3.19.2017

Od Aleca C.D Leny

   Chciałem krzyknąć z nadmiaru frustracji, a martwa cisza panująca w samochodzie jeszcze bardziej sprawiała, że myśli w mojej głowie szarpały się ze sobą. Co bym nie próbował zrobić, nie mogłem ich uciszyć, przerwać ani zignorować. Nic nie działo się tak, jak powinno. Mówiłem Lenie, że będę przy niej, jak tylko będę mógł. Zaraz potem przyszedł ojciec i... to wszystko zawaliło się jak mój wewnętrzny mur dzielący akademię od rodziny. To wszystko teraz stało się raniącą jednością, a ja nie mogłem nic na to poradzić.
   Ciągle patrzyłem za okno, tupocząc nerwowo nogą o wycieraczkę czarnego peugeota. I mimo że ten dźwięk był niezwykle irytujący, pomagał mi zagłuszyć to, co działo się w mojej głowie. Myśl za myślą; cały ich wir falował w mojej głowie, a ja wyobrażałem sobie, że w nim tonę i bezpowrotnie zanikam. Dlaczego nie mogę po prostu zapomnieć o tym, co się stało...  bo jest dla mnie ważna, odpowiedziałem sobie. Miałem ochotę zwyczajnie zawrócić, ale z każdym minionym metrem ojciec wyjeżdżał coraz dalej, aż wielki budynek akademii zaczął znikać mi z oczu, a z nim całe wspomnienia, jakbym miał już nigdy tam nie wrócić. Wrócę. Wrócę tam. Ale teraz wmawiałem sobie, że muszę pomóc matce. To, jak ją zaniedbałem w ciągu ostatnich miesięcy przechodzi ludzkie pojęcie. Nie powinienem choćby nazywać się synem... nawet, gdy ona czasami nie wie nawet, że nim jestem. Bo to robi z nią choroba. Ale ja ciągle miałem na uwadze to, że mnie urodziła i to w tej chwili trzymało mnie na tym siedzeniu. A jeśli... ja też kiedyś zwariuję? 
   – Alec, przestań się tak zachowywać. – Mężczyzna odwrócił się do mnie na sekundę, a potem znów jego wzrok utkwił w jezdni.
   – Jak? – Nie miałem ochoty na niego patrzeć. Wypowiedzenie nawet jednego słowa przychodziło mi z trudem, i zdumiewała mnie świadomość, ze nawet nie troszczyłem się o to, iż mój głos był w stanie przemienić wodę w lód.
   – Jak zbuntowany nastolatek. To żałosne.
   – A ty przestań udawać idealnego ojca. Nigdy nim nie byłeś i nie będziesz – rzuciłem oschle.
   – A jednak jestem tu i szukam tej ćpunki, gówniarzu. – Wtedy nasze spojrzenia spotkały się i czułem, jak wezbrał we mnie gniew. Jak śmiał...
   – Ćpunki? Nie wiem czy nie zapomniałeś, ale to ty doprowadziłeś ją do takiego stanu... – Tym razem starałem się opanować głos, który łamał się z każdym słowem. Wieloletnia złość, jaką darzyłem ojca, teraz zapragnęła wyjść na zewnątrz. A ja nawet nie wiedziałem, dlaczego z tym walczę.
   A ku mojemu zdziwieniu on westchnął, jakby to, co powiedziałem, przeszło mu koło nosa:
   – W Lorraine od dawna rozwijała się ta choroba. Nie jestem w żaden sposób winny. – Jak zawsze. Ale ja pamiętam pewien dzień w szpitalu; miałem około czternastu, piętnastu lat. Lekarz wyszedł z gabinetu, by porozmawiać z moim ojcem i wówczas usłyszałem, że stres i przerażenie doprowadzą wkrótce moją matkę do kulminacyjnego stadium choroby, a potem nie będzie wyjścia. Zwariuje, a w jej oczach umrze najmniejsza krzta człowieczeństwa. I ta wizja utracenia kochanej osoby wypełniała takiego dzieciaka, jakim byłem wtedy, bezbrzeżnym smutkiem i dotkliwym bólem, rozwijającym się gdzieś wewnątrz za każdym razem, gdy przypominał sobie słowa lekarza. Do tej pory żałuję, że podsłuchiwałem. Bywały noce, kiedy próbowałem zapomnieć o tym wszystkim i rzucić się w tą błogą nieświadomość. Ale to wracało.
    Pięć godzin upłynęło wraz z odchodzącymi kilometrami. I te panującą w pojeździe ciszę starałem się szanować jak nic innego. Irytował mnie głos ojca; każde jego sapnięcie, westchnięcie, odchrząknięcie. To było po prostu nie do zniesienia, zacząłem mylić tą nienawiść z paranoją. W akompaniamencie milczenia myślałem nad tym, co teraz robi Lena. Dlaczego znowu wyrzuciła mnie za drzwi. Nie mogłem w żaden sposób odciąć się od tych myśli, mimo że histerycznie chciałem. Nie zliczę nawet razów, kiedy zrobiłem coś nie tak, jak powinienem, i przez to znów widziałem jej łzy. Kto miał jej powiedzieć, że jest dla mnie ważna, jak właśnie nie ja? Teraz już po wszystkim. Z bólem serca odnosiłem wrażenie, że gdy wrócę, ona nie będzie chciała już ze mną rozmawiać. Wynoś się. Wynoś i nigdy nie wracaj. Wtedy moje oczy poszarzały i próbowały zrozumieć, że to, co mówi, nie jest prawdą, ale... ale nie potrafiły. Te słowa ciągle żyły we mnie, powoli sprawiając, że cały mój organizm traci siły. Zrozumiałem. Lena to ktoś, kto jest moim sensem. Ktoś, kto pokazał mi zupełnie nowe perspektywy i sprawił, że z każdym minionym dniem czułem coś nowego, coś, co pojawiało się w moim ciele dopiero od ostatnich dni. To świadomość, że mam kogoś, o kogo mogę się starać. A jej humory? Ignorowałem je, widząc w jej oczach iskry, które ewidentnie zaprzeczały wszystkim słowom. Chociaż czasami odnosiłem inne wrażenie... Nie, nie potrafiłem wyjaśnić głosu swojego umysłu. 
   
***

   Nie wiedziałem, jak późno było, kiedy się zatrzymaliśmy. Ale czułem, jak otacza mnie znajoma aura obrzeży Orlando, której tak chciałem uniknąć. Za którą nawet nie tęskniłem. Ostatnie, na co miałem ochotę, to zobaczyć rodzinny dom, który, mimo że był piękny, rozsiewał dookoła siebie ból, wspomnienia i poczucie winy. Teraz mógł być wielkim zamkiem dla jednej duszy, która nie mogła go opuścić i była w nim uwięziona na zawsze. To moja mama. Ojciec powiedział, że pojedzie szukać dalej, i na wypadek mam odebrać od niego telefon. Więc oficjalnie zostałem sam, zaistniałą sytuacją zmuszony do ruszenia w nieznane. Ona mogła być wszędzie; wędrować po ulicach, lesie i łąkach niczym jedno z dzikich zwierząt, którym została podarowana wolność. Gdy dobiegł mnie dźwięk falującej pośród ciszy wody, przypomniałem sobie, że moja mama niegdyś kochała wodę.W każdej wręcz postaci. Albo jak każdego lata przychodziła nad jezioro, by obserwować, jak odbija się w nim wysoko górujący księżyc. To była znikoma nadzieja, że akurat tam ją znajdę, ale czy pozostało mi coś innego?
   Wziąłem latarkę pod rękę. Zaraz potem zboczyłem z ulicy, podążając wgłąb niewysokich krzaków, niesiony przez dźwięk kołyszącej się wody. I wtedy uświadomiłem sobie, jak długo potrwało, zanim faktycznie do niej dotarłem. Wtedy, na ulicy, dźwięk nie wydawał się aż tak odległy. Moje oczy sięgnęły jakiejś niewielkiej chatki, ale było zbyt ciemno, bym mógł stwierdzić, że jest opuszczona czy może na odwrót. Ale co szkodzi mi pójść tam i sprawdzić, czy nie znajdę mamy chroniącej się przed światem? Stanąłem na brzegu sztucznego zbiornika, a potem odwróciłem się, słysząc tajemniczy dźwięk dobiegający parę metrów za mną. Lecz zanim wykonałem kolejny krok, moje kończyny zmroził chłód. Dostrzegłem postać pochłoniętą przez warstwy mroku; zmrużyłem oczy, by się przyjrzeć i wtedy doszło do mnie, że to kobieta. W tym samym momencie przeniosłem strumień blednącego światła latarki na wodę, powodując, że prawdopodobnie byłem dla tej osoby dosyć widoczny.
   Gdy usłyszałem jej głos, zamarłem. Sam nie wiem czy ze szczęścia, czy z czystego strachu.
   – Alec! – Gdy rzuciła się na moją szyję, automatycznie uścisnąłem dziewczynę tak mocno, jakbym nie czuł jej dotyku przez wiele, wiele miesięcy. I te uczucie za każdym razem sprawiało mi tyle samo radości i ulgi. Ale co ona tu do cholery robi? – Tak strasznie cię przepraszam... – szepnęła, przeczesując jedną ręką moje włosy, jakby chcąc zagarnąć je ku sobie. A ja zamknąłem oczy i próbowałem się przyzwyczaić do jej obecności, żyjąc z obawą, że jak lada chwila je otworzę, ona zniknie.
   – C-co ty tu robisz? – wydukałem ledwo, odrywając się od niej i łapiąc ją stanowczo za przedramiona. Nasze oczy spotkały się na długi, długi moment.
   – Musiałam pojechać, przepraszam cię za wszystko... – powtórzyła, a ja potrząsnąłem jej ciałem, sprawiając, że jej spłoszony wzrok znów spoczął na mnie.
   – To nic – szepnąłem po dłuższej chwili, kiedy w powietrzu słyszałem głównie jej minimalnie przyspieszony oddech. Potem w melancholijnej ciszy przerywanej przez rytmiczne granie świerszczy, które rozchodziło się dookoła, przeniosłem swoją prawą dłoń na jej policzek, kciukiem przesuwając miejsce poniżej oka. I tym sposobem pozbyłem się spływającej łzy.
   – Mówiłaś, że masz niefarta! – Głos starszego faceta uderzył mnie w plecy, sprawiając, że automatycznie odwróciłem się w tamtym kierunku, nie puszczając Leny. A ona uśmiechnęła się do niego miło, jakby wiedziała, kim jest. Czekaj... jakim cudem w ogóle tu dojechała? W mojej głowie rodziło się tak wiele pytań, kiedy podążałem wzrokiem za zbliżającym się do nas mężczyzną.
   – Ach, ta młodość. – Westchnął i rozejrzał się dookoła, jakby w jednej chwili w oczach pojawiła mu się taśma retrospekcji z jego życia.
   – To on mi pomógł – szepnęła do mnie Lena, nadal uśmiechając się pod nosem. Oczy miała mokre, i to przypominało mi, że dopiero co płakała.  – Musiałam rzucić się pod tira, ale koniec końców jestem.  – Wtedy puściłem ją, oddalając się z podejrzliwym wzrokiem o krok. Co zrobiła?
    – Rzuciłaś się pod tira? Naprawdę to zrobiłaś? – Mój wzrok, w którym czaiło się niedowierzanie, szybko powędrował z dziewczyny na kierowcę. Rany, co bym zrobił, gdyby przeze mnie coś jej się stało... 
   Lena pokiwała dyskretnie głową, chowając swoje spojrzenie jak najdalej przede mną. Gdyby nie fakt, że muszę zacząć szukać mojej matki, urządziłbym jej prawdziwą litanię. Poważnie... najmniejszy wypadek, a poczułbym się odpowiedzialny za tę szaloną dziewczynę. Ale... wróciła tu. Jest ze mną, i mogę teraz o nią zadbać. Uśmiechnąłem się łagodnie, patrząc w odległe niebo, i jednocześnie pozwoliłem, by cała moja złość wyzwoliła się z mojego umysłu.

***

   Ciemność była wszystkim. Oprócz słupów światła latarki nic więcej nie dawało nam widzenia pośród wszechobecnego mroku. Co jakiś czas odwracałem się, by zobaczyć, czy Lena się nie zgubiła. Może za bardzo się martwiłem; wyglądała mi na dosyć zaradną, a przede wszystkim inteligentną dziewczynę.
    – Więc... Alec – zaczęła, a jej głos w ciszy wydawał się być hałasem. – Jak wygląda twoja mama?
   No tak. Przecież Lena nie wiedziała. Dołożyłem wszelkich starań, by zapomnieć o tym, że minęło tak mało czasu, od kiedy od mojego ojca dowiedziała się druzgocącej prawdy na temat mojej rodziny. Zorientowałem się, że właśnie wstąpiliśmy do lasu.
   Powracając do jej pytania, odpłynąłem, chcąc przypomnieć sobie wygląd Lorraine. Tak, to ogromny wstyd, ale naprawdę jej twarz, którą zapamiętałem, nie może być już taka sama. Nie po tylu nocach, kiedy mówiła mi, że próbowała wyłupić sobie oczy, by pozbyć się halucynacji. Narzekała, że nie udało jej się, za to zostały jej blizny po długich, zaniedbanych paznokciach. Mógłbym ją opisać jako postać z horroru, i głównie z tego powodu obawiałem się, czy obecność Leny tutaj to dobry pomysł. To przecież moja rodzinna sprawa... 
   – Kiedy ostatni raz ją widziałem, była piękna. Miała niebieskie oczy, cieszące się usta. Unikała słońca – zaznaczyłem. – Nienawidziła go, dlatego ma bladą cerę. Pamiętam jej czarne, czarne jak węgiel włosy. Nie jest wysoka, niższa od ciebie. Drobna, na pewno drobna, ale bardzo silna, od kiedy działa na nią choroba. To dziwne, ale dodaje jej energii. Głównie do robienia złych, złych rzeczy, dlatego, Lena... proszę, trzymaj się mnie, bo nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się stanie – wyznałem, ściszając swój głos do szeptu, gdy wypowiadałem ostatnie słowa. Wtedy w moim głosie rozbrzmiało prawie błaganie.
   Zrobiłem krok do przodu, słysząc, jak dziewczyna zabiera się do odpowiedzi. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem... grunt pod moimi nogami załamał się niespodziewanie, a ja odnosiłem wrażenie, że spadam w dół i uderza we mnie niezwykle chłodne powietrze. Ziemia zapragnęła zagarnąć mnie w swoje objęcia, a całe życie przelatywało mi automatycznie przed oczami. Po sekundzie gruchnąłem bez ostrzeżenia o zimną powierzchnię i zamknąłem oczy, uświadamiając sobie, że słyszę, jak ktoś krzyczy moje imię. Byłem jak zamroczony; wokoło mnie panowała ciemność, i roznosił się zapach natury. Powiedziałbym, że ziemi. Mokrej ziemi.
    Gdy spojrzałem w górę, mrużąc oczy, ujrzałem odległe niebo, które znajdowało się ponad dwu i pół metrowym wgłębieniem, w jakim leżałem. Pułapka na zwierzęta? Była tak duża, jakby myśliwy chciał złapać co najmniej seryjnego mordercę.
   – Boże, Alec, żyjesz?! Nic ci nie jest? – Krzyknęła Lena, nachylając się przy krawędzi kwadratowej wyrwy w ziemi. Wysunąłem do niej rękę, sygnalizując, by nie zbliżała się więcej. Nie mogła i ona wpaść tutaj za mną, bo inaczej jesteśmy martwi.
   – Czekaj... – Próbowałem wyjąć telefon z kieszeni i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że w mojej nodze tkwi gałąź. W mojej nodze tkwi gałąź – powtarzałem sobie w myślach, jakby jeszcze to do mnie nie dotarło. A nie czułem nic, bo byłem w szoku. Lecz kiedy mój wzrok zarejestrował tajemniczy blask, dotarło do mnie, że to krew zaściela ziemie pode mną, i jak odbija się w niej księżyc. Wydałem z siebie stłumiony wrzask, wówczas cały ból powrócił i okazał się okropny... ogarnął całą moją kończynę; bałem się nią ruszyć z obawą, że krwawienie stanie się bardziej obfite.
   Nie ma szans, bym stąd wyszedł. Gdybym miał zdrową nogę, mógłbym skoczyć i spróbować się wydostać... Lena, proszę, daj mi siłę do tego, by zapomnieć o bólu. Wtedy się wydostanę, jakikolwiek nie byłby ból. Zrobię to. 

Lena?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz