły. Poczułem się jak za pierwszym razem. W tym jednak wypadku, mógłby mnie całować godzinę, a moje myśli i tak co chwila umykały w stronę nadchodzącego wieczoru, nic więc dziwnego, że gdy tylko odsunął się ode mnie zacząłem go ponaglać.
- Jeśli jesteś na siłach, to na początek chciałem Cię zabrać do kina, potem na obiad, ale nie wiem czy to nie za dużo bo...
- Obiecuję, że jeśli coś będzie nie tak, dam Ci znać - tymi słowami uspokoił mnie na dobre i pozwolił zabrać się na przystanek autobusowy. Chciałbym móc wsiąść w samochód i zabrać Kanga na prawdziwą randkę, ale na prawo jazdy nawet nie było mnie stać, a co dopiero na własny samochód. Siedzieliśmy więc tak obok siebie, żaden z nas do końca nie opowiadał o ostatnich dniach, bo nie chciał tym męczyć dzisiejszego. Sobotni poranek zajął nam więc dojazd do samego kina, w którym byliśmy o godzinie dwunastej. Sam film, a dokładniej horror zaczynał się dopiero za pół godziny, nie chciałem jednak męczyć swojego chłopaka i weszliśmy od razu na salę, zyskując w ten sposób chwilę dla siebie.
Co do samego filmu, to nawet nie wiem czy był straszny, bo ani przed, ani w trakcie, czy też po seansie, nie mogłem oderwać od niego wzorku, sam zaangażowany w historię nie zwracał na mnie większej uwagi, ale szczególnie mi to nie zawadzało, chciałem jedynie by dobrze się bawił.
Równo o piętnastej światła w sali kinowej zapaliły się na dobre. Podniosłem się pierwszy z zajmowanego miejsca, pomagając starszemu założyć kurtkę jak i w miarę bezboleśnie zejść po schodach. Oczywiście sam Kang co chwila jęczał, że przecież potrafi chodzić, ale jakie jego gadanie teraz miało znaczenie? Chwyciłem dłoń mężczyzny, zerkając na niego kątem oka, kiedy to opuszczaliśmy budynek, zmierzając tym razem w stronę taksówki, która stała już na parkingu, żałowałem, że na ten pomysł nie wpadłem nieco wcześniej, nie ma jednak tego złego. Szliśmy w milczeniu, raz na jakiś czas padały z naszej strony jakieś niezobowiązujące zdania.  
Nie było mnie w każdym razie stać na rozwinięcie tematu, bo mój zawinięty w supeł język współgrał ze ściśniętym żołądkiem i suchym gardłem, w którym ciążyła ogromna gula.  Miałem wrażenie, że cały zalewam się potem i wyglądam jak kałuża własnych nerwów i gdyby nie beztroska mina Briana, pewien byłbym, że właśnie tonę.
- Gotowy na atrakcję dnia? - spytałem, otwierając mu drzwi i dopiero gdy ciemnooki zajął miejsce, wślizgnąłem się tuż obok, podając kierowcy adres.
- Jesteś kompletnym wariatem - zaśmiał się, chwytając przy tym moją dłoń. Ten mały gest sprawił, że jeszcze większy gorąc rozlał się po moim ciele i do końca podróży, nie pisnąłem nawet słowa.
***
- Pan Hayden Lavell? - spytał ubrany na biało mężczyzna, przyglądając się zapisanej kartce papieru. Skinąłem głową, pokazując mu swój dowód osobisty. Wyraźnie zdezorientowany Brian, przyglądał się tej samej restauracji, do której zabrałem go na pierwszą, prawdziwą randkę.
- Co Ty kombinujesz? - spytał, gdy brodaty pracownik gestem ręki wpuścił nas do środka. Pusta sala natychmiast pobudziła Kanga, gdy ten zorientował się co się dzieje. - Proszę, powiedz, że nie wynająłeś całej sali... Przecież to musiało kosztować majątek. 
- Czy ja wiem... - mruknąłem w zamyśleniu - Nie zajmuj się tym, zgoda? Mam nadzieję, że było warto - uśmiechnąłem się do niego znacząco, prowadząc w stronę stolika. W międzyczasie jeszcze trzy razy spytałem, czy na pewno dobrze się czuje oraz podałem odpowiednie proszki.
No to zaczynamy zabawę.
Przeglądając kartę dań zacząłem zastanawiać się czy to nie za szybko, czy mnie nie odrzuci, co jeśli mnie wyśmieje? Obawy, niczym woda, zalały mnie z każdej strony, łapiąc w swe sidła i dusząc, a walka z nimi nie miała żadnego sensu. Poddałem się więc zżerającym mnie od rana nerwom i już nawet nie ukrywałem, że mam ochotę zwrócić jedzenie z całego tygodnia.
- Wybrałeś już coś? - głos Briana omiótł mnie całego, na co gwałtownie zadrżałem. Moje kolano boleśnie odbiło się od stołu, zrzucając przy tym widelec i nóż. 
- Cz-czekaj, już podniosę - mój głos drżał jakby ktoś nim właśnie potrząsał, a niezdarność weszła na najwyższy poziom.
Kulminacyjny moment ataku paniki miał miejsce, gdy próbowałem się podnieść, a moje biodro uderzając o krzesło, wysunęło ze spodni czarne, miękkie pudełko, które przetoczyło się po podłodze i zatrzymało niemal pod stopami Briana. 
Spanikowanym chwyciłem je w obie dłonie, ale było już za późno, chłopak wpatrywał się we mnie pytającym spojrzeniem, a ja westchnąłem cicho, skupiając swoje spojrzenie na dywanie.
- To nie tak miało wyglądać... - jęknąłem, czując jak całe moje zażenowanie, zbiera się w policzkach, zamienionych w dwa pomidory.
- Możesz mi powiedzieć, po co tak naprawdę to wszystko? - Kang chwycił moją dłoń, pomagając mi tym samym wrócić do pozycji siedzącej. Zatrzymałem się więc na podłodze tuż przed nim, próbując zebrać myśli i uświadomić sobie przynajmniej, jak się oddycha.
- Bo ja... - zacząłem dukać. - Pocałuj mnie - bardziej poprosiłem, niż rozkazałem, ale chłopak nie wydawał się z tego powodu w jakiś sposób zawiedziony. Z uśmiechem złapał w dłonie moje policzki i przyciągnął do siebie, całując dosłownie sztywne wargi. 
- Spokojnie, przecież jestem tu tylko ja.
Właśnie Hay, spokojnie.
Po prostu to powiedz.
- Pamiętasz, co mówiłeś, zanim wyjechałeś? Że nie wiesz, czy możesz ze mną być, że się boisz i... Bardzo długo myślałem nad tym, jak Ci to udowodnić, jak pokazać Ci, że jesteś tym jedynym i jak widzisz, nic nie wymyśliłem - prychnąłem, przechodząc do pozycji klęczącej - Mogę Ci to jedynie powiedzieć. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Przez moją głupotę, od razu wpadłeś w kłopoty, wystarczył mi jeden dzień, by zamienić Twoje życie w koszmar i zabrać przyjaciela, nie chciałem wszystkiego zepsuć, byłeś jedną z pierwszych osób jakie tu poznałem i bardzo zależało mi, żebyś mnie polubił, ale byłem chory i pewny, że ktoś taki jak Ty nigdy nie zwróci na mnie uwagi. Po raz pierwszy poczułem, że komuś naprawdę na mnie zależy kiedy powiedziałeś, że mi pomożesz, a jak mnie pocałowałeś, wiedziałem, że chcę Cię kochać tak jak chociażby moi ojcowie siebie nawzajem, tylko, że cały czas wszystko psułem i kiedy już wszyscy ludzie ode mnie odeszli, Ty zostałeś - starłem niesforną łzę, która postanowiła wyjść na zewnątrz i kontynuowałem - Powoli pokazałeś mi jak walczyć o samego siebie, pokazałeś mi co to troska i miłość i pozwoliłeś pokochać samego siebie, jako jedyny dotrzymałeś słowa i wyciągnąłeś mnie z bagna w jakie wpadłem, dając mi najpiękniejsze chwile mojego życia. Kiedy Cię przy mnie nie było wszystko dosłownie straciło sens, w niczym nie odnajdywałem szczęścia bo bez Ciebie wszystko było bezwartościowe. Teraz, klęcząc przed Tobą jak kompletny idiota, nie wiem co powiedzieć bo wszystko zepsułem. Nie proszę Cię więc byśmy się pobrali, ale chcę byś dalej złośliwie budził mnie każdego ranka, chcę móc dalej spać z Tobą w jednym łóżku, chcę żebyś dalej mnie całował i przytulał, chcę żebyś pozwolił mi się rozpieszczać i chcę byś zrozumiał, że nie możesz ode mnie odejść bo stracę jedyny skarb i całe szczęście jakie mam. Codziennie rano dajesz mi powody do życia i sprawiasz, że chcę od niego więcej. Kocham Cię jak nigdy nikogo i chcę kochać tylko Ciebie, bo tylko przy Tobie jestem szczęśliwy. - załkałem cicho, nie hamując już łez, które lały się po mojej twarzy i niezdarnie uchyliłem wieko, podsuwając pierścionek w jego stronę - Proszę Cię, żebyś go wziął, jeśli to zrobisz, chcę żebyś pamiętał, że nieważne jak, ani kiedy będę przy Tobie. Jeśli go weźmiesz pamiętaj jak bardzo Cię kocham i błagam nigdy więcej mnie nie zostawiaj - przejechałem ręką po twarzy, próbując nie utonąć we własnych łzach - Kocham Cię, chcę żebyś był kimś więcej niż tylko moim chłopakiem, bo tak naprawdę, jesteś wszystkim co masz i... błagam zgódź się, zanim się uduszę.

Brian?
BRIAN?
B R I A N?
B
R
I
A
N
?