3.22.2017

Od Aleca C.D Leny

   Całkowicie odebrało mi głos. Stałem tam, patrząc na tłumaczącą się dziewczynę i spuszczając głowę, jakby to, co chciała mi przekazać, nagle zaczęło ciążyć nade mną niczym niewidzialny głaz. Z każdym nowym faktem zaznaczała, jak bardzo nie chciała, żebym był zły, że nie chce mnie stracić; jej ton sprawiał, że pragnąłem jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. O jej żalu, o matce... o ojcu. Wspominając słowa dziewczyny o tym, że to właśnie on ją skrzywdził, czułem jeszcze wyraźniejszy przepływ gniewu w żyłach. Nienawidziłem go. Nienawidziłem go stokroć bardziej niż kiedy to moja skóra naznaczała się siniakami i cięciami jego autorstwa. Nie protestowałem z nasilającą się w głowie myślą, że nikt nie ma prawa choćby dotknąć Leny. Po prostu nie pozwalam. Zrozumiałem, że nie jestem zły na ani nią, ani na moją matkę, a na tego, który zrobił z mojego dzieciństwa piekło na ziemi. Kamienny wyraz ustępujący miejsca zastanowieniu przylgnął mi do twarzy, nie pozwalając zdradzić mojej ostatecznej reakcji. Dopóki Lena nie zamilkła, utkwiłem wzrokiem głęboko w podłodze, jakbym chciał przebić się do pierwszego fundamentu budującego cały dom.
   Czy ja naprawdę mogłem zrozumieć to wszystko, co przede mną ukryła? 
   – Po prostu nie chciałam cię martwić. Nie chciałam, żebyś się złościł na mnie, na swoją rodzinę... – Spuściła głowę, z każdym kolejnym słowem mówiąc coraz ciszej. – Nie chciałam, żebyś mnie znowu zostawił.
   Wtedy nieznane dotąd uczucie zapragnęło wydostać się na zewnątrz. Wręcz kazało mi powiedzieć to, co za moment wyrwało się z moich ust. Ogarnęło mnie poczucie ulgi, jakbym właśnie ujawnił coś skrywanego przez długi okres czasu. Może prawdę? 
   – Lena, jesteś jedyną osobą, która coś dla mnie znaczy. Ostatnie, co bym chciał zrobić, to cię zostawić, i wtedy byłbym największym idiotą na świecie – mówiłem, z głosem tak opanowanym i łagodnym, jakby w jednej sekundzie wszystkie żale i problemy spłynęły ze mnie, wchłonęły się w każdy element tego domu. Jednym, zwinnym ruchem odbiłem się od dającej oparcie framugi drzwi, obserwując, jak moje nogi same zmierzają w stronę dziewczyny. Zatrzymały się zaledwie metr od niej.
   – Chodź. – Uświadomiłem sobie, że ten szept był tylko odrobinę głośniejszy od oddechu. Potem wyciągnąłem rękę w kierunku Leny i rejestrowałem wzrokiem jej najmniejsze drgnięcie, starając się wyczytać cokolwiek z twarzy, gdy wahała się, by złapać za moją dłoń. Daleko było mi do zniecierpliwienia; dałem jej tyle czasu, ile na to potrzebowała.
   Po paru sekundach namysłu zrobiła to, a ja niemal natychmiast zagarnąłem ją bliżej siebie, jakby jej obecności brakło mi od dłuższego czasu. Powietrze wokół nas straciło swoją pokojową temperaturę; zaczęła się stopniowo tylko podwyższać i wkrótce nie pozwalała o sobie zapomnieć, rosnąc w każdym kącie mojego ciała. Dotknąłem delikatnie włosów dziewczyny i, przeczesując je dłonią, przycisnąłem jej głowę mocniej do swojego ramienia, jakbym chciał pokazać, jak dużo dla mnie znaczy.
   – Czas wracać. Nie wytrzymam tu sekundy dłużej – wyszeptałem jej do ucha, z emfazą obejmującą dwa ostatnie słowa.

***

   Ten czas spędzony z Leną choć na chwilę pozwolił mi zapomnieć o burzliwej codzienności, jaka niegdyś czekała mnie w domu rodzinnym. Rozmowy z dziewczyną wyrywały mnie z myśli na dłuższy czas, a słuchanie jej opowieści jeszcze bardziej. Naprawdę lubiłem jej słuchać. O jej dziadku, o przypałach, o jej życiu. I mimo że to co mówiła było w większym stopniu radosne, to jakby czytać między wierszami, mógłbym dostrzec, że jej życie wcale nie okazywało się łatwe. A ja zdawałem sobie z tego sprawę, od kiedy miałem okazję zetrzeć łzę spływającą po jej policzku. Lecz cokolwiek kryło się w tym metrze siedemdziesięciu, czyniło z niej kogoś naprawdę wyjątkowego, inaczej nie myślałbym o tym w ten sposób.
   Wystarczył zaledwie kwadrans byśmy załatwili pojazd, który przewiózłby nas z powrotem do łask akademii. Nawet nie czekając na jakikolwiek telefon od mojego ojca, ruszyliśmy z piskiem opon. Nie obchodziło mnie to, że przyjdzie do mnie i z pomocą krzyku będzie uświadamiał mnie o tym, jaki jestem; myślałem tylko o tym, że jeśli posunie się do tego jeszcze raz, pożałuje, że miał odwagę dotknąć Lenę. To rzecz, której byłem pewien w stu procentach.
   Kolejne ziewnięcie dziewczyny przykuło moją uwagę i współbieżnie przerwało trwające w głowie refleksje. Z politowaniem obserwowałem, jak Lena wierci się obok mnie, na tylnym siedzeniu i próbuje podnieść swoje powieki, mimo krzyków swojego organizmu, rozpaczliwie błagającego o sen.
   – Lena, idź spać. – Spojrzałem na nią z takim oczywistym wyrazem twarzy, który ewidentnie zdawał sobie sprawę z jej wyczerpania. Nawet tydzień w śpiączce nie pozwalał jej na to, żeby tak męczyła się w czasie, gdy wszystko wydawało się powracać do względnej normy. – Zostało nam co najmniej pięć godzin jazdy. Odpręż się i zaśnij, bo nikogo nie oszukasz, mówiąc, że jesteś wyspana. – Wystarczył rzut oka na jej podkrążone oczy, które nadal utrzymywały mnie w przekonaniu, że dziewczyna za chwilę padnie mi na miejscu.
   Mimo że również miałem ochotę zasnąć, Lena potrzebowała tego bardziej niż ja. Zapewnienie jej komfortu i poczucia bezpieczeństwa podczas przywracania organizmu do normy leżało w moim interesie. Wierzyłem, że chociaż tak mogłem wyrazić swoją wdzięczność; niech śpi, zasłużyła. Tymczasem ucieszyłem się, widząc, jak nie ma siły choćby zaprzeczyć. Ześlizgnęła się z siedzenia, skuliła na nim, podwijając nogi pod brodę, a jej głowa niespodziewanie oparła się na moich kolanach. Tak, strasznie komfortowo. Z jej ust wydobyło się jeszcze ciche mruknięcie, zanim uzyskałem pewność, że zamknęła już oczy. Dobranoc, Lena. Przez parę długich sekund nie troszczyłem się o fakt, że spoglądam na jej uśpione oblicze, a gdy udało mi się to sobie uzmysłowić, wwierciłem wzrok w szybę, delikatnie speszony. Jesteś idiotą, Alec. Kompletnym idiotą. 


***

   Walczyłem z samym sobą, by nie zasnąć, wpatrzony w przewijającą się za oknami ciemność. Szacowałem, że był środek nocy. I musiało minąć parę dobrych godzin, zanim w oddali zamigotały światła miasta, w którym ulokowana została akademia. Nie mogłem uwierzyć w to, jak dużo wydarzyło się na przestrzeni zaledwie dwóch dni. Nie, czekaj, nawet nie dwóch dni. Odnosiłem wrażenie, że wszystkie te sytuacje mieściły się w jeszcze krótszym czasie. Ale teraz, wjeżdżając na obszar długo wyczekiwanego miasta, pozostawiłem te wspomnienia za sobą. I mimo że one ciągle będą się we mnie odzywały, najwyższy czas nadszedł, by powrócić do życia zwykłego dwudziestolatka. Szkoła, obowiązki. Generalnie nuda.  


***

   Byłem pod wrażeniem szybkiego upływu czasu, bowiem od przyjścia do akademii minął już dzień. Gdy tylko zdarzyło mi się zobaczyć Lenę na korytarzu, bez podkrążonych oczu, ucieszyłem się jak dziecko. I pierwszy raz pomyślałem, że chodzenie na zajęcia to produktywne wykorzystanie czasu. W końcu po tylu nieobecnościach musieliśmy jakimś sposobem włączyć się w bieg rutyny, co mimo wszystko nie było łatwe, zważywszy na doczepki nauczycieli, którzy uważali, że zrobiliśmy sobie wolne bez powodu albo co gorsza: urządziliśmy sobie wczesne wakacje.
   Moja noga? Miała się lepiej. Z uporem stawiałem na swoim, że nie potrzebuję już kul i wystarczył jeden dzień, bym przestał się nimi podpierać. Serio, wolałem już kuśtykać, to czyniło ze mnie mniejszą kalekę niż na jaką wyglądałem. Ból i ciągnięcie szwów przeminie. Przyszła godzina wychowania fizycznego, którą naturalnie przesiedziałem, z gromami w oczach spoglądając na wszystkich ćwiczących. Co ja bym dał, żeby pobiegać. 
   – Hej. – Usłyszałem głos Leny i po chwili uświadomiłem sobie, że dziewczyna usiadła na trybunach tuż obok mnie. – Nie masz dzisiaj humoru?
   Moje niebieskie tęczówki zlustrowały jej twarz wymownym wzrokiem, a następnie przesunęły się na aspirujących zawodników drużyny lacrosse. I to mnie właśnie omija. Oczy Leny wodziły za moimi, aż w końcu trafiły na to, co chciałem jej pokazać.
   – Jest jeszcze cały sezon, noga ci się zagoi. – Wyjęła aparat, i wówczas uświadomiłem sobie, jak dużo czasu minęło od kiedy go widziałem. Nawet nie zdążyłem zdać sobie sprawy z tego, ile mieści się w nim naszych wspomnień. Niewiarygodne, jak za tym tęskniłem. To spowodowało, że uśmiechnąłem się ukradkowo.
   Robiła te swoje zdjęcia jak za starych dobrych czasów, jakkolwiek staro by to nie brzmiało.
   I w tym momencie rozległ się nawołujący krzyk mówiący Lena. Nat Craver ją wzywał i jego twarz sugerowałaby, że ma jej coś do powiedzenia.

Lena?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz