7.08.2017

Od Aleca C.D Leny

   Nie ruszaj się, Andrew. 
   A może to moje ręce drżą? Te pytanie rozbrzmiało głośniejszym echem w mojej głowie, gdy trzymając aparat zaledwie dwa centymetry od swojego oka, próbowałem unieruchomić obiektyw w odpowiednim momencie, zdolnym, by spędzić z plątaniny moich nerwów negatywne napięcie. A ono psuło wszystko. Rozpraszało moje długo budowane skupienie, które zaraz po kliknięciu w przycisk, spływało ze mnie jak krople deszczu ze śliskiego palta. A potem pozostawało już tylko usuń zdjęcie, kolejna próba, usuń zdjęcie. Żadne nie miało takiego elementu, z jakiego byłbym zadowolony. Każde naznaczone tą niedoskonałością, która wręcz kuła w oczy z irytacją. 
   – Wiesz jak cholernie trudno jest utrzymywać taką pozę? – wydukał zmęczony Andrew, a ja zacząłem z tymi słowami żałować, że wcześniej uhonorowałem go zaproszeniem na tego typu samotną sesję, mającą na celu zaliczenie kilku ostatnich zaległych prac domowych. Chłopak nie pamiętał już chwili, w której powtarzałem w kółko, jak grubą zbroję cierpliwości musi ubrać. Odpowiedział mi wtedy, że cokolwiek powiem, nie dam rady go zniechęcić. Może rzeczywiście tak było, ale teraz wystarczył zaledwie rzut oka na jego twarz i częstą zmianę pozycji, bym swoje własne myśli pogrupował do teczki zwanej wątpliwościami i częściowo po prostu zrezygnował z odrabiania prac domowych z fotografii. Nie wiem czy to był wpływ znudzonego, wręcz wymęczonego Andrewa, czy to moje własne oznajmienie, które wychodzi na światło dzienne akurat wtedy, gdy kolega dał mi możliwość do odnalezienia go.
   – Powtarzałem, ostrzegałem. – Wychyliłem spojrzenie zza obiektywu, by wyostrzyć obraz i zrobić zbliżenie na twarz Andrewa. Zwrócona w moją stronę od dawna dawała mi do zrozumienia, że chłopaka dzielą sekundy od płaczu albo co najmniej stęknięcia. I jako uczeń w miarę interesujący się fotografią oraz detalami, jakie pokazuje nam potajemnie świat, wyraźnie dostrzegałem wszystkie emocje skryte w zmarszczkach wykrzywiających ostro zarysowaną twarz. A było to autentyczne znudzenie.
   – Długo jeszcze? Zgłodniałem... to Lena miała być twoją modelką, nie ja. – Opuścił ręce wzdłuż ciała, a ja nawet nie czując tego, co on, byłem w stanie stwierdzić, że mięśnie jego ramion po ponad godzinie wysiłku paliły ogniem.
   – Nie mogę się do niej dodzwonić – odpowiedziałem odrobinę zmartwiony. Mając jednak zaufanie do dziewczyny, byłem w stanie przygnieść nim każdą myśl, która sugerowałaby, że mam zacząć się obawiać. A i tak teraz przestępowałem z nogi na nogę, zamyślony tym, co może robić, gdzie być i z kim. To było nawet parę stopni ciekawsze niż to, czym obecnie się zajmuję i nie potrafiłem myśleć w żaden inny sposób.
   – A nie chcesz może spróbować jeszcze raz? – Wyszczerzył się, a w tym uśmiechu zauważyłem płytko skryty podstęp. Udałem, że go nie dostrzegam, ale jasne było, że chłopak wykorzysta wszelkie środki, żeby wyplątać się z sesji. Szczerze? Nie zamierzałem mu tego utrudniać. Każda minuta spędzona w tej sali wyjadała mój umysł z ostatnich chęci.
   – Jasne, o niczym innym nie marzyłem przez ostatnie parę minut. – Ironia, czy może prawda, wychodząca z moich ust, zmusiła chłopaka do niejakich refleksji na ten temat, jednak ja odkładając aparat zostawiłem wszystko za sobą. Przetarłem oczy, zerknąłem na zegarek w telefonie wyłącznie po to, by w myślach krzyknąć: „Dlaczego, do cholery, zmarnowałem tyle czasu na sesję, z czego nie udało mi się zrobić nawet połowy zdjęć”. Spokój wplątywał się pomiędzy trylion moich postrzępionych nerwów dopiero w czasie, kiedy delikatnie wymasowałem dwoma palcami skroń. Potem drugą, i mentalnie zdołałem przygotować się na to, aby zadzwonić do Leny, która ma być bezpieczna i zdrowa. Bo musi taka być – usłyszałem pewnego rodzaju karcący, ostrzegawczy i niezbyt przychylny głos w mojej głowie, który na pewno nie powściągnąłby się od kolejnego, za przeproszeniem, zjebania mi nerwów.
   Pożegnałem się krótko z Andrewem. Chłopak wyszedł szybciej niż to przewidywałem i w sumie nie ma się co dziwić, bo gdybym nie musiał sprzątać i zadzwonić do Leny to sam rzuciłbym się do drzwi wejściowych sali tak szybko, jak starsze panie biegnące na promocje do znanych sieci sklepów przemysłowo-spożywczych. Zebrałem przeróżne magazyny, profesjonalne zdjęcia, które w tamten czas będące inspiracją, teraz niepotrzebnie zaścielały całe stanowisko. Jeszcze tylko nasrać na środku. W zatrważającym tempie wyłączyłem lampę, która oświetlała jeden obszar wraz z białym tłem. Wszelkiego rodzaju i firmy wiatraków nawet nie uruchamiałem, zważywszy na fakt, że na poprzednich zajęciach wystarczył jeden pełny obrót, by wysadzić korki w całej Akademii. Że też fachowcy wciąż nie pochylili się nad problemem naprawdę ważnych sprzętów, które powodują awarię i dodatkowo utrudniają pracę innym.

***

   Dźwięk głośno zamykanych drzwi uprzedził moment, w jakim ostatecznie wyciągnąłem telefon. Było już dosyć ciemno; zmierzch bez reszty przemienił się w czerń i mrokiem zaglądał w każdy kąt nieoświetlonej akademii. Bezustannie prześladowało mnie blade odbicie tkwiące w dopiero umytym gumolicie, który tworzył podłogę na całej przestrzeni i zazwyczaj gdy korytarz tętni życiem, słychać charakterystyczne piszczenie podeszwy. A pomyśleć, że jeszcze niedawno mój umysł był na tyle sfiksowany, że widziałbym w odbiciu zupełnie inną twarz. Zmorę, koszmar nocny, zupełnie odstający od rzeczywistości, tworzący ze mnie wariata na każdej płaszczyźnie. Teraz przebiegał mnie jedynie dreszcz w obawie, że stanie się coś złego, co przywróci to wszystko za jednym zamachem. Pozostał jeszcze pewien ślad wstydu związany z tym, jak mogłem wyobrażać sobie podobne rzeczy, będące domeną psychicznie chorego człowieka, którym być może nigdy nie byłem. To właśnie wyobraźnia czyni z nas ukrytych psychopatów, jest czymś takim, czym trzeba mądrze sterować, bo wyrwie się spod kontroli.
   Uświadomiłem sobie, że naprawdę wiele emocji wypełniało mnie teraz w równych proporcjach, ale wystarczyła myśl, by zmieść je wszystkie w jeden, nieważny i zapomniany przeze mnie kąt. Lena. Doszło do mnie, że to do niej powinienem zadzwonić od razu. Wybrałem więc numer i przysuwając wyświetlacz ostrożnie do ucha, zatrzymałem się w miejscu oraz wsłuchałem w towarzyszący ciszy szum.
   Nic, powiedziałem do siebie, tupiąc dyskretnie nogą, a mimo że dyskretnie, to mógłbym potraktować ten dźwięk jako totalny hałas w pozbawionym przedmiotów korytarzu. Z każdą próbą moje zniecierpliwienie oraz uzasadnione obawy zbierały się w jedną, pulsującą kulę, ukrytą płytko w moich nerwach i tylko czekającą na moment, aż samoistnie wybuchnie. Tak naprawdę czułem coś więcej niż tylko zmartwienie, gdy widziałem za każdym oknem świetlisty księżyc otoczony szatą gwiazd. Było o wiele za późno. O wiele za późno na opuszczanie szkoły. Zanim doszedłem do oczywistych wniosków, że Leny nie ma, odwiedziłem jej pokój, który był otwarty, i przeszukałem po dwa razy te same miejsca, podtrzymywany przez znikomą nadzieję, że trafię na ślad. 

***

   Pusto, pusto, pusto. Od jakichś piętnastu minut marznę w letniej, acz wieczorowej atmosferze, pochłaniany przez miliony myśli. Szedłem wzdłuż jednego chodnika, wręcz wwiercając sobie do głowy, że Lena nie mogła odejść zbyt daleko. Uspokajały mnie myśli, że po prostu wyszła z koleżankami na jakieś ciastko, ewentualnie piwo, i tak wciągnęło ją towarzystwo, iż straciła poczucie czasu. Badałem uważnie wzrokiem każdy budynek po obu stronach ulicy, nie pozwalając, by w poszukiwaniach przeszkodził mi chociażby większych rozmiarów samochód. Przeoczenie czegoś po prostu nie wchodziło dzisiaj w grę; poczułbym się cholernie źle, gdybym ją minął. 
   I w tym jednym momencie wszystkie moje myśli uległy autodestrukcji. Moje poszerzające się z chwili na chwilę oczy sięgnęły pleców, na które opadały blond włosy, ułożone w lekkim nieładzie. To była Lena. I mimo że przez cały czas stała tyłem, wewnętrzne przekonanie nie pozostawiało żadnych wątpliwości co do tego, że właśnie odnalazłem zgubę. Jej głos, gesty i chwiejna postawa to te trzy rzeczy, które zapoczątkowały różne powody do naprawdę wielu myśli, ale bynajmniej nie do tego, żebym się cieszył. Nawet ulga nie okazała się tak silna, bym teraz zerwał się z miejsca, podbiegł do Leny i ją przytulił; dziewczyna przeprowadzała ostrą rozmowę prawdopodobnie z barmanem, który wciąż unosił jedną rękę skierowaną na ulicę i pomimo dziesiątek najróżniejszych zdań blondynki, on tylko krzyczał starczy, mała. 
   Zszedłem z chodnika i przebiłem się nerwowo przez kilkoro stojących nieruchomo gapiów. Ze ściągniętymi brwiami złapałem Lenę za ramie, odciągając ją odrobinę do tyłu i jedynie nieznacznie przykuwając jej uwagę. W amoku natychmiast zrzuciła moją dłoń i nie pozwalała, by cokolwiek przeszkodziło jej teraz w czymkolwiek, czym była zajęta. 
   – Co się dzieje? Lena, dlaczego krzyczysz? – Stanąłem obok niej, będąc na tyle wysokim, by przechylić głowę w jej stronę i próbować pochwycić niebieskie, pełne zdenerwowania spojrzenie; wyrażałem wszelkie chęci, by je ujarzmić. A poza tym... Nigdy bym się nie spodziewał, że zobaczę ją w takim stanie. Że zobaczę ją upitą i samotną, przed zadymionym barem. Ba! Nie troszczyłem się nawet o fakt, że moje usta dawno złożyły się w wyraz zdziwienia. Bez względu na okoliczności, nie mogłem sobie pozwolić na rozdygotanie uwagi. Zachowałem zimną krew, która pulsowała chaotycznie w moich skroniach. 
   – A coś za jeden? – Barman ponownie podniósł głos, tym razem patrząc na mnie spod przymrużonych powiek. Sprawiał wrażenie naprawdę zmęczonego i nie tylko podkrążone oczy na to wskazywały. Mimo wszystko nie wyglądał mi na skrajnie złego człowieka, a wstyd przyznać, właśnie za takiego go miałem, gdy odważył się unieść głos na Lenę. Moją Lenę. 
   – Jestem jej chłopakiem, co tu się dzieje?
   – Nigdzie nie idę bez... – urwała, a ja obejmując jej ramię ręką, zagarnąłem ją w bezpieczniejszy uścisk i próbowałem utrzymać w niezachwianej pozycji, przesuwając kciukiem po jej ciepłej skórze. W przeciągu chwili zrozumiałem, że bez dostatecznie mocnego powodu nie kontynuowałaby tej rozmowy; ja wierzyłem, że gość mocno nadepnął jej na odcisk, ale po jego minie prosto o wniosek, że cokolwiek był winny Lenie, wyrazem twarzy nie dawał poznać, że go cokolwiek rusza. Był znudzony, a pod oczami miał poszarzałe worki, które przy okazji dodawały mu kilka lat. No bo komu miałbym ufać, jak nie Lenie? Skoro nigdzie nie idzie bez czegoś, to coś musiała zostawić. Po alkoholu nie traci się zmysłów, po prostu stajemy się odważniejsi i przez nasze usta przemawia prawda, czasem bolesna, ale prawda.
   – Młoda jest kompletnie pijana, opróżnia mi cały asortyment i odstrasza klientów! Mam zadzwonić do tej cholernej placówki, żeby ją zabrali, a później żeby zrobili to rodzice, czy ty to zrobisz, chłopie?
   – Ja to zrobię – wydukałem szybko na wzmiankę o ojcu Leny i momentalnie krew zawrzała w mojej sieci żył, doprowadzając mnie do szczytu irytacji, do jakiego tylko człowiek może dojść. – Obejdzie się bez rodziców. – Zaciągałem ociężałą i kompletnie niezadowoloną z tego powodu dziewczynę prosto na chodnik. Barman kiwnięciem głowy mnie pożegnał, po czym zdążyłem zauważyć, jak chowa się za drzwiami.
   Przez resztę drogi do akademii Lena szamotała się i marudziła jak rozkapryszone dziecko. Jednak do tej pory najwięcej mojej uwagi skupiały na sobie w kółko powtarzane słowa: daj mi tam wrócić, daj mi tam wrócić. Wymawiała to tak szybko i z takim przejęciem, że gęsia skórka chwilowo pokryła całe moje ciało. Mimo że każde słowo dokładnie do mnie docierało, ja zbywałem je milczeniem i jedyne, o czym myślałem, to o tym, żeby jak najszybciej przebyć drogę dzielącą nas od akademii. I wbrew kąsającemu poczuciu winy, że być może ta rzecz naprawdę jest dla niej tak piekielnie ważna, szedłem dalej, dalej, dalej i dalej, dopóki Lena się poddała, a na jej powieki wstąpił ciążący sen, który z trudem dźwigała. Mnie też nie uśmiechałaby się opcja, jakby teraz zasnęła na chodniku, więc gdy tylko czułem, jak ciężar jej ciała opiera się o mnie bez żadnych oporów, zignorowałem palący gdzieniegdzie ból i stawiałem szybciej kroki, które wkrótce zbliżyły nas do akademii.

***

   Nie pamiętałem która wybiła godzina, kiedy położyłem Lenę na jej łóżko. Tylko, że było zbyt późno, by ktokolwiek zwrócił uwagę na parę nastolatków szwendających się po ciemnym korytarzu, z czego jeden był całkowicie pijany. Całe napięcie ze mnie spłynęło i czułem niewyobrażalny spokój, być może spowodowany także regularnym oddechem, który uzupełniał powietrze w pomieszczeniu. Przy okazji mam kolejny powód, żeby nie puszczać jej nigdzie samej... Teraz słyszałem w swoim wnętrzu dwa przekrzykujące się głosy; oba doprowadzały do bólu głowy, ale jednocześnie każdy prezentował inną perspektywę myślenia. Pierwszy mówił, że mam być odpowiedzialny i pilnować Leny, bo gdyby nie moja obecność wtedy, możliwe, że Lena nie wróciłaby do szkoły. Druga, że Lena nie zachowuje się tak na co dzień. Że to, co zrobiła, stało się pod wpływem jednego, druzgocącego wydarzenia. Czasami ludzie piją tylko dlatego, żeby coś „zapić”, poradzić sobie z tym w łatwiejszy – ale tylko na chwilę łatwiejszy – sposób. Potem pojawia się poczucie winy, bo postąpiło się głupio, bo wypiło się ten kieliszek czy dwa za dużo. To normalne i ludzkie. Lena jest osobą, która na pewno zna granice, wiec zaryzykowałem i posłuchałem drugiego głosu. Nie trzeba być Sherlockiem, żeby odkryć, że i ja, i Lena, przeżyliśmy ostatnio całkiem sporo, ona jeszcze więcej, ale byłem bardziej niż pewny co do tego, że cokolwiek się dzieje, pomogę jej z tym. Minie czas, dużo czasu; nie dzisiaj, nie jutro, ale pomogę jej. 
   
***

   Nadchodzącego dnia na zajęciach pojawiłem się sam, bez Leny, która wciąż odsypiała i nawet nie próbowałem zgadywać, jak bardzo kac rozwala jej głowę od środka. Stało się, że tak powiem. Zakończyłem przepisywanie zeszytu w czasie, gdy dzwonek zadzwonił tym samym, irytującym dźwiękiem co zawsze, a w następnej chwili zgarnąłem książki w rękę. Wystarczyło same wyjście z sali, by w oczy rzuciła mi się blondynka z twarzą skierowaną prosto na mnie. Uczesana, pomalowana sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie zatracała się nad szklanką alkoholu poprzedniego dnia. Jeśli miałbym to spiąć w jedno, to wyglądała normalnie. Nie wiem, czy właśnie ten wniosek sprawił, że w moich nerwach zamrowił przestrach, czy fakt, że Lena właśnie zmierzała w moją stronę, tupiąc głośno, nawet pomimo zgiełku panującego na korytarzu.
   – Lena, jak głowa? – zamruczałem po cichu, a kącik moich ust bez kontroli uniósł się w górę. Byłem wpatrzony dokładnie w nią i zdążyłem zauważyć, jak jej brwi ściągają się w wyrazie zdenerwowania. A może bólu głowy? Nie chciałem zgadywać, o co jej chodziło, bo czułem jednocześnie, że za parę chwil stanie mi się krzywda.
   Złapałem jej dłoń, która uniesiona i wyprostowana chciała wymierzyć mi kukstańca w tył głowy. Pozwoliłem, by na moją twarz wstąpiła mina, którą osobiście nazwałem zbitym szczeniakiem, i w ten czas Lena głośno wypuściła powietrze z płuc.
   – Nie obudziłeś mnie. – Złożyła ręce na klatce piersiowej, a w jej głosie dało się wyczuć gorzkie stwierdzenie.
   – Dokładnie – odparłem krótko, przytakując jej na ten błyskotliwy wniosek.
   Zmarszczeniem czoła zasygnalizowała mi, że mam skończyć z szukaniem powodów do żartów, inaczej to źle się dla mnie skończy. I ni stąd ni zowąd, z tych rozmyśleń wyrwała mnie jej ręka, która szarpnęła mnie w stronę kąta.
   – Musimy po coś wrócić... – zaczęła cicho, ze spuszczoną głową, a ja przysłuchiwałem się jej zupełnie tak, jakbym nie chciał, by umknęło mi choć jedno słowo. – Natychmiast! – Podniosła ton, sprawiając, że momentalnie odsunąłem się na krok. Na mojej twarzy odmalował się wyraz niezrozumienia, a potem coś mnie olśniło i wziąłem głęboki oddech, przeciągając głośno „aaa”.
   – Chodzi o tego barmana? – Przekrzywiłem głowę. – Nie sądzisz, że najpierw kac powinien ci minąć?
   W odpowiedzi zamruczała pod nosem, spoglądając w przeciwną stronę. Jej naburmuszona twarz przywiodła mi na myśl całą sytuację z wczoraj, która prawie odrywała mi się od ścian pamięci.
   – Nie przesadzaj! Nie boli mnie aż tak, przeżyje. – Pomasowała skroń, dając mi kolejny powód do zastanowienia się nad tym, czy z jej ust faktycznie płynie prawda. Pokręciłem momentalnie głową, ponownie ulegając dziewczynie i czując w tej sprawie jedynie minimalną złość do siebie.
   – Chcesz to zrobić teraz? Co to w ogóle za rzecz, którą zostawiłaś?
   – Dowiesz się jak to odzyskam... chyba.
   Rozejrzała się dookoła, jakby uważała połowę uczniów w szkole za szpiegów, a potem wyszczerzyła się do mnie i pociągnęła za rękę. Okazała się o tyle zadowolona tym, że pójdę z nią, iż natychmiast przyspieszyła kroku i pozostawiła mnie daleko w tyle, zmuszając do truchtu. Drugi raz jej nie zgubię... 


***

   – Nie. Nie i jeszcze raz nie – powiedział barman tym samym, zmęczonym tonem i ponownie odwrócił się od nas, by obsłużyć klientów. Ale ja jednym ruchem ręki złapałem go za kołnierz i szarpnąłem z powrotem w te same miejsce, będąc właśnie w tak dużym stopniu zaangażowanym w odzyskaniu tajemniczej rzeczy.
   Spojrzał na mnie z miną nie żartuj chłopaku, lecz w tej chwili miałem wrażenie, że nie istnieje żadna rzecz, która jest w stanie mnie złamać. Nawet ze świadomością, że ryzykuję obitą twarzą. Czułem, jak ręka Leny zaciska się na moim nadgarstku i domyślałem się, że to był jeden z powodów mojej rozpierającej pewności siebie, oprócz samego faktu, że to cecha, która mnie definiuje. W prawdzie nigdy nie byłem za tym, by przechodzić do rękoczynów i teraz było tak samo.
   Ukradkiem zerknąłem na plakietkę, którą miał przyczepioną do piersi.
   – To nie twoja własność... Steve. – Jego imię wypowiedziałem z lekkim mrużeniem oczu. On, jak gdyby poczuł się obnażony z prywatności, zakrył plakietkę i spojrzał na nas groźnie.
   – Wyjdźcie.
   – Oddaj to, do cholery... – wtrąciła się Lena; od razu przekrzywiłem głowę w jej stronę. Widziałem każdy detal jej zdenerwowania na twarzy.
   – Nie oddam. Odpowiedź jest prosta. Nie mam już tego w barze. I nie śnijcie sobie, że to odzyskacie. – Z tymi słowami zaczął ścierać blat, a ja poczułem, jak z czasem uzupełnia się we mnie znane poczucie niedowierzania i irytacji. Irytacji, bo poza tym, że dyskutowaliśmy z nim tak długo, okazuje się, że dawno nie miał przedmiotu przy sobie.

Lena? 

Od Ahmanet

Akurat wypadał weekend i mogłam siedzieć sobie w garażu mojego domu właśnie w Kalifornii. Poprawiałam i zaczęłam ulepszać motor. Po dwóch godzinach skończyłam. Poszłam wziąć prysznic, następnie się ubrałam i zeszłam do kuchni zjeść coś lekkiego. Po zjedzeniu sałatki owocowej. Wzięłam butelkę wody, pieniądze, telefon i wyszłam zamykając drzwi. Skierowałam się do garażu i wyprowadziłam motor. Do skrytki schowałam wodę, a resztę miałam przy sobie. Gdy odpaliłam, uprzednio zamykając garaż. Gdy wyjechałam z posesji brama automatycznie się zamknęła. Wyjechałam na miasto, mijałam samochody i gdy światła się zmieniły przyspieszyłam. Policja po dłuższej chwili zaczęła mnie gonić, lecz nie dogonila, gdy na liczniku miałam 150 km/h. I coraz szybciej, kocham szybkość. Zauważyłam jakiegoś chłopaka na motorze i zrównałam z nim.
- Hej.
- Hej.
- Dziś są zawody na opustoszałym torze o dwudziestej się zaczynają. Wpadnij.
- Dzięki, może wpadnę.
Światło się zmieniło, a ja ruszyłam.
W domu byłam po szesnastej.
Zjadłam obiadokolacje, poszłam wziąć prysznic przebrać się w czarne - legginsy, bluzkę na ramiączka, oraz bluzę z kapturem. Włosy zostawiłam rozpuszczone, lecz zarzuciłam na nie kaptur, makijaż mocniejszy. Do tego trampki. Dosypałam psom jeszcze trochę karmy oraz wody. Ochrona chodziła wokół domu i służba więc jest w porządku. Wsiadam na motor i wyjechałam o równej dziewiętnastej.
Na miejscu byłam przed dwudziesta.

Stałam na znanym mi miejscu i czasem ktoś mnie zaczepił. Słyszałam tylko "Jakim cudem taki chuderlak może utrzymać motor. Ona jest ta bogaczka, która chorowała na anoreksję. Wygrała już mnóstwo wyścigów, jest dobra" i tego typu wypowiedzi.
Zaczynał się właśnie kolejny wyścig, tym razem motory. Oczywiście stanęłam na linii startu oraz parę innych osób, nie zauważyłam tego osobnika co spotkałam.
Gdy tylko jakieś dziewczyny mówiły gotowi, a na start był strzał.

Ruszyli, jedni wyprzedzali siebie nawzajem, dwa okrążenia. Jedno przejechałam praktycznie na drugim miejscu. Przyspieszyłam zamotałam niektórych i dodałam gazu, na mecie byłam pierwsza. Tusz po mnie po pięciu minutach przyjechała reszta. Zapłacili mi, a ten chłopak co wcześniej go spotkałam przyjechał, ze znajomymi i się przywitał.
- Hej, jednak jestem. Widziałem jak się ścigałaś nieźle ci poszło. Jestem Isaac - podał mi rękę, przyjęłam ja
- Hej, dzięki miło mi Ahmanet. - gdy powiedziałam swoje imię, spojrzał się i jakby nad czymś myślał.

Ścigałam się jeszcze parę razem, wraz z nim i wygrywałam raz był remis.
Gdy już miałam wracać do domu, zaprosiłam jego i jego znajomych do siebie do domu.
***
Siedziałam w kuchni i patrzyłam co robi reszta, niektórzy siedzieli w kuchni inni w salonie. Robiłam drinki, ale jakim cudem oni się zjawili, no dobra może zaprosiłam, ale nie musieli się zjawić.
Gdy już robiło się późno niektórzy powoli już wracali do domu.
- Isaac, co znaczy ten twój tatuaż ma szyi? - siedziałam z nim na tarasie z drinkami.

Isaac?

7.05.2017

Od Chole Cd Leona

Właśnie wracałam z lekcje do swojego pokoju gdy na swojej drodze spotkałam Leona:
- Dało Ci to coś? - zaczął
- Sadysfakcję.- powiedziałam
- Ale to niczego nie zmieniło, on i tak jest po mojej stronie. - powiedział
- Czytaj z ruchu moich warg - powiedziałam po czym dodałam:
- MAM TO GDZIEŚ. A teraz przepraszam, ale nie mam czasu i chęci na rozmowy z tobą. - odparłam
i wyminełam go.
Weszłam do pokoju i od razu się przebrałam, zabrałam kluczyki do samochodu, ponieważ poinformowałam Martyego, że samochód zosatnie tutaj w akademi gdyż go będę potrzebować.
On jednak nie miał nic przeciwko dlatego tym bardziej byłam zadowolona, że mogłam sobie jeździć gdzie mi się podoba.
Dla tego wybrałam się na zakupy a po tem coś zjeść. Gdy wróciłam do akademi postanowiłam się trochę po uczyć. Sama nauka trwała 2 godzinik z przerwami.
Po skończeniu wziełam prysznic i położyłam się na łożku z słuchawkami w uszach.
Na moje nie szczęście ktoś był tak bardzo z teskniony i wszedł do mojego pokoju:
- Co do... - zaczełam ale mi przerwano
-Mamy do pogadania - powiedział
- Nie mamy o czym - odparłam po czym dodałam:
- Wyjdź z mojego pokoju.
(Leon?)

7.03.2017

Od Sibil cd Louise

Po lekcjach poszłam do Lou, bez pukania weszłam. Usiadłam na krześle i czekałam. Po pary minutach przyszedł. Dałam mu moje notatki, a było ich całkiem dużo. Miałam sporo czasu więc, czemu by nie.
On chyba przeglądał notatki, ja w tym czasie pisałam z Erica. Bo oczywiście Lilit się wypieła. Miałyśmy się razem trzymać, a ta nas zlała. Szmata, z niej. Zaczęła się puszczać. Zresztą to jej sprawa. E czekała na mnie w pokoju.
- Dużo tego, nawet spoko są te notatki. - wtrąciłam się
- Skończyłam swoją połowę. Nawet więcej niż połowę. Więc idę. - powiedziałam i wyszłam z pokoju. Poszłam do siebie, położyłam się ma łóżku. Erica coś do mnie mówiła. - Widziałam dziś Lilit, nawet się nie przywitała. Zignorowała wszystko i wszystkich i poszła do pokoju... - nie usłyszałam już nic. Zasnęłam.
***
Obudziłam się koło trzeciej. Erica siedziała obok mnie i patrzyła na laptopa.
- Śpiąca królewna się obudziła. Lou przyniósł wasza pracę i teraz sprawdzam czy wszystko jest dobrze. - kiwnęłam głową. Patrzyłam jeszcze trochę na tą pracę, opierając głowę ma jej nodze.
- Spałaś coś? - spytałam, pokazując błędy.
- Zapomniałaś bezsenność. Nie śpię od czterech dni. Może w weekend się wyśpię. - powiedziała.
Gdy była już prawie poprawiona zasnęłam.
E się wszystkim zajmie, i tak już się przygotowała do kolejnych testów. Nie ma co robić.

Louise?

7.02.2017

Od Louisa CD Sibil

Przyłożyć się do zadania, a co myślałeś? - Zaśmiała się.
Powiedziała, żebyśmy się rozdzielili po połowie i jak już skończymy to się spotkamy i wszystko połączymy. Ten system nie za bardzo mi odpowiadał ale Sibil szybko zniknęła i nie zdążyłem jej powiedzieć co o tym myślę. Nawet nie ustaliliśmy co kto ma robić.
Po lekcjach usiadłem na łóżku z laptopem na kolanach. Wszedłem w Google i napisałem "Wielka Brytania". Następnie kliknąłem w Wikipedię. Tam otworzyłem podpunkt Historia. Czytałem i robiłem notatki, które przydadzą się do prezentacji. Pracę przerwał mi dźwięk telefonu. Wziąłem telefon i odebrałem nie pacząc kto dzwoni.
-Siema Lou. - Odezwał się Damon, brat Sibil.
-Co tam? - Spytałem.
-Jestem ze Stefanem i Clausem niedaleko Akademii. - Zaczął. -Może masz ochotę gdzieś z nami wyjść?
-Jasne. Spotkajmy się za pół godziny przed Akademią.
-Ok. - Rozłączył się.
Odłożyłem laptop na pułkę wyłączając go. Po pół godziny wyszedłem przed Akademię, chłopacy już na mnie czekali. Poszliśmy do kawiarni, w której była też Sibil jak się okazało na miejscu. Damon zamienił z Sibil kilka zdań, potem dziewczyny wyszły. Zamówiliśmy kawy i usiedliśmy przy stoliku. Nie licząc kawy zamówiłem sobie jeszcze ciastko napoleonkę. Gadaliśmy o różnych rzeczach, głównie jednak o dziewczynach. Czas mijał nam szybko. Nim się obejżałem musiałem już wracać do Akademii.
Poszedłem jeszcze do pokoju Sibil, żeby dobrze omówić co kto ma przygotować. Niestety okazało się że w pokoju nikogo nie było dlatego poszedłem do swojego pokoju. Przebrałem się w piżamę i poszedłem spać.

~~~~~~~~~NASTĘPNEGO DNIA~~~~~~~~

W czasie przerwy poszedłem do Sibil.
-Przyjdź dziś do mnie po lekcjach. - Powiedziałem.
-Po co? - Zdziwiła się.
-Po to żeby zrobić co zadanie i mieć z nim spokój. - Wyjaśniłem.
Po tych słowach poszedłem do stołówki po picie.
(Sibil?)

7.01.2017

Od Sylvaina CD Leandera

- Nie jesteś jeszcze za słaby na takie zabawy? - powiedziałem i uniosłem do góry jedną brew.
Pokręcił głową.
- Nie po to tyle czasu siedziałem w szpitalu, by teraz wciąż odpoczywać. Pff - prychnął.
Przyciągnąłem go do siebie i potarmosiłem za włosy. Próbował strząchnąć moją rękę, ale nie udało mu się.
- Niech ci będzie, ale najpierw musimy iść do Academy, by nie targać za sobą twoich rzeczy. - W odpowiedzi niechętnie pokiwał głową.
Wypuściłem go ze swoich objęć i wziąłem spakowaną torbę.
- Nie musisz za mnie wszystkiego targać - stwierdził Leander.
Przewróciłem oczami.
- Nie marudź tylko idź się wypisać. Będę czekać w samochodzie.
Tak też zrobiliśmy. Po zejściu na parter, ja skierowałem się w stronę drzwi wyjściowych, a Leoś do recepcji. Wyszedłem na parking i zacząłem szukać wzrokiem swojego samochodu. Tym razem byłem w stanie prowadzić. Podszedłem do niego, otworzyłem bagażnik i umieściłem tam torbę chłopaka.
Mojego chłopaka.
Uśmiechnąłem się lekko na tę myśl. Ostatnie dwa tygodnie były prawie idealne. Teraz będą idealne, bo Leander wyszedł w końcu z tego pieprzonego szpitala. Wciąż trochę obwiniałem się za ten basen, ale myśl o tym wcale nie uzdrowiłaby Leosia.
Zamknąłem bagażnik, ale nie wsiadłem do środka samochodu. Postanowiłem poczekać na bruneta przed autem. Wyjąłem telefon i sprawdziłem godzinę. Za pięć dwunasta. Była sobota, więc nie musieliśmy się spieszyć. W końcu zobaczyłem, jak drzwi do szpitala się rozsuwają i stanął w nim trochę wychudzony Leander. Pomachałem ręką, by mnie zauważył. Spojrzał w tę stronę i się uśmiechnął. Kochałem ten uśmiech.
Podszedł do mnie i wspólnie wsiedliśmy do samochodu.
Wyjechałem z podjazdu i ruszyłem w stronę Academy.
- W końcu wydostałem się z tego więzienia - powiedział Leander.
Wzruszyłem ramionami.
- Wiesz... w każdej chwili mogłeś się wypisać na własne życzenie, ale nie wiem, co by z tego wyszło.
- Bardzo zabawne - powiedział po czym zamilknął na chwilę i zmienił temat. - Masz mnie zabrać na lody włoskie i koniec.
- A co jeśli tego nie zrobię? - Zaśmiałem się.
- Pff,  koniec naszej znajomości.
- Czyli wolisz bardziej lody niż mnie. - Udałem, że smutnieję.
Leoś złapał mnie za rękę, którą trzymałem na skrzyni biegów.
- Wiesz, że nie.
Uśmiechnąłem się tylko i wjechałem na parking Academy. Zatrzymałem samochód.
- Pozwól, że sam zabiorę swoje rzeczy - powiedział brunet i wysiadł.
Przewróciłem oczami i zgasiłem silnik. Wysiadłem z samochodu i - gdy Leander zabrał już torbę -  zamknąłem auto. Wspólnie poszliśmy do jego pokoju. Położył torbę na stole i nawet do niej nie zajrzał.
- Nie zamierzasz tego rozpakować? - zapytałem, wskazując na torbę.
- Eee, potem. - Uśmiechnął się do mnie i przybliżył.
Pocałowałem go, jednocześnie łapiąc za szyję. Leoś objął mnie w pasie i w takiej pozycji przywarliśmy do siebie. Gdy zabrakło nam tchu odsunąłem się tak, że stykaliśmy się nosami.
- To co, idziemy? - Poczułem jego oddech na swoich wargach. Przez to miałem ochotę jeszcze raz go pocałować, ale zamiast tego złożyłem pocałunek na jego czole i wyszliśmy z pokoju, cały czas trzymając się za ręce.
Zamknął drzwi na klucz i poszliśmy - tym razem na piechotę, lodziarnia i tak była niedaleko. Zresztą, świeże powietrze dobrze zrobi Leosiowi.
- Wszystko w porządku? - zapytałem.
- Tak, mamo.
Westchnąłem.
- Ja się  po prostu martwię.
- Nie ma o co - stwierdził.
Ustaliśmy przed pasami. Dokładnie obejrzałem obie strony drogi.
Nie panikuj, Sylvain, nie psuj tego.
Uspokoiłem się lekko dopiero wtedy, gdy przeszliśmy przez pasy.
- To chyba ja powinienem zapytać ciebie, czy wszystko w porządku.
- Tak, oczywiście. - Uśmiechnąłem się krzepiąco i poszedłem ustać w kolejce po lody.

Leander?

Od Leandera cd Sylvaina

Spojrzałem na oddalającego się Sylvaina, chcąc go przy sobie zatrzymać, jednak ciężki oddech i ogromny ból uniemożliwił mi sklejenie jakiegokolwiek zdania. Zdenerwowany, że tak po prostu wyszedł chciałem wstać i biec do niego.
Chciałem, żeby mnie przytulił.
Westchnąłem cicho, przekręcając się na drugi bok. Mroczki przed oczami, jasno dały mi do zrozumienia, że to nie ma najmniejszego sensu i muszę wybłagać pielęgniarkę o pomoc, o którą jak się okazało wcale nie musiałem prosić.
- Twoja gorączka spadła do trzydziestu dziewięciu i trzech, możemy Cię więc zawieść do sali, dasz radę? - skinąłem głową, chociaż nie byłem tego pewien, z pomocą wysokiej blondynki, wtaszczyłem ociężałe ciało na wózek inwalidzki, próbując pohamować odruchy wymiotne.
- Może pani znaleźć chłopaka z ciemnymi włosami w żółtej bluzie? Błagam... Ma na imię Sylvain, proszę poprosić by przyszedł na salę - uniosłem wzrok patrząc na nią intensywnie. Wiedziałem, że się waha, bo koniec końców nie powinna tego robić, godzina odwiedzin i tak się kończyła - Proszę - westchnąłem, przymykając powieki. Koniec końców, jedynie pokiwała głową, prosząc bym nikomu nie pisnął o tym słowa. Uśmiechnąłem się do siebie i jakby zyskując więcej sił, niemal sam wszedłem na łóżko. Zakopałem się w kołdrę, czekając. Obserwowałem przemykające przez małe okienko w drzwiach, cienie, doszukując się w nim znajomej sylwetki.
Nie poszedł sobie... Nie zrobi mi tego. 
Zmrużyłem zmęczone powieki, zaczynając tracić jakąkolwiek nadzieję, gdy drzwi do sali uchyliły się. Wstrzymałem oddech licząc, że nie będzie to kolejna pielęgniarka. Pierwszym co ujrzałem była śliczna i wciąż starannie ułożona, blond grzywka delikatnie bujająca się na boki przy każdym ruchu, idąc dalej mogłem zobaczyć ciemne, zmęczone oczy uciekające wzrokiem przede mną, blada cera delikatnie przebarwiona przez nerwowe godziny i pełne, spękane usta.
Nie rozumiem go.
Nie wierzę, że to przeze mnie.
- Coś się stało? - spytał, zajmując strategiczne miejsce, z dala ode mnie na małym, metalowym krzesełku pod ścianą. Westchnąłem zirytowany, gorączka, która zdecydowanie malała pozwoliła mi w miarę trzeźwo ocenić sytuację.
- A jak myślisz? - wbiłem wzrok w punkt między nami, uparcie doszukując się w nim czegoś bardziej interesującego niż Sylvain. - Czemu mi to robisz? Najpierw dajesz mi nadzieję, potem po prostu uciekasz, wracasz, wyznajesz mi miłość i znów odchodzisz, jeśli to żart to sobie odpuść - mruknąłem. Tak naprawdę, właśnie tak to wyglądało. Beznadziejny żart ze strony znudzonego nastolatka.
- Leander, ja nigdy bym Ci czegoś takiego nie zrobił - cichy chrzęst rozległ się po pomieszczeniu gdy ten poderwał się z krzesła, zbliżając do mnie, poczułem jak chwyta mnie za rękę i wtedy nie wytrzymałem, obróciłem głowę by na niego spojrzeć, doszukując się w tym pięknym i przeszywającym spojrzeniu chociaż minimum prawdy.
Znalazłem ją.
- To przestań mnie w końcu zostawiać i proszę daj mi szansę pokazać, że Cię nie zostawię - moje oczy wypełniły się łzami, a serce zabiło znacznie szybciej.
Proszę Cię, Sylvain... Zacisnąłem palce na jego dłoni, szukając jakiegokolwiek oparcia w chociaż tym geście.
- Leoś - wbił we mnie intensywne spojrzenie, które odwzajemniałem resztkami odwagi i korzystając z okazji, że ten zbliżył się do mnie, ułożyłem dłoń na jego policzku i uniosłem głowę po raz kolejny go całując. Zimny dreszcz przemknął po moich plecach gdy kolejny raz mogłem wpić się w jego wargi, czerpiąc z tego tak wiele radości. Sylvain wsadził dłoń w moje włosy, drapiąc lekko skórę głowy i nachylając się nade mną mocniej, zmusił do tego bym ułożył głowę ponownie na poduszce. Przesunąłem opuszkami palców po jego policzku, kilkukrotnie zjeżdżając aż do szyi, by wreszcie tracąc oddech odsunąć się od chłopaka na kilka centymetrów.
- Naprawdę umiem, tylko daj mi spróbować - niespokojny oddech starszego otulił moją twarz, delikatnie muskając ją ciepłym powietrzem, nadal pachnącym pastą do zębów. Starszy przyłożył czoło do mojego, otulając mnie jego chłodem.
- Chyba nie umiem Ci odmówić - uśmiechnął się słabo, muskając wargami mój policzek. Odetchnąłem z ulgą, próbując odpędzić od siebie małego kata pod postacią dwóch, banalnych słów:
Opcja ewentualna.
Nie...
Na pewno tak nie było, nie zrobi mi tego. Objąłem dłońmi szyję starszego, przyciągając do siebie w żelaznym uścisku - Możesz tu dzisiaj zostać? - włosy Sylvaina uniosły się i opadły kilkukrotnie w potwierdzającym geście.
Nie dam mu odejść.

* Dwa Tygodnie Później*
Gdyby ktoś wcześniej uświadomił mi jak długie może być leczenie zapalenia płuc, nigdy bym na nie nie zachorował.
Chociaż... Z drugiej strony patrząc w tym, że przykrym wypadku jest jeden ogromny plus, przysłaniający wszystkie inne wady.
Sylvain.
Byłem szczęśliwy, że dotrzymał słowa i przychodził tu codziennie po szkole i spędzał ze mną czas. Nasze stosunki, no cóż... Naprawdę się, jakby to ująć poprawiły. Nawet bardzo.
- Masz zamiar rozstać się z tym szpitalem, czy będziesz tak siedział? - ciemnowłosy wyrwał mnie z zamyślenia. Uniosłem wzrok by spojrzeć w jego oczy, w których tańczyły radosne iskierki. Miło było widzieć go szczęśliwego.
- Idę, pod warunkiem, że zaraz po wyjściu zabierzesz mnie do parku rozrywki, albo czegoś takiego - podniosłem się z zajmowanego miejsca i chwyciłem dłoń chłopaka, splatając nasze palce.
Chyba nigdy nie byłem tak szczęśliwy.





Sylvain?















Gdybym tylko wiedział, jak długo trwać może leczenie zwykłego zapalenia płuc. No, ale cóż