7.14.2017

Od Leny CD Aleca

   Co...? To są chyba jakieś kpiny. Jak to facet nie miał już tego w barze? Więc gdzie to miał?! W domu?! Przecież nie będę się komuś włamywać do mieszkania po jakieś pieprzone tabletki... Chociaż z drugiej strony...
  Alec musiał domyślić się moich myśli z uśmiechu, który wymalował mi się na ustach, gdyż łapiąc mnie za ramiona pociągnął w stronę wyjścia. Niechętnie dałam obrócić się w tamtą stronę, jednak nie ruszyłam się na krok, zapierając piętami jak tylko mogłam, co w sumie nie było trudne. Szatyn chyba bał się, że zrobi mi krzywdę, gdyż nie napierał tak bardzo. Poczułam ciepły oddech na policzku, a kątem oka dostrzegłam twarz chłopaka, która zniżyła się do mojego poziomu, otwierając usta, jakby chciał coś powiedzieć. Jednak nawet jeśli tak było, los nie pozwolił mu na to, a dokładniej mówiąc, niewysoka kobieta o kręconych, rudych włosach, która stanęła tuż przed nami, mierząc naszą dwójkę nieprzyjemnym spojrzeniem. Przechyliłam lekko głowę, zastanawiając się, czy prawdopodobieństwo tego, że jest dziewczyną bądź narzeczoną barmana jest większe niż prawdopodobieństwo, że nie odzyskam już tych pigułek. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, jak i zapewne zdziwieniu mojego chłopaka, po chwili kobieta uśmiechnęła się promiennie, odzywając się miłym głosem.
- Czyżby mój kochany Steeve znowu zabrał czyjąś własność? - Zerknęła w stronę baru, machając do ukochanego ze słodkim uśmiechem na ustach. - Momentami traktuje swoją pracę zbyt poważnie, chcąc troszczyć się o wszystkich klientów. Rozumiem, że kiedy ktoś przychodzi tutaj z bronią i chęcią zabicia się, to musi zareagować, ale kiedyś zabrał komuś telefon... Rozumiecie? Zwykły telefon. Nawet już nie pamiętam o co poszło wtedy... - Machnęła niedbale ręką, jakby nie miało to większego znaczenia i po chwili zastanowienia, spytała. - A tobie co zwinął, mała?
  Prychnęłam cicho, cofając głowę na słowo mała. W całym swoim życiu słyszałam to tylko kilka razy, a i tak irytowało mnie takie zwracanie się do mnie. Szczególnie, że rudowłosa wcale nie była dużo wyższa ode mnie, jednak mimo poddenerwowania, na które składał się także dzisiejszy kac, odchrząknęłam szybko i odparłam, unikając bezpośredniej odpowiedzi.
- Coś bardzo ważnego. - Mruknęłam, na co kobieta zmierzyła mnie badawczym spojrzeniem. Przez chwilę miałam wrażenie, że będzie dopytywać o moją zgubę, co byłoby mi bardzo nie na rękę, gdyż wtedy Alec dowiedziałby się co chcę tak bardzo odzyskać. I mimo iż nawet wtedy potrafiłabym go nakłonić do pomocy mi, to przekonanie go, co do słuszności antydepresantów wymagałoby większej ilości energii, a tej tego dnia mi brakowało.
- Cokolwiek by to nie było, zapewne schował to w szafce na siłowni. - Wzruszyła ramionami, a po chwili zastanowienia dodała jeszcze. - Pod warunkiem, że nie jest to samochód lub coś co nie zmieściłoby się w takiej szafce... Duże to było?
  Przełknęłam nerwowo ślinę. Im więcej pytań zadawała, tym bardziej szpony strachu zaciskały się na moim gardle, utrudniając swobodne oddychanie. Lena, ogarnij się. Nikt poza tobą nie wie, co to jest. Pokręciłam głową, wyswobadzając się w końcu z uścisku Aleca.
- Na pewno się zmieściło.
- W takim razie podam wam numer szafki i możecie ją sprawdzić. Niestety dostać się do niej musicie na własną rękę, nie demolując jej przy tym. Gdybym zabrała mu kluczyk do niej, na pewno by się zorientował. Zresztą już jest podejrzliwy, że z wami rozmawiam... - Zmrużyła lekko powieki, spoglądając ukradkiem w stronę baru. To że facet będzie nas obserwował dopóki nie opuścimy lokalu, było bardziej pewne niż to, że rano wstanie słońce. Zresztą przez cały czas czułam na plecach jego palący wzrok, który przewiercał się przez plecy niebieskookiego.
  Skinęłam głową, dając jej znak, że w pełni ją rozumiem i po szybkiej wymianie informacjami, a raczej po tym, jak ona podała nam numer szafki, tego przeklętego barmana, który myśli, że jest jakimś bohaterem, w pośpiechu opuściliśmy lokal.
  Dopiero kiedy znaleźliśmy się na ulicy, odetchnęłam głęboko, tak jakby nieprzyjazna mi aura w barze utrudniała oddychanie. A może to tylko sprawka tego charakterystycznego zapachu takich miejsc, gdzie mieszały się aromaty najróżniejszych trunków, a dodając do tego dym tradycyjnych papierosów czy nawet tych e-, to już w ogóle tworzyło wybuchową mieszankę dla moich nozdrzy. Jakim cudem wytrzymałam tam tyle czasu poprzedniego wieczoru?
- Wiesz gdzie tu jest jakaś siłownia? - Zwróciłam się do chłopaka, zakładając na oczy okulary przeciwsłoneczne. Słońce świecące prosto w oczy nie sprzyjało mniejszemu bólowi głowy. Wręcz przeciwnie, mrużenie powiek dawało mi wrażenie, ściągnięcia wszystkich mięśni twarzy, przede wszystkim czoła, co było niezwykle bolesne w stanie zatrucia alkoholowego. Gdy tylko ciemne szkła ograniczyły promienie słoneczne, wpadające do moich źrenic, od razu poczułam się lepiej. Nie dobrze, ale zdecydowanie lepiej.
- Wydaje mi się, że na terenie basenu jakaś była, ale pewien na sto procent nie jestem. - Odparł, wyciągając z kieszeni telefon. Przechyliłam głowę w prawo, odgarniając jasne kosmyki włosów, które natychmiast zsunęły mi się na twarz i przez kilka cichych chwil przyglądałam się, jak chłopak szuka informacji w telefonie. Kiedy podniósł na mnie spojrzenie niebieskich tęczówek, przed którymi natychmiast uciekłam, czego za sprawą ciemnych szkieł nie był w stanie zobaczyć, oznajmił mi, że jego przypuszczenia się potwierdziły i siłownia jest właśnie na terenie basenu, który mieliśmy już okazje odwiedzić. Skrzywiłam się niewidocznie na to wspomnienie, jednak szybko się otrząsnęłam, chcąc mieć już przy sobie te pieprzone tabletki. Jak na coś co ma dawać szczęście, to w cholerę zachodu z nimi.

~~~~~~~~~~~~~~~~

   Około trzydziestu minut później byliśmy już w szatni pełnej metalowych szafek. Poprosiłam Aleca by pilnował drzwi, ja w tym czasie musiałam odnaleźć szafeczkę z numerem trzydzieści dwa, co wbrew pozorom nie było takie proste. Miejsc na schowanie rzeczy było naprawdę sporo, a kolejność w jakiej były ustawione, przez dłuższy czas była dla mojego zaćmionego umysłu istną zagadką. Jednak kiedy w końcu połapałam się w ich ustawieniu, w krótkim czasie odnalazłam swój cel. Gdy podeszłam do drewnianej ławeczki, ustawionej poniżej i dotknęłam palcami zimnych drzwiczek, aż odskoczyłam z piskiem. Oczywiście od razu za mną pojawił się szatyn, chyba trochę wystraszony moim krzykiem.
- Co się stało? - Zapytał, podchodząc do miejsca, w którym stałam. Wskazałam trzęsącą się ręką na uchyloną szafkę, otwierając i zamykając przy tym usta, nie potrafiąc wydobyć z gardła choćby jednej sylaby. Wnętrze skrytki wypełniała tylko spocona już koszulka, której chyba nikt nie prał przez ostatni tydzień, podobnie było ze spodenkami. Cofnęłam się o krok, intensywnie myśląc nad tym, kto mógł zabrać te tabletki i po co? I przede wszystkim kiedy? Szczerze wątpiłam, by barman mógł od tak opuszczać lokal, a jego rudowłosa dziewczyna raczej nie znalazłaby się tutaj szybciej.
  Odwróciłam się do zdezorientowanego chłopaka, chcąc coś powiedzieć, jednak w tym samym momencie usłyszeliśmy cichy trzask, dobiegający zza jednych drzwi. Z szatni były tylko trzy wyjścia: jedno z nich prowadziło na korytarz i do wyjścia, drugie na sale ze sprzętami do ćwiczeń, a trzecie do ubikacji. I oczywiście trzaśnięcie pochodziło zza tych trzecich drzwi. Skoro już wpakowałam się do męskiej szatni, dlaczego by nie zwiedzić też ubikacji? Klasycznie.
  Wolnym krokiem udałam się w tamtą stronę, wychylając się lekko w bok, próbując w ten sposób zobaczyć coś przez szparę w uchylonych drzwiach. Jednak zupełnie na nic. Kolejny trzask wywołał paraliżujące ciarki, które rozeszły się po całym moim ciele, tak jak rozchodzi się ciepło, gdy zjemy gorącą zupę. Pewna część mojego ciała jak i umysłu zarządziła natychmiastowy w tył zwrot i zapewne bym go wykonała i uciekła, gdzie pieprz rośnie, gdybym za plecami nie miała swojego chłopaka. Który, mimo stanu w jakim ostatnio były nasze kontakty, na pewno obroniłby mnie przed wszystkim. Nawet jeśli sprawcą tych hałasów okazałaby się mała, biała myszka, której zapewne w pierwszym odruchu bym się wystraszyła.
  Złapałam powoli za klamkę, ciągnąc ciężkie, drewniane drzwi w swoją stronę. Moim oczom ukazał się rząd białych kabin, z czego szczególną uwagę zwróciła ostatnia z nich, otwarta na oścież. Powoli przesunęłam wzrok na ciemną, odznaczającą się od jasnego tła postać, początkowo nie rozpoznając w niej nikogo znajomego, być może przez nikłe światło, które wpadało tylko do połowy długiego pomieszczenia. Dopiero gdy Alec sięgnął do wyłącznika, rozświetlając jasnym światłem całą łazienkę, poznałam wysoką postać. Jak mogłabym w tak krótkim czasie zapomnieć tą brązową czuprynę, o której zawsze uparcie twierdziłam, że jest ruda, co często gęsto prowadziło do sprzeczek z jej posiadaczem?
  Moje spojrzenie szybko pochwyciło charakterystyczny pomarańcz, walcowatego pudełeczka, pełnego białych tabletek. Nie... Otworzyłam szerzej oczy, uważnie śledząc, jak chłopak porusza ręką, w której zaciskał moją zgubę.
- Tego szukasz, Lena? - Zapytał smutnym głosem, który sprawił, że w moim gardle zaczęła rosnąć wielka gula, utrudniająca mówienie i przełykanie śliny.
- A-aiden... Oddaj mi to, proszę... - Wyciągnęłam w jego kierunku drżącą dłoń, jakby tym gestem prosząc go o oddanie mojej własności. Przełknęłam nerwowo ślinę, gdy ciche pyknięcie obwieściło otwarcie opakowania.
- Przykro mi, ale to dla twojego dobra. - Jego głos stał się twardy, stanowczy, nieznoszący sprzeciwu, co zupełnie nie pasowało mi do Aidena jakiego znałam. Moje oczy zrobiły się niczym spodki, w chwili kiedy brązowowłosy przesunął się w stronę ubikacji. Oczami wyobraźni już widziałam co chce zrobić, więc szybko skoczyłam w jego stronę, krzycząc, by tego nie robił. Jednak kiedy dopadłam długiej ręki Aidena, opakowanie było już zupełnie puste, a białe tabletki pływały w wodzie, której nawet pies bałby się napić.
- Dlaczego to zrobiłeś? Nie mogłeś, nie miałeś prawa tego zrobić! - Zaczęłam krzyczeć na starego przyjaciela, uderzając go przy tym pięściami w klatkę piersiową z całej siły. W pewnej chwili na moich nadgarstkach zacisnęły się jego palce, unieruchamiając mnie i utrzymując nieco w powietrzu, gdyż kolana zaczęły się pode mną załamywać. Zamilkłam natychmiast, wpatrując się oczami pełnymi łez w szare oczy, kryjące się pod mocno ściągniętymi brwiami.
- Na co ci to chore gówno?! - Zagrzmiał na całą szatnię, a ja tylko skuliłam się w sobie. On nigdy wcześniej na mnie nie krzyczał, na nikogo. Nawet gdy był poddenerwowany nie zdarzyło mu się podnieść głosu. - To jest dla chorych psychicznie! Jesteś chora psychicznie?! Jesteś wariatką, Lena?! - Po tych słowach puścił moje nadgarstki, a ja runęłam na brudną posadzkę, uderzając w jasne kafelki kolanami i niemal natychmiast zanosząc się głośnym szlochem. Czułam się w tamtej chwili jak dziecko, któremu obrywa się za zbicie drogocennego wazonu albo... za połknięcie całej paczki tabletek.
- A ty co? Zawsze będziesz jej ze wszystkim ulegał? - Jego głos nieco się uspokoił, ale nadal był ostry i stanowczy, chociaż nieco cichszy. - Taki z ciebie dobry chłopczyk, że zawsze za nią idziesz? Jak będzie chciała obrabować bank, to też jej w tym pomożesz? - Skuliłam się jeszcze bardziej, otulając szczelnie ramionami, próbując w jakikolwiek sposób się uspokoić. - A gdybyście przez przypadek wpadli i okazało się, że Lena jest w ciąży, ale tego nie chce i postanowiła usunąć ciążę? Też byś się na to ślepo zgodził, co? - Prychnął, pogardliwie. - No pewnie. Jesteś w nią tak wpatrzony, że nawet gdyby zdradziła cię tuż przed nosem, to byś nie zauważył.
  Krótka chwila ciszy, w której słychać było tylko mój szloch i gwałtowne łapanie powietrza, ogarnęła całe pomieszczenie, aż w końcu Aiden klękając przede mną, ponownie się odezwał, tym razem już zupełnie spokojnie, głosem, który dobrze znałam. Podniosłam na niego zapłakane oczy, ocierając je szybko wierzchem dłoni.
- Nie wyjechałem z miasta, bo za bardzo się o ciebie martwiłem, Lena. I nie wyjadę, dopóki Talbot nie nauczy się, że nie można zawsze się łapać na te piękne oczy. - Uśmiechnął się delikatnie, przyciągając mnie do siebie i otulając ramionami. Przez chwilę nie miałam pojęcia co się dzieje, jednak kiedy tylko pojęłam, że znajduję się w uścisku szarookiego, z mojego gardła wyrwał się kolejny szloch, zapoczątkowujący kolejną falę płaczu.


Alec? ;-;
Ajm soł sori, for... ju noł for łat ._.

7.13.2017

Od Leona CD Chole

Przed pierwszą lekcją przyszedł do mnie Liam by powiedzieć mi o tym, że wie o tym, że kłamałem w sprawie Chole, że widział nagranie od Chole, na którym z nią o tym gadam. W tym momencie nie wiedziałem co powiedzieć ale na szczęście Li powiedział, że rozumie dlaczego to zrobiłem, i że to nic między nami nie zmienia. Dobrze, że tej żmii nie udało się nas poróżnić. Przynajmniej dzięki niej nie będę musiał uważać żeby Li się przypadkiem o tym nie dowiedział. Mam jeszcze większą satysfakcję z tego, że mimo wszystko nie udało się jej przekabacić Liama na jej stronę. To dowodzi tylko tego, że jest już dla niego obojętna. Mój cel osiągnięty w 100%. Teraz już nie muszę się martwić, że między nimi znów coś będzie. Sam nawet nie wiem co on w niej widział, przecież nawet nie jest jakoś szczegulnie ładna tylko przeciątna. Jeszcze ma korzenie azjatyckie, a azjatki nie są w jego typie, w moim zresztą też. Oby więcej takich sytuacji się już nie zdażyło to będę szczęśliwy. Nie chce mi się już odganiać od niego niechcianych dziewczyn. Mam nadzieję, że ta sytuacja dała mu do myślenia.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Szedłem po lekcjach do pokoju gdy natknąłem się na Chole. Było mi to na rękę bo chciałem z nią pogadać o tym nagraniu.
-Dało Ci coś to nagranie? - Zapytałem.
-Satysfakcję. - Uśmiechnęła się
-Nie wiem z czego, Liam i tak jest po mojej stronie sieroto. - Podkreśliłem ostatnie słowo.
-Mam to gdzieś. - Warknęła. -Wybacz ale nie mam czasu i chcęci rozmawiać z tobą.
Wyminęła mnie i poszła dalej. Ja zrobiłem to samo. W pokoju włączyłem sobie na laptopie film pt. "Pamięć Absolutna". Grała w nim jedna z moich ulubionych aktorek Kate Beckinsale. Po skończeniu filmu poszedłem do Chole. Wszedłem bez pukania.
-Co do... - Nie dokończyła bo jej przerwałem.
-Musimy pogadać.
-Nie mamy o czym. Wyjdź z mojego pokoju.
-Wyjdę kiedy będę miał na to ochotę, ty mi nie będziesz rozkazywać. - Oparłem się plecami o ścianę. -Wracając do tego po co tu przyszedłem. Odpierdol się ode mnie a w szczegulności od Liama. Ty go już nie obchodzisz, jesteś dla niego przeszłością, nikim. Mimo to zachowujesz się tak jakbyś miała u niego jakieś szanse. Nie wchodź nam w paradę to nic Ci się nie stanie.
-Grozisz mi? - Uniosła brew.
-Nie, tylko oszczegam. Gdy będę Ci groził to będziesz o tym wiedzieć. Więc zniknij z naszego życia raz na zawsze to my znikniemy z twojego. Tak będzie wszystkim lepiej. - Powiedziawszy to wyszedłem kierując się do samochodu. Odpaliłem silnik i pojechałem do klubu ze striptizem. Usiadłem przy stoliku pijąc whiskey i oglądając tańczące striptizerki. Jedna z nich podeszła do mnie.
-Zabawimy się? - Szepnęła mi do ucha masując dłońmi ramiona.
-Czemu nie. - Uśmiechnąłem się.
Poszliśmy do jednego z pokoi, które ofetował klub. Na miejscu zaczęliśmy się całować. Nie czekając długo zacząłem ją rozbierać, ona robiła ze mną to samo. W łóżku byliśmy już nadzy. Całowałem ją nie tylko w usta lecz po całym ciele.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rano zanim wyszedłem z pokoju zostawiłem dziewczynie zapłatę. Zdążyłem do Akademii dojechać przed rozpoczęciem się lekcji. Zdążyłem jeszcze wziąść prysznic, umyć sięby i się przebrać. Wszystko to musiałem jednak robić szybko. Zabrałem plecak i pobiegłem pod salę gdzie mam lekcje. Zdążyłem w ostatniej chwili.
(Chole?)

Od Aleca C.D Chiary

   Propozycja Chiary, o ile faktycznie dobrze zapamiętałem jej imię, sprawiła, że moje myśli momentalnie stanęły w miejscu, a to, czym próbowałem zaprotestować, opadło na dno mojego umysłu. Produkcja kontrargumentów wstrzymana tą jedną ofertą, która jednocześnie była dla mnie korzyścią. Dużą korzyścią. To, co mam robić, to tylko nakręcić parę filmików. O montaż, grafikę, nikt mnie nie prosi. A w zamian najprawdopodobniej zdam semestr. Czemu nie...  
   – Nieładnie tak podsłuchiwać. – Prychnąłem pod nosem, budując napięcie wymowną ciszą. Słyszałem, jak jedynym nabierającym na sile dźwiękiem było zniecierpliwione tupanie nogą dziewczyny. – Wchodzę w to. To kiedy zaczynasz mnie uczyć? – Skierowałem się w stronę drzwi, włożyłem ręce do kieszeni, ale jej głos i to, co powiedziała, spowodowało, że natychmiast się zatrzymałem.
   – Co? – Jej twarz przeciął ironiczny uśmiech. W mojej głowie w pierwszej chwili pojawiła się myśl, że widok naprawdę uśmiechniętej Chiary to prawdopodobnie coś tak rzadkiego, jak kurze zęby. – Najpierw filmik, potem nauka.
   – Nie tak się umawialiśmy – odpowiedziałem w ten sam sposób, co tylko poszerzyło jej uśmiech i utwierdziło mnie w przekonaniu, że zrozumiała, jaki charakter ma ta rozmowa. Albo jakby to ona zapewne ubrała w słowa: „jestem zbyt bystra, żeby nie zrozumieć”. O tak, znałem ją zaledwie dzień, a to rzecz, której wręcz byłem pewien. W porównaniu do takiego Andrewa, który był wręcz oczarowany włoszką, mnie wystarczyła chwila zastanowienia, żeby zrozumieć, że Chiara jest sprytniejsza niż wygląda. I w jej towarzystwie odnosiłem nieodparte wrażenie, że wcale nie kipi od nadmiaru koleżeńskiego dobra.
   – Tak? A jak? – Chwyciła się pod boki, patrząc na mnie spod przymrużonych powiek, a potem nienagannym norweskim powiedziała coś, czego kompletnie nie rozumiałem. Norweski to moja zmora, więc nie trudno o wniosek, że wyrazem twarzy przekazywałem wtedy czystą irytację. I chyba ją to usatysfakcjonowało, bo wzruszyła ramionami z tym samym uśmieszkiem, zupełnie tak, jakby nie musiała mówić nic więcej.
   Westchnięciem dałem jej do zrozumienia, że nie zamierzam kłócić się z kobietą, bo one mają swój własny świat, i że się poddaje.
   – Co chcesz nagrywać jako pierwsze?
   – Masz przy sobie sprzęt, prawda?
   Odpowiedziałem bez najlżejszego drgnienia i postukałem palcem w czarną, skórzaną torbę kryjącą drogi sprzęt.
   – Super, możemy nagrać to, co tam teraz masz... fotografię? Fotografię. – Popatrzyła przed siebie z zamyśleniem i nawet nie musiałem odpowiadać, bo sama doskonale sobie radziła z łączeniem wątków.
   Zmarszczyłem delikatnie brwi.
   – Będziesz nagrywać bez żadnego przygotowania? – Wyjąłem sprzęt, odpowiednio układając go w dłoni, tak, by żadna krawędź nie wbijała mi się niewygodnie w skórę. Okręciłem go w palcach, pochłonięty na moment przez konwersacje.
   – Filmik o lacrosse też kręciłam spontanicznie, dam radę – odparła bez większego wzruszenia w głosie. Ba, wyglądała na zupełnie pewną swoich słów, a ja nie zamierzałem tego kwestionować. Ja tu tylko nagrywam. Jak każdą porażkę, nawet niezasłużoną, Chiara przypisze mnie, wychodzę z umowy i sam zdam semestr, bez względu na to, ile godzin miałbym zmarnować na opanowanie zaległego materiału. – Gdyby coś poszło nie tak, w co wątpię, istnieje coś takiego, jak montaż – dodała.
   – Masz rację, przecież na to nie wpadłem – stwierdziłem z nieskrywaną ironią w głosie. – Nie masz żadnej lekcji?
   – Nie. Mam wolną godzinę. Najlepiej wejdźmy do sali, rozmowę z nauczycielką zostaw mnie.
   W odpowiedzi uniosłem ręce w geście poddania. Vanessa Jefferson mimo matczynego, troskliwego uśmiechu, chowa w oczach prawdziwy zapęd mordercy i zabawne było myśleć nad tym, że po tym wszystkim co udało mi się przetrwać, teraz gęsią skórkę wywołuje u mnie właśnie ta drobna pani.
   Do pomieszczenia wszedłem w ślad za Chiarą, która dumnie i bez cienia wątpliwości stawiała kroki do biurka, w czasie gdy ja stanąłem w przejściu i omiotłem wzrokiem pomieszczenie; spośród parudziesięciu uczniów chodzących na fotografię bez wielkiego problemu sięgnąłem blond czupryny. Dziewczyna rozmawiała z niską brunetką i to odebrało mi moment na zastanowienie się, czy dobrym pomysłem było podejść.
   – Super, jesteśmy wolni, że tak powiem. – Obok mnie stanęła zadowolona Chiara, która rozejrzała się, zatrzymując wzrok na dwóch osobach, stojących przy aparacie na tle białego tła. – Byłbyś zły, gdybym zadała parę pytań tej dziewczynie? – Wskazała Lenę, a po chwili poczułem te same spojrzenie na sobie. Odnosiłem wrażenie, że to był rodzaj pytania retorycznego i cokolwiek bym nie odpowiedział, jej nie do końca obchodzi moja opinia na ten temat.
   – Um... chyba nie. Co w ogóle z tym filmem z wczoraj? – spytałem, dorównując jej kroku. W odpowiedzi pokręciła odrobinę głową, a potem z niezbyt wielkim entuzjazmem wytłumaczyła mi, że mogło być lepiej.
   Żywiłem ogromną nadzieję, że Chiara nie wpadnie szybko na to, by zorganizować kampanię reklamową. Chociaż w tym fachu Andrew czułby się jak ryba w wodzie; chłopaka kręci bycie w centrum uwagi, dlatego potrafi palnąć coś idiotycznego tylko po to, żeby zebrać koło siebie ludzi. Jeśli dzieje się coś kretyńskiego to jasne, że bramkarz lacrosse jest w pobliżu. To po prostu weszło już w obieg tej Akademii.
   W sali fotograficznej nigdy nie było dużego zgiełku. Akurat panował tu taki spokój, że bez problemu można by usłyszeć rozmowę toczącą się na drugim końcu pomieszczenia. Ale jako że nie należałem do grupy podsłuchiwaczy, skupiłem całą swoją uwagę na utrzymaniu kamery w bezruchu. Włoszka spojrzała na mnie, jakby czekając, aż pokażę gest, który zapoczątkuje nagrywanie. Jednak zanim do tego doszło, zmieniłem parę szczegółów, ustabilizowałem ostrość obrazu, ułożyłem sprzęt wygodnie w dłoniach, a jako ostatnie kiwnąłem głową na znak, że Chiara właśnie może zaczynać.
   – Hej, nazywam się Chiara Morelli i kręcę filmiki dotyczące szkoły. Akurat macie zaszczyt w nim wystąpić, a ja mam pierwsze pytanie, niezbyt skomplikowane. Miałybyście ochotę udzielić mi wywiadu? – Uśmiechnęła się do każdej z nich w taki sposób, że zmrużyłem oczy z nieskrywaną podejrzliwością. Wciąż nie mogło mnie opuścić wrażenie, że niezła z niej aktorka.
   – Pewnie, czemu nie? – Lena odpowiedziała z tym samym wyrazem twarzy, ale w odróżnieniu od Chiary, uśmiech Leny nie dawał mi powodów do niepokoju. Co więcej, sprawił, że poczułem w środku znajome ciepło. Alec, trzymaj te cholerną kamerę. Dziewczyny teraz ustawiły się obok siebie w idealnym szeregu; Lena odłożyła to, co miała w ręku i stanęła swobodnie, natomiast ta dziewczyna, której nie znałem, wyglądała na dosyć zestresowaną. Nawet moja mina będzie dobrze, niewiele pomogła.
   – Czy fotografia to wasza życiowa pasja czy raczej hobby? – Chiara rozpoczęła wywiad. Lena dała jasny znak, że to ona przejmuje pytanie, a potem dotknęła ją chwila refleksji.
   – A czy hobby nie jest życiową pasją? Chyba, że poprzez życiową pasję rozumiesz jedno hobby, ale w tym przypadku, to dość... ograniczone myślenie. Jeśli robimy coś regularnie i nazywamy to naszym zainteresowaniem, a przede wszystkim jeśli to kochamy, to staje się to naszą pasją. I jeśli mamy na tyle samozaparcia, silnej woli i niekiedy potrzebnych do tego funduszy, robimy to przez całe życie. To czy jest to nasza życiowa pasja, zależy tylko od tego jak bardzo kochamy to co robimy. Nic poza tym. Osobiście uważam fotografię za część swojego życia, więc... już sama musisz zdecydować. – Na koniec mrugnęła złośliwie do Chiary, a ja gdybym wstrzymywał oddech podczas jej przemówienia, to prawdopodobnie bym się udusił. Oczywiście słuchałem z uwagą i nie umknął mi fakt, że w tym co mówiła mieści się sporo prawdy.
   – Robicie sesje zdjęciowe? Jeśli tak to jaki jest ich rodzaj? Robicie akty? – Włoszka oprócz tego, że jej głos ledwo drgnął, skierowała te pytanie wyraźnie do drugiej dziewczyny.
   – Sesje zdjęciowe to podstawa na zajęciach z fotografii, głównie nad tym pracujemy na lekcjach. Nauczycielka obserwuje jak do tego podchodzimy, mówi co mamy poprawić, zmienić. Rodzaje sesji zależą od tematu zajęć. Przerobiliśmy już naprawdę dużo sesji... Akty? To dopiero przed nami z tego co wiem... – Dziewczyna zrobiła się tak czerwona, jakby zjadła coś naprawdę ostrego i momentalnie poczułem dziwny uścisk żalu gdzieś w moim wnętrzu, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Uniosłem odrobinę wzrok poza obraz kamery, by zauważyć, jak Lena ledwo próbuje ukryć chytry uśmiech, zerkając ukradkowo w moją stronę. To był gest, który wywołał napływ myśli. Tych brudniejszych, rzecz jasna. Udusiłem je pod cwanym uśmieszkiem, malującym się na mojej twarzy od pierwszego momentu uświadomienia sobie, że Lena patrzy w moją stronę. Westchnąłbym, gdyby nie fakt, że najmniejsze drgnienie mogłoby zepsuć ujęcie.
   Chiara dalej ciągnęła szereg pytań i jak to w typowych wywiadach, nie rozwodziła się nad odpowiedziami, raczej chcąc rzucić oglądających w wir refleksji.
   – Czy macie profesjonalny sprzęt czy wystarczy amatorski?
   Usłyszałem odchrząknięcie Leny.
   – To zależy od preferencji ucznia. Dobry fotograf nawet z amatorskiego sprzętu wydobędzie to co najlepsze, a jeśli profesjonalny sprzęt ma w rękach ktoś bez tego czegoś, to spieprzy nawet najłatwiejsze ujęcie. – Uśmiechnęła się tak niewinnie, jakby właśnie była ubrana w różową piżamkę w ciasteczka, uczesana w dwa kucyki, ale jednocześnie trzymała splamiony krwią nóż i podcinała komuś gardło. Chiara, mimo że męczyła się jedynie zadawaniem pytań, wydawała się przez cały czas wytężać ucho na wszystko co dziewczyny mówiły.
   – Rozwijacie się w jednym konkretnym kierunku czy nie ograniczacie się na jednym rodzaju twórczości?
   Kolej na naszą szarą myszkę, która może jednak nie jest taka szara i wstydliwa, jak przy tematach dotyczących aktów.
   – Fotografia jest bardzo szeroko pojętą dziedziną. Jeśli ktoś ma szczególne zamiłowanie do jednego tematu i nie interesują go pozostałe rodzaje twórczości, jak to nazwałaś, to idzie w tym kierunku. Nikt nikogo tu nie zmusza, by robił coś czego nie chce. To zajęcia otwarte, gdzie mamy szlifować nasze umiejętności. Więc to również zależy od preferencji ucznia.
   – Pozujecie sobie nawzajem?
   Zmieniam zdanie. Ta sama fala czerwieni oblała twarz tamtej dziewczyny od góry do dołu. Jej nic nie mówiące mamrotanie zagłuszył śmiech Leny, która wyręczyła koleżankę.
   – Jak wspomniała wcześniej, informacje zarezerwowane dla ludzi z fotografii. – Mrugnęła jednym okiem. – Chcesz dołączyć, by się dowiedzieć?
   Chiara odpowiedziała przyjaznym na pozór uśmiechem.
   – Nie uchylicie nam rąbka tajemnicy? Filmiki tworzę także z myślą o innych uczniach, którzy nie chodzą na takie zajęcia i być może są na tyle zaciekawieni, by się czegoś dowiedzieć. Masz dla nas coś, co by ich zachęciło do uczestnictwa? Oprócz aktów? – Chiara, wstyd przyznać, wyłapała mój tok myślenia.
   – Cóż... Informacje zastrzeżone to informacje tajne, więc nie licz, że ktokolwiek z zajęć puści parę z ust. Są rzeczy na pokaz, tak jak galerie zdjęć w szkole, są też takie, które pozostają tylko między fotografami. Co do zachęcania... Naprawdę nagość to jedyne co zachęca ludzi? – Prychnęła, mówiąc z wyraźną złośliwością, którą nawet głuchy by wyłapał. Zmrużyła oczy. – Jeśli znajdzie się ktoś mądrzejszy, to zachęci go piękno tego co robimy, czegokolwiek byśmy nie fotografowali. Rozebranych ludzi można zobaczyć w tanich pornosach, my tworzymy sztukę. – Nastała chwila ciszy. – Swoją drogą... Nie kręciłaś kiedyś pornosów?
   Przełknąłem ślinę, ręka minimalnie mi zadrżała, a ja wyczułem, jak powietrze gęstnieje jeszcze bardziej. Lena czasami powinna ugryźć się w język, bo zaraz zaczną latać aparaty.
   – A co, widziałaś jakiś z moim udziałem? – Uśmiechnęła się pod nosem. – Wybacz, ale nie. Co do aktów to również może być szeroko pojęta sztuka. Chyba, że ktoś nie potrafi z nagości stworzyć czegoś pięknego i głębokiego. Jednak to temat na inną rozmowę. Jeśli nie chcesz zachęcić w jakikolwiek sposób ludzi do fotografii to może koleżanka powie nam coś miłego? – Odwróciła się do tej drugiej dziewczyny i wydawała się przy tym totalnie zignorować Lenę.
   – Niedługo są zajęcia otwarte, może ktoś, kto obejrzy ten filmik, zajrzy w wolnej chwili. Organizujemy dużo atrakcji, które mogłyby przekonać uczniów do sięgnięcia po aparat. Mamy własny sprzęt, więc jeśli ktoś byłby chętny... dokładnie za tydzień, w tej sali. – Zerknęła niewinnie na kamerę i posłała jej tego samego rodzaju uśmiech.
   – Dziękuję. Czy wszędzie zabierasz ze sobą aparat?
   Te pytanie Włoszka skierowała ewidentnie do Leny i to był najwyraźniej błąd. Ani ja, ani Lena, wciąż nie mogliśmy zapomnieć o tym, co się stało, a aparat był ofiarą. I Lena faktycznie nosiła go przy sobie tak długo, dopóki nie stał się stosem zgniecionych kawałków metalu. Bałem się, że przez te jedno pytanie ta rozmowa zmierzy w całkowicie złym kierunku, z tym, że Chiara zapytała o to, będąc nieświadomą. I ten niepokój wzrastał z każdą chwilą, kiedy widziałem zakłopotanie wymalowane na twarzy Leny. Potem te miejsce zastąpił smutek... Lena, dasz radę, oddychaj – powtarzałem w myślach z przejęciem, modląc się o to, bym w tej jednej chwili stracił zmysły i przemówił w jej głowie.
   – Raczej tak. Aparat jest jak część ciała, bez której nie mogę normalnie funkcjonować. Rzecz jasna unikam zaprzyjaźniania go z wodą czy piachem, ale poza potencjalnie niebezpiecznymi dla niego miejscami, jest ze mną wszędzie.
   – Rozumiem, dzięki za wywiad, dziewczyny.
   Cholera, gorąco mi. 

***

   Minęło parę godzin od zajęć z fotografii i momentu, kiedy Chiara przyznała, że mam strasznie wygadaną dziewczynę. W tym czasie emocje zdążyły ze mnie na dobre spłynąć, były jak niewygodne kajdany oplatające ściśle mój umysł. Teraz tkwiłem z głową w poduszce, czując jak materac co jakiś czas odrobinę ugina się pod ciężarem Chiary, która nie mogła usiedzieć w miejscu i gdy prowadziła monolog, wstawała i siadała. Jeśli to pomaga w myśleniu i norweskim to ja mogę nawet przysiady robić... W niespodziewanym momencie jednak wszystko ucichło, co swoją osobliwością sprawiło, że przeniosłem się do pozycji siedzącej i zbadałem, czy wszystko jest tak, jak należy. Chiara wpatrywała się we mnie z powagą. 
   – To bez sensu, nie masz w sobie ani trochę chęci. Weź się w garść. – Tak, rozgadałaś się, zanim spytałaś o cokolwiek. A może w ogóle nie gadałaś o norweskim... co ona właściwie mówiła? Miałem taki mętlik w głowie, jakbym spał przez dobre piętnaście minut. – Najpierw pokaż mi, co umiesz. To jest podstawowy materiał, spróbuj. – Podsunęła mi pod rękę książkę z ćwiczeniami. 
   Usiadłem na przestronnym łóżku po turecku, nie kryjąc nawet braków chęci. Na to wskazywało każde moje spojrzenie, gest i postawa; głośno wypuściłem powietrze z płuc, wręcz walcząc o motywacje, a raczej jej resztki, które pozwoliły mi obrócić książkę w moją stronę. Wpatrywałem się w treść, czytając ją dokładnie, ale im więcej czasu mijało, tym mniej się skupiałem. To była dziwna proporcja, bo liczyłem na to, że będzie zupełnie odwrotnie. Ale właśnie w tym cały problem: wystarczyło, że czytałem dłużej treść, której kompletnie nie rozumiałem, a wtedy schodziłem myślami na zupełnie inny tor. Skutkiem tego było nieuzupełnienie ani jednego ćwiczenia. 
   Kątem oka dostrzegłem, jak Chiara się krzywi.
   – No to czeka nas ciężka praca... – Westchnęła, gdy ja bezradnie podrapałem się z tyłu głowy. – Ale skoro się zobowiązałam, to ci pomogę najlepiej jak potrafię. Ale współpracuj, okej? 
   Jako odpowiedź odrzuciłem książkę i obróciłem się na brzuch, opierając głowę na dłoni. Byłem absolutnie gotowy, by jej słuchać i próbować zrozumieć, jak trudne albo łatwe by to nie było. Uświadomiłem sobie, że najlepszą drogą będzie właśnie współpraca, a wówczas wszystko pójdzie gładko z odrobiną wysiłku. Dobra, nie odrobiną.
   Nie liczyłem czasu. Gdy odrywałem się od jej głosu i patrzyłem na zegarek, czułem, jakby czas mijał mi o wiele wolniej, dlatego dokładałem wszelkich starań, by go zignorować, i bez przerwy korzystałem z rad dziewczyny: gdy mówiła o jednym zagadnieniu, wskazywała palcem na treść w książce i mój wzrok też tam padał. Jedyne, czego byłem pewien to tego, że czułem się jak w transie przez długi, długi czas; jak gdyby pogrążony w jej sensownych tłumaczeniach, które docierały do mnie w zatrważającym tempie. W ciągu tych prawdopodobnie paru godzin wbrew okropnemu zmęczeniu, udało mi się parę razy zabłysnąć znajomością tematu, nie uwzględniając drugiej takiej połowy porażek. Chiara wwierciła mi w głowę wystarczająco dużo na zaliczenie i za to byłem jej wdzięczny bardziej niż niejednej nauczycielce. Tysiące cholernych przekręceń kartek i powtórzeń, ale nie na marne. Dziewczyna przez cały czas zachowywała tak śmiertelną powagę, że aż poczułem bijący od niej chłód, lecz gdyby nie to, prawdopodobnie nadal bym leżał z głową w poduszce. 
   W akompaniamencie ciszy padłem na łóżko na wznak. 
   – Teraz ja zadecyduję – ziewnąłem – i ogłaszam przerwę. 
   – A co, już ci zwoje mózgowe wysiadają? – Odłożyła książkę, nie zmuszając mnie do tego, bym sam ją jej odebrał. Co za dużo, to nie zdrowo. 
   – Jest sposób, żeby je postawić? – Wyciągnąłem telefon z zamiarem zamówienia pizzy. – Jeśli tak, to zamawiam pizze. 
   – Wbrew pozorom jedzenie nie sprzyja nauce, raczej spaniu, ale czasami się przydaje jako motywacja. – Na jej twarzy odmalował się podstępny uśmiech. Skopiowałem go.
   – Przestań być chodzącą encyklopedią i pokaż mi czy potrafisz zjeść chociaż pół pizzy. – Mój głos był teraz na pograniczu powagi i droczenia się. 
   Podniosła brew, poszerzając swój uśmiech.
   – Pytasz się o to rodowitej Włoszki? Chyba życie ci niemiłe.
   Przeniosłem się do siadu.
   – Taka jesteś sprytna? Chętnie to zobaczę.
   – Proszę bardzo. – Prychnęła, już kompletnie zapominając o norweskim. Za chwilę będziemy rozmawiać o włoskim. – Może zakład? – Uniosła brwi, a jej pewny siebie głos nie pozwalał mi na to, bym zignorował te pytanie, które mnie tylko nakręciło.
   – Zakład – potwierdziłem, podając jej rękę. – Nie znasz mojego żołądka.
   – Jak zjem, to uczymy się dalej przez godzinę i płacisz za całą pizzę, jak przegram to na dzisiaj koniec i płacę za pizzę. – To brzmiało dosyć rozsądnie.
   – Płaci się przy dostawie... w co ty mnie wkręcasz, Morelli? – Mimo że istniało proste rozwiązanie, czułem, że taki obrót spraw będzie ciekawszy i tak właściwie cały wieczór to był totalny spontan, który jednocześnie utrzymywał się w granicach zdrowego rozsądku. Pomijając całkowicie naukę, pokusiłem się o stwierdzenie, że Chiara jest nawet bardzo znośną osobą.
   – Zawsze można kupić następną – zasugerowała.
   Odpowiedź została całkowicie zniszczona w mojej głowie, gdy na jej miejsce wstąpił głośny stukot. Głośny, nerwowy i agresywny stukot. Dźwięk poruszył całym moim ciałem i rozkazał mi wstać; nie podobała mi się ta niepewność, która nasilała się z każdym kolejnym krokiem zbliżających mnie do drzwi. Spojrzałem na Chiarę, zanim dopadłem do klamki, ale ona z niewątpliwym spokojem tkwiących w oczach mówiła, że mam po prostu otworzyć drzwi.
   Nie patyczkowałem się z nimi, po prostu uchyliłem raz i porządnie, czując taką ulgę, jak jeszcze nigdy. To Andrew, który natychmiast zajrzał mi przed ramię, dokładnie w taki sposób, jakby czegoś szukał.
   – Hej, Alec! Myślałem, że... – Jego uśmiech powoli zanikał, wprowadzając mnie w jeszcze większe zakłopotanie. – Co ona tu robi? – szepnął na tyle głośno, bym to usłyszał.
   – Uczy mnie, mówiłem.
   Mój głos był ledwo wzruszony.
   – Ta? – Ponownie spojrzał mi przez ramie, tym razem znacznie energiczniej. Każda zmarszczka na jego twarzy wykrzywiała się w wyrazie zdenerwowania. On tracił kontrolę i nie próbowałem poddawać wątpliwościom tego stwierdzenia. – Przecież masz dziewczynę, wiedziałeś, że ona mi się podoba...
   Podniosłem brwi, nie kryjąc zdziwienia, które na dłuższą chwilę odebrało mi mowę. Co...
   – Andrew, coś ci się pomieszało... – urwałem.
   – Nie! Wyjdź stąd.
   – Mieszkam tu – odparłem natychmiast, przewracając oczami. Jego dziwne zachowania to była norma, ale za każdym razem czułem się w takim samym stopniu zażenowany.
   W ułamku sekundy złapał mnie za kołnierz, a ja zacisnąłem obie dłonie na jego nadgarstkach, starając się nie oddać żadnego ciosu i nie tracić spokoju, który dotychczas wypełniał mnie niczym narkotyk. Jednak z upływającymi chwilami serce coraz głośniej dudniło mi w piersi, a krew przetaczała się chaotycznie w korytarzu żył, kiedy walczyłem o to, żeby uspokoić Andrewa. Żeby wytrzymać z nim tak długo, aż opuszczą go emocje.
   Rozluźnił uścisk i szarpnął mnie, po czym podniósł rękę, którą w tempie wykładniczym złapałem, by nie trafiła mnie w twarz. Mój wzrok wyrażał naprawdę wiele: ostrzeżenie, zdenerwowanie, prośbę. Wszystko po kolei. Wszystko, czego chłopak z ADHD nie zauważał.
   – Dlaczego mi to robisz?!
   – Stary, zabierz te ręce i wróć do zmysłów...
   Słyszałem w swojej głowie jak z jego piersi próbowało wyrwać się porażone agresją serce. 
   Chiara, help. 


Chiara?

Od Isaaca C.D Ahmanet

   Domu Ahmanet, bo tak miała na imię właścicielka, nie dało się opisać prostymi słowami. Wystarczyło, że spojrzę na jeden pokój i patrzę, i patrzę, i patrzę, i jestem jak w transie, tkwię w dziwnym wrażeniu raczej odnoszącym się do tego, ile pieniędzy musiało pójść na chociażby... cholera, poduszkę. Otaczały mnie zbyt duże luksusy i może to był powód, dla którego czułem się z lekka niekomfortowo. Ale te uczucie dało się okiełznać i schować na samym dnie umysłu, by nie przeszkadzało w spotkaniu. Szczególnie, że nie byłem sam, a ze znajomymi ludźmi, którzy być może stosowali podobny kamuflaż.
   – Isaac, co znaczy ten twój tatuaż ma szyi? – Ocknąłem się, gdy usłyszałem swoje imię i odwróciłem się, by po chwili zrozumieć, że to Ahmanet do mnie przemówiła.
   – Tatuaż? – Odruchowo położyłem rękę w tamtym miejscu na szyi, wypuściłem powietrze z ust, starając się odpowiednio dobrać słowa. Gdyby głębiej się nad tym zastanowić, to sam nie wiem, skąd mam te dziwne znaki. – To nie tatuaż, a znamię. Mam to od kiedy pamiętam, ale jakbym miał wybrać tatuaż, byłby bardziej symboliczny. – Na mojej twarzy zagościł zaledwie najmniejszy ślad uśmiechu. 
   Pokiwała krótko głową, zupełnie tak, jakby nie miała mówić już nic więcej.
   – Za to ty chyba masz sporo tatuaży – stwierdziłem, nie przyjmując nawet do wiadomości opcji, że mogę być w błędzie. Najbardziej widoczny na jej ciele symbol spoczywał na jej ramieniu i w sumie kojarzył mi się jedynie z chińskimi krzaczkami. – Ani jednego nie żałujesz?
   Zlustrowała się wzrokiem od góry do dołu, jakby chciała w jednym spojrzeniu zmagazynować wszystkie swoje zdobienia. Pokręciła energicznie głową, wzięła łyk drinka, po czym wysunęła w moją stronę rękę z naczyniem.
   – Napijesz się?
   – Nie, odjeżdżam motorem i lepiej byłoby nie zrobić wypadku – odparłem niewzruszonym tonem.
   – Czy ja wiem. Jeden drink nie sprawi, że stracisz resztę zmysłów. 
   Mój zamiar odpowiedzi całkowicie wyparował, gdy na taras w tempie wykładniczym pojawił się nieznany mi chłopak. Na twarzy malowało mu się coś więcej niż zmartwienie, być może strach; jego ręka ciągle wskazywała basen, ale usta trzymał szeroko rozszerzone, tak, jakby miały zamiar coś powiedzieć, ale nie mogły.
   – Co się stało? – zagadnęła Ahmanet. – No mów, spokojnie! – Stanęła przed nim, wgapiając się w jego spłoszone oczy.
   – Jeśli mówicie o drinkach, tam jest ktoś, kto przesadził... – Słyszałem jego dudniące serce zamknięte w piersi. Bez żadnych słów poszliśmy w ślad za nieznanym mi chłopakiem, a wraz z przebytymi progami pokoi nasilały się dźwięki wiwatujących młodych ludzi. Zapewne ci, którzy wciąż zostali u Ahmanet. Dziewczyna szybko zrezygnuje z zapraszania nieznajomych... Po chwili zrozumieliśmy, o co chodziło panikarzowi. Pijany chłopak rzucał się po mokrych płytkach, przeklinał, śpiewał, niszczył wszystko, co miał dookoła, a ci co stali, nagrywali. To takie typowe, ale jakie żenujące...
   Jako jedyny podszedłem bliżej, czując jak aura agresji owija agresora niczym mgła. Odnosiłem wrażenie, jakby ostrzegała mnie przed podejściem, ale skoro jestem jedyną osobą, wypadałoby zacząć działać jak pacyfista-dyplomata i przestać liczyć na otoczenie.
   – Hej, smakowało ci to? Myślę, że już starczy. – Schyliłem się, by podnieść stłuczony kieliszek i, uśmiechając się ze zdezorientowaniem do chłopaka, odłożyłem naczynie na bok. Prawdopodobnie Ahmanet jest z osób, które straty nawet nie zauważą, ale nie zamierzam kryć tego, że jestem prostym człowiekiem i działam w taki sposób, w jaki każe mi sumienie.
   Pijany odwrócił się do mnie. Przez chwilę prowadziliśmy całkiem spokojną rozmowę, jednak kiedy wszystko wydawało się wracać na właściwy tor, spuścił ze mnie spojrzenie i zatrzymał je dokładnie za moimi plecami. Na Ahmanet. Zajrzałem do niej przed ramie, ale nim cokolwiek zdążyłem powiedzieć, by ją uspokoić, powiedzieć, by zachowała spokój, sylwetka chłopaka śmignęła obok mnie, przeszywając powietrze chłodem. W amoku usłyszałem jeszcze tylko, jak chłopak krzyczy o kolejne drinki, a potem dotarł do mnie już tylko plusk wody. To musiało się stać, by reszta ludzi się ocknęła i unieruchomiła napastnika. Ja czując pulsujący w głowie przestrach, podbiegłem do krawędzi basenu i zauważyłem pływającą w nim Ahmanet, która na całe szczęście nie miała problemu z pływaniem. Odetchnąłem z ulgą i rozejrzałem się dookoła, lustrując wzrokiem wszystkie szkody, jakie chłopak zdążył wyrządzić.
   – Um... – Podałem jej rękę, by pomóc jej wyjść z przestronnego basenu. – Pomogę posprzątać, okej?
   Podciągnęła się i wstała, zaczesując mokre, ciemne włosy do tyłu.
   – Zadzwonię po sprzątaczkę... jeju, co to był za gość...
   – Nie dzwoń, sami to ogarniemy. Nie jest tak dużo, żeby o jedenastej w nocy wzywać kobietę do sprzątania – zaprzeczyłem ze zdecydowaniem. – Idź się wysusz.
   – Zadzwo... – urwała, gdy z kolejny raz zaprotestowałem, czując dziwne uczucie wstydu, gdy przypomniałem sobie o tym, że miałby sprzątać ktoś o wiele starszy, mimo że ja jestem na miejscu.
   – Nie. Naprawdę, to nie boli. – Na mojej twarzy odmalował się najlżejszy ślad uśmiechu.

Ahmanet?

7.12.2017

Od Louisa CD Sibil

Tym razem nie wziąłem żadnego soku tylko Coca Colę. Przecież nie będę pić tylko samych soków. Wziąłem butelkę z piciem i udałem się do sali na kolejną lekcję.
Po lekcjach poszedłem prosto do pokoju. Przypomnoało mi się, że musze odnieść zeszyt koledze. Zabrałem zeszyt po czym wyszedłem z pokoju nie zamykając go nawet bo nie będzie mnie tylko kilka minut. Stanąłem przed pokojem Nigela i zapukałem. Chłopak od razu otworzył.
-Siema. - Przywitałem się. -Dzięki, za zeszyt. - Wręczyłem mu go do dłoni.
-Nie ma za co, zawsze do usług. - Zaśmiał się.
-To narka. - Porzegnałem się i wróciłem do siebie.
Jak już wszedłem do swojego pokoju to zobaczyłem Sibil siedzącą na krześle. Szczerze trochę się zdziwiłem jej obecnością tutaj. Nie mówiąc nic dała mi do ręki notatki. Zacząłem je przeglądać z ciekawości. Były całkiem niezłe. Po zamienieniu ledwie dwuch zdań wyszła. No tak, zrobiła notatki a całą resztę zostawiła na mojej głowie, świetna praca zespołowa nie ma co.
Wziąłem laptopa i usiadłem na łóżku. Uruchomiłem program do robienia prezentacji. Zacząłem robić pierwszy slajd, na którym znajdzie sie tytuł całej prezentacji czyli Historia Wielkiej Brytanii. Wszystkie szczegóły dopracowałem bardzo skrupulatnie. Wszystko zeszło mi do późnej nocy. Robiąc prezentację korzystałem zarówno z moich notatek jak i z Sibil. Ostatni slajd był poświęcony zakończeniu i autorą prezentacji. Napisałem "Dziękujemy za uwagę" oraz "Prezentację wykonali: Louis Styles i Sibil Mikealson". Skończoną prezentacje wysłałem Sibil e-mailem by mogła się z nią zapoznać. Po wysłaniu wyłączyłem laptopa i piszedłem spać. Byłem wykończony co przyczyniło się do tego, że szybko zasnąłem, praktycznie zaraz po położeniu się na łóżku.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rano przed lekcjami spotkałem się z Liamem by omówić ważne sprawy dotyczące zespołu jak i naszej wspólnej "znajomej" Chole. Równo z dzwonkiem na lekcje poszliśmy do swoich sal. Siedziałem sam w ostatniej ławce. Zaraz po wyjściu z sali na przerwę podszedł do mnie jakiś chłopak, którego nie znałem.
-Ty jesteś Louis Styles? - Zapytał.
-Tak, to ja, a o co chodzi?
-Pan dyrektor Cię wzywa. - Powiedział i poszedł.
Udałem się od razu do gabinetu dyrektora. Przed wejściem zapukałem do drzwi i wszedłem.
-Wzywał mnie pan? - Zamykałem drzwi do gabinetu.
-Tak, usiądź proszę. - Mężczyzna wskazał na krzesło.
Usiadłem czekając, aż mi powie o co chodzi.
-Wezwałem Cię tu by Ci powiedzieć, że znoszę zakaz obowiązujący Ciebie i Sibil. Możecie ze sobą przebywać ale jeśli zostaniecie na czymś przyłapani to znów go wprowadzę. - Mówiąc to patrzył cały czas na mnie.
-Rozumiem. - Przytaknąłem.
-Możesz już iść. - Powiedział. -A i jeszcze jedno. Powiedz o tym Sibil bo nie wie.
-Dobrze. Do widzenia. - Wyszedłem udając się prosto pod salę.
Na miejscu podszedłem do Sibil.
-Mam dla Ciebie wiadomość. - Powiedziałem.
-Jaką?
-Byłem teraz u dyrektora bo mnie wezwał i powiedział mi że nasz zakaz jest anulowany ale jak zostaniemy na czymś przyłapani to znów go wprowadzi.
(Sibil? Wybacz, że tak długo nie odpisywałam ale jestem u siostry zagranicą i nie mam tak bardzo czasu i internet tu działa w kratkę.)

Od Klary c.d. Farry

 Niezbyt ucieszyła mnie perspektywa tego, że na zadanie miałam opisać niedawną wycieczkę. Tym bardziej, że musiałam poprosić o pomoc Farrę - wszakże to ona była moją współlokatorką. Wiedziałam, że ona również nie zachwyci się tym pomysłem. Ale trudno, musiałam to zrobić.
 Podeszłam do niej w szkole i powiedziałam jej o zadaniu. Powiedziała, że może robić je ze mną, ale raczej będzie marnym pomocnikiem, bo przez całą wycieczkę nie uważała. Trudno. Lepsze taka pomoc, niż żadna.
 Umówiłyśmy się na popołudnie w świetlicy. Przyszłam tam wcześniej, wyjęłam wszystkie potrzebne notatki i rozłożyłam je na stoliku. Oprócz mnie było tutaj tylko kilka osób, odrabiających zadania, albo rozmawiających między sobą. Pilnował nas jeden nauczyciel, siedzący przy biurku w kącie i zajęty ocenianiem sprawdzianów. Jakby z oddali dobiegała mnie muzyka dochodząca z radia przyciszonego niemalże na minimum.
 Spojrzałam na zegarek. Farra już powinna tu być. Czyżby wystawiła mnie do wiatru? W tym momencie dziewczyna weszła do świetlicy. Na początku mnie nie zauważyła, po chwili jednak się przysiadła.
 - To od czego zaczynamy? - Zapytałam.

 Farra?

7.09.2017

Od Isaaca C.D Taviego

   Zsunąłem się z łóżka, kiedy do moich uszu dotarła wibracja telefonu. Spojrzałem w stronę drzwi, po czym omiotłem pokój wzrokiem, zupełnie tak, jakby nadawca wiadomości ciągle tu był. Ale go nie było. I ta świadomość znacznie zmniejszyła mój uśmiech, który wcześniej utrzymywał się na mojej twarzy bez mojej kontroli. Układając wygodnie telefon w dłoni, odblokowałem wyświetlacz i nacisnąłem delikatnie na wiadomość.

Do jutra,
Tavi

   Z każdą mijającą chwilą, gdy to odczytywałem, czułem dziwny uścisk zadowolenia w żołądku. Spokój, który towarzyszył mi wtedy, przybił moją głowę z powrotem do poduszki i rozkazał zasilić rozbolałe płuca głębszym oddechem. Odpisałem w ten sam sposób, a następnie, zdając sobie sprawę z godziny, odłożyłem wszystko i poszedłem pod prysznic. I jak trudna ta czynność by się nie okazała, nawet podczas urazów musiałem zachować higienę, bo inaczej stroniłbym od chociażby wyjścia z tego pokoju. Szczerze powiedziawszy nie zliczę razów, kiedy pomyślałem, by wziąć zwolnienie na jakiś czas, ale argumentem, który skutecznie mnie od tego odganiał było to, że chodzę do szkoły zbyt krótko, aby pozwolić sobie zniszczyć frekwencje.
   Nazajutrz wystarczył dźwięk budzika, żebym przypomniał sobie o moim nowym znajomym. W związku z tym zanim przewróciłem się z szarpiącym bólem na drugi bok, chwyciłem jeszcze raz telefon. Wybrałem wiadomości, zaznaczyłem Taviego, a następnie krótko przywitałem. Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, by doprowadzić się do porządku; przeczesałem raz włosy, zasłoniłem ciemną koszulę czarną, skórzaną kurtką i wyszedłem bez żadnej kuli pod pachą. Wolałem kuśtykać, bo stwierdziłem, że to o wiele wygodniejszy sposób na życie niż zajęte ręce i proszenie wszystkich dookoła o najróżniejsze przysługi. Lekcja, która rozpoczynała mój dzień nie należała do mojego planu, co oznaczało godzinę wolną. Miałem calutkie czterdzieści pięć minut, żeby poszwendać się po szkole i przy okazji znaleźć Taviego. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, ale chłopak ni stąd ni zowąd stał się dla mnie przyjemnym powodem, dla którego chodzę do szkoły.
   Szedłem wzdłuż korytarza, co jakiś czas wymieniając z ludźmi spojrzenia. A ja tylko zaglądałem w ich twarze, by przekonać się, czy czasami nie pominę tego, kogo szukam od rana. Numer jego pokoju dawno wyleciał mi z głowy, więc jedyną opcją pozostało mi czekanie. Taa, nigdy nie miałem dobrej pamięci. A pro po... W jednej chwili poczułem, jak zegar w tykający w mojej podświadomości okazuje się być bombą i dosłownie rujnuje mój umysł. Dotąd myślałem, że gorszym cymbałem nie mogę być, ale widocznie wszystko jest możliwe; zapomniałem o pierwszej możliwej w roku szkolnym pracy domowej, jaką zadali poprzedniego dnia. Myśląc o tym, gorączkowo rozglądałem się po całym korytarzu, zupełnie jakbym bał się tego, że ktoś mnie śledzi, a każdy nowy krok zbliża mnie do tajemniczej pułapki.
   Docierając na taras, nie potrafiłem ukryć podziwu, gdy zauważyłem znajome loki i szczuplutkie plecy. Kuśtykałem umiejętnie tak, by widzieć twarz chłopaka i wkrótce położyłem ręce na blacie stołu, nie powstrzymując się nawet przed poszerzeniem uśmiechu. Pochyliłem się odrobinę do przodu i to był moment, w którym zwróciłem na siebie jego cenną uwagę.
Znalezione obrazy dla zapytania alec lightwood gif
   – Hej, odczytałem SMS'a. – Podniósł na mnie swój wzrok, mówiąc niezbyt donośnym głosem, a mimo to słyszałem go doskonale.
   – Doberek, gdzie ten biały pomera-coś tam? – Nie wiedziałem, czy pocę się z tego powodu, że właśnie zamierzam perfidnie zapytać go o pracę domową czy może to coś zupełnie innego. Jedno wiedziałem: czułem pieniącą się we mnie falę wstydu, którą nie sposób było powstrzymać zwykłym wstrzymaniem oddechu.
   – Nauczyciele nie są za oprowadzaniem zwierząt po korytarzu, więc musiałem ją zostawić. – Jego twarz, ściągnięta w wyrazie delikatnego smutku, sprawiła, ze przysiadłem się obok. – Wyglądasz na spiętego...
   – Tak, bo, um... – zacząłem, patrząc w zupełnie inną stronę. Cholernie nie chciałem, żeby wziął mnie za próżniaka, którego nie stać na przeznaczenie godziny na pracę domową. O dziwo naprawdę ciężko mi było z myślą, że być może się pogrążę, a on zacznie interpretować to tak, jakbym znalazł obiekt do wykorzystywania. To zupełnie nie tak... – Zapomniałem pracy domowej, a to pierwsza praca w roku szkolnym...
   – Chcesz, żebym ci ją dał? – Wyręczył mnie, a ja odetchnąłem z ulgą, widząc jednocześnie tajemnicze rumieńce na jego policzkach, na które starałem się zbytnio nie reagować. A wbrew temu mój wzrok wciąż zsuwał się z jego głębokich oczu i na moment zatrzymywał właśnie tam, na zaróżowiałych śladach. Bądź co bądź, uroczych śladach. 
   Pokiwałem głową, nie ukrywając skonfundowania, i podrzuciłem plecak na kolana, rozsuwając go. Wyjąłem potrzebny zeszyt, otworzyłem go, jednocześnie z dokładnością obserwując każdy ruch Taviego, który kopiował moje ruchy. Przekazaliśmy sobie wszelkie informacje dotyczące angielskiego, a gdy ostatnia strona zeszytu się zamknęła, ulga i szczęście wypełniały mnie w równych proporcjach. Rozszerzyłem uśmiech, który rozpromienił moją twarz i z nieskrywaną radością powiedziałem:
   – Nawet nie wiesz, jak ci dziękuję...
   – To? To nic takiego – odparł niemal natychmiast, chowając wszystko do plecaka. Rumieńce zasiedlające się na jego policzkach nie odstąpiły chłopaka ani na krok i to sprawiło, że prawie się wyszczerzyłem, a dla niego prawdopodobnie zrobiłem to z nieznanego powodu.
   – Ej... masz wolną godzinę, nie? – Zmarszczyłem czoło w wyrazie zaciekawienia.
   – Tak, a co?
   – Chodź ze mną – szepnąłem cicho, w taki sposób, jakbym udawał cichego zabójcę, czyhającego na kolejną ofiarę, ale to spowodowało tylko tajemniczy uśmiech na twarzy Taviego. Może nawet zakłopotany uśmiech. – Mamy sporo czasu.
   – Mówiąc sporo, masz na myśli czterdzieści pięć minut? – Spojrzał na mnie, gdy uniosłem się z siedzenia energicznie i sprawiłem wrażenie, jakbym miał się zachwiać i upaść na twardą, drewnianą podłogę tarasu.
   – Miałem szukać motoru. Krzyknąłeś wtedy, że idziesz ze mną. Nie wystawisz mnie, co? – Powietrze wypełnił mój krótki śmiech. – No chodź. Tylko ten dzień. – Zachęcałem go, ponownie pochylając się nad stołem.
   Chłopak po krótkim czasie skapitulował, ale pod warunkiem, że wrócimy niedługo, bo Pome-coś tam sam się nie nakarmi. Tavi jasno dał mi do zrozumienia, że już zakochał się w piesku i najchętniej nie oddalałby się od niego choćby o krok, gdyby nie obowiązek taki jak szkoła. Dyskretnie opuściliśmy szkołę, wtapiając się w przechodniów. Na przestrzeni paru minut udało nam się całkiem oddalić od obszaru, w którym postawiono szkołę. Zatraciliśmy się w jednym kierunku, jaki po paru kilometrach przestał obrastać zielenią i powoli zaczął przypominać mi wysuszone Prescott. Spalona słońcem ziemia. Samo słońce, które bez reszty wylewało na nas swój żar. Jednak najgorzej czuliśmy się będąc w taksówce, w drodze na stacje benzynową, gdzie pierwszy raz spotkałem Taviego. I nie były to zbyt przyjemne okoliczności. Tam, gdzie się wykrwawiałem, wciąż leżała krew, tyle że zaschnięta, wręcz tworząca z gruntem jednolitą powierzchnię.
   – Pamiętasz, skąd przyszedłeś? – zagadnął Tavi, który by ochronić się przed blaskiem słońca, utworzył z dłoni daszek.
   – Tam. – Wskazałem dłonią, czując coraz to większy pot płynący wzdłuż moich pleców. Bądź co bądź, ale temperatura jednak ma jakiś wpływ na to, jak człowiek wygląda. I to nie był seksowny pot... 
   – Czeka nas długa droga – skomentował, a ja dałem mu do zrozumienia, jak bardzo się z nim zgadzam. Z tym, że kuśtykanie nie było najwygodniejszą formą chodzenia. – Na pewno dasz radę dojść? – Czułem na sobie jego wątpliwy wzrok, ale wbrew wszystkim myślom pokręciłem głową.
   – Dam radę. To prosta droga, niedaleko jest las, zostawiłem motor w krzakach i przy odrobinie szczęścia trafimy na niego od razu. Tavi, jak się czujesz z tym, że właśnie opuszczamy zajęcia?
   – Źle, ale dobrze – powiedział niewzruszonym tonem, a ja w ten czas przekrzywiłem głowę i spojrzałem z niedowierzającym uśmiechem. Wciąż mrużyłem oczy, bo słońce było dzisiaj wyjątkowo bezlitosne.
   Po około godzinie kręcenia się na obrzeżach dosyć dużego, gęstego lasu, obrośniętego dookoła przez wysokie zarośla, coś błysnęło mi przed oczami. Zauważyłem te same wzniesienie, z którego dwa dni temu przyszło mi się sturlać i dokładnie pod stopami tejże górki odnalazłem to, co chciałem. Z uśmiechem zawołałem Taviego, nieprzerwanie wpatrując się w błyszczącą w słońcu piękną maszynę. Zanim jednak chłopak przebił się przez krzaki, usłyszałem jeszcze parę szelestów i z doskwierającym już odrobinę mniej bólem nogi pochyliłem się nad sprzętem. Złapałem za kierownicę, z głośnym syczeniem podnosząc go i wykorzystując do tego wszelkie pokłady sił.
   – Znalazłeś go. – Bardziej stwierdził, niż zapytał, a w następnej chwili bez wahania obszedł maszynę i złapał za drugą stronę, by ją ostrożnie podnieść. – Trochę... poobijany?
   – Cholera by to wzięła – komentowałem, obserwując dokładnie każdy zarys na motorze i odczuwając ściśnięcie w sercu za każdym razem, gdy widziałem nowe uszkodzenie. Nic jednak nie było na tyle poważne, by utrudnić jazdę. No oprócz jednego. Czołowa lampa była całkowicie stłuczona. Odbijałaby światło jak przez pryzmat.
   W ciszy do mojej głowy przyszedł kolejny pomysł i wówczas sam nie wiedziałem, czy może uraz ciągle ma wpływ na to, o czym myślę, czy może od początku byłem taki porysowany, jak ten motor. Bez względu na to, co mnie podkusiło, przerzuciłem nogę przez maszynę i usadowiłem się na niej, zahaczając stopę o sprzęgło. Moja dłoń ostrożnie objęła rączkę z gazem, w taki sposób, jakbym dotykał jej pierwszy raz.
   – Co ty...
   – Chodź. – Zacząłem się śmiać, aż w końcu uruchomiłem maszynę, rozkoszując się rykiem, jaki wydaje.
   – To głupie...
   – Tavi, nie jestem głupi. Nie decydowałbym się na coś, co zagrażałoby twojemu i mojemu życiu. Wskakuj. – Uspokoiłem go delikatnym uśmiechem. Choć lepiej nazwać to podjęciem próby.
 
Tavi?