5.03.2017

Od Kiry do Allena

Szłam sobie korytarzem w zasdzie tak bez cel, kiedy wpadłam na kogoś. To był jak wtrząs, ponieważ  był twardy, od ruchowo potrząsnełam głową i spojrzałam na  chłopaka:
- Chyba będę mieć wtrząśnienie mózgu - powiedziałam na głos
- Nie raczej nie. - powiedział
-  Wybacz kolego nie przedstawiłam się.
Jestem Kira.
- Allen.
Po patrzyłam na niego bardziej uważnie, wcześniej go tu nie widziałam.
Z zresztą on też mnie zmierzył wzrokiem co sprawiło, że poczułam się dziwnie jednak zlekceważyłam to i powiedział:
- Kolego bardzo miło mi było i podejrzewam, że nasza rozmowa byłaby jeszcze fajniesza ale niestety muszę Cie opuścić.
Nie czekałam na jego odpowiedź w zasadzie było mi obojętne co sobie pomyślał ale gdzieś między prawym a lewym płucem ( tam powinno być chyba serce) czułam że będzie z nim zabawnie.
Poszłam do siebie i ugarnełam się trochę po czym poszłam do parku tak sobie posiedzieć. W zasdzie nie potrafiłam rozmyślać o niczym innym jak o moim nowym koledzę dość szybko otrząsnełam się z moich myśli, ponieważ im dłużej myślała tym bardziej rozdziły się  mojej głowie pomysły na to jak mogę lepiej "zacieśnić" nasze relacje...
Udałam się do sklepu po energetyka potrzebna mi była energia na resztę dnia...
Jednak ciekawość brała góre (jak to ja) postanowiłam, że odwiedze mojego znjamego u niego w pokoju....
(Allen?)

Od Louisa

Jadąc samochodem do jakiejś tam Akademii z nudów bawiłem się szybą, odsówałem ją i zasówałem w kółko. Nie była to jakaś mistrzowska rozrywka ale zawsze to coś. Lepsze to niż nic.
-Przestań! To nie jest do zabawy. - Kierowca w końcu nie wytrzymał. Od samego początku mojej zabawy zauważyłem, że mu się to nie podoba i czekałem kiedy wybuchnie. I tak długo wytrzymał. Zlekceważyłem jego uwagę i bawiłem się dalej. On tylko węstchnął i jechał dalej. W myślach pewnie się modlił żebyśmy już dojechali na miejsce. Ja tak działam na ludzi, nikt ze mną nie może wytrzymać przez dłuższy czas co mnie bawiło. Zobaczymy czy ktoś wytrzyma ze mną w tej Akademii. Zabawne jest to że nie licząc zajęć aktorskich nigdy nie chodziłem do szkoły tylko uczyłem się w domu. Ojciec uważał, że tak będzie dla mnie lepiej. Uczenie się w klasie z innymi to będzie dla mnie nowość, której jestem ciekaw. Nie wiem dlaczego ojciec tak mnie izolował od innych. Z mamą było zupełnie inaczej. Jak tylko mogła to zabierała mnie ze sobą do pracy bym poznawał innych ludzi. Gdyby nie ona to nieznałbym prawie nikogo. Jestem jej za to wdzięczy. Izolacja to nie dla mnie, jestem osobą, która lubi towarzystwo.
Poczułem na swojej twarzy kroplę deszczu, która wpadła przez otwartą szybę dlatego też ją zamknąłem i moja zabawa się skończyła. To na pewno uszczęśliwi kierowcę. Jednak po pół godzinie byliśmy już na miejscu. Strasznie padał deszcz a ja nie miałem parasola. Świetnie, pierwszy raz i od razu będę cały zmoczony. Szybko wziąłem walizki i pobiegłem do ogromnego budynku. To i tak nic nie dało bo woda aż ze mnie kapała. Podążając za znakami udałem się do sekretariatu. Dostałem klucz do pokoju, który schowałem do tylnej kieszeni w spodniach i rozkład lekcji. Trochę bładząc trafiłem wreszcie pod drzwi mojego pokoju. Sięgnąłem do kieszeni po klucz ale już go tam nie było. Cudowny dzień. Najpierw zmokłem a teraz zgubiłem klucz. Wróciłem do sekretariatu z nadzieją, że mają zapasowy.
-To znowu ja. - Wszedłem do pomieszczenia.
-Słucham? - Odezwała się kobieta w średnim wieku.
-Zgubiłem klucz do pokoju i chciałem się zapytać czy mogę dostać zapasowy?
-Jaki masz numer pokoju?
-Mmm...55. - Musiałem chwilę nad tym pomyśleć.
-Proszę. - Kobieta sięgnęła do szafki wyjmując klucz i podając go mi.
-Dziękuję.
Tym razem trzymałem go przez cały czas w ręce. Wsadziłem klucz do szparki w drzwiach otwierając je. Przyznam, że pokój mam niezły. Pierwsze co zrobiłem to ściągnąłem mokre ciuchy i poszedłem wziąść ciepły prysznic. Mam tylko nadzieję, że się nie przeziębie. Tylko tego brakowało i już chyba wyczerpałbym limit pecha na ten miesiąc. Ubrałem suche ciuchy i zabrałem się za rozpakowywanie.

~~~~~~~~NASTĘPNEGO DNIA~~~~~~~~~

Słysząc rano dźwięk budzika wyłączyłem go ustawiając drzemkę co 5 minut. Drzemkę też zdążyłem wyłączyć kilka razy. Jak już w końcu wstałem to zostało mi 10 minut do rozpoczęcia lekcji. Wyrobiłem się w 20 minut i sprintem pobiegłem do sali. Wpadłem do środka lekko zdyszany.
-Proszę, proszę. Pierwszy dzień i już spóźnienie. - Powiedział nauczyciel.
-Budzik mi nie zadzwonił. - Skłamałem jak to leżało w mojej naturze.
Jedyne wolne miejsce było koło platynowej blondynki. Zająłem miejsce i wyjąłem książki. Czułem na sobie wzrok tej dziewczyny.
(Chloe?)

Louis Styles

Imię: Louis (Lou)
Nazwisko: Styles
Pochodzenie: Londyn, Anglia
Wiek: 19 lat
Orientacja: hetero
Głos: Harry Styles - Sign of the Times
Pokój: nr 55
Aparycja: Louis ma 1,85 m wzrostu. Jego ciało jest dobrze zbudowane, o które dba. Podczas uśmiechu chłopaka zobaczysz jego dołeczki. Patrząc mu w oczy zobaczysz piękne szmaragdowo-zielone oczy. Chłopak ma delikatne rysy twarzy. Włosy Lou są ciemno brązowe. Swoje loczkowate włosy zawsze zaczesuje do góry. Lou swoje ciało ma pokryte wieloma tatuażami. Nie wstydzi się pokazywać swojego, jak sam uważa idealnego ciała.
Charakter: Louis jest typowym bogatym chłopakiem, który poza pieniędzmi i tym co dają świata nie widzi. Zależy mu tylko na sobie. Nigdy się nie zakochał, więc to uczucie jest dla niego obce. Dąży co celu po trupach jeśli to konieczne. Nie cofnie się przed niczym. Pomaga innym tylko w przypadku jeśli na tym zyska. Jeśli chcesz być jego kolegom to musisz być bogaty. Kocha kłamać i manipulować. Od dziecka uczył się aktorstwa więc potrafi świetnie grać. Jest urodzonym liderem. Nienawidzi jak ktoś wydaje mu polecenia dlatego ich nie wykonuje. To on jest od wydawania poleceń. Zawsze się zemści. Jest inteligentnym chłopakiem, który mimo swojego młodego wieku dużo już wie. Jego ojciec zatrudniał nauczycieli dlatego też Lou nigdy nie chodził do szkoły z wyjątkiem zajęć aktorskich. Jest dupkiem, który nie szczędzi sobie sarkazmów oraz docinek. Sprawianie kłopotów innym to jego specjalność. Uważa się za króla świata. Zawsze chce być najlepszy. Myśli, że wszystko co ma jest najlepsze. Uwielbia nabijać się z innych. Jeśli ktoś zwróci mu uwagę lub z nim zadrze od razu trafia na czarną listę, która jest naprawdę długa. Miły jest tylko gdy wymaga tego sytuacja w jakiej się znajduje. Mimo iż często kłamie i gra to niekiedy mówi szczerze co myśli na jakiś temat. Lubi chodzić na imprezy ale nie pije dużo alkoholu. Dobre rzeczy robi tylko na pokaz. Jeśli ma doła lub jest wściekły to musi się wyżyć dlatego idzie boksować. Nosi pierścionki, naszyjniki oraz bransoletki i nie wstydzi się tego. Rzadko ale też mu się zdarza ubrać kolczyka. Lubi otrzymywać pochwały. Momo iż nie przejmuje się hejterami to zawsze im odpowiada. Jak każdy ma swoje wady ale woli je zatrzymać dla siebie. Nigdy nikomu nie ufa do końca. Nigdy nie mówi wszystkiego o sobie co czyni go nieco tajemniczym. Lubi być w centrum uwagi.
Partner: Miał kilka przelotnych związków bez zobowiązania ale na stałe nikogo nie szuka.
Rodzina: Jason Styles - ojciec Lou, który jest bilionerem. Pracę zawsze stawia na pierwszym miejscu. Mimo to kocha swoją rodzinę a Louisowi swój brak czasu wynagradza pieniędzmi i prezentami.
Isabelle Styles - mama Louisa. Projektantka mody i modelka.
Zajęcia: wokal, aktorstwo, gra na instrumencie (gitara, fortepian, perkusja)
Zainteresowania: Mama Lou zaraziła go swoją miłością do mody. Chłopak też lubi grać w piłkę nożną a jego ulubiony klub to Real Madrid. W wolnych chwilach lubi czytać książki i oglądać filmy. Lubi też grać w gry na Xboxie lub Play Station. Zawsze jest na czasie z nowymi gadżetami. Interesuje go astronomia. Jego ulubiona planeta to Saturn. Czasami też lubi sobie pojeździć na rowerze lub motorze. Interesuje się też antykami i historią a szczególnie Starożytnym Egiptem w okresie rządów Kleopatry VII Filopator.
Inne: 
-ma prawo jazdy
-mówi biegle w kilku językach
-w wieku 10 lat przeprowadził się z rodzicami do Los Angeles
-villa Louisa w Los Angeles
-lubi gotować
-ulubiony samochód Louisa jakie posiada to Lamborghini Veneno Roadster (1, 2)
-nie znosi kotów
-smak oliwek powoduje u niego chęc zwrócenia pokarmu jednak udaje mu się to ukrywać
-telefon Lou to Samsung Galaxy S8 Plus
-trenuje boks, MMA i karate
-ma słabość do drogich rzeczy a zwłaszcza ubrań i samochodów
-jego ulubieni projektanci to Gucci i Saint Laurent
-matematyka nie jest jego mocną stroną
-lubi pływać
-najbardziej jest zżyty z mamą
-wyprowadził się od rodziców gdy skończył 18 lat
-inne zdjęcia:
1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 / 7 / 8 / 9 / 10 / 11
Kontakt: mustang177

Sibil Ishani Mikealson

Imię: Sibil Ishani 
Nazwisko: Mikealson
Pochodzenie: Las Vegas
Wiek: 19 lat
Orientacja: Hetero bądź bi
Głos: Ways to Be Wicked (chodzi o Evie, tą z niebieskimi włosami)
Pokój: 54
Aparycja: Jej włosy sięgają do bioder i choć są bursztynowe, mimo to często je farbuje. Często robi kucyka, czasem też ma warkocze, czy też koki. Jej oczy wyglądają jak u Azjatki, gdyż w połowie nią jest. Ich kolor to ciemny brąz przechodzący w czerń. Często je maluję aby podkreślić ich niewielka wielkość. Ma długie rzęsy. Natomiast kości policzkowe współgrają z ustami. Wprost perfekcyjnie.
Jest bardzo chuda niemal wychudzona. Lecz nie skarży się na to. Jej waga od kilku lat utrzymuje się przy 44 kilo. Ma zaledwie 160. Nie jest za niska ani za wysoka, w sam raz. Sibil ubiera się oryginalnie, raz stylowo i z klasą bądź z lekka nutka prowokacji, a raz luźno tak jak jej się podoba. Nosi bluzy, wysokie i długie buty, czasem czapki, kapelusze, czy też różnego rodzaje ozdoby na włosy, dłonie czy też inne akcesoria. Na szyi ma swój nieśmiertelnik, którego nie zdejmuje. Często nosi okulary przeciwsłoneczne, albo zerówki.
Charakter: 
Sibil jest osobliwa, ma cechy charakteru, każdego napotkanego osobnika różnej płci. Jej charakter jest taki jak u innych.
Mila, subtelna, pomocna, przyjazna, tajemnicza, chamska, złośliwa, samotna, zamknięta w sobie itp... Jest tego masa.
Jej uśmiech czy też grymas mówi co się dzieje, czy też coś ukrywa czy też woli trzymać to w sobie. Nie narzuca się nie ma pretensji, jest neutralna. Choć każdy mógłby widzieć w niej swoje odbicie charakteru.
Potrafi wyjść, z każdej sytuacji bez szwanku. Jak trzeba to wysuwa pazurki, jest zwinna i sprytna. Jej samotność tylko widać gdy jest sama w pokoju, którym lubi być. Przede wszystkim nie jest zakłamana, wali prosto z mostu co myśli i nawet jeśli kogoś to zaboli. Próbuję jakoś to uśmiechem bądź uściskiem wyrównać.
Czasem rysuje w barach, taka osoba jak ona w jakimś barze typowy dla rozbójników i Bad Boyi. Lubi przesiadywać tam gdzie coś się może wydarzyć, robi temu zdjęcia. Ma masę różnego rodzaju zdjęć, sama także jest można powiedzieć modelka choć się tym nie chwali.
Partner: ----
Rodzina:
Cleo, Caroline, Hailey - siostry, żyją i mają się dobrze, choć każda z nich jest inna i na swój sposób wkurzająca to są sobie wierne. Cleo jest cicha, delikatna i spokojna. Caroline jest rozrywkowa, a z drugiej strony zagadkowa. Hailey natomiast jak chamska i ma cięty język. Są wyjątkowe, choć się kłócą często ale zawsze mogą na siebie liczyć.
Tris i Malcolm - rodzice, nie żyją.
Damon i Stefan - dwaj starsi bracia, żyją i mają się dobrze. Stefan jest młodszy i bardziej rozważny, natomiast Damon to typ Bad Boya.
Claus - jest przyjacielem jej braci oraz jej sióstr. Claus bardzo dba o Sibil, i jest dla niej jak brat czy też nawet kimś więcej.
Zajęcia: taneczne, fotografia, projektowanie
Zainteresowania: 
- Koty.
- Projektowanie ubrań.
- Wszelkie rodzaje tańca nawet ten na rurze.
- Lubi chodzić do ulubionej kawiarni i jeść różne smakołyki.
- Lubi biegać.
- Czasem uprawia sporty ekstremalne.
- Lubi pływać jak i nurkować (wtedy są piękne zdjęcia pod woda).
- Troche śpiewa, ale nie przy ludziach.
- Lubi słuchać zespołów muzycznych.
- Oraz miksować muzykę, jak i grać na niektórych instrumentach.
Inne: 
- Ma trzy obywatelstwa: Azjatyckie, Hiszpańskie i Włoskie.
- Kilka razy w tygodniu chodzi na siłownię.
- Lubi kwiaty, często można ją spotkać w kwiaciarni gdzie czasem pomaga/pracuje.
- Uwielbia pływać.
- Ma dwa koty Steisi i Brooke.
- Lubi słodkości.
- Długo mieszkała w Las Vegas, lubi tamtejsze kluby jak i kasyna.
- Boi się pajęczaków, jak i niektórych gadów jak i owadów.
- Jest z bogatej rodziny, po której ma ogromny spadek.
- Ma parę kolczyków i tatuaży.
- Lubi Halloween 🎃
1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 / 7 / 8 / 9 / 10 / 11 / 12
Kontakt: Howrse Zenddi, email lidzia1108@gmail.com

Od Charlotty CD Jungkook'a

  Nie miałam ochoty z nikim gadać. Ani z tym Koreańczykiem od siedmiu boleści, ani nawet z nauczycielem, który próbował mnie zatrzymać i pogadać. Po prostu chciałam, żeby wszyscy dali mi spokój. Ale Craver się uparł i zastąpił mi drogę, nie pozwalając dalej iść. Mruknęłam niezadowolona i zatrzymałam się, krzyżując ręce na piersiach.
- Co się dzieje?
- Nic. - Wzruszyłam ramionami, ignorując niezadowolone z oczywistego kłamstwa spojrzenie nauczyciela. - Mogę już iść na lekcje?
- Nie, jesteś mi potrzebna. Chodź. - Tym razem to Craver zignorował moje poirytowane spojrzenie i bez słowa odwrócił się, ruszając w drogę powrotną do sali, gdzie prawdopodobnie został Jungkook. Mamrocząc pod nosem, powolnym krokiem podążyłam śladem nauczyciela tańca, przeciskając się między stłoczonymi uczniami. Co się ostatnio działo w tej szkole, naprawdę...
- Niby do czego ja mogę być potrzebna? - Spytałam, kiedy tylko drzwi do sali za mną się zamknęły. Stałam na środku pomieszczenia, przyglądając się spod zmrużonych powiek chłopakowi, chyba nie do końca zadowolonemu z mojej obecności tutaj. Nauczyciel wyjrzał przez okno i nie odwracając się do mnie, zapytał, zupełnie ignorując moje pytanie.
- Słyszałaś o tym, że nie wolno wam dziś wychodzić ze szkoły, prawda?
- Chyba każdy o tym słyszał, skoro trąbią o tym od samego rana na każdym kroku. - Mruknęłam, przewracając oczami i zerkając w stronę drzwi, w które coś uderzyło.
- Takie hipotetyczne pytanie. Widziałaś kiedyś jak składają scenę? - Mężczyzna zmrużył oczy, przyglądając mi się uważnie. Uniosłam jedną rękę, wciąż opierając łokieć na drugiej i wykonując dłonią oczywisty gest.
- Tak hipotetycznie nawet sama ją składałam. A bo co?
- Przydasz się. - Uśmiech, który na krótko zakwitł na ustach nauczyciela, przepadł bezpowrotnie, gdy tylko chłopak stojący obok niego, odchrząknął, starając sie zwrócić na siebie uwagę starszego. - Każda para rąk się przyda. - Odparł tylko, wzruszając ramionami i skierował się do wyjścia, nawołując naszą dwójkę dłonią. Nie ruszając się z miejsca, popatrzyłam w stronę Koreańczyka.
- A on co ma do tego?

Ciastek?
Kiedyś gdzieś pisałam o najgorszym odpisie. Zmieniłam zdanie, to jest najgorsze, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nic więcej xd

Od Aleca C.D Leny

Napędzany przez dziwną potrzebę zrozumienia całej tej sprawy, podążałem za nieznaną mi czwórką ludzi. Czwórką, bo jedną osobę znałem na tyle dobrze, by wiedzieć, że cokolwiek się stało, dotyczyło nie tylko jej ojca. Byłem tak pochłonięty rozmyśleniami, prawie wypuszczając z rąk świadomość, że spowodowałem wypadek i pobiłem ucznia, by się tutaj dostać. Dostać po co? Żeby widzieć te spłoszone tęczówki, które traktują cię tak, że zaczynasz czuć się odpowiedzialny za całe zło na świecie. Cel uświęcił środki, jestem tu, ale w tej chwili zdałem sobie sprawę, że może całkiem niepotrzebnie. Nie, Alec, potrzebnie. Pokręciłem głową, starając się otrzepać z tych myśli. Cała piątka oddalona ode mnie o dwa metry podążała w jedną stronę. Prosto w las, nawet nie troszcząc się o to, czy idę czy też nie. Dookoła wiatr przyjął taki charakter, jakby rozsiewał dookoła groźbę; wprawiał w niewinny ruch suche gałązki drzew, wyrywał z nich najsłabsze liście i posyłał je w nieznaną podróż. Z tą niezmieniającą się ciszą nawet najmniejszy detal potrafił pogrążyć mnie w głębokim zamyśleniu. Nie podobało mi się to wszystko ani trochę. Wszystkie uczucia, jakie mną targały, gdy zobaczyłem wtedy Lenę te zaledwie parę kroków ode mnie, musiałem schować głęboko w moim umyśle. Coś zmieniło się diametralnie i nie starałem się nawet spróbować zakwalifikować to do rzeczy, które mi odpowiadają. Kusiło mnie jak cholera, by znów do niej podbiec i ją objąć, lecz bałem się, że poczuję ten sam ból spowodowany jej dziwnym dystansem, który ranił gorzej niż cios pięścią. Cała droga. Rozmowa z siostrą Leny, Cezarym, to doprowadziło mnie do tego, gdzie teraz jestem. I znalazłem się za daleko, by się poddawać. Za każdym takim razem uświadamiam sobie samemu, że nigdy nie należałem do osób, które spuszczały głowę i nic więcej nie robiły. Nawet, gdy na mój kark spadał ciężki głaz dający znać o wadze nadchodzącego dnia.
   Zostałem wprowadzony do obszernego bunkra, potem szedłem wzdłuż korytarza, po którego obu stronach kolejne tunele znajdowały rozgałęzienie. I drzwi, masa drzwi. Nie sposób było odgadnąć, dokąd które prowadziły. Więc zdecydowałem się grzecznie podążać za grupką uszczuplającą się z każdym kolejnym zakrętem, dopóki nie zostałem tylko ja, Cezary i Lena. Ten chłopak był dla mnie taką zagadką, że nie próbowałem go nawet rozgryźć. Nie chciało mi się tego robić, zmarnowałbym swój czas. Pomimo że mam go dużo. Przywódca poprowadził nas do obszernego pomieszczenia oświetlonego jedynie przez parę lamp. Gdyby nie one, nie dostrzegłbym nawet krótkowłosej szatynki siedzącej na fotelu w rogu. Odwróciłem wzrok od niej i powróciłem do swojej sympatii, która była jedynie wrakiem dawnej siebie. Podkrążone oczy, blada, poraniona gdzieniegdzie skóra. Blade oczy, kiedyś promieniujące pięknym, jasnym błękitem, jakiego nie sposób zapomnieć. Sylwetka szczuplejsza niż jak ją zapamiętałem. Na jej ustach nie pojawił się uśmiech nawet wtedy, kiedy spotkaliśmy się po tak długiej rozłące. To naprawdę doskwierający ból. Co się stało? Dziewczyna przechodząc obok mnie, zaledwie zaczepiła ramieniem o moją kurtkę i, obdarowując mnie przestraszonym spojrzeniem, odskoczyła nerwowo w sposób, który dawał mi do zrozumienia, że w jej głowie kumuluje się coś naprawdę niepokojącego. Boi się mnie? Odeszła na drugi koniec pomieszczenia, odprowadzana moim niedowierzającym wzrokiem, krytym warstwami cienia.
   Prawie umknął mi fakt, że Cezary ciągle stał obok mnie, prawie stykając się ze mną ramionami. Odwróciłem głowę w jego stronę, mówiąc na tyle cicho, by nikt oprócz jego nie mógł niczego usłyszeć.
   – Coście jej zrobili?
   Mój głos stał na pograniczu zdenerwowania z czystym zmartwieniem. Czułem się w tej chwili tak zdezorientowany tą całą sytuacją, że byłem gotów obarczać winą tych, którzy stanowili towarzystwo dla Leny w ciągu tych ostatnich dni... tygodni? Straciłem poczucie czasu, on ulatywał mi gdzieś pomiędzy innymi ważniejszymi aspektami. Jednocześnie nie zapominałem o sobie i to na mnie spadała największa wina, jaką mogłem sobie wyobrazić. Nie na kogo innego, na mnie. Bo to mnie nie było przy niej przez ten czas.
   – My? Nic. – Wyraz jego oczu kazał mi ważyć słowa, ale współbieżnie był niczym kopia mojego wzroku wypełniona spokojem w takich skrajnych sytuacjach. Sam nie mogłem nadążyć za tym, jak wiele rzeczy we mnie chwieje się i w końcu kwestią czasu pozostanie zanim runie niczym mur. – Przyjrzyj się jej. Ona nie ma już psychiki. A jeśli ją ma, to jest podarta na strzępy. – Z poleceniami Cezarego przeniosłem tęczówki na blondynkę, która akurat teraz rozmawiała po cichu z rówieśniczką. Wyglądała na autentycznie wyczerpaną życiem, co zawierała w postawie, słowach, a przede wszystkim w oczach. Zbledły okropnie od kiedy ostatni raz pozwoliłem sobie, by zanurzyć się w ich barwie. Jak dużo mnie ominęło? 
   – Więc ty jesteś z Orlando, Alec?
   – Skąd tyle o mnie wiesz? O wielu innych szczegółach nie rozmawialiśmy przez telefon. – I wszystko jasne. Przypomniałem sobie, że to właśnie siostra Leny dała mi schronienie na jakiś czas. Nie rozmawialiśmy zbyt często o tym, jak się sprawy mają i żadne z naszej dwójki nie starało się zagłębiać w ten temat, określając go jako niewygodny. Powiedziałem tylko dlaczego postanowiłem zrobić wycieczkę na dziesięć tysięcy kilometrów. Nadal w swojej głowie widzę jej ukryty uśmiech.
   – Mamy z Mariką dobry kontakt. Całkiem dobry, dużo mi mówi. Ogólnie dzieje się kiepsko i naokoło ciebie jest w tej chwili syf. Może niesłuszny. – Uśmiechnął się tajemniczo, patrząc z dala na Lenę oraz krzyżując ręce na klatce piersiowej. Gdy skontrolował moją zaniepokojoną, żądną wyjaśnień minę, wzruszył ramionami i odbił się jakby od powietrza ramieniem. – Za mną. – Z tymi słowami, nie czekając na mój znak, opuścił przestronne pomieszczenie, w którym oprócz mnie i Cezarego, były jeszcze szatynka oraz Lena. Cholernie ciężkim przeżyciem okazało się choćby zostawić ją na ten moment. Nieustannie kąsała mnie myśl, że gdy wrócę, jej już tu nie będzie. I że będę musiał jechać na następny kontynent. 
   – Nikt nie wierzy Lenie, że jej ojciec nie jest taki na jakiego wygl... – Zamknął usta, kiedy go ubiegłem.
   – Podejrzewałem to. Tak się składa, że jej ojciec i mój mają naprawdę sporo wspólnego. – Spojrzał na mnie zdziwiony, ale po zaledwie sekundzie jego twarz przeciął pewny uśmiech, którego nie umiałem podzielić. Nie, kiedy sytuacja jest poważna i cokolwiek się dzieje, nie potrafię nad tym zapanować.
   – Więc jesteś z tych rozsądniejszych.
   – Rozsądnym nazywasz gościa, który – odchrząknąłem, nie zatrzymując się w drodze – jechał do psychiatryka, bo pobił gościa i miał omamy wzrokowe, potem spowodował wypadek i zasnął w pociągu, w wyniku czego go okradli? – Wymownie spojrzałem na niego, w odpowiedzi otrzymując jedynie złowrogą ciszę. Tak, zdecydowanie cisza to to, czego oczekiwałbym najbardziej. 
   Korytarzem oświetlonym lampami dotarliśmy do ostatnich drzwi. Weszliśmy do środka, gdzie znajdowały się krzesła; jedno przed biurkiem, a drugie za nim. I w zasadzie oprócz okropnego syfu oraz kurzu, nie było tam nic, co mogło choć na sekundę przykuć moją uwagę i jednocześnie przerwać kumulowanie się w głowie myśli. Matowe ściany. Nieco poodrywane od spróchniałej podłogi deski, uginające się pod naszymi stopami. Lampy, nijak rozświetlające wnętrze czterech ścian. Przez ten fakt, nawet gdy Cezary usiadł za biurkiem, nie byłem w stanie dobrze widzieć jego twarzy, na której spoczywały cienie poprzecinane pojedynczymi strumieniami bladego światła. Bardziej pocieszałoby mnie to, gdyby to on nie widział mnie. 
   – Opieram się na sprawozdaniach Mariki i krótkich opowieściach Leny. Ojciec niszczy ją psychicznie. Zabrał jej wszystko, co ma, ale uważam, że nie tylko on jest odpowiedzialny za ten cały shit.
   – Ale jaki jej ojciec ma związek z tym, że Lena traktuje mnie jak wroga? – Oparłem łokcie o zmurszały blat, starając się zrobić to bez przepływu gniewu w dłoniach. Odnosiłem wrażenie, jakby teraz uderzenie o powierzchnię pozwoliło uciec tym wszystkim negatywnym emocjom. Ale to przelotne jak jesienny deszcz. 
   – Alec. – Przechylił głowę i złączył obie dłonie. – Może mieć więcej niż ci się wydaje.
   – Skoro jej ojciec jest zdolny, by prosić o pomoc osoby trzecie, w tamtym przypadku mojego ojca, to dlaczego teraz miałby tego nie zrobić... – Swoje zamyślenia schowałem w obu dłoniach, zakrywając nimi twarz i wzdychając. Poparzyło mnie ciepłe powietrze. Zrozumiałem, że bardziej kierowałem swoje spostrzeżenia do siebie niż do chłopaka siedzącego naprzeciw. Nie ufałem mu. Dlaczego miałbym zwierzać się komuś, kogo nie znam zbyt dobrze?
   Ten, jakby czytając mi w myślach, zapytał dokładnie o to, na co nie chciałem udzielać odpowiedzi. Wyhamuj, Cez... jak on miał?
   – Do czego ojciec Leny potrzebował twojego ojca? – W jego oczach tliły się iskierki zainteresowania, jednakże ja chciałem je jak najszybciej ugasić zimną wodą. Gwałtownie wstałem od biurka, sprawiając, że mój rozmówca niemalże zrobił to samo. Niemalże, bo zawiesił się gdzieś w półkroku, gdy podniósł dolną partię ciała z krzesła.
   – Dokąd idziesz? – Odezwał się lekko nerwowo, gdy zbliżałem się do drzwi prowadzących na korytarz. Razem z jego pytaniem stanąłem w miejscu i naraz odwróciłem się w jego kierunku. Długimi krokami dotarłem do krzesła, odwróciłem je oparciem do biurka i usiadłem w rozkroku, patrząc takim wzrokiem, że natychmiast przywróciłem na jego twarz cień niepewnego zastanowienia.
   – Dostałem te informacje, o które prosiłem. Więcej mi nie potrzeba.
   – Cwane. Więc co zamierzasz zrobić? – W ostatniej chwili mięśnie na jego twarzy rozluźniły się. Zignorowałem wrażenie, że ma w planach powiedzieć coś więcej.
   – Porozmawiać z Leną.
   Usłyszałem jego śmiech, kiedy znów odszedłem od biurka, przybliżając się do upragnionych drzwi. Posłałem w stronę chłopaka oczekujące wyjaśnień spojrzenie, którego nie mógł dostrzec pośród niezliczonych cieni, i znów stałem wryty jak posąg, nie dając po sobie zdradzić najmniejszych szczegółów mojego sfrustrowania całą sytuacją.
   – Nie dasz rady z nią porozmawiać. A fakt, że widzi w tobie wroga, nie działa specjalnie na twoją korzyść, prawda? Powiedziałem jej, że nie jest gotowa na te spotkanie, ale się uparła. I co mogłem zrobić... miała zupełnie inne plany. Chciała stawić czoła ojcu. – Przechylił głowę wymownie, na co ja odpowiedziałem wyczerpanym westchnieniem. Naprawdę nie wiedziałem, co robić. Nie dość, iż myślałem nad tym, jak szybko skapną się, że spowodowałem wypadek, to jeszcze próbowałem nie niepokoić się słowami chciała stawić czoła ojcu. W pierwszych chwilach odnosiłem wrażenie, że Lena się poddała. Całkowicie. Ale teraz mam w głowie ogromny mętlik, jednocześnie spowodowany tym, co zdołałem zepsuć między nami, nie będąc nawet w Polsce. Ugh, jej dystans wobec mnie był po prostu moją największą porażką. Tyle rzeczy zmieniało swoje położenie, że przestałem zwracać na nie uwagę. Utknąłem w dziwnym stanie, który nie pozwalał mi wszystkim się przejmować, wbrew naprawdę silnym chęciom.
   – Nie wierzę, że jest aż tak źle, by nie mogła przeprowadzić rozmowy. – Mój zdecydowany ton motywował mnie do działania jeszcze bardziej. Sądziłem, że dopóki tu jestem, mogę przekraczać wszelkie granice ustanowione przez otoczenie. Miałem wystarczająco dużo sił, żeby przeskakiwać kłody, które rzuca mi pod nogi los. Cholera, tak.
   – Z tobą nie, a dlaczego? Tego nie wiem. Może ktoś jej coś nagadał, może sama doszła do wniosku, że jesteś złym człowiekiem. – Gdy zaledwie skończył mówić z emfazą dwa ostatnie słowa, mróz moich tęczówek przeszył go na wskroś, lecz nie zdołał zetrzeć śladu uśmiechu z jego ust. – Hej, nie patrz się tak na mnie. Ona sama mi to powiedziała i musisz wiedzieć, że w to nie wierzę po rozmowie z Mariką.
   – I tak spróbuję. – Nie poddawałem się, wbrew temu, że słowa Leny na mój temat sprawiały, że fortyfikację, za którą kryły się moje dobre myśli i wytrzymałość, zaczynały naznaczać duże pęknięcia.
   – Chodź. Mogę ci pokazać, skoro nie wierzysz, że jest z nią tak źle. A złudna nadzieja może zranić bardziej niż przewidujesz. Przygotuj się na to. – Wstał od biurka i wskazał mi drzwi, ostrzegając mnie przed moimi zamiarami jak tylko można. Nie wiem czy postępuję dobrze, ale on bez powodu nie dokładałby tylu starań, bym zmienił zdanie i sobie odpuścił. Nie wyobrażam sobie, żeby Lena stała się nagle zupełnie inną wersją siebie. A jeśli będzie trzeba, to przysięgam, że wydobędę z niej tę dziewczynę, która wypełniała każdy mój dzień autentycznym szczęściem. Teraz te szczęście wciąż istniało, lecz zgniecione pod nieprzebitą warstwą żalu, który mocno owijał się wokół mojego umysłu, tylko czekało na ratunek.
   Chłopak poprowadził mnie korytarzem, wówczas uświadomiłem sobie, że bez Cezarego bym się tu zupełnie zagubił. Bunkier mieścił w sobie tyle pomieszczeń, jakich nawet się nie spodziewałem ujrzeć, i obaj zatrzymaliśmy się w jednym; ciemnym, prawie pustym. Tylko szafka, umywalka, prysznic, kotara oraz framuga po lustrze, którego gładka powierzchnia, teraz rozbita w kilkaset odłamków zaścielała podłogę. Cezary kazał mi czekać i w tym czasie byłem zdany wyłącznie na siebie. Skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej, ledwo wsłuchany w spadające z kranu krople wody, które stały się wkrótce nie do wytrzymania. Irytowały mnie do tego stopnia, że każda myśl natychmiastowo odpływała w eter, ustępując miejsca temu dźwiękowi. Cezary, wracaj, bo zniszczę wam kran. 
   Jak z automatu, przez próg przeszedł pewnym krokiem ten, o którym wcześniej myślałem. A za nim zgarbiona, zmarnowana Lena, szurająca stopami o posadzkę, i jej widok sprawił, że moje serce przełamało się na dwie równe części, krwawiąc bez końca. Nawet nie troszczyłem się o to, że zdradzam całe swoje zmartwienie ściągnięciem brwi i smutnym wzrokiem, podążającym za nią, dopóki nie stanęła na drugim końcu pomieszczenia. Przy odłamkach lustra, wraz z Cezarym. Popatrzyli po sobie, sprowadzając na mnie więcej niepokoju, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie zwróciłem uwagi na to, że krótkowłosa szatynka stanęła w progu. Pogrążona w ciemności nie pozwalała mi odgadnąć, jaki wyraz teraz tkwi w jej twarzy.
   – Lena. Rozbiłaś to lustro. – Spojrzał na mnie, a jednak mówiąc do Leny. Co on kombinuje, do cholery? Pomimo że stałem i obserwowałem, byłem już od początku przygotowany do interwencji. I pokazywałem to przez zaciskanie pięści. – Poczujesz się lepiej, kiedy... – Podniósł większy odłamek szkła z ziemi, który odbił blaskiem się od blednących jarzeniówek. – Kiedy zrobisz to, co trzeba.
   Mój umysł dopiero teraz zrozumiał, co Cezary próbuje zrobić. Do czego próbuje ją nakłonić. Gdy ściągnąłem mocniej brwi, a chłopak to zauważył, wysunął do mnie rękę, sygnalizując, żebym zaczekał. Jak mam, do cholery, czekać. Obserwowałem, jak resztki wiary w siebie, wytrwałości i szczęścia Leny rozpadają się wraz z jej odebraniem ostrego przedmiotu od Cezarego. Poszarzałe blond włosy dziewczyny zasłoniły jej twarz, kiedy zawiesiła głowę nad szkłem. Zdawało mi się, że popatrzyła w niego z ogromną dokładnością. Ta zgęstniała atmosfera i przerażająca cisza tylko poprzedzały tragedię, od której dzieliły nas zaledwie sekundy. Czułem to aż nadto wyraźnie i nie próbowałem nawet sprawdzać swojej intuicji w tej sprawie. Z sercem kołatającym mi głośno w piersi, wybiegłem naprzód, złapałem za rękę dziewczyny i ostrożnie wysunąłem z niej szkło. Syknąłem, zdając sobie sprawę, że właśnie wtedy zraniłem wewnętrzną stronę swojej dłoni i naznaczyłem ją krwawiącą linią, ale tak naprawdę to nie to, czemu poświęciłem całą uwagę. Lena w tej samej sekundzie odskoczyła ode mnie gwałtownie, pozwalając, bym z tej odległości usłyszał hałaśliwe bicie jej serca, które przyspieszyło kilkukrotnie. Patrzyła na mnie z takim przerażeniem, że prawie pokusiłem się o myśl, iż może poddać się to jedyne wyjście. Nie, Alec, nie. 
   – Odbiło ci do reszty? – warknąłem zdenerwowany, patrząc to na Cezarego, to na Lenę. I nie mogłem stwierdzić na kogo byłem bardziej zły. Rzuciłem z powrotem pod swoje nogi kawałek szkła i stanąłem na niego, słysząc nieprzyjemne trzeszczenie pod butami.
   – Mówiłem ci, ale nie słuchałeś. – Złapał za moje ramie, ciągnąc mnie bez żadnych sprzeciwów do kąta pomieszczenia. Skorzystałem z ostatniego spojrzenia na Lenę, by zobaczyć, że podchodzi do krótkowłosej szatynki, której imienia ciągle nie znałem. – Mówiłem, że jest z nią źle.
   – Od kiedy to się dzieje? – Mój głos pomimo starań łamał się z każdym słowem. Nie mogłem przestać obwiniać siebie za to, że dopuściłem do czegoś takiego. Do tego, żeby Lena w siebie zwątpiła i to w takim stopniu.
   – Jakiegoś czasu. Tydzień, może więcej. Nie wiem – powiedział to z taką lekkością, że miałem ochotę z pomocą swojej pięści wyrównać tę twarz, by zaczęła zmieniać wyraz. Ale nie, koniec z przemocą. 
   – I nie pomogliście jej?
   – Stary, jak? Poza tym odwdzięczam się tym, że pozwalam jej tu być. Zamierzaliśmy pójść z nią pod jej dom, by stawiła czoła ojcu, ale pojawiłeś się ty. Nie masz nam nic do zarzucenia, a już na pewno nie mi.
   Westchnieniem wyraziłem swoją bezsilność. Zabrakło mi argumentów do tej dyskusji, faktycznie sam nawet nie wiedziałem od czego zacząć. Ale nie poddam się. Cokolwiek się stanie, poddanie się to będzie ostatnie, co mam do zrobienia, i umieszczę to na szarym końcu mojej listy, gdy każdy etap moich starań spełznie na niczym.
   – I już ci mówiłem. Nie dasz rady z nią pogadać. – W okamgnieniu odpowiedział nam głośny huk czyjegoś ciała o ścianę. Odwróciliśmy się jednocześnie z Cezarym, nie kryjąc zdziwienia tym, co zobaczyliśmy. Krótkowłosa szatynka leżała przy ścianie, z krwawiącym tyłem głowy. Stękała z bólu, czekając, aż Cezary do niej dobiegnie, a ja przesunąłem swoje spojrzenie na Lenę, która patrzyła na dziewczynę z taką wrogością, że byłem gotowy nią potrząsnąć, o ile dałaby się dotknąć. Jej niebieskie, blade oczy ciskały piorunami.
   – Nie waż się tak więcej mówić! – Powietrze rozdarł jej zachrypły krzyk i zdawało mi się początkowo, że zdarła sobie gardło, niszcząc przy tym wszystkie moje myśli, które nie zdążyły się dostatecznie rozwinąć. Ale przerażający był sam ton, jaki zdecydowała się przyjąć. Ręce Leny drżały nieustannie, gdy trwała w pozycji przygotowanej do walki. Czy ona wymierzyła cios z półobrotu tej dziewczynie?
   Chciałem podejść do swojej sympatii, uspokoić ją swoim dotykiem, objąć. Cokolwiek, kurwa, cokolwiek. Ale prawie zapominałem o tym, kim dla niej teraz jestem. A tak właściwie to nie miałem pojęcia kim. Cezary odszedł z dziewczyną na stronę, ostrożnie ją trzymając, by nie upadła, a ja zrobiłem krok do przodu, uświadamiając sobie, że właśnie nadeszła ta wiekopomna chwila, kiedy mogę zamienić z Leną słowo. I oblały mnie poty, jakbym bał się tego, że powiem coś nie tak. Ba! Stres mną targał, przewracał wnętrzności do góry nogami oraz ściskał mój żołądek bez końca. Przełknąłem ślinę nerwowo.
   – Lena. Ty wiesz, że musimy porozmawiać. Nie wiem, czy celowo próbujesz ode mnie uciec czy nie, ale to boli jak cholera, gdy nie wiesz, czym zawiniłeś. Albo nie wiesz czy druga osoba darzy cię tym samym uczuciem. – Nie zwracałem uwagi na to, czy Lena mnie słucha, ale byłem w stanie ciągnąć ten monolog tak długo, jak mam tylko szansę. – Czasami dzieją się rzeczy, które ciężko zrozumieć. Ale nawet jeśli ty ze mnie zrezygnowałaś, ja z ciebie nie potrafię. Bo cię po prostu kocham. Lena, proszę, wiem, że potrzebujesz pomocy. Nie próbuj tego ukrywać. – Dalej odpowiadała mi jedynie głęboka cisza. Lena, odwrócona do mnie bokiem, nawet nie sprawiała wrażenia, że się odezwie.
   Nie umiałem długo trzymać emocji na wodzy. Czując, jak z każdym upływającym momentem szansa na przywrócenie tego dawnego wyrazu między mną a Leną rozpływa się w atmosferze, żal zaciskał się w moim gardle jeszcze mocniej. Byłem tak cholernie zrozpaczony faktem, że cokolwiek robię, nie mogę dotrzeć do osoby, którą kocham ponad życie. Odwróciłem głowę, tworząc z ust cienką kreskę i spojrzałem w kąt, jakbym chciał tam schować cały smutek. Ale nie. On uciekł z moich oczu w postaci kilku łez, przepełnionych okropnym rozgoryczeniem.
   – Proszę, Lena, proszę. To nie jesteś ty. Cokolwiek wmówił ci ojciec, ktokolwiek – mój głos całkiem się złamał, gdy deliberowałem nad najróżniejszymi rzeczami – nie mówił prawdy. Ktoś, kto nie zasługuje nawet na twój szacunek, nie mówi prawdy. Kłamie, żeby cię złamać, a ty się poddałaś. Wiesz, że mogę ci pomóc, prawda? Tylko... – Przerwał mi Cezary, który odchrząknął, stojąc w progu. Otarłem łzy, które zmoczyły moje policzki i wyminąłem chłopaka w drzwiach, korzystając z ostatniej możliwości spojrzenia na Lenę. Nie, Alec, wróć. Nie spostrzegłem się, kiedy moje nogi całkowicie zawróciły, a dłoń ujęła blondynkę delikatnie za lewy nadgarstek. Nie potrafiłem bez niej żyć i to był bardziej niż trafny wniosek. I wówczas, jak grom z jasnego nieba, płaska dłoń Leny zaliczyła bliskie spotkanie z moim policzkiem, sprawiając, że momentalnie moja głowa odchyliła się w tę stronę, w którą dziewczyna mierzyła. Piekący, ciepły ból nie równał się nawet z tym, co czułem wewnątrz. Okropny ścisk gdzieś w sercu, tak silny, że wręcz zrównany z fizycznym.

Lena?

5.02.2017

Od Will'a cd Oskara

Bip-bip-bip
Głośne pikanie budzika wypełniło pokój nie omijając żadnego zakamarka mieszkania. A już z pewnością nie łóżka. Sąsiadująca z legowiskiem drewniana szafka, na której spoczywał irytujący przedmiot cicho wibrowała pod wpływem dźwięku i ruchu budzika.
Przy tym nie da się spać.
Wysunąłem rękę spod ciepłej kołdry, a na tej odrazu pojawiły się ciarki gdy tylko została otoczona chłodnym powietrzem jakie krążyło po pokoju. Ziewnąłem rozciągając przy tym ramiona po czym sięgnąłem po budzik. Na ślepo szukałem guzika, który zakończyłby to bipczenie raz na zawsze, bo wciąż byłem zbyt zaspany by unieść powieki. Udało się. Zadowolony udałem się w dalszą drzemkę tuląc teraz zegarek do siebie. Chłód metalowego sprzętu przyciśniętego do policzka działał niemal tak samo budząco jak zimna woda.
Bip-bip-bip
Przestraszony nagłym burczeniem tuż koło mojego ucha instynktownie zerwałem się do pozycji siedzącej zaciskając dłonie na pościeli. Parę sekund później zdałem sobie sprawę co to dokładnie było, i że jednak mojemu budzikowi udało się mnie postawić na nogi tak wcześnie. Niechętnie wstałem z łóżka i odłożyłem zegarek z powrotem na szafkę.
- Tym razem wygrałeś -powiedziałem w jego stronę, jednocześnie łapiąc czyste ubrania z szafy.
Chwilę później zniknąłem w łazience.
***
Jak to za 5 minut?!
Cholera, trochę mi się zasiedziało pod tym prysznicem.
Trochę? William, no kurde, siedziałeś tam jakieś pół godziny!
To nie moja wina, że w łazience nie ma zegarka!
Moje myśli znów toczyły ze sobą tą bezsensowną walkę, co zdarzało się niemal zawsze w podobnych sytuacjach. Czasami wręcz zapomniałem, że przecież to ja mam nad nimi kontrolę, nie mówiąc już o tym, że mógłbym je po prostu wyłączyć.
Zarzuciłem na ramię torbę, która na szczęście leżała spakowana przy drzwiach już od wczorajszego wieczoru. Szybko jeszcze wskoczyłem do kuchni i posłodziłem herbatę, która nie zdąrzyła się nawet dobrze zaparzyć.
Wypiję w drodzę.
Pustą szklanką będę się martwić później. Bądź co bądź lepiej by było gdybym nie wpadł do klasy z kubkiem w ręku, już spodziewałem się komentarza od nauczycielki w stylu "A co to ma być? Czy ty jesteś w barze młody człowieku?"
Ruszyłem przez pusty już korytarz szybkim krokiem. Nie mogłem biec, bo szklanka w moim ręku mogłaby nie przeżyć czegoś takiego, nie mówiąc już o gorącym napoju. Zbliżyłem szkło do ust i upiłem łyk patrząc się przy tym w język. Chcąc jak najszybciej oddalić się od źródła ukropu odsunąłem gwałtownie naczynie od twarzy co skończyło się rozlaną herbatą na koszuli.
Głupi ludzki instynkt.
Resztę napoju wylałem do pobliskiej doniczki by móc biegiem wrócić do pokoju. Odstawiłem szklankę na stół i szybko zdjąłem z siebie mokre ubranie. Zamieniłem czarny t-shirt na koszulę w kolorze khaki. Szczęście w nieszczęściu, że była wyprasowana.
***
- Jest i nasza zguba, Will Treaty -oznajmiła nauczyciela gdy tylko przekroczyłem próg sali.
Uśmiechnąłem się do niej szeroko i ruszyłem między ławki szukając wzrokiem pustego miejsca. Szybko je wypatrzyłem i odkładając torbę na podłogę zająłem miejsce na krześle.
- Will -przywitałem się z ławkowym sąsiadem
- Oscar -odpowiedział tamtem
Już otwierałem usta by spytać co robimy gdy zdałem sobie sprawę, że nauczycielka właśnie dobiera nad w pary.
- Oscar, Will -spojrzała w naszą stronę- Obaj jesteście nowi na moich zajęciach, popracujecie trochę razem.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Nikogo tu jeszcze nie znałem a fakt, że nie byłem jedyną taką osobą w klasie był niezwykle pocieszający. Spojrzałem na Ocara chcąc sprawdzić jak on przyjął ten pomysł. Chłopak uśmiechnął się do mnie dziwnie. Tak to był uśmiech ale jakby... Speszony? Wzruszyłem ramionami i wyciągnąłem z torby kartkę.
- O czym mamy pisać? -spytałem, bo przez spóźnienie ominęło mnie tłumaczenie zadania.
- Nostalgia -odparł krótko.
Szpony dnia próbowały wyrwać mnie z twego ciepła
Szarpałem się, broniłem ale byłem za słaby
Czy jesteś teraz bezpieczna?
Czy także za mną tęsknisz?
Me serce usycha z każdą godziną*
- Powinienem teraz być z moją pierzyną -zakończyłem swój monolog teatralnym głosem i spojrzałem na Oscara. Oczywiście wiersz był dla żartu ale i tak miałem nadzieję, że chłopak podzieli mój ból wstawania rano.
- Hm -odchrząknął- No... Chyba nie o to tu chodziło.
Przesunął pustą kartkę bliżej siebie i zapisał dwa pierwsze wersy.
***
Gdy w końcu każda para uporała się z zadaniem przyszła pora na odczytywanie naszych dzieł. Widząc, że my będziemy ostatni postanowiłem zająć swoje myśli czymś innym.
To był błąd.
Pierwsze co przyszło mi do głowy to, to że nie zjadłem śniadania. I niestety mój żołądek nie chciał zachować tego faktu dla siebie. Głośne burczenie rozeszło się do najbliższych ławek, a parę głów odwróciło się w moją stronę. Machnąłem na nich ręką by się odwrócili i przycisnąłem ręce do brzucha chcąc stłumić dźwięk.
- Oscar -szepnąłem do nastolatka.
- Hm? -usłyszałem ciche pytanie
- Wiesz gdzie tu jest stołówka?
Ciemnowłosy zerknął na mnie już z nieco śmielszym uśmiechem niż na początku zajęć.
- A nie chcesz może ułożyć kolejnego wiersza? O jedzeniu? -nie odrywał wzroku od kartki z naszym utworem jakby wciąż go studiował.
- Nie ale mogę ci ułożyć piękną żołądkowa symfonię -odparłem- No weź
Chłopak westchnął cicho i spojrzał na mnie.
- Chyba widziałem ją wczoraj jak szedłem do swojego pokoju -zaczął się zastanawiać.
Nagle po całej sali rozległ się wszystkim dobrze znany dzwonek na przerwę. Szybko wstałem z krzesła i jedną dłonią złapałem torbę, a drugą oplotłem wokół nadgarstka Oscara.
- Super! Prowadź! -powiedzialem wyciągając go z biblioteki na tłoczny korytarz.
Oscar?
* #niemampojęciacotojestniepytaj