8.13.2017

Oshee Moorgernstern

Imię: Oshee
Nazwisko: Moorgernstern
Pochodzenie: Przyjechała tu z Hiszpanii, a dokładniej z Toledo. Jednak urodziła się w Stanach Zjednoczonych w Nowym Yorku.
Wiek: 19 lat
Orientacja: heteroseksualna
Głos: Demi lovato - "Heart by Heart"
Pokój: 24
Aparycja: Oshee jest szczupłą dziewczyną, średniego wzrostu. Ma brązowo-rude włosy, które lekko opadają na jej ramiona. Jasna karnacja jak u Śnieżki. Ma piękne złoto-piwne oczy. Często mówi się o niej, że wygląda prawie jak jej matka, jednak ona sama tego nie dostrzega, podobnie jak piękna, które zauważają w niej inni. Ma kompleksy jeśli chodzi o jej mały biust i wzrost.
Charakter: Jej osobowość bardzo ciężko opisać zwięźle i szczegółowo, jeśli w ogóle się jakoś da. Oshee jest bardzo upartą i nieco sarkastyczną osobą, jednak bardzo troszczy się o swoich bliskich i zwraca wielką uwagę na relację między nimi, jednak nie zawsze udaje jej się być dobrym dzieckiem tak jakby chcieli jej rodzice. Jednakże okazuje wielkie współczucie rodzinie i przyjaciołom. Jest wrażliwa na krzywdę innych. Uwielbia się śmiać z najbardziej błahych powodów. Jej upór i charakter buntowniczki można wytłumaczyć tym że jej matka jej bardzo nadopiekuńcza w stosunku do niej. Niejednokrotnie Oshee mówiła bratu ze zazdrości mu tego że nie jest tak kontrolowany przez matkę. Uparcie dąży do celu, potrafi zrobić naprawdę wiele aby zdobyć to czego chce. Często irytuje swoim zachowaniem ludzi, jednak osobą które ją znają to już nie przeszkadza. Czasem jest uważana za egoistyczną osobę, lecz nie jest to prawdą, chociaż może tak to wyglądać. Charakteryzuje się wielką odwagą, choć inni czasem nazywają to głupotą niżeli odwagą. Nie boi się prawie wcale. Często swoimi pomysłami naraża innych, tych na których jej zależy. Nie lubi być w centrum uwagi, ale też nie chce aby ludzie ją ignorowali. Nie należy do osób cierpliwych, jest bardzo porywcza i często bez przemyślenia realizuje swój plan. Stara się być opanowaną osobą, ale prawdę mówiąc bardzo szybko wyprowadzić ją z równowagi czy doprowadzić ją do płaczu. Od problemów nie ucieka, stawia im czoła i sprawy rozwiązuje za pomocą słów, nie używa siły.
Partner: Nigdy nad tym nie myślała. Dobrze jej jest być singielką, ale może dlatego, że nigdy nie była w poważnym związku.
Rodzina:
Alaric Moongernstern - Ojciec który nigdy nie raz zawiódł. Po rozwodzie wyprowadził się na drugi koniec miasta, jednak zawsze stara się poświęcić dużo czasu swoim dzieciom, które może widywać raz w tygodniu. Od czasu rozstania z rodziną nie znalazł sobie nikogo nowego, mieszka sam i jest mu z tym dobrze. nie może znieść tego ze jego żona znalazła sobie nowego kochasia i zostawiła go, bez grosz i odebrała mu dzieci.
Sabrina Moongernstern - Jest bardzo opiekuńcza, można powiedzieć, że nawet za bardzo jak na matkę. Drażni tym nie tylko Oshee ale także swojego syna Sebastiana, który czasem nie może już słuchać wyżaleń swojej siostry na ten temat. Pracuje w dużej firmie i ma mało czasu dla swoich dzieci, nie należy do kur domowych, bardziej jest bizneswoman. Jest rozwódką i aktualnie jest ze swoim nowym partnerem Lukiem Jeverstaff'em, który nie jest akceptowany przez żadne z dzieci.
Sebastian Moongernstern - Starszy brat Oshee, od zawsze się nią opiekował i starał się aby nie zeszła na złą drogę. Od zawsze był najbardziej zainteresowany losem swojej siostry, przynajmniej o wiele bardziej niż ich rodzice. Najlepiej się z nią dogaduje i stara się być jak najlepszym wzorem dla niej. Jest niezwykle opanowanym i rozważnym chłopakiem.
Zajęcia: Fotografia
Zainteresowania: Oshee jest dość ambitną osobą, jednak często ma słomiany zapał i rzadkością jest, aby zainteresowała się czymś na stałe jednak są wyjątki. Aktualnie i od dzieciństwa zajmuje się strzelaniem z łuku klasycznego, jest w tym rewelacyjna, praktykuje szybkie strzelanie, za każdym razem trafia. Niejednokrotnie wygrywała konkurencje w tej dziedzinie. Jej aktualnie stałym zajęciem jest też fotografia, sądzi, że dzięki niej potrafi wyrazić siebie. Nie jest tak, w okresie wielkiej nudy jest w stanie wziąć kartkę i zestaw ołówków aby coś nabazgrać, prowadzi swój pamiętnik, lecz zamiast w nim wyrażać siebie za pomocą słów - rysuje i robi to bardzo często, jednak nie uważa je za arcydzieła, rysuje bo lubi to robić... Pod prysznicem lub przy wieczornej rutynie zdarzy jej się coś zanucić czy nawet zaśpiewać, ale nigdy nie odważyłaby się pokazać swojego talentu przed publicznością, trema ją paraliżuje i nie pozwala wypuścić żadnego dźwięku.
Inne:
* X, x, x, x, x
*Uwielbia zapach słodkich perfum i tylko takich używa.
*Nie byłaby w stanie skrzywdzić żadnego zwierzęcia, tym samym jest wegetarianką.
*Nie popiera żadnej formy okaleczania się czy karania za swoje błędy.
*Wierzy w to, że w oczach człowieka można zobaczyć jego duszę.
*Boi się motorów, skuterów. W sumie nigdy na nich nie jeździła, ale była świadkiem śmiertelnego wypadku na nielegalnym wyścigach.
*Nie jest typem bałaganiary
*Uwielbia zachody i wschody słońca.
*Mdli ją zapach benzyny
Kontakt: yulca [howrse]

8.12.2017

Od Leny CD Aleca

   Nim moje palce zacisnęły się na nadgarstku Aleca, wszystkie impulsy, każde słowo wypowiedziane przez szatyna, przepłynęło przez mój nieco przyćmiony umysł, ostatecznie doprowadzając do szybkiej reakcji.
   Nigdy bym się czegoś takiego po nim nie spodziewała. Przecież to był Alec. Ten Alec, który emocje zawsze trzymał na wodzy, ten, który nie dawał się im ponieść, tylko wszystko zawsze przyjmował na chłodno i ze spokojem. A teraz zachowywał się tak jakby ktoś zupełnie inny przejął nad nim kontrolę. Chociaż możliwe też, że to przez ten upał, za bardzo przygrzało mu w głowę czy coś... Przymknęłam na moment powieki, załamana swoim genialnym pomysłem. Najgłupsza rzecz jaką ostatnio wymyśliłaś, Lena. 
   Kiedy ponownie spojrzałam przed siebie, niebieskie tęczówki wpatrywały się wprost we mnie, a w zwężonych źrenicach czaiła się resztka złości, która po chwili uciekła niczym powietrze z dziurawej opony. Pokręciłam delikatnie głową, nie odsuwając wzroku od błękitu nawet na milimetr, jednak kątem oka udało mi się zobaczyć, jak ręka szatyna powoli zwalnia uścisk na koszulce Aidena, a chwilę później zupełnie ją puszcza.
   Uśmiechnęłam się lekko, splatając nasze palce, gdy tylko ręka chłopaka zawisła swobodnie wzdłuż jego ciała. Skinęłam głową w stronę przyjaciela, dając mu tym samym znak, że lepiej będzie, jeśli na razie się odsunie. Rudowłosy, choć z niechęcią wymalowaną na twarzy, po chwili odwrócił się do nas plecami i zniknął w tłumie uczniów z moim uważnym spojrzeniem na sobie.
   Coś mi w tym wszystkim nie pasowało. I nie chodziło tylko o zachowanie Aleca, ale także Aidena. Od tamtego incydentu z lekami, a jeszcze wcześniej z moim ojcem i zniknięciem chłopaka z akademii, jego zachowanie zupełnie się zmieniło. I nie miałam pojęcia dlaczego, żadnego domysłu, nawet punktu zaczepienia. Po prostu nic. Zniknął i wrócił nagle z zupełnie innym zachowaniem.
   Do rzeczywistości ściągnęło mnie ściśnięcie moich palców przez błękitnookiego, który po chwili został obdarzony przeze mnie nieco karcącym spojrzeniem.
  - Naprawdę musiałeś? - Spytałam, przewracając oczami. Byłam zmęczona już całym tym czekaniem w słońcu i tłumie spoconych uczniów.
  - Tak. - Odparł grzecznie tonem sugerującym, że taka odpowiedź była wręcz oczywista. Uniosłam jedną brew, spoglądając przy tym na chłopaka. - Sam się o to prosił. - Uniósł ręce w geście obrony, kiedy zmrużyłam bardziej oczy. Odgarnęłam z czoła luźne kosmyki włosów i już chciałam powiedzieć Alecowi, że nie ma prawa tak traktować mojego przyjaciela, jednak ubiegł mnie kierowca autobusu, który ogłosił, że możemy w końcu wsiąść.
   Tłum uczniów szybko się przerzedził, odsłaniając czwórkę nauczycieli, którzy stali na samym końcu, pilnując, by wszyscy wsiedli do pojazdu. Pośród nich dostrzegłam Cravera, który ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy wpatrywał się w ekran telefonu. Nat raczej nie był nauczycielem, który otwarcie okazywał, że ma jakieś problemy, dlatego nieco mnie zmartwiła jego postawa. Po tym wszystkim co dla nas zrobił, czułam z nim szczególną więź i traktowałam bardziej jak przyjaciela niż nauczyciela, poza lekcjami oczywiście.
  - Nie wiedziałam, że Craver z nami jedzie... - Mruknęłam bardziej do siebie niż do szatyna.
  - Nie wygląda jakby jechał.
  - Idź zajmij miejsce, zaraz do ciebie dołączę. - Delikatnie pchnęłam Aleca w stronę drzwi do autobusu, a sama ruszyłam w stronę nauczyciela, który niemal natychmiast podniósł głowę, jakby wyczuł, że zmierzam w jego stronę. Szybko schował telefon do kieszeni spodni i uśmiechnął się do mnie szeroko. Możliwe, że większość ludzi uznałaby to za typowy uśmiech jakim na co dzień obdarza wszystkich. Jednak ja widziałam, że ten uśmiech różnił się od zwykłego, którym obdarzał swojego otoczenie, gdy wszystko było okey.
  - Wszystko w porządku, Lena? - Spytał zatroskanym głosem. Stanęłam na przeciwko mężczyzny, krzyżując ręce na piersiach.
  - O to samo chciałam pana spytać. - Ciemne brwi powędrowały do góry, a uśmiech nauczyciela poszerzył się jeszcze bardziej. - Widzę, że coś się stało, proszę pana. Pan pomógł nam tyle razy, dlaczego nie możemy się odwdzięczyć?
  - Leno, nie ma takiej potrzeby. - Położył dłoń na moim ramieniu i uścisnął je. - Po prostu mój tato wylądował w szpitalu i nie ma się kto mamą zająć, więc będę musiał tam pojechać. Długa droga, nie będzie mnie ze dwa tygodnie, więc dyrektor pewnie wyznaczy na ten czas kogoś na moje miejsce.
   Zmrużyłam oczy, mrucząc pod nosem w geście zastanowienia. W tamtej chwili coś przyszło mi do głowy, ale było mi głupio prosić o kolejną rzecz Cravera. Z drugiej strony to była jedyna szansa, by dowiedzieć się czegokolwiek. Na kolejne wakacje w trakcie roku nie mieliśmy co liczyć, to będzie cud, jeśli w ogóle puszczą nas na wakacje.
  - Ugh, no dobrze. Ale wróci pan do nas, tak? - Pytanie wypowiedziane głosem na granicy przestrachu i błagania, rozbawiło bardzo Nata.
  - Oczywiście. Nie zostawię was bez pożegnania. - Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, po czym szybko dodał z nerwowym śmiechem. - Ale nie jestem pedofilem, żeby nie było.
   Aż parsknęłam śmiechem na tak absurdalne stwierdzenie. Zakryłam usta, nie chcąc zacząć śmiać się bardziej. Po chwili jednak uspokoiłam się i spoważniałam, podobnie jak mężczyzna, który chyba wyczuł, że chcę go o coś spytać.
  - No pytaj, Lena, bo ci autobus ucieknie. - Zaśmiał się, kładąc mi rękę między łopatkami i powoli odwracając w stronę pojazdu, tym samym zmuszając mnie do pośpieszenia się w swoich poczynaniach.
  - Bo tak się zastanawiałam... - Przygryzłam dolną wargę. Strasznie głupio było mi prosić nauczyciela o kolejną przysługę. - Jak daleko właściwie pan jedzie?
  - Aż na Florydę, a chciałaś coś stamtąd? - Chytry uśmiech wymalował się na jego ustach, tak jakby już doskonale wiedział, czego od niego chcę.
  - Pomyślałam, że może mógłby pan zajrzeć do domu Aleca. Kiedy byliśmy tam ostatnio, wyglądało, że jest okey, ale nie jestem co do tego przekonana. A chciałabym mieć pewność, żeby w razie czego móc powiedzieć Alecowi z czystym sumieniem, że wszystko jest dobrze. - To wszystko wyrzuciłam z siebie na jednym wdechu, bojąc się, że w którymś momencie mężczyzna po prostu mi przerwie i wtedy wszystko co chciałam powiedzieć, ucieknie mi z głowy.
  - Lena, jak miałbym to niby zrobić? Nauczycielom nie wolno chodzić po domach uczniów bez powodu. - Pokręcił głową i chociaż jego słowa nie wróżyły, że się zgodzi, w jasnych oczach widziałam, że chce mi pomóc.
  - No nie wiem, udawałby pan kogoś z elektrowni, opieki społecznej... - Zaczęłam żywo gestykulować, czując na plecach wkurzone spojrzenia pozostałych uczniów i kierowcy, którzy chcieli już jechać, a ja pozostawałam ostatnią osobą, która jeszcze nie wsiadła. - Coś pan wymyśli. Bardzo pana o to proszę...
  - No dobrze, postaram się, ale nie obiecuję. - Odparł w końcu, akcentując swoje zmęczenie głośnym westchnięciem. Uśmiechnęłam się szeroko i podziękowałam Craverowi, który wepchnął mnie w końcu do autobusu.
   Duszne powietrze, którym ledwo dało się oddychać uderzyło od razu w moje płuca, powodując, że poczułam na nich nieprzyjemny ciężar. Uśmiechnęłam się do mężczyzny za kierownicą przepraszająco i ruszyłam w głąb pojazdu, wzrokiem szukając swojego chłopaka. Jednak robiłam to tylko przez chwilę, szybko odpłynęłam myślami do poprzedniego tematu. Nie byłam pewna, czy dobrze zrobiłam prosząc o to nauczyciela, jednak wiedziałam, że temat tego co stało się w domu Aleca, kiedyś wróci i wolałam być na to przygotowana. A na chwilę obecną o niczym mu nie mówić i tak był wystarczająco rozdrażniony zachowaniem Aidena.
   W pewnym momencie czyjaś ręka złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła lekko w swoją stronę, zwracając tym samym moją uwagę. Natychmiast przeniosłam spojrzenie na niebieskie tęczówki i uśmiech, który malował się pod nimi. Odchrząknęłam, wyplątując dłoń z jego uścisku i odwracając na moment wzrok. Kiedyś przez niego runę jak długa na środku ulicy... Rozejrzałam się jeszcze w poszukiwaniu przyjaciela, jednak chłopak ukrył się wyjątkowo dobrze, ponieważ nie byłam w stanie odszukać pośród czupryn tej jednej, konkretnej. Z cichym westchnięciem usiadłam obok Aleca, spoglądając w okno.
  - I jak, Craver jedzie? - Spytał, patrząc na mnie z uśmiechem, ja natomiast momentalnie zesztywniałam, w pierwszej chwili odnosząc wrażenie, że chłopak ma na myśli swój dom. Na szczęście szybko się uspokoiłam, uświadamiając sobie, iż mówi o wycieczce. Wypuściłam powoli powietrze z płuc, przymykając przy tym powieki i kręcąc głową.
  - Musi pojechać do rodziców, jego tato wylądował w szpitalu, więc on musi zająć się mamą. - Uśmiechnęłam się do szatyna, który pokiwał głową i podniósł się z siedzenia, by otworzyć okno ponad nami. Może będzie chociaż trochę chłodniej...

~*~*~*~*~*~*~


   Przeczesałam włosy ręką, podziwiając widoki z balkonu. Miałyśmy z Lilian szczęście, że dostał nam się pokój od strony jeziora Tahoe. Błękit wody kusił, by się w niej zanurzyć, szczególnie przy takiej temperaturze jaka towarzyszyła nam dzisiaj. Byłam pełna podziwu dla naszej szkoły. Byli w stanie wykupić całej grupie trzydniowy nocleg w dwuosobowych apartamentach, znajdujących się w jednym z hoteli w Crystal Bay, a nie stać ich było na wynajęcie autokaru z klimatyzacją? Czegoś trzeba sobie odmówić, żeby móc pozwolić sobie na coś innego, ha?
   Odwróciłam się przodem do pokoju, spoglądając na wyłożoną na łóżku dziewczynę. Długie platynowe włosy rozłożone niczym wachlarz na ciemnej pościeli, nie różniły się zbytnio od koloru jej sukienki. Teraz pozostawało nam tylko czekać, aż wszyscy uczniowie wezmą prysznic po męczącej podróży i będziemy mogli pójść nad jezioro i zanurzyć się w chłodnej wodzie.
  - Siadłabyś, a nie tak stoisz. Czuje się, jakbyś była moim aniołem stróżem. - Zaśmiała się Lili, przekręcając się na bok i zerkając na mnie szarymi oczyma.
  - Może nim jestem? - Zaśmiałam się, puszczając do niej oczko. Zaraz potem ktoś zapukał do naszych drzwi. Wymieniłyśmy szybko spojrzenia, zastanawiając się kto to może być, było jeszcze za wcześnie, żeby nauczyciele chodzili po pokojach i zwoływali uczniów, więc... W mojej głowie pojawiło się pewne przypuszczenie, jednak w głębi wolałam, żeby nie okazało się ono prawdą. Podeszłam do drzwi, otwierając je szybko i postąpiłam krok w tył, nieco speszona widokiem przyjaciela.
  - Ślicznie tu, prawda? - Spytał z szerokim uśmiechem, a mnie coś ścisnęło w żołądku.
  - Aiden? Co ty tu robisz? - To było jedyne zdanie, które w tamtej chwili mój mózg zdołał wygenerować. Na szczęście śmiech współlokatorki przywrócił mi zdolność myślenia i szybko dodałam. - Znaczy wiem, co tu robisz, ale... Co robisz w moim pokoju?
  - Praktycznie rzecz ujmując, nie jestem w twoim pokoju, tylko przed nim. - Uniosłam jedną brew, posyłając chłopakowi zirytowane spojrzenie, na co ten odchrząknął i przeczesał włosy dłonią. - Nie dokończyliśmy naszej rozmowy, pamiętasz?
  - Tak, pewnie, że pamiętam. - Zerknęłam kątem oka w tył na koleżankę, która zwijała się na łóżku ze śmiechu. - Ale może przełożymy to na wieczór, jak będzie chłodniej? Lepiej się wtedy myśli.
   Aiden pokiwał głową i pożegnawszy się ze mną krótko, zrobił w tył zwrot i zniknął w dalszej części korytarza. Ja tymczasem zgromiłam spojrzeniem zaśmiewającą się blondynkę i ruszyłam do łazienki, zabierając po drodze z torby swój strój kąpielowy.

~*~*~*~*~*~*~

   Skłon, skłon, skłon. Wyprost. Nie wierzę, że kazali nam zrobić rozgrzewkę zanim wejdziemy do wody, w dodatku w strojach kąpielowych. Jakby to była jakaś przyjemność wypinać tyłki do chłopaków, którzy nawet nie starali się ukryć tego, że się na nas gapią. A było to dość peszące, szczególnie, że było ich więcej, a co chwila naszych uszu dolatywała wyliczanka, której wybrana miała zostać pierwsza wrzucona do wody. To wszystko zaczynało się tak samo jak moja kolonia w drugiej klasie podstawówki nad polskim morzem. Miałam tylko nadzieję, że nie skończy się tak samo, bo wtedy przez pół wyjazdu leżałam na wpół martwa przez grypę żołądkową.
  - Dobra, dzieciaki, możecie wskakiwać do wody! - Zawołał jeden z opiekunów, jednak żaden uczeń nawet nie drgnął. Wszyscy wpatrywali się w mężczyznę w milczeniu, spojrzeniem mówiącym Ale że ty tak na serio? - No chcecie wejść do tej wody, czy nie?
   Jak na zawołanie chłopaki skoczyli w przód pomiędzy dziewczyny, porywając je ze sobą i w akompaniamencie pisków, wrzucając wprost do zimnej wody. Lilian, która dwie sekundy wcześniej stała obok mnie, zniknęła bez śladu, pośród spienionej wody, która była wytworem rzucających się uczniów. Jak dzieci... Pokręciłam głową, uśmiechając się do siebie.
   Wtem na piasku przede mną pojawił się cień, który przykrył całą moją sylwetkę. Przechyliłam głowę w bok, próbując odgadnąć po samym cieniu kto to taki, jednak przez kąt padania promieni słonecznych, obraz był bardzo wydłużony, więc nie miałam szans zgadnąć po wzroście. Za to kiedy długie ręce otoczyły mnie, utrzymując wciąż pewną odległość od mojego ciała, po karnacji poznałam chłopaka. Jak na zawołanie wszystkie moje mięśnie się spięły, usztywniając całą sylwetkę i nie pozwalając na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Dlatego bardzo ucieszyłam się, słysząc głos swojego chłopaka.
  - Nawet się nie waż. - Twarde, zimne słowa były dla mnie niczym wybawienie z niezręcznej sytuacji. Uśmiechnęłam się półgębkiem, odwracając powoli głowę w stronę Aleca, który z założonymi na klatce piersiowej rękami, przyglądał się z kamienną twarzą mojemu przyjacielowi. Szare oczy szukały u mnie pomocy, jednak złośliwość szatyna udzieliła się chyba i mi, bo wypowiedziałam tylko jedno słowo, kręcąc głową.
  - Odpuść. - Wyciągnęłam rękę w stronę niebieskookiego, ten jednak tylko prychnął, uśmiechając się chytrze. Przechyliłam głowę w bok, zupełnie nie rozumiejąc o co mu chodzi, ale bardzo szybko się przekonałam, gdy Alec dwoma krokami zbliżył się do mnie i schylił. Nim zrozumiałam co się dzieje, zostałam przewieszona przez ramię szatyna, trochę jak worek ziemniaków, chociaż z tego co się orientuję, takich worków raczej nie trzyma się za pupy.
  - Alec, puszczaj mnie! - Pisnęłam, próbując wierzgać nogami, które po chwili zostały unieruchomione. Oparłam się dłońmi o ramię chłopaka i wyprostowałam, unosząc tułów w górę, czego pożałowałam szybciej niż mogłabym się spodziewać. Natychmiast znalazłam się pod falującą powierzchnią, by sekundę później wynurzyć się ponad nią i przyłączyć mój pisk do pozostałych krzyków. Posłałam uśmiechniętemu od ucha do ucha chłopakowi mordercze spojrzenie, które złagodniało, gdy po moich mokrych ramionach prześlizgnął się chłodny powiew wiatru.
  - Zimno ci? - Zaśmiał się, spoglądając z góry w moje oczy. Zgięłam kolana, zanurzając się aż po sam nos i odpowiedziałam chłopakowi, sprawiając jedynie, że woda wokół moich ust zabulgotała.
  - Lena! Alec! Chodźce, gramy w siatkę! - Głos Lilian wyrywający się ponad resztę, doleciał do nas z plaży, zwracając naszą uwagę. Uśmiechnęłam się lekko, wymieniając znaczące spojrzenie ze swoim chłopakiem. Jak na gwizdek na wyścigu oboje puściliśmy się biegiem w stronę piasku, przy okazji próbując wrzucić drugą osobę pod wodę. Śmialiśmy się przy tym tak bardzo, że często nie udawało nam się wyprostować całkowicie nóg w kolanach, czego ostatecznym wynikiem było wylądowanie w wodzie, kiedy sięgała nam ona ledwo nad kostki. Korzystając z okazji przylgnęłam do jego pleców, ochlapując mu głowę wodą i piachem przy okazji.
  - Będziesz mi potem zmywać ten piach z głowy. - Powiedział ze śmiechem, sprawnym ruchem przewracając się na plecy i umieszczając mnie pod sobą. Zaczęłam się śmiać, starając się jednocześnie jakoś wygramolić spod tego leciutkiego byka.
  - Z wielką przyjemnością, o ile nie zmiażdżysz mi teraz płuc!
  - Możecie przestać się tarzać jak małe dzieci i w końcu do nas dołączyć? - Męski naburmuszony głos zagrzmiał nad naszymi głowami, więżąc śmiech w naszych gardłach. Zerknęłam w górę, mrużąc powieki od słońca i ujrzałam niezbyt wysokiego chłopaka o ciemnej karnacji. Jeśli dobrze go rozpoznałam, co wcale nie było takie pewne, patrzenie na kogoś z dołu nie dawało pewności, był to Marco, choć równie dobrze mógł mieć na imię Juan. Co za różnica?
  - Do nas to mówisz? Ty jesteś biały od piachu. - Prychnęłam, czując jak w końcu mogę nabrać pełny wdech wypełniając całe płuca. Już dawno nie odczuwałam takiej przyjemności z oddychania.
   Kilkanaście minut później toczył się już mecz siatkówki plażowej, w którym brała udział zdecydowana część wycieczki. Nie był to jednak zwykły mecz, gdyż część z dziewczyn była ponad resztą graczy, a to za sprawą chłopaków, którzy nosili je na ramionach. Także ja byłam w tej części, balansując tułowiem ponad mokrą czupryną Aleca, którą od czasu do czasu przeczesywałam palcami. Nawet sędzia był nietypowy, gdyż jego rolę przejął pan Stanley, nie do końca znający zasady siatki. Ostatecznie drużyny były nierówne, gracze zmieniali strony boiska jak chcieli, sędziów było aż trzech, a kiedy jedna z par zaliczyła bliskie spotkanie z ziemią, nikt za bardzo się tym nie przejmował. Było dużo lepiej niż w podstawówce.

~*~*~*~*~*~*~

   Przez pierwsze trzydzieści minut zastanawiałam się, czy to odpowiedzialne ze strony nauczycieli, wysłać nas na imprezę w jedynym klubie w Crystal Bay. Chociaż z drugiej strony to był jedyny klub tutaj i teoretycznie byliśmy już pełnoletni, więc zrzucili z siebie odpowiedzialność za nas i pozostawili samych sobie. Test na odpowiedzialność, tak powiedział pan Markes, co wywołało salwę stłumionego śmiechu. To trochę tak jakby dać wygłodniałemu dziecku całą paczkę słodyczy i powiedzieć, że nie może ich zjeść. Z pewnością pyszności ocaleją.
   W tym czasie też podszedł do mnie Aiden, twierdząc, że jest wieczór i że mieliśmy pogadać. To co piłam chyba poważnie mi zaszkodziło, bo wygoniłam przyjaciela gestem ręki, mówiąc, żeby nie zawracał mi głowy. Będę musiała go rano przeprosić i zapytać dlaczego miał czerwone oczy. Pod warunkiem, że tego nie zapomnę. Nie możesz tego zapomnieć, to ważne. Jasne, jak wszystko.
   Po tym czasie w mojej krwi krążyła już zbyt duża ilość alkoholu, by myśleć na takie tematy. Lilian i Cheryl, z którymi od początku spędzałam ten wieczór, co chwila podsuwały mi zapełnioną napojem szklankę. Po trzeciej ledwo siedziałyśmy na stołkach barowych i nie była to wcale wina alkoholu, lecz śmiechu. Koniec końców wywołanego sporą ilością alkoholu. 
  - Lena, słońce ty moje, powiedz mi... - Zaczęła brunetka, machając szklanką, trzymaną w ręce we wszystkie strony. - Dlaczego. Ja się pytam dlaczego naszych chłopców jeszcze nie ma?
   Popatrzyłyśmy z Lili na siebie z dziwnymi minami, po czym wybuchnęłyśmy śmiechem, prawie zsuwając się z siedzeń. Odwróciłyśmy się powoli przodem do zapełnionego parkietu(w większości uczniami naszej akademii) i wzrokiem zaczęłyśmy szukać naszych partnerów, którzy jeszcze w hotelu stwierdzili, że trochę się spóźnią. Jednak ani głośna muzyka dudniąca w uszach, ani kolorowe reflektory, które co chwila świeciły nam prosto w oczy, nie ułatwiały tego zadania.
  - Nuuuuuudzi mi się bez nich. - Zawyły wspólnie niczym wilk, by po chwili znowu zacząć się śmiać. Przewróciłam oczami, odwracając się ponownie w stronę baru i odwróciłam do góry nogami, pusztą już szklankę. Gdzie on się podziewa? Coraz bardziej zaczynałam się martwić, nawet mimo upojenia alkoholowego, przecież cały czas go kochałam, bez względu na to, w jakim stanie był aktualnie mój mózg. Pokręciłam głową i zwróciłam się do swoich koleżanek, ciągnąc je za ręce. 
  - W takim razie pośpiewajmy, żeby umilić sobie czas! - Chwiejnie wdrapałam się na stołek barowy, po czym przeszłam na bar, odsuwając butem szklanki na bok. Cheryl i Lilian szybko do mnie dołączyły, po drodze prawie spadając na ziemię ze śmiechu. Nie trzeba było nam powtarzać, żebyśmy zaczęły śpiewać, ponieważ robiłyśmy to, nawet mimo nieznajomości słów, wtedy po prostu wymyślałyśmy własne. Naszym szkolnym znajomym także nie trzeba było mówić dwa razy, żeby przyłączyli się do naszego śpiewu i podziwiali te jakże piękne, kuszące ruchy ciała, które tylko upośledzeni nazwaliby tańcem.
   Nasze zguby pojawiły się chyba w najmniej oczekiwanym momencie, gdy z naszych ust wylatywały słowa piosenki Enrique'a Iglesiasa Tonight I'm Fuckin' You. Lepszego momentu nie mogli wybrać, naprawdę. Nie za bardzo przejęłam się tym, że wypowiadając słowa refrenu patrzę prosto w niebieskie tęczówki ani nawet tym, że chłopcy w przeciwieństwie do nas są trzeźwi i będą to wszystko pamiętać. Zresztą, kogo to obchodziło? Liczyli się oni, a właściwie dla mnie liczył się tylko Alec, który w czarnych jeansach i białej koszulce prezentował się chyba lepiej niż kiedykolwiek. A kiedy on wyglądał źle? Ta myśl sprawiła, że uśmiechnęłam się pod nosem do siebie, przygryzając dolną wargę i gestem ręki namawiając szatyna, by podszedł bliżej. 


Alec? Omfg, stworzyłam nieśmieszne zło >:D >.< ;_;

8.05.2017

Od Louisa CD Chole



Ta dziewczyna naprawdę działała mi na nerwy. Muszę, w końcu dać jej nauczkę za to co mi zrobiła. Sęk w tym, że jeszcze nie wiem co ale coś trzeba zrobić. Ja zawsze odpłacam. Ząb za ząb, oko za oko. Nie mogę jej tego puścić płazem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wieczorem jak już siedziałem w pokoju to usłyszałem pukanie do drzwi. Poszedłem otworzyć drzwi. Niespodziewanym gościem okazała się być dziewczyna z klasy imieniem Sara.
-Cześć. - Zaczęła nieco nieśmiało. -Chciałabym Ci wręczyć zaproszenie na imprezę, która odbędzie się jutro w moim domu. - Wręczyła mi zaproszenie.
-Dzięki. - Uśmiechnąłem się do niej.
-Mam do Ciebie prośbę. Mógłbyś dać też zaproszenie Chole bo pukałam do niej ale nikt nie otwierał?
Miałem odpowiedzieć "nie" ale w mojej głowie zrodził się pewien pomysł.
-Jasne. - Zabrałem zaproszenie dla Chole.
-To do zobaczenia jutro. - Pożegnała się i poszła.
Od razu usiadłem przed laptopem. Znalazłem na necie identyczny szablon zaproszenia jak te od Sary. Postanowiłem zmienić nieco treść zaproszenia Chole. W podrabianym zaproszeniu napisałem, że trzeba na nią przyjść w przebraniach, i że dziewczyny mają przyjść przebrane za króliczki playboya. Wydrukowałem je i schowałem do koperty.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Z samego rana poszedłem do Chole by dać jej to zaproszenie. Dobijałem się aż mi otworzyła.
-Czego chcesz tym razem? - Zapytała.
-Sara prosiła bym Ci przekazał od niej zaproszenie na imprezę u niej w domu, dzisiaj. - Dałem jej zaproszenie i odszedłem.
Nie mogłem się pozbyć z twarzy uśmieszku. To będzie zabawna noc, oby tylko przyszła.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Byłem już u Sary na imprezie. Ubrałem się w beżowe zamszowe botki, czarne rurki, białą koszulkę Rolling Stones i koszulę w kwiaty. Koszule miałem rozpiętą i podwinięte u niej rękawy. Do tego zabrałem jeszcze okulary przeciwsłoneczne.


Trzymałem w dłoni drinka i rozglądałem się za Chole.
W końcu się pojawiła, przebrana za króliczka playboya. Wszyscy się na nią gapili i po chwili wybuchli śmiechem. Większość osób wyjęła telefowy i robiła jej zdjęcia lub kamerowała. Ja byłem jedną z tych osób. Chole szybko wybiegła z domu Sary. Mój plan zadziałał.
Po imprezie wróciłem do Akademii zadowolony sam z siebie. Wiedziałem, że Chole będzie w pokoju dlatego poszedłem pod jej drzwi.
-Mówiłem, że się zemszczę. Teraz masz za swoje i radzę Ci nic nie robić bo skótki tego mogą być dla Ciebie jeszcze gorsze. - Mówiłem przez drzwi. Wiedziałem, że i tak mnie słyszy.
To ją powinno czegoś nauczyć. Wróciłem do swojego pokoju zamykając go.
(Chole?)

8.04.2017

Od Leny

  Przyjrzałam się budynkowi szkoły przez obiektyw cyfrowego aparatu. Miło było znowu trzymać urządzenie w dłoniach, ale to nie było to samo co mój polaroid. A musiałam przyznać, że strasznie tęskniłam za swoim ukochanym aparatem. Jednak byłam zmuszona tymczasowo korzystać z nowoczesnego sprzętu jaki oferowała akademia, w celu zaliczenia ćwiczeń, które mnie ominęły. 
   Nadal z Aleciem odczuwaliśmy skutki naszego nie planowanego wyjazdu, nawet po tak długim czasie jaki już upłynął od tamtych wydarzeń. Zresztą nie tylko nieobecność na lekcjach cały czas dawała mi się we znaki. Same zdarzenia, przez które wtedy przeszliśmy wciąż stały mi za plecami, rzucając ponury cień na przyszłość przede mną, przez co nie potrafiłam spojrzeć w przód ze szczerym, szerokim uśmiechem na ustach. Wciąż odczuwałam strach, który dosłownie dmuchał mi swoim zimnym oddechem w kark. 
  Wyprostowałam się powoli, wypuszczając powietrze z płuc z rezygnacją. Nie potrafiłam się przyzwyczaić do tego sprzętu. Chociaż jego używanie nie szło mi chyba aż tak źle, półgodzinny kurs u Aleca z pewnością mi pomógł, jednak na przyzwyczajenie się do takiego rodzaju aparatu będę potrzebowała czasu. Zerknęłam na wykonane zdjęcie i westchnęłam z rezygnacją. Całej masy czasu...
  Przeczesałam ręką włosy, odwracając się na pięcie plecami w stronę akademii i wolnym krokiem ruszyłam ku bramie wjazdowej. Spuściłam głowę, by nie uszkodzić aparatu przy chowaniu go do torby, która wisiała mi na szyję. Dlatego też zupełnie nie zauważyłam młodego chłopaka na deskorolce, pędzącego chodnikiem. 
 - Uwaga! - Wrzasnął, a ja automatycznie odskoczyłam w tył, nawet nie odwracając głowy w tamtą stronę. Otworzyłam szerzej oczy, jednak jedyne co udało mi się zarejestrować to fioletowy rękaw bluzki chłopaka. Gdy spojrzałam w stronę, w którą jechał, nie było już po nim śladu. Mruknęłam pod nosem coś do siebie i ruszyłam śladem skatera, mając w duchu nadzieję, że może w tłumie coś przyjdzie mi do głowy odnośnie tej sesji.
  Najgorsze w tym zadaniu było to, że pani Jefferson kazała mi samej wymyślić temat. Na ogół nie miałam z tym problemu, ale ostatnie miesiące dały mi się we znaki, a nauczyciele raczej nie mieli zamiaru z tego powodu wziąć na mnie poprawki. Dlatego pozostawało mi tylko wziąć się w garść, spiąć wszystkie mięśnie i przystąpić do pracy. Jedyny kłopot jaki mi towarzyszył od początku, nie licząc tego z brakiem aparatu, oczywiście, to kompletny brak pomysłu na temat. Chociaż po tym prawie wypadku w mojej głowie pojawiła się pewna myśl, która niemal od razu popchnęła mnie w stronę placu w mieście. 
  W Polsce przeważnie rampy i skateparki znajdowały się tuż przy lub chociaż w pobliżu placów zabaw i miałam nadzieję, że tutaj także tak jest. W innym wypadku trzeba będzie popytać ludzi, a nieszczególnie miałam ochotę dziś wchodzić w konwersację z obcymi.
  Po kilkunastu minutach postawiłam stopy na piachu, którym pokryta była cała powierzchnia placu zabaw. Odruchowo skierowałam spojrzenie w stronę huśtawek, ponownie dostrzegając na jednej z nich skuloną sylwetkę chłopaka, siedzącego w strugach deszczu. Ile już czasu minęło...? Uśmiechnęłam się lekko do siebie, zdając sobie sprawę, że wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, że Alec będzie dla mnie kiedykolwiek tak ważną osobą, jaką jest dzisiaj. 
   Wyciągnęłam aparat z pokrowca i włączyłam jednym przyciskiem, przyklękając na jednym kolanie, by nie runąć na piach. Przystawiłam sprzęt do oka, kręcąc pokrętłami, by ustawić odpowiednią ostrość na małego chłopczyka na huśtawce. Po wykonaniu kilku zdjęć pod rząd, odsunęłam aparat od twarzy, kątem oka łapiąc badawcze spojrzenie, najpewniej matki dzieciaka. Starałam się ukryć uśmiech rozbawienia, który uparcie starał się wkraść na moje usta, wywołany myślą, iż kobieta może posądzać mnie o bycie pedofilem. Naprawdę ze wszystkich możliwości, ta zdziwiłaby mnie najmniej. 
   Wyprostowałam nogi, przyglądając się zrobionym fotografiom i już miałam ruszyć w stronę ławki, na której siedziała tamta pani, kiedy moich uszu doszedł pewien rumor, a chwilę potem sprzeczka z udziałem znajomego mi już głosu. Skierowałam się w tamtą stronę, porzucając chęć wytłumaczenia się kobiecie i skupiając swoją uwagę na dziewczynie leżącej na chodniku i chłopaku stojącym ponad nią. 
  - Uważaj jak jeździsz! - Znajomy głos przywołał na moje usta uśmiech rozbawienia. Fioletowa bluzka wisiała na chudym ciele, niczym szmata na szczotce, natomiast zniszczona deskorolka widniała w jego rękach. 
  - Ja mam uważać? To ty nie patrzyłeś przed siebie. - Broniła się dziewczyna, starając się jakoś pozbierać, jednak wstanie z rolkami na nogach nie należało do najprostszych czynności. Podeszłam do tej dwójki, uśmiechając się do dziewczyny, po czym podałam jej rękę, uprzednio podsuwając nogę pod koła jednej z rolek, by nie pojechała w przód. 
  - Nic ci nie jest? - Spytałam jej i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, skierowałam następne pytanie do chłopaka. - Powinieneś zwolnić, nie uważasz, chłopcze? Już drugą osobę dzisiaj powaliłeś i bynajmniej nie swoim talentem. 
  - To wina tej kaleki! Nie umie się nawet utrzymać na ośmiu kółkach, nie wspominając o czterech i jeszcze pakuje się do skateparku! - Blondyn zdecydowanie nie był mistrzem trzymania emocji na wodzy. - Skoro mała dziewczynka jest zielona w kwestii sportu, to może nie powinna wychodzić z domu?!
   Przysłuchiwałam się temu wrzaskowi z rosnącym rozbawieniem, jednak wraz z ostatnimi słowami, przygryzłam dolną wargę i przesunęłam zszokowane spojrzenie na rudowłosą. Mimo wszystko nie obraziłabym się, gdyby zdecydowali się na jakieś małe za
wody, miałabym okazje popstrykać kilka zdjęć.


Amy? XD

8.02.2017

Od David'a CD Avry

- Mam taki zamiar - odpowiedziałem, uśmiechając się, do spotkanej wcześniej już dziewczyny. - Swoją drogą, nie sądziłem, że Cię tu spotkam - dodałem.
- Jestem stałym bywalcem wyścigów — powiedziała, wpatrując się w moją maszynę.
- Mam na imię David, ale możesz mówić Dave albo Dew jak chcesz — rzekłem, wyciągając rękę do dziewczyny.
- Miło mi jestem Avry — wyciągnęła rękę dziewczyna.
Niestety nie było czasu na dłuższą rozmowę, gdyż po chwili ogłoszono, że zawodnicy mają się przygotować.
- Więc trzymaj kciuki — rzuciłem, puszczając dziewczynie oczko.
- Na pewno będę! - uśmiechnęła się i odeszła na bok.
Podążałem za nią wzrokiem do momentu, aż musiałem odpalić silnik. Oczywiście przed założyłem kask. Jak na złość tuż obok ustawił się harleyowiec... - Dobra mniejsza z tym nie on się teraz liczy - powiedziałem sam do siebie. Zwróciłem przez te kilka sekund uwagę, czym kto jeździ udało mi się wypatrzeć Yamahę R15 o ile się nie myliłem, jakąś Hondę oraz Suzuki. W końcu nadszedł czas! Podeszła przed nas kobieta i machnęła flagą, na znak startu. Wszyscy zawodnicy ruszyli z piskiem opon. Uwielbiałem ten moment, kiedy nic oprócz wygranej się nie liczy, te kilka sekund, kiedy czuje się naprawdę wolny. Bezcenne...
Właściwie szło dość gładko, wyprzedzałem bez problemu motory, które wręcz były zmuszane do wyciągania jak największej prędkości. Silniki pracowały na najwyższych obrotach, a w koło było słychać krzyki, głównie dziewczyn. Nie znałem do końca trasy, ale nie przeszkadzało mi to, umiem się odnaleźć w terenie. Wybiłem się w krótkim czasie do czołówki, byłem trzeci. Przede mną jechała Yamaha a kilka metrów przed nią wcześniej poznany Harleyowiec... A więc jednak jest pierwszy - pomyślałem, wyprzedzając w tym czasie posiadacza pięknej Yamahy. W ten sposób zostałem sam na sam, walcząc o pierwsze miejsce z wcześniej poznanym szpanerem. Swoją drogą nie za stary na tego typu wyścigi? - zadawałem sobie to pytanie przez resztę trasy.
Szedłem łeb w łeb z rywalem, mieliśmy sporą przewagę nad innymi. Sądząc po ilości ludzi po bokach uliczek zrozumiałem, że zbliżamy się do końca trasy, więc przydusiłem, że tak powiem mój motor tak, żeby wyciągnąć maksymalną prędkość co było trochę niebezpieczne na tak krętej drodze, ale dzięki temu z łatwością prześcignąłem mojego przeciwnika, który zgaduje, że nie był tym faktem uszczęśliwiony. - Teraz ja Ci pokażę jak jeździć - pomyślałem, czując dumę. Jednak wtedy stało się coś, czego nie przewidziałem...
Przed samą metą, harleyowiec uderzył w tył mojego motoru, przez co straciłem równowagę (harley jest masywniejszy od Kawasaki) i zjechałem całkowicie z trasy, dzięki czemu on był pierwszy...
Odzyskałem szybko panowanie nad maszyną, ale zająłem 4 miejsce. Gdy wszyscy już dojechali i zgasili silniki, było słychać tylko więcej krzyków i tłum, który podbiegł do zwycięzcy. Nerwy wtedy mnie wzięły, gdyż wygrał nie grając fair, na szczęście wtedy podbiegła do mnie Avry...
- Nic nie zrobisz - powiedziała, zauważając, że jestem zdenerwowany.
- Ale to, co on zrobił... - chciałem się jakoś wytłumaczyć.
- Tak widziałam... Ale Azin ma plecy, po prostu może trochę więcej niż inni nikt nie stanie przeciwko niemu -próbowała mi wytłumaczyć dziewczyna.
- W takim razie ja stanę przeciwko niemu - odparłem stanowczo, odsuwając dziewczynę na bok.
I pewnie doszłoby do konfrontacji, gdyby nagły odgłos radiowozów...
- Jeszcze tego nam trzeba! Psiarnia - rzekłem zdenerwowany i popatrzyłem na Avry, która była trochę zdezorientowana.
- Może Cię podwieźć? Tylko zastanów się szybko, bo nie mamy wiele czasu — zaproponowałem, kierując wzrokiem na światła radiowozów, które już było widać. Oraz na uciekających uczestników wyścigu.
- Tak! - krzyknęła radośnie dziewczyna.
- To świetnie, załóż to — rzekłem, podając jej kask.
- A co z Tobą? - spytała zmartwiona.
- Spokojnie mi nic nie będzie — uśmiechnąłem się — wsiadaj — dodałem, pośpieszając ją.
- No dobrze — powiedziała, siadając za mną.
- Trzymaj się - odparłem, odpalając silnik maszyny.
Dziewczyna objęła mnie, a ja ruszyłem z piskiem opon. Widziałem na lusterku, że mamy policję na ogonie, ale to nie był pierwszy raz, kiedy przed nimi uciekałem... Skierowałem się w najciaśniejsze uliczki, gdzie tylko motor mógł się zmieścić, zmyliłem radiowozy w ten sposób, bo podjechali, żeby nas złapać z drugiej strony uliczki, więc błyskawicznie się wycofałem i ruszyłem w przeciwnym kierunku. - Mam nadzieję, że nie zdążyli spisać rejestracji - pomyślałem.
Po kilku minutach byliśmy już pod akademią. Zatrzymałem się i zgasiłem silnik, stawiając przy okazji nóżkę motoru. Avry zeszła pierwsza i ściągnęła kask, patrząc na mnie jakby z podziwem?
- Proszę — rzekła, podając mi kask. - I dziękuje - dodała.
- Nie ma problemu, cieszę się, że mogłem pomóc - odpowiedziałem, przyglądając się jej. Wcześniej tego nie zrobiłem co dziwne, bo była całkiem ładna.
- A więc od kiedy jeździsz? - zapytała zaciekawiona.
- Jakoś zaczęło się jeszcze jak byłem w gimnazjum, w wieku 14 lat dostałem cross'a, a wieku 16 wyposażyłem się w Hondę 125, a rok później w to... - odpowiedziałem, klepiąc motor. - A jak to się stało, że Ty się tym zainteresowałaś? - spytałem, w sumie zaintrygowało mnie to, że taka z pozoru delikatna dziewczyna uczestniczy w wyścigach.

CDN

<Avry? >

Od Avry

   Wpatrywałam się uparcie we wskazówki zegara, tupiąc nerwowo nogą. No ile może trwać pięć minut?! Przysięgam, że w ostatnich minutach ostatniej lekcji czas zawsze zwalnia. A może to nauczyciele są jakimiś demonami i kontrolują jego upływ? Cokolwiek było tego powodem w końcu odpuściło, a cały budynek akademii wypełnił dźwięk ostatniego wtorkowego dzwonka. Część uczniów na spokojnie podniosła się ze swoich siedzeń, zaczęła pakować książki do toreb i plecaków, by po dłuższej chwili opuścić salę. Była tez druga część, która wybiegła z pomieszczenia jak stado dzikich mustangów, którym właśnie zwrócono wolność po kilku miesiącach trzymania w niewoli. I w tej części byłam właśnie ja. 
  Plany na dzisiejsze popołudnie w znacznej części zajmowało odrabianie lekcji na następny dzień, natomiast wieczór malował się w kolorach kolejnego wyścigu motocykli. Który nadal będę tylko oglądać. Dlaczego nie mogłam urodzić się wcześniej, mogłabym już przynajmniej zdawać prawo jazdy i byłabym o krok bliżej spełnienia mojego marzenia. Ale nie, musiałam urodzić się w grudniu. 
  Pogrążona w myślach, szłam przez korytarz żwawym krokiem, co chwila poprawiając torbę na ramieniu, która co kilka kroków mi się zsuwała. Ściągnęłam ramiona w przód, chcąc jakoś ukoić ból w kręgosłupie spowodowany sporą ilością książek, którą byłam zmuszona dziś nosić. To sprawiło, że materiałowy pasek ześlizgnął się z mojego ramienia, a wypełniona po brzegi książkami torba runęła prosto pod moje nogi. Zdążyłam ją złapać nim zetknęła się ze szkolną posadzką, jednak opadła wystarczająco nisko, bym się o nią potknęła. Z piskiem runęłam prosto przed siebie, nie będąc w stanie nawet wyciągnąć przed siebie rąk, które zaplątały mi się w pasek od torby. Ostatnie co zobaczyłam przed zaciśnięciem powiek, to czyjeś biodra. Potem nastała ciemność, a wraz z nią przyszedł ból na czole, po uderzeniu w coś twardego. Odbiłam się znowu w tył, ostatecznie lądując w pozycji siedzącej ze stopami po obu stronach bioder. Jęknęłam cicho i uniosłam spojrzenie w górę, by sprawdzić na kogo wpadłam, jednocześnie odruchowo pocierałam bolące miejsce. Szybko zorientowałam się, że runęłam wprost na dość rosłego chłopaka. Przez dłuższą chwilę mierzyliśmy się zdziwionymi spojrzeniami, a wciągu tych kilku krótkich sekund zapamiętałam dwie charakterystyczne rzeczy w jego wyglądzie. Po pierwsze, miał heterochromię, nie było to często spotykane, więc nietrudne do zapamiętania. Po drugie, tatuaż na szyi. Jako że sama od dawna chciałam sobie zrobić własny, od razu w mojej głowie pojawiła się chęć, by porozmawiać na jego temat z właścicielem. Ale czas mnie naglił, więc musiałam to przełożyć na inny dzień. 
  - Patrz jak chodzisz. - Mruknął, a jego twarz przyjęła raczej obojętny wyraz. 
  - Wybacz. - Uśmiechnęłam się szeroko, próbując wyplątać dłoń z materiału, przy okazji przysłuchując się śmiechom i komentarzom uczniów zebranych dookoła. Chłopak wyminął mnie bez słowa więcej, a ja już po chwili także ruszyłam w swoją stronę, za kierunek obierając swój pokój. 

~*~*~*~*~*~*~

   Nieco po dwudziestej pierwszej byłam już gotowa do wyjścia. Na szczęście udało mi się wyrobić z odrobieniem lekcji, bo obawiałam się, że nie zdążę zrobić wszystkiego  na czas, a zadań było naprawdę dużo. 
  Poprawiłam bluzę, przeglądając się w lustrze, kiedy po całym pokoju rozniósł się nieprzyjemny dla ucha stukot. Zerknęłam w stronę biurka, na którym leżał mój telefon z podświetlonym ekranem. Uśmiechnęłam się pod nosem, sięgając po urządzenie i jednym przesunięciem palca, odebrałam połączenie przychodzące z numeru zastrzeżonego. 
  - No co tam, Gabe? - Spytałam, przytrzymując telefon ramieniem i sięgając po adidasy. 
  - Pamiętasz adres? - Głos z pogranicza piśnięcia i chrumknięcia odezwał się w słuchawce, jak zawsze wywołując na mojej twarzy uśmiech rozbawienia. 
  - Pewnie, że pamiętam. - Prychnęłam, zawiązując sznurówki na kokardkę i chowając sterczące części materiału do środka buta. 
  - Okej. Z tego co mi wiadomo, na pewno będzie Azin Bardashi, nie jest to typ niebezpieczny, chociaż nietypowy, ale jego nie musisz się obawiać. - Przewróciłam oczami na tę uwagę. Gabe jak i cała reszta grupy, do której należał traktował mnie jak małą dziewczynkę, o którą trzeba się troszczyć i otaczać opieką, bo sama sobie nie poradzi. Momentami było to dla mnie uciążliwe, a przez większość czasu mnie to po prostu irytowało. - Co do reszty uczestników nie mam pewności, więc lepiej weź swojego Colta. 
  - Wiesz, że i tak bym go wzięła. - Warknęłam pod nosem, kiedy sznurówki drugiego buta nie chciały współpracować, a szyja zaczynała mnie już boleć od takiego wykręcania głowy. 
  - Nawet jakbym ci zabronił?
  - Pewnie. - Odetchnęłam z ulgą, mogąc się w końcu wyprostować. Przekręciłam głowę w druga stronę, podchodząc do szafy i z jej dna, spomiędzy zwiniętych ubrań wyciągając Colta M1911. Szybko zatknęłam broń za pasek spodni od strony pleców i zakryłam ją bluzą.
  - Uparta bardziej niż Karis. - Po głosie poznałam, że Gabe przewrócił oczami, co wywołało u mnie śmiech. 
  - Za to mnie uwielbiasz. - Po krótkim pożegnaniu, rozłączyłam się i opuściłam w pośpiechu pokój, zamykając go na klucz. 

~*~*~*~*~*~*~

   Na linii startu pojawiłam się jeszcze przed wszystkimi zawodnikami, niektórzy pojawiali się dopiero w ostatniej chwili, chcąc chyba zrobić efekt wow, który mało komu wychodził. Droga wylotowa z Amador była znakomitym miejscem na urządzenie wyścigu, długi odcinek prostej drogi, kawałek od miasta, policja raczej tu nie zaglądała. Po prostu miejsce stworzone do wyścigów. 
   Wyminęłam grupkę piszczących z podekscytowania dziewczyn, przewracając przy tym oczami i usiadłam na krawężniku, przyglądając się przybyłym już uczestnikom. Z tego co udało mi się zaobserwować, to większość z nich nie skończyła jeszcze szkoły lub była na ostatnim roku. Wydawało mi się, że niektórzy nawet chodzili ze mną do akademii, chociaż nigdy nie dałabym sobie za to uciąć ręki, nieszczególnie zwracałam uwagę na ludzi z otoczenia. 
   Przesunęłam wzrok na kolejnego uczestnika, mierząc go od stóp aż po głowę, a raczej szyję, na której zatrzymałam swoje spojrzenie. Początkowo otworzyłam szerzej oczy, jednak szybko je zmrużyłam, chcąc uważniej przyjrzeć się charakterystycznemu tatuażowi i upewnić się, że już dziś spotkałam się oko w oko z jego właścicielem. Bez najmniejszego namysłu podniosłam się z chodnika i powolnym krokiem ruszyłam w stronę interesującego mnie chłopaka. 
  - Kawasaki. - Powiedziałam, przeciągając delikatnie palcami po lusterku maszyny, jakby każde mocniejsze dotknięcie mogło wyrządzić jej ogromną krzywdę. Kątem oka dostrzegłam badawcze spojrzenie właściciela motocykla, jednak zupełnie je zignorowałam. - Piękny... 
   Nim zdążyłam coś dodać podszedł do nas barczysty mężczyzna z gęstą rudą brodą. Czarna skórzana kurtka nawet niezapięta opinała mocno jego ramiona i skrzypiała charakterystycznie przy każdym ruchu. 
  - Wy, dzieciaki, nie macie pojęcia co to znaczy piękna maszyna. - Przewróciłam oczami zirytowana. No oczywiście, harleyowiec... Więc to musiał być ten cały Azin. Nietypowy gość, co Gabe? - Pokaże wam, jak powinno się jeździć. 
  Odwrócił się i bardzo zadowolony z siebie, ruszył do swojego pojazdu, który stał spory kawałek od pozostałej reszty uczestników. A żeby przypadkiem się czymś nie zaraził. Odchrząknęłam, starając się opanować, chęć wyciągnięcia pistoletu i strzelenia w tył głowy mężczyźnie. Po chwili przeniosłam spojrzenie na chłopaka z tatuażem i odezwałam się poważnym głosem. 
  - Pokaż temu dupkowi, że my też potrafimy się ścigać. - Fuknęłam, krzyżując ręce na piersiach i spoglądając morderczym wzrokiem w stronę starszego mężczyzny.

David? Nie wiedziałam jak skończyć, wybacz ^-^'

Od Aleca C.D Leny

   Od kiedy moje uleganie Lenie zdarzało się tak często, by dać Rudzielcowi prawo do uchybienia mi w tych sprawach i użycia słowa zawsze. To coś, do czego nie miałem szacunku i nawet przewiercający się przez warstwę irytacji rozum nie był w stanie ulec pokusie zrozumienia całego monologu. Monologu, dla którego Aiden postanowił podnieść głos, tak niepasujący do jego usposobienia, że u mnie wywoływało to wręcz zdumienie, pomimo że jedyną rzecz jaką o nim wiedziałem, to fakt, że przyjaźni się z Leną. Teraz właśnie miałem zaszczyt widzieć, jak bardzo... Kpił ze mnie, ułożył na gwoździach, ale zabrakło mu sił, żeby mnie dobić, o ile naprawdę dążył do tego celu, w co wątpię. Najbardziej niewygodne było jednak to, że na to pozwalałem. Chęć zaprzeczenia mu stawała się z chwili na chwili o wiele większa niż głębszego zastanowienia się nad tym, jakie były powody tego wywodu. Wiedziałem doskonale, ale to, czy ochrzanił mnie słusznie, nadal pozostawało owiane tajemnicą. Co on mógł o nas... ach, tak.
   Osądził mnie? Oskarżył? Próbował coś uświadomić, przemówić, obić twarz za pomocą słów? Dokładnie tak się czułem, a pomysłów miałem wiele. Jednakże przez cały ten czas zdawało mi się, że Aiden karcąco mnie ocenił, opierając swoją wypraną z argumentów tyradę o tą jedną sytuację w chwili, gdy pozostając w niewiedzy, byłem gotowy skorzystać z zaufania do Leny i pomóc jej odzyskać to, co straciła. Gdybym dowiedział się o tabletkach, nie pozwoliłbym jej na to. Proste. Moje myśli to nie był instynkt samozachowawczy, leżący w naturze ludzi, którzy słysząc oskarżenia i to, co się ewidentnie nie podoba, bronią się rękami i nogami, wmawiają sobie cokolwiek, by uświadomić sobie, że wszystko co ktoś powiedział jest sprzeczne z prawdą. Tak postępują ludzie z kipiącym nadmiarem dumy, która nie pozwala pogodzić się z czymś, co jest druzgocącym faktem.
   Nie czułem ani cienia potrzeby, by tłumaczyć się Aidenowi. Mój szacunek wobec niego malał za każdym razem, gdy przypominałem sobie, jakie słowa wyrywały mu się z ust. Właśnie, wyrywały. Ta jedna chwila była niekontrolowanym wulkanem emocji. W odpowiedzi tylko uniosłem ręce w geście obronnym.
   – Mam tylko dwie sprawy. Pierwsza, trzymaj emocje na wodzy, bo zjadają ci zdolność racjonalnego myślenia. – Odchrząknąłem krótko, postępując do przodu tak, by za moment znaleźć się zaledwie metr od tej dwójki. Moje nerwy skamieniały i być może to właśnie dlatego wciąż powstrzymywałem się od złamania mu nosa. – I druga sprawa, puść ją. Teraz, nie chcę mi się powtarzać. – Pokręciłem głową przy wypowiadaniu ostatnich słów, sygnalizując chłopakowi, że ta krótka odpowiedź musiała wyciągnąć ze mnie maksimum siły psychicznej. Głos, jakim przemawiałem, był w stanie przemienić wodę w lód. Czułem, jakbym za pomocą spojrzenia chwycił jego wnętrzności oraz miał nieprzemijającą ochotę podnosić go do z kolan, zaciskając tam mocno wyimaginowane pięści.
   Obserwowałem dokładnie jego ręce, które zwalniały z uścisku ramiona szlochającej dziewczyny. W drugiej chwili została ona całkowicie pozbawiona męskich rąk, jednak z falą łez spływających jej po policzkach oparła się o zimną ścianę i podsunęła do góry. Aiden zrobił zaledwie krok do tyłu, nadal nie spuszczając z Leny zmartwionego wzroku, takiego, że na moment poczułem jak zazdrość wyjada mnie od środka niczym insekt. Blondynka ciągle sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała co się dzieje dookoła, ale nic dziwnego, bo nawet do mnie nie napłynęły dotąd wszystkie fakty.
   – Nie wiem co to były za cholerne tabletki, ale poradzimy sobie w inny sposób. – Wyciągnąłem do niej rękę, zwracając się tak, jakbyśmy byli ostatnimi ludźmi na świecie. Uścisnęła ją, a ja bez żadnego sygnału zamknąłem ją w czułym uścisku, posyłając Aidenowi tylko pojedyncze, niezbyt przychylne spojrzenia, które natychmiast nakazały cofnąć mu się o kolejne kilka kroków. Później znalazł się obok wyjścia i oparł tam swoje ramie.
   – Ok-kej... – Nasunęła rękaw na dłoń, po czym uniosła ją w górę, sięgając spuchniętego od płaczu, czerwonego policzka. – A co z Aidenem? Czy on...
Podobny obraz
   Jak z automatu przechyliłem głowę w jego stronę, a niemym rozkazem niebieskich oczu przekazywałem chłopakowi, by zupełnie skapitulował i przestał wchodzić nam w du... no. Przez moment nawet poczułem się jak egoista, chcąc zmusić Aidena do odejścia i ledwo pamiętając przy tym, że to jeden z prawdopodobnie najlepszych przyjaciół Leny.
   – Nie wyjadę – odpowiedział, posyłając wszystkie moje ostrzeżenia w czarną otchłań. Żebyś tego żałował. Zacisnąłem pięść, którą ukryłem za swoimi plecami i próbowałem stłumić w niej całą irytację. – Wróciłem do szkoły, chodzę do niej zupełnie jak wy.
   – Bo chodzi o szkołę, prawda? – Pieprzony kłamca. Widziałem w jego oczach czystą złośliwość, która nasiliła się z chwilą, kiedy odważył się zatrzymać na mnie wzrok o chociaż tę sekundę dłużej. Wykorzystywał to, że Lena jest w rozsypce tylko po to, żeby dać mi do zrozumienia, że jest tu dla niej. Głównie dla niej. Nie mogłem teraz nawet znaleźć sił, aby nie podnosić tonu; nadało to mojemu głosowi z lekka ostrzegawczy wydźwięk, ale i to zostało przykryte ignorancją.
   Aiden nie odpowiedział. Po namyśle zsunął ze mnie swój wzrok i obdarował nim Lenę, a mimo że go nie pochwyciła, to na jego twarzy rozrósł się niewielki uśmiech. Czułem tylko, jak jego osoba całkowicie znika z pomieszczenia zupełnie tak, jakby nigdy jej tu nie było. I rzeczywiście mogłem z ochotą poddać się temu niewyobrażalnie dziwnemu wrażeniu, gdyby nie to, że mój umysł był niczym wypluty i pogryziony materiał. I ktoś za tym stał. 

***

   Minęło doprawdy niewiele czasu albo to dni były tak intensywne, że zlatywały mi w zatrważającym tempie. Czułem, jakby to właśnie czas był jak łańcuch, który nie pozwalał mi wejść we własny rytm i podporządkowywał sobie absolutnie każdy aspekt mojego życia. Sam decydował. Zjadał wszystko, zanim zdążyłem coś powąchać. Ale koniec końców spędzamy z Leną ciut więcej czasu, niż przedtem. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że wszystko znowu mogło być jak dawniej, ale jednocześnie było tak abstrakcyjne, że w przeciągu sekundy na myśl przychodziły mi najróżniejsze przeszkody. A najgorszą z nich był Aiden. Kręcił się dosłownie wszędzie, gdzie była Lena, a fakt, iż chodzi z nią razem na kulinarne wcale mnie nie uspokajał. Dobra moja, że polubiłem własną wadę i lubię być złośliwy dla tych, którzy próbują odebrać mi to, co nadaje mojemu życiu sens. A więc jedyny spoiler jest taki, że Aiden czasami spieprzy prostą potrawę, a drugim razem nawet nie ma pary, bo ta całkowicie niespodziewanie musi wyjść z lekcji. Dlaczego wkurwiam, ale nie mogę przestać? Alec, ogarnij się, bo twoje dobre sumienie wiecznie żyć nie będzie. A w końcu zupełnie się wyciszy. 
   – Długo jeszcze? – spytała Lena, natychmiast wyrywając mnie z zamyślenia. Powróciło całe otoczenie, które wcześniej posłałem w eter: zgiełk parudziesięciu uczniów odzianych w jak najmniej, z plecakami obciążającymi ich barki; żar słońca, który bezlitośnie wylewał się na przypaloną blachę składającą się w elegancki przystanek autobusowy. A kogo ja chcę oszukać? Staliśmy już pół godziny, grzejąc się na słońcu niczym kurczaki na ruszcie. Tylko, że my powoli zaczynaliśmy przechodzić potem, a nie pachnieliśmy jak dobry obiad.
   – Mają opóźnienie. – Zerknąłem na zegarek, a potem ująłem w pięść skrawek koszulki, podrywając ją do góry w falujących ruchach. Tylko w ten sposób mogłem się chociaż odrobinę ochłodzić; a i tak czułem, jak pot intensywnie spływa wzdłuż mojego kręgosłupa. Okropny, okropny dzień. Taki, że gdyby nie wycieczka szkolna, rzuciłbym wszystko i zamknąłbym się w zamrażarce, by tam poczuć jakikolwiek chłód. Chwilowy powiew wiatru był niczym wybawienie.
   – To pewnie wasza kara za projekt, który wciąż jest zaległy. I nie odpuszczę wam tego. – Poczułem obecność tuż za ramieniem i na tajemniczy głos przekrzywiłem głowę. Seagal, mimo że właściwie nam groził, to utrzymywał na ustach przyjazny uśmiech i to jednak nie zmieniało faktu, iż czas po wycieczce byłby najodpowiedniejszym do nadrobienia zaległości. Chciałem odpowiedzieć czymś więcej niż tylko kiwnięciem głowy, jednakże mój narząd słuchu ni stąd ni zowąd podrażniły wiwatujące krzyki uczniów. Autobus po prawie trzech kwadransach spóźnienia w końcu zmierzał w naszą stronę oraz stopniowo hamował. Nie zdążył się zatrzymać, a większość z grupy była już w drodze, by wsiąść do jego wnętrza. Wnętrza, który okazał się być jeszcze większą patelnią i nawet kierowca musiał wyjść, by złapać oddech, a to z kolei zapowiedziało krótki postój. Zrezygnowane buczenie zwróciło nas z powrotem w stronę przystanku.
   – Teraz już z górki. To będzie przyjemne czekanie – powiedziała z dziwnym entuzjazmem Lena, stanąwszy dokładnie obok mnie, a wtedy moje oczy chcąc nie chcąc wyłapały niechcianego przybysza. Zanim zaczął dzielić nas zmniejszający się dystans kilku metrów, westchnieniem dałem dziewczynie do zrozumienia, że nie zgadzam się z jej zdaniem:
   – Przyjemnie mówisz?
   I właśnie w tym momencie zrozumiałem, że postój będzie dwa razy trudniejszy do przetrwania niż czekanie na spóźniony autobus, w tak dusznym powietrzu, że ciężkim wysiłkiem było uzupełnianie płuc zapasami tlenu.
   – Hej Lena. – Aiden. Na sam jego widok nóż otwierał mi się w kieszeni. Podszedł do blondynki zupełnie tak, jakbym nie stał obok niej. Ba! Nawet nie pochwycił mojego spojrzenia, które od samego początku wierciło mu dziurę w głowie.
   – Aiden? – Spytała lekko zdziwiona faktem, iż go zobaczyła, a dla mnie to było wręcz przewidywalne. Przewidywalne, że teraz chłopak uczepi się jej jak rzep psiego ogona. Mnie to wprowadza w cholerną irytację... – Akurat chciałam rozmawiać o tym konkursie kulinarnym.
   – Zobacz, ja też! – Roześmiał się, co wzburzyło we mnie kolejną falę niesmaku. Pokusiłem się nawet o stwierdzenie, że żałuję, że wydają się ze sobą dogadywać. Jedną ripostą chciałem zepsuć im wszystko i nie dbałem o to, czy ktoś będzie z tego powodu miał mi to za złe. – Bierzesz udział, prawda?
    – W sumie nauczyciel chciał, żebym się w to zaangażowała, ale bez ciebie u boku niezbyt idzie mi gotowanie. Wprawdzie... dobrze mi się z tobą pracowało na tych zajęciach. – Nosz kurwa. Zacząłem tupać nerwowo nogą o podłoże, chcąc by nagle ziemia się zapadła i zabrała go do piekła, czyli tam, skąd przyszedł ten pomiot.
   – Wracam do szkoły, więc może... – urwał.
   Frustracja spowodowana jego zachowaniem była równą pochyłą prowadzącą do coraz szybszego wzrostu agresji. Agresji, która nigdy wcześniej w takim stopniu nie wypełniała mnie jak teraz. Wyrażałem jeszcze mniejsze chęci ku temu, by tłumić ją w głębi siebie i w końcu szarpnąłem go za ramie w swoją stronę. Widziałem, jak jego spłoszone nieprzewidywalnym ruchem oczy skupiają się na moich, a usta nie są w stanie wypowiedzieć słowa. Zaciskałem mocno pięść na jego koszulce, czując jak reszta świata całkowicie zanika w otchłań zapomnienia. Powietrze przepełniło się tajemniczą groźbą wywodzącą się spod moich rąk, tak rzadką, że gdybym naprawdę go uderzył, zapamiętałby to na zawsze.
   – A może tak, do cholery, nie? – Przeszyłem go piorunującym spojrzeniem, nie widząc już żadnego sensu w trzymaniu się na uboczu. A może po prostu emocje wzięły nade mną górę? – Przestaniesz robić ze mnie osła? Dobrze widzisz, jak irytuje mnie twoje zjebane zachowanie i wiem, że cokolwiek cię tu sprowadza, było twoim celem. A jeśli teraz jest nim Lena, to przepraszam cię bardzo, ale musisz zejść z tej ścieżki. Tam się nie pchaj, bo sobie nogi połamiesz... ewentualnie zrobi to ktoś.
   Mój kącik ust zaledwie uniósł się do góry, gdy wypowiadałem ostatnie słowa, okalane aurą tajemniczości. Złość, która kotłowała się wraz z innymi emocjami, teraz wyparowała zupełnie tak, jakbym powiedział to, co chciałem i mam całkowicie czyste sumienie.

Lenuś?