4.24.2017

Od Chole Cd Leona

Miałam szczerze dość tego, że Leo ciągle kryje Liama. Chciałam w końcu znać prawdę do wiedzieć się czy on już o mnie zapomniał dlatego też poszłam do Leo.
Bez pukania weszłam do środka:
- Co do...
- Zamknij się i słuchaj- przerwała mu i kontynuowałam - Tu i teraz chce wiedzieć. Czy Liam jest z Kat?
- Co mam Ci powiedzieć?! Liam już ma Cię dość z resztą ja też. To co było miedzy wami nazwał chwilą słabości i już powoli przechodzi- warknął
- Nie o to pytałam. - burknełam zła
- Jeżeli nawet to co? Co Ci do tego? Nie jesteście razem o nie chce o tobie pamietać, a ja mam twoje uczucia i wogóle zwierzenia szeroko głeboko w poważaniu.
- Jesteś takim samym dupkiem jak Liam.
Od wróciłam się w stronę drzwi i dodałam:
- A dupków spotyka kara.
- Grozisz mi?!
- Ja, Ja nie...- odparłam po czym wyszłam z jego pokoju i udałam się do pokoju Kiry. Jeśli chce się na nim odegrać to Kira mi w tym pomoże.
Dotarłam po drzwi i zapukałam, otworzyła mi Kira:
- Cześć. Mogę wejść? - spytałam
- Siema. Jasne - odparła wpuszczając mnie do środka
- Mam sprawę chodzi o Leo.
- Leo ?
- To ten chłopak z któremu gwizdnełaś brykę.
- Aaa... Kolega o co chodzi?
Przez 2 godziny gadałam z Kirą o tym o co mi chodzi i wytłumaczyłam, że potrzebuje jej pomocy. Kira się zgodziła.
(Leo?)

4.23.2017

Od Chole Cd Liama

Czułam złość i jedncześnie chciałam, aby to wszystko było koszmarem.
Nie chciałam się rozkleiać spowodu Liama, Izzy miała rację jeśli chce się na nim odegrać muszę postawić na radykalne zmiany.
Poszłam do siebie do pokoju i zadzwoniłam do Izzy:
- Cześć. Co tam?
- Cześć. Dobrze, a tam?
- Gadałam z Liamem w sumie dowiedziałam się tyle, że woli Kat.
- I?
- I po występie na pokazie mody raz i na zawsze zapomne o Liamie .
- Zuch dziewczyna
- Dzięki, że jesteś.
- Nie ma za co, ja mogę zawsze liczyć na Ciebie i ty na mnie.
- Wiem, jesteś dla mnie jak siostra.
- Z wzajemnścią.
- Okey, kończę do usłyszenia.
~~~~Kilka dni później~~~~
Nadszedł czas pokazu, a ja wręcz czułam się dobrze.
Kiedy wyszłam na wybieg zauważyłam, że Liama tu nie ma, ale nie  przejmowałam się tym.
Kiedy przyszedł czas na mój końcowy występ wykonałam piosenkę, którą pomogła mi napisać Izzy nazywałam ją "Hello Bitches" była ona po kreańsku z domieszkiem angielskiego, gdyż miałam korzenie koreańskie napisanie go w tym języku, a zwłascza zaśpiewanie nie było trudne:




Kiedy skończyłam ludzie na grodzili mnie burzą braw, paparazzi zrobili zdjęcia. Zeszłam ze sceny i poszłam do garderoby tam czekała na mnie Izzy:
- Była niesamowita.-  powiedziała przytulając mnie.
- To wszystko dzięki tobie kochana.- odparłam uśmiechając się.
Kiedy wyszliśmy z budynku przed samym samochodem zatrzymał mnie jakiś mężczyzna:
- Dzień dobry panią.- powiedział mężczyzna
- Dzień dobry.- odparłam nie co zdziwiona
- Chciałem po gratulować pani występu.
Była pani niesamowita. Ależ gdzie moje maniery nazywam się Adam Baner organizuję różnej skali pokazy.
- Miło mi poznać. Nazywam się Ch...- nie dokończyłam bo Izzy mi przerwała
- To moja przyjacióła Cl. Wystarczy samo CL.- powiedziała
- Za tem CL. Było by mi nie zmiernie miło jakby pani zagrała na naszym następnym pokazie oraz wystąpiła pani wraz ze swoją koleżanką jako nasze modelki.
- Z chęcią...
- Świetnie to mój numer. Proszę zadzeonić w wolnej chwili - wręczył mi kartkę.
- Dziękuje. Do zobaczenia
- Do zobaczenia.
Wsiedliśmy do samochodu w ręku trzymałam kartkę od Banera. Z moich zamyśleń wyrwał mnie głos Izzy:
- I co na to Cl?- spytała wskazując na kartkę
- Oczywiście, że wystąpie przecież już to temu gościowi powiedziałam.
- A co z Liamem?
- Życie toczy się dalej. Jakoś zamaskuje swoje cierpenie.
- Świetnie to może jutro jakoś to szczególnie poświetujemy?
- Jasne, że tak.
Kiedy dojechaliśmy do akademi pożegnałam się z Izzy i poszłam do siebie do pokoju. Od razu położyłam się spać.
~~~~Nastepnego dnia~~~~
Była niedziela z  samego rana poszłam na ławkę chciałam posiedzieć w samotności wszystko sobie prze analizować, jedank moją uwagę przykuł artykuł na stronie internetowej:"Liam De Vil i jego nowa dziewczyna. W nim były zdjecia Liama z Kat jak się całowali jak byli w czasie pokazu na koncercie Katy Pery nie mogłam w to uwierzyć. Z całego zamyślenia wyrwał mnie Liam:
- Hej. - przywitał się po czym kontunuował- Czytałem, że byłaś na wczorajszym pokazie. I jak Ci się podobało?
- Było świetnie - odparłam po prawiając włosy po czym kontynułowałam- A u Ciebie jak tam?
- Świetnie. Dlaczego wystąpiłaś na pokazie mody?
- Nie musze Ci się tłumaczyć. Z zresztą ty też nie pochwaliłeś się, że sypiasz z Kat- pokazałam na artykuł po czym kontynuwałam- Jesteśmy przyjaciółmi pamietasz? Więc powinneś być ze mną szczery przecież to ty mi to zaproponowałeś.
Wstałam z ławki i powiedziałam:
- Jesteśmy tacy sami obydwoje kłamiemy. Z resztą sama nie wiem czy to wszystko co miało miejsce od początku nie był tylko zwykłą grą. Chciałeś mnie tylko zaliczyć.
Chciałam pójść ale Liam  złapał mnie za nadgarstek, syknełam z bolu po czy  drugą ręką odepchnełam go od siebie po czym dotknełam bolącego nadgarstka:
- Chole...- powiedział
- Chole już nie ma teraz jestem CL zapamiętaj to sobie. Nigdy więcej mnie nie dotykaj. Rozumiesz?!- warknełam.
Poszłam do siebie do pokoju i od razu zabrałam się za opatrywanie wcześniej po śniaczonego przez Nicka nadgarstka, wtedy przypomniałam mi się ta cała sytuacja z nim jednak szybko ją odrzuciłam.
(Liam?)




Od Klary c.d. Olivera

 Chłopak podziękował mi za oprowadzanie, po czym odszedł w swoją stronę. Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na zegarek. Była dziewiętnasta pięćdziesiąt. Powinnam iść już do swojego pokoju.
 Wróciłam więc do swojego pokoju, spakowałam rzeczy na jutro, odrobiłam zadanie domowe i poszłam się umyć. Chwilę później już w koszuli nocnej leżałam w łóżku.
 Miałam wrażenie, że od czasu, gdy zapadam w sen minęło dopiero kilka minut, ale okazało się, że jest już ranek i muszę wstawać do szkoły. Czemu tak czas tak szybko leci? Westchnęłam ciężko, po czym podniosłam się i szybko doprowadziłam do jakiegoś stanu. Zarzuciłam sobie torbę na ramie i wyszłam z pokoju. Wiedziałam, że spóźnię się na lekcję, bo miałam tylko pięć minut, a w tym czasie nigdy nie zdążyłabym dotrzeć do szkoły, wejść do klasy i tak dalej. Nie przejmowałam się tym jednak. Nauczyciele często przymrużali oczy na spóźnienia, gdyż prawie każdemu się to zdarzało. A mnie prawie nigdy - więc może wybaczą mi to ten jeden raz. Zresztą, to nie taka rygorystyczna szkoła, jak ta do której chodziłam w Polsce...
 Wchodząc do szkoły, zauważyłam, że ktoś biegnie ścieżką do wejścia. Był to Oliver.
 - Hej - przywitał się ze mną, chociaż miałam wrażenie, że w pierwszym momencie mnie nie poznał.
 - Cześć - odpowiedziałam. - Ty też spóźniony?

Oliver? Przepraszam za długość i jakoś, ale nie miałam zupełnie pomysłu :/

Od Liama CD Chole


Usłyszałem pukanie do drzwi. Wiedziałem, że to Chole więc od razu zeskoczyłem z łóżka i otworzyłem drzwi. Chole weszła do środka a ja zamknąłem drzwi.
-Chciałem Ci wyjaśnić moje wieczorne zachowanie. Byłem taki bo nie chcę żeby Ci się coś stało a ty sama się prosisz o kłopoty. - Usiadłem na łóżku.
-Ale to moje życie i moje decyzje. - Poprawiła swoje włosy.
-Wiem i dlatego już się nie będę w nic wtrącał. - Przeczesałem włosy dłonią. -Będziesz miała mnie z głowy. - Dodałem.
-Jak to? - Zdziwiła się.
-Jesteśmy przyjaciółmi i nie ma sensu byśby dalej rozpamiętywali to co się stało. Musimy zapomnieć o tym co się stało i ruszyć naprzód. - Wyjaśniłem jej.
-To znaczy, że już mnie nie kochasz? - Zapytała.
-Tego nie powiedziałem. Chodzi mi o to że jeśli i tak nie możemy być razem to nie ma sensu się krzywdzić wzajemnie. - Spojrzałem jej w oczy.
-To co teraz mówisz ma związek z Kat?
-Nie, Kat nie ma z tym nic wspólnego. Ona jest moją przyjaciółką, nikim więcej. - W tej ostatniej kwestii troszkę skłamałem.
Sam nie jestem pewien swoich uczuć co do Kat.
-W porządku, rozumiem. - Wyszła z pokoju i pewnie udała się do siebie.
Nie chciałem tego tak kończyć ale nie miałem wyboru. Nie mogłem dawać jej więcej złudnych nadziei na coś co nigdy się nie wydaży. Wiem, że to nie wporządku ale to ona mnie odrzuciła i nie ma w tym mojej winy. Gdyby nie jej odrzucenie bylibyśmy teraz razem i bylibyśmy szczęśliwi. A tak przez jej kłamstwo i brak zaufania wszystko się posypało. No cóż, tak to wżyciu bywa. Raz na wozie, raz pod wozem. Jak sam powiedziałem, trzeba o tym zapommieć i ruszyć naprzód.

~~~~~~~~KILKA DNI PÓŹNIEJ~~~~~~~~~

Dziś była sobota i kolejny pokaz mody, na który miałem zamiar iść. Byłem teraz na mieście i chodziłem po sklepach. Ubrany byłem w buty Nike, jeansy i czarną koszulkę bez rękawów.



Myślałem jakby się ubrać na dzisiejszy pokaz. Z moich zamyśleń wyrwał mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Dzwoniła Kat. Odebrałem bez żadnego zastanawiania się.
-Hej. - Uśmiechnąłem się.
-Hej. Masz może plany na dzisiejszy wieczór? - Zapytała.
-Mam ale dla Ciebie mogę je zmienić. - Zaśmiałem się.
-Mam dwa bilety VIP na koncert Katy Perry i chciałabym iść na niego z tobą.
-Oczywiście, że z tobą pójdę.
-To co? O 19:00 przed moim domem?
-Jasne. To w takim razie do zobaczenia. - Rozłączyłem się.
Tym razem muszę sobie odpuścić pokaz mody ale nie żałuję tego. Jeden pokaz mniej czy więcej, to bez różnicy. Wróciłem do domu przed 17:00. Od razu zacząłem przygotowywać się do do wyjścia. Ubrałem się w kolor czarny.



Kocham po prostu ten kolor. Mógłbym go zawsze nosić. Pojechałem pod dom Kat limuzyną gdyż wiedziałem, że nie obejdzie się bez alkoholu. Zadzwoniłem do dzeonka i po chwili w drzwiach pojawiła się Kat. Również była ubrana na czarno z niewielkim dodatkiem pomarańczowego.



Jak zawsze wyglądała pięknie. Przywitaliśmy się i wsiedliśmy do limuzyny. Całą drogę spędziliśmy na rozmowie. Na koncercie Katy Perry świetnie się bawiliśmy. Tańczyliśmy, śmialiśmy się, gadaliśmy itp. Po koncercie poszliśmy na after party. Wypiliśmy tam kilka drinków. W drodze z budynku gdzie było after party do limuzyny paparazzi zrobili nam kilka zdjęć.







Na pewno będą mówić oraz pisać, że jesteśmy parą co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością gdyż nas łączy nas wyjątkowa przyjaźń połączona z seksem ale to nie znaczy, że jesteśmy parą. Jadąc limuzyną wyjąłem telefon by zobaczyć co było ciekawego na pokazie mody, na którym miałem dziś być. Okazało się że była tam Chole, która wyszła jako modelka i na końcu zaśpiewała piosenke. To było zupełnie do niej nie podobne. Co ona chciała sobie tym udowodnić? Wystarczy już tego, schowałem telefon do kieszeni. Tym razem nie zostałem u Kat na noc, ponieważ byłem zbyt zmęczony. Od razu położyłem się spać.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Następnedo dnia obudziłem się ok. 10:00. Ogarnąłem się i na samym końcu obrałem w czarne buty, czarne spodnie i czarną koszulkę bez rękawów z głową wężna na przodzie.



Wziąłem puszkę Red Bulla i wyszedłem z pokoju zamykając go. Dobrze, że dziś jest niedziela o jest wolne od zajęć. Poszedłem na ławkę, na którą zawsze siadam. Była tam Chole. Usiadłem na ławce koło Chole.
-Hej. - Powiedziałem popijając Red Bulla. -Czytałem, że byłaś na wczorajszym pokazie mody. Jak Ci się podobało? - Spojrzałem na nią.
Znów popiłem Red Bulla. To jest napój, który kocham. Zawsze stawia mnie na nogi. Mimo, że postanowiłem, że zapomnę o tym co było między mną a Chole to to wspomnienie niekiedy do mnie powracało. Gdyby nie ta noc w klubie to pewnie nigdy nie poszlibyśmy do łóżka i by żadne z nas nie cierpiało co nie znaczy, że tego żałuję.
(Chole?)

4.22.2017

Od Aleca - C.D Leny

   Cztery dni minęły, pogrążające mój umysł niczym w najgorszych torturach, które sprawiały, że czułem się obojętny z tym czy zwariuję, czy pozostanę sobą. Nie spałem, nie jadłem, nie chodziłem na zajęcia, co czasami skutkowało wizytą nauczycieli. A ja, jak gdybym miał w głowie nagraną kasetę, automatycznie mówiłem im to, co zawsze. Jest dobrze, niedługo wrócę. Byłem jak manekin: bez uczuć, bez sensu istnienia, który zaginął gdzieś po drodze w poszukiwaniu szczęścia. Tego niesamowitego szczęścia podarowanego mi przez Lenę. Myśl, że ona zniknęła z dnia na dzień, gdy ucinałem drzemkę, wypełniała mnie okropnym poczuciem winy, i tak właściwie całe dnie spędzałem tylko nad tym, żeby się do niej dodzwonić, żeby usłyszeć chociaż ten piękny nawet w słuchawce głos, który sprawiłby, że opuściłyby mnie wszystkie obawy, stojące nade mną niczym kat nad biedną duszą. Cztery ściany, w jakich spędzałem minuty, godziny, stały się dla mnie jedynym otoczeniem, a upływający mi jak przez palce czas równie dobrze mogłem określić jako wieczność. Kocham Lenę, przecież ją kocham. Gdy przez zbite cztery dni powtarzałem sobie te słowa, dodawały mi tyle sił, że zdołałem wybudować piętro muru nieustępliwości i desperacji. Ale za każdym razem było ono silniejsze, takie, które kazało mi wstać z łóżka i robić cokolwiek innego niż myśleć o tym, co nieuchronne. Zegar pokazywał godzinę dziesiątą, kiedy dźwignąłem się na nogi i starałem ogarnąć swój wygląd. Nie ma mowy, bym siedział bezczynnie. Nie, gdy najważniejsza dla mnie osoba jest nie wiadomo gdzie, a tego się jeszcze dowiem.
   Ostrość wylewająca się zza okna po odsłonieniu rolet bezlitośnie poraniła moje oczy i zmusiła do błyskawicznego odwrócenia głowy w przeciwną stronę. Spod wpół przymkniętych powiek, nieprzyzwyczajonych do kilku jaskrawych strumieni wpadających do pokoju, starałem się spojrzeć na słońce i rozjaśnić swoje wyblakłe tęczówki, jak trudne by się to nie okazało. Jego promienie oświetlały wszystko w pomieszczeniu, przepędziły mrok z półek, na których wkrótce dostrzegłem coś, czego nie byłem w stanie zobaczyć w mroku codzienności. Sam nie wiedziałem, jakim uczuciem wypełnił mnie tajemniczy, papierowy i cieniutki kwadrat, ale deliberowałem, iż to pierwsze zapowiedzi ciekawości, która narastała bez mojej kontroli. Za każdy przedmiot związany z Leną czułem się tak odpowiedzialny, jakbym miał jej już nigdy nie zobaczyć, lecz przez te cztery dni, kiedy ta myśl dobijała się do drzwi mojej podświadomości niczym nieproszony gość, ignorowałem ją i wręcz przepędzałem. Maksymalnie podszedłem do biurka, a ta rzecz stała się dla mnie na tyle widoczna, iż mógłbym rozróżnić na niej każdy szczegół. Każde zagięcie, blask jaki odbijała taśma sklejająca dwie rozerwane części w całość. Ogarnął mnie taki ból, jak jeszcze nigdy. I mimo że na zdjęciu znajdowałem się tylko ja, bałem się, że zacznę czuć się tak, jak wtedy. Samotny, pozbawiony szczęścia i znudzony wszystkim dookoła. Takie właśnie emocje rozpisywały się na twarzy tego chłopaka, który siedział i popijał kawę, patrząc beznamiętnie w obiektyw aparatu. Ale jednak ta świadomość nie mogła być silniejsza niż głucha rozpacz, która niczym drut kolczasty owijała gasnącą czerwień mojego serca. Nie potrafiłem odszukać w sobie energii, by się pogodzić z tym, że Lena zostawiła to zdjęcie... i co chciała mi tak właściwie powiedzieć, robiąc to? W mojej głowie kumulowały się bezsensowne myśli, obdarte z optymizmu i mające taką siłę, która była w stanie stworzyć pęknięcia w moim długo budowanym murze desperacji. Chwyciłem je ostrożnie, w obawie, że całe wspomnienia przejdą na mnie z powrotem, a ich przekaz zmieni mnie na zawsze. Czułem nierówność zagięć pod palcami, które nie pozwalały mi zapomnieć o niczym. O Noah'u, o tych wydarzeniach, które wbrew pozorom zacieśniły relacje między mną a Leną. Co cię nie zabije, to cię wzmocni... czy aby na pewno? To, co teraz czuję, to motywująca siła? A może... powinienem zrobić coś, co ją skutecznie wyzwoli. Przechyliłem głowę w zastanowieniu, schowałem zdjęcie w przednią kieszeń z telefonem, chcąc zawsze mieć je przy sobie niczym relikt, dzięki któremu nie zapomnę o mojej sympatii, która jest teraz nie wiadomo gdzie...
   Wyszedłem na korytarz, zatrzymując się gwałtownie w drzwiach, gdy do moich uszu dobiegł znajomy głos. Co on tu jeszcze robi? Stałem nieruchomo, nie pozwalając, by zdradził mnie chociażby przyspieszony oddech. Kroki stawały się coraz głośniejsze i w najbliższej chwili moje serce niebezpiecznie się szarpnęło, kiedy sylwetka ojca śmignęła mi tuż przed oczami. Z tą pulsującą w środku wielką obawą, ulga pomieszana z dziwnym uczuciem zdenerwowania zawitała mi na twarzy, uświadamiając mi, jakim jestem szczęściarzem. W pustym, cichym korytarzu – bo przecież uczniowie siedzieli na lekcji – głos ojca był tak donośny, jakby w ogóle nie przejmował się faktem, że ktokolwiek może go usłyszeć. Z wyraźną aprobatą powiedział tylko te parę słów, które spowodowały, że narastała we mnie złość. Udało się, dobra nasza, panie Czereśniewski. Tłumiłem w sobie wszelkie pokłady siły woli, aby wykorzystać je w walce z samym sobą. By nie wybiec tam i nie zwrócić na swoją osobę najmniejszej uwagi. I ta męczarnia w klatce zwanej moją głową trwała do momentu, kiedy straciłem ojca z zasięgu wzroku oraz dzwonek rozbrzmiał swoim irytującym dźwiękiem, zwiastującym nadejście przerwy. Stałem teraz jak ta samotna dusza, obserwując jak uczniowie napływają z każdej strony korytarza, czyniąc z ciszy i spokoju jedynie kruche wspomnienie. Myśl, Alec, myśl... co zrobić. Jak się stąd wydostać, jeżeli każdy przez ostatnie dni wpajał ci, że nie możesz. I robił to dokładnie tak, jakby wszystko było zaplanowane z góry, żebym nie mógł więcej jej znaleźć.
   – Och, będę tego żałował... – wyszeptałem złowrogo pod nosem i zaledwie podczas wymawiania ostatnich głosek obróciłem się dookoła. Jak gdyby nigdy nic, wychwyciłem ręką kołnierz młodszego chłopaka, którego imienia nie znałem, i gwałtownym szarpnięciem umiejscowiłem go pod twardą, zimną ścianą, z jaką natychmiast złączył plecy. Jego skrzekliwy jęk, który temu towarzyszył, wręcz zmuszał mój głęboko schowany rozum do wyjścia z cienia. Wiedziałem, że robię źle, że będę tego żałował, ale dla takiego desperata każda myśl była jak wyjście z sytuacji. Czułem się pogodzony z tym, co robię, gotów, by zauważyć efekty.
   Przeszyłem chłopaka mroźną barwą swoich oczu, przypatrując się jego przerażeniu, rosnącemu bez żadnych ograniczeń. Uchylał usta, jakby chcąc krzyczeć o pomoc czy chociażby złapać głębszy haust powietrza, ale to było tyle. To, co naprawdę smutne w tym wszystkim, to to, że dookoła ludzie żyli własnymi prawami; zdrowie i stan tegoż kolegi podlegały wskaźnikowi empatii rówieśników, którzy zachowywali się tak, jakby przemoc była w tej szkole na porządku dziennym. Jedni odwracali się na moment, drudzy szeptali do kolegów i koleżanek, lecz wspólnie ich można określić jako typowych ignorantów, których nie obchodzi ktoś, kogo specjalnie nie znają. Nie próbowałem nawet myśleć nad tym, jak dalej ciągnąć tę grę. Zresztą myślenie to ostatnie, co powinienem tu zastosować, więc gdy uczeń zatrząsł się kilkukrotnie, wykrzyczałem mu w twarz całkiem losowe słowa godne szaleńca, za jakie najchętniej bym się skarcił, gdybym zrobił to bez godnego powodu. Poziom agresji w moim głosie, wykształcony dzięki zajęciom aktorskim, na długo zmroził krew w żyłach wszystkim, którzy do tej pory chodzili wte i we wte, a teraz stali wryci jak posągi. Jedni z telefonem, nagrywając, drudzy buczeli, a jeszcze inni uciekali z podkulonym ogonem, patrząc ukradkowo. Wróciłem wzrokiem do swojej ofiary, której przerażone oczy próbowały zrobić na mnie wrażenie, wydostać z wnętrza tę cząstkę człowieczeństwa. Nie dzisiaj. 
   – Odpowiadaj!
   Zero reakcji, tylko te spłoszone tęczówki spoczywające w tej chwili prosto na mnie. Błagały o pomoc, a ja pozostawałem na to obojętny, bo tak trzeba. Zmuszony byłem dalej ciągnąć tę grę w poszukiwaniu efektów; zdradzałem całe znaczenie mojego zachowania, co parę skrawków czasu obracając się wokół siebie, gdyby jednak ktoś odważył się podejść i dać koniec temu, co wyrabiam, ale dostrzegałem tylko gapiów. Doszedłem do wniosku, że im bardziej wyglądam na szalonego, tym lepiej. I gdy miałem już pomyśleć nad tym, jakie piekło zgotować mam jeszcze temu gościowi, by inni w końcu zainterweniowali, poczułem jak moje kończyny wypełnia dziwna siła, a umysł doszczętnie szarpie mi agresja oraz niespotykana wcześniej złość, która – strach przyznać – nie wyglądała mi na udawaną. Z nieznajomego dla mnie powodu począłem traktować chłopaka tak, jakby właśnie zawinił czymś okropnym. Bez żadnego słowa, z obojętną, zimną miną, będącą w stanie przemienić wodę w lód, wymierzyłem uczniowi cios pięścią w bok, pozwalając, by z głuchym hukiem i jego stłumionym w gardle jękiem upadł na podłogę. Kiedyś go za to przeproszę. Przez cały ten czas słyszałem za uchem szept, który mówił, że muszę to kontynuować, bez względu na skutki; że nie mogę szybko przestawać, jeśli trzymam się dramatycznie ważnego planu. I pod wpływem tych słów, ze zmęczonym westchnięciem, jakbym miał dość milczenia, usiadłem okrakiem na leżącym chłopaku i pięściami rąbnąłem kilka razy w jego wychudzone, uwydatnione policzki, sprawiając ze za każdym kolejnym ciosem jego głowa szarpała się z prawej stronę na lewą, z ust rozbryzgując krwistoczerwoną posoką po powierzchni korytarza. I to nie miało końca, czułem taką nieustającą energię, pośród której nie starczało miejsca na pojęcie jakim jest współczucie, łagodność. Omal nie zapomniałem, że coś takiego istnieje, i jedynym, długo wyczekiwanym ratunkiem do wybawienia resztek mojej człowieczej duszy z tego piekła były ręce chwytające mnie za ramiona. Odciągnęły mnie od chłopaka w czasie, kiedy knykcie moich zaciśniętych mocno pięści zdążyły już zbieleć.
   – Alec, odbiło ci do reszty?! – Tajemniczy Rudzielec ciągnął mnie do tyłu i to najprawdopodobniej był Aiden.
   – Hm? – Podniosłem jedną brew do góry, każąc mu odnieść wrażenie, że kompletnie nie czuję się w żaden sposób winny. I robiłem wszystko, by ta aura spokoju została przy mnie na dłużej, przynajmniej do czasu, aż opuszczę szkołę. Mój plan musiał się udać, inaczej niczego nie osiągnę. 
   – Stary, rozumiem, że Leny już tu nie ma, ale nie masz prawa nękać teraz niewinnych w szkole. Sam byłeś temu przeciwny. A teraz...
   – Nie ma Leny, nie ma starego mnie. Przykro mi to mówić, muchacho. – Spojrzałem przelotnie na swoje ręce, które były teraz splamione krwią. Bolały. A co gorsza nie pozwalały zapomnieć o tym, do czego byłem zdolny te sekundy wcześniej. Za każdym razem, gdy dobijało się do mnie niewygodne poczucie winy, odpychałem je najmocniej, jak potrafiłem, wmawiając sobie, że tak trzeba.
   Ostatnie parę minut spędziliśmy z Aidenem na utrzymaniu kontaktu wzrokowego, z czego mój próbował wwiercić się w jego czaszkę. Gdy stwierdziłem, że dalsze stanie w miejscu tylko oddala mnie od tego, co naprawdę ważne, wzruszyłem ramionami, przesuwając lekko rozbawionym wzrokiem to po rudzielcu, to po leżącej na ziemi, zakrwawionej ofierze, która skupiała na sobie wszystkie uczniowskie spojrzenia. Potem, z wręcz nienaturalnym spokojem włożyłem rękę do kieszeni, wyminąłem chłopaka, który non stop wodził za mną tymi swoimi świdrującymi ślepiami. Widząc, jak przechodzę obok nagrywającego telefonu, uśmiechnąłem się perliście do kamery, poruszyłem raz brwiami i zasalutowałem w jej stronę, sprawiając, że spod urządzenia natychmiast ujawniła się uradowana i zarumieniona dziewczyna. Nie czułem się ani trochę winny i to sprawiło, że w moich nerwach zamrowiła chwilowa obawa o to, czy jednak aktorstwo nie weszło zbyt mocno. Odczuwałem dokładnie nieobecność Leny i jednocześnie wszystko było mi jedno, ta szkoła bez niej to nie szkoła, to po prostu kolejne inne miejsce, które kiedyś nie było dla mnie obojętne tak, jak teraz. Cholernie chciałem Ją teraz zobaczyć... ale będę cierpliwy. Dopóki wszystko idzie zgodnie z planem, pozostanę taki. Omijając bez wrażenia większość szkoły, udałem się do korytarza niezliczonej ilości pokoi. Znalazłem swój azyl, usiadłem na łóżku, jak gdyby czekając na wyrok. Bo przecież zjawienie się całej rzeszy nauczycieli to po prostu kwestia czasu; dawno to zrozumiałem i pod wpływem moich niezmieniających się planów traktowałem tę myśl z przerażającym spokojem. Bez żadnych skrupułów zamierzałem słuchać ich oskarżających głosów, z którymi bym się zwyczajnie zgadzał. Bo po co się spierać?
   I w okamgnieniu drzwi otworzyły się gwałtownie. Podniosłem spojrzenie, obserwując, jak trójka mężczyzn ustawia się przede mną w zupełnej ciszy, jakiej się nie spodziewałem. Lustrowałem ich wszystkich wzrokiem tak obojętnym, że miałem wrażenie, że kara będzie stokroć gorsza, mimo że oczekiwałem tylko jednego. I nie było to wywalenie. 
   – Zamierzasz cokolwiek powiedzieć, Alec? – To był Stanley. Sam Eric Stanley ruszył się ze swojego miejsca, by wspomóc jakimś sposobem pozostałą dwójkę nauczycieli, która stała wryta w podłogę. Skontrolowałem ich ruch, dostrzegając, jak minimalnie dygotali. Dlaczego? 
   – Nie. – Wyszczerzyłem zęby w wielkim, pamiętnym uśmiechu, pochylając się do przodu i opierając łokcie o kolana.
   – Więc nie masz żadnego problemu z tym, że ten chłopak leży teraz u pielęgniarki i stracił tam przytomność wskutek obrażeń głowy? Nie wiemy, co mu jest.
   – Może wstrząśnienie? Czy coś... – Wszedłem mu w słowo, mówiąc to aż nadto spokojnie.
   Teraz to Seagal spojrzał mi prosto w oczy, jakoby chciał przelać w ten ocean całą powagę, która według niego była w tej sytuacji koniecznością. Szkoda chłopaka, może odrobinę przesadziłem, ale co mógłby wymyślić desperat? – Nie chcę z wami rozmawiać. – Omiotłem wzrokiem Seagala i Stanley'a, a po chwili, zatrzymując się na ostatnim nauczycielu, dobrze mi zresztą znanym, powiedziałem: – Chcę gadać z Craverem.
   Tak, jakby w tej chwili Nat był centrum świata, wszystkie oczy skupiły się na jego poważnej twarzy. On był jednym z tych, którym ufam bez względu na fakt, że jest nauczycielem, bo nie raził nadmierną sztucznością. Pomagał mi i Lenie wiele razy, czasami dawał takie rady, które momentalnie wyznaczały mi nowe perspektywy, z jakich mogłem patrzeć. Jeśli miałbym powiedzieć prawdę, to tylko jemu. Prawda jednak nie usprawiedliwi tego, co zrobiłem na korytarzu. Nigdy.
   – Pan Craver porozmawia z tobą później. – Stanley obdarował Nata takim spojrzeniem, jakby obaj stali przed sześciolatkiem, którego mama zaginęła i jest taki głupi, żeby nie zauważyć, jak tajemniczo szepczą między sobą.
   – To jak? – Uśmiech nie schodził mi z twarzy, czyniąc mój wygląd jeszcze bardziej przypominający szaleńca, niż kiedykolwiek bym się nim stał. W moich oczach błyszczały iskierki, które kazały nauczycielom dyskretnie odsunąć się o pół kroku. – Po co tak właściwie ta cała szopka? W szkole non stop dzieją się złe, bardzo złe rzeczy... – Przeciągnąłem z lekkim zachrypnięciem ostatnie kilka słów, szerzej otwierając powieki. I nie przestawałem się szczerzyć, co w zestawieniu z ciemniejszymi dołkami rozciągającymi się poniżej moich oczu sprawiały, że gdybym mógł zobaczyć się w lustrze, oblałby mnie dreszcz. I wtedy zauważyłem jak ręka jednego z mężczyzn wykonuje gest mówiący chodź. Myśl, że przyszli tu we trójkę dlatego, żeby mnie stąd zabrać, bo jestem niebezpieczny, napełniała mnie dziwnym niezrozumieniem. Co? To tylko procedury, które pozwolą zachować ostrożność? Rzucę się na kogoś, ucieknę jak zwierzę? Ta chwila zwątpienia mnie złamała i nie liczyły się już smutne spojrzenia Cravera, zignorowałem je. Lecz nie zmyło to uśmiechu z mojej twarzy, który jedynie minimalnie się zmniejszył. Byłem zdumiony, jak wiele można kryć pod taką maską, ile smutku, desperacji i rozpaczy. W mojej głowie natychmiast pojawiła się Lena. To, jak mówiła w pierwszym dniu, że nauczy mnie się uśmiechać, że zrobi to i tak, i tak, nawet gdybym nie był zadowolony z tego treningu. Te nagłe wspomnienie spowodowało, że poczułem wstyd związany z tym, jak niszczę znaczenie uśmiechu, jakie wykształciła we mnie Lena. Że to wszystko, mimo że podlegało aktorstwu, raniło w tej chwili jak zaostrzona klinga, wbijająca się w płuca. Odszukam ją gdziekolwiek. Wydostanę się i znajdę sposób, bez względu na to, czy byłaby na drugim końcu świata.
   Parę minut później zostałem poprowadzony, w ogromnym dystansie, do przestronnego gabinetu dyrektora, gdzie obok Trumana czekał nie kto inny, jak mój ojciec. Już po przekroczeniu progu spojrzał na mnie świdrującymi oczyma, a jego twarz przyjęła taką barwę, jakby właśnie wewnątrz niego kotłowała się krew.
   – No co tam? – Usiadłem na krześle przed biurkiem, otoczony ze wszystkich stron oparcia przez Stanley'a, Seagala i Cravera. Cóż za obstawa. 
   – Jestem rozczarowany twoim zachowaniem. – Z tymi słowami Trumana odchyliłem głowę do tyłu, ze zmęczeniem dając wyzwolić się westchnięciu.
   – Wcześniej sądziłem, że nie będę musiał tego robić, bo tej głupiej blondynki nie ma obok ciebie. Teraz jestem zmuszony, by to powiedzieć – zaczął ojciec, na którego od razu spojrzałem, unosząc brwi z zaciekawienia i jakże nadzwyczajnej ekscytacji związanej z wysłuchaniem jego słów. Dyrektor wszedł mu w słowo.
   – Jimmy jest ciężko ranny. Wszyscy widzieli, co zrobiłeś, co do niego krzyczałeś. Lily to nagrała... – Spojrzał swoimi wyblakłymi, pełnymi żalu oczyma, i odnosiłem wrażenie, jakby zrobił przerwę tylko po to, żeby dostrzec moją reakcję. Dalej, mówcie to. Tylko na to czekam.
   – Jak już mówiłem. – Dołączył się ojciec. – Po tym incydencie nie możesz tu zostać, tak zarządziliśmy. Jutro rano wyjeżdżasz do szpitala psychiatrycznego w Berlinie. W Niemczech, tam mają dobrych psychiatrów, wspaniała opieka. Będziesz czuł się tak, jak w domu. – Jego wzrok w tym momencie sprawił, że zacisnąłem pięść. Cholera, ten facet nie ma żadnych ograniczeń... dlaczego tak daleko? Czy on już całą rodzinę chce mieć z głowy? Pokiwałem głową ze spokojem, jakby to była najprzyjemniejsza wiadomość w dzisiejszym dniu.
   – To jakieś dziewięć tysięcy kilometrów. Cudnie. Mogę wam nawet wysłać kartkę, o ile mają takie stoiska w cholernym psychiatryku. A, przepraszam. Kiedy wrócę?
   – Hmm... – Stery przejął Truman. – Sześć, siedem miesięcy góra. Przyjedzie po Ciebie pan Mueller, będziecie jechać sami w spokoju, opowie ci o tym miejscu, porozmawia z tobą. Potem wrócisz do akademii i mam nadzieję, że nie będziesz już niebezpieczny, Alec. Naprawdę trudno mi to mówić, ale twoja...
   – Wiem, nie musi pan niczego przypominać. – Przerwałem mu perfidnie, dobrze wiedząc, co ma na myśli. Zrozumiałem, że jeśli faktycznie niczego nie zrobię, po prostu wyląduje w Niemczech, i ta myśl po raz pierwszy kazała mi dobrze zastanowić się nad każdym krokiem planu. – Wiem, że moja matka była walnięta, wiem, że ja też będę. I każdy mi to mówi, bo to widzi. – Wstałem gwałtownie z krzesła, nie mając więcej siły na dyskusje. W okamgnieniu mój wzrok przestał być łagodny, znów powrócił do niego ten błysk, który mówił, że od nowa starałem się dobrze odegrać swoją rolę. – Nie sądzicie, że ta podróż może być... niebezpieczna? W sumie... zależy dla kogo. – Uwolniłem jeden z szerokich, przerażających uśmiechów, który był w stanie zmusić do pytania, czy na pewno ktoś dobrze robi, posyłając mnie tam z jednym człowiekiem. A potem, ominąwszy nauczycieli, opuściłem gabinet, nie przejmując się żadnymi głosami dochodzącymi zza moich pleców.

***

   Nazajutrz pakowałem swoje najpotrzebniejsze rzeczy. Dużo przekąsek skryłem po najdyskretniejszych kieszeniach jedynego bagażu, by nie zwrócić tym niepotrzebnej uwagi. Butelki wody, sporo. Plusem było także to, że dostałem od ojca ogrom pieniędzy. Wczorajszego dnia zdążyłem zdjąć resztę szwów z łydki w pobliskim szpitalu i byłem w pełni gotowy do drogi. No, lekko zaspany, jednak ten sen zaczynała powoli spychać z powiek czysta ekscytacja pomieszana ze stresem, kiedy myślałem o tym, że muszę wszystko dobrze zaplanować. Ból brzucha towarzyszył mi od rana, ale w niczym nie przypominał motylków, które czułem, kiedy Lena była w pobliżu. Więc to sprawiło, że pokusiłem się o stwierdzenie, że musiała być tysiące kilometrów dalej. Usiadłem na łóżku, ułożyłem bagaż przed stopami, i krótkim mruknięciem pozwoliłem wejść do pokoju osobie, która usilnie pukała w drzwi. Nie musiałem nawet patrzeć, kto to, głos mówił mi wszystko, co chciałem wiedzieć. To Craver, z którym nie dano mi wczoraj porozmawiać. 
   – Pan Mueller czeka na zewnątrz. Dał mi dosłownie trzy minutki. – Mężczyzna zaczął nerwowo. – Co cię skłoniło, Alec, żeby tak robić? – Do moich uszu dobiegł ten sam żal, gdy trzymałem głowę spuszczoną w dół. Ładny dywan.  
   – Ufa mi pan? – To jedyne, co udało mi się powiedzieć, unosząc wzrok na jego twarz, która wyrażała coś na pograniczu zdziwienia z zaciekawieniem. Dostrzegłem, jak kiwa potwierdzająco głową, jednak w mroku wczesnego poranka ciężko było mi to stwierdzić. – Nikt nie chce mi powiedzieć, dokąd ją zabrali. Nasi ojcowie wszystko uknuli, ale... to faktycznie im wyszło?
   W powietrzu zawisło ciężkie westchnięcie mężczyzny, które nie pozwalało mi mieć dobrych myśli.
   – Ojciec zabrał Lenę do domu. Do domu w Polsce, w Zakopanym. – Dlaczego się tego spodziewałem? – I dlaczego zrobiłeś to Jimmy'emu? Pamiętaj, że cię wysłucham. Zrobił ci coś, powiedział?
   Pokręciłem przecząco głową, wypowiadając te słowa z nadzwyczajną skruchą i spokojem:
   – Nie. Nie zrobił mi nic. Po prostu...
   – Wariujesz? – To bardziej był domysł niż autentyczne słowa, które rzekomo były kontynuacją mojej wypowiedzi. Doszedłem do wniosku, że sam nie był pewien tego, co powiedział, ale ten obrót spraw spowodował, że nie chciałem mu wyjaśniać, dlaczego zszedłem na takie tory w swoich działaniach. Niech Craver się nie domyśla, wbrew temu, że chciałem, by chociaż on nie traktował mnie jak wariata. Zignorowałem świadomość, że kolejny dystans dzielący mnie z kimś, kogo szanuję, oddalał mnie od tej szkoły. I nie czułem się w niej swobodnie. Już nie.
   Pokiwałem głową twierdząco, pozbawiony jakichkolwiek sprzecznych myśli.
   – Nie, Alec – powiedział stanowczo, w taki sposób, że natychmiast uniosłem na niego spojrzenie podkreślone przez ściągnięte brwi. Co jeszcze mnie zaskoczy? – Nie wariujesz, tylko nie śpisz. Jesteś najnormalniejszym chłopakiem, jakiego znam, a teraz nieuzasadniona myśl każe mi podejrzewać, że coś kombinujesz. – Jego wyznaniu towarzyszyło zapukanie do drzwi, na które mężczyzna zaledwie machnął ręką, krzycząc chwila.
   Chciałem to zignorować, jednak niekontrolowanie moją twarz przeciął taki uśmiech, jaki wyeliminował z jego oczu niepewność. Tajemniczy, wręcz szaleńczy. Trzymałem się tego, czego musiałem, bez względu na to, czy Craver coś podejrzewa. Jednocześnie byłem zdumiony jego słowami; tym, jak we mnie wierzy, jak próbuje usprawiedliwić moje zachowanie. Niesamowite. Alec, rozpocząłeś tę grę, to ją kontynuuj. 
   – Nie przyszło panu do głowy, że ta lojalność i nadmierne czynienie ze złej osoby - osobę dobrą, może wywlec pana na manowce?
   – Nie wierzę... – szepnął pod nosem, jednak na tyle, bym mógł to usłyszeć. Jeśli mam się więcej tu nie pojawić, co mi szkodzi przekabacić innych na tę stronę, dzięki której nie będą za mną tęsknić? Wiem, ile bólu, rozgoryczenia to zaoszczędza. – Alec, dasz sobie radę. Swojego zdania nie zmienię, ale może coś w tym jest. – Powiedziawszy to z przygnębieniem i zdecydowaniem, podniósł się, otworzył drzwi, w których stanął nieznany mi mężczyzna. Tak właściwie rozmawiał z Craverem w języku całkiem mi obcym, czyżby niemiecki? Mimo że chodziłem na zajęcia, akcent z jakim się porozumiewali wykluczał każdy mój domysł, na jakim się podtrzymywałem. Dlatego z czasem nie wysilałem się nawet, by wyłapać poszczególne słowa, będące niczym gimnastykowanie swoich ust. Po prostu czekałem zniecierpliwiony na to, aż mnie zabiorą. I w pewnym momencie doszło do tego, że stanąłem za progiem mojego pokoju, stojąc z jedną walizką, milionami dokumentów w niej. Zamknąłem drzwi, jakby z ich zatrzaśnięciem przywołując wszystkie wspomnienia z tego miejsca, których nie chcę nawet zapomnieć, bo były tak piękne, a jednocześnie straszne. Najgorsza była jednak świadomość, że jeśli coś pójdzie źle, naprawdę tu nie wrócę. Będę w zupełnie innym miejscu na świecie, tak, jak Lena teraz.
    
***

   Jazda autobusem na lotnisko, odlot. Wszystko to trwało niewiarygodnie dużo godzin, których większość przespałem. Z tym całym Muellerem nie zamieniłem ani jednego słowa, bo okazało się, że z angielskiego rozumie tyle co nic. Byłem załamany, nie mogąc odezwać się do nikogo ani razu, przez ten nie wiadomo jak długo ciągnący się czas, czyniący ze mnie jeszcze większego szaleńca, niż jakiego grałem. Poważnie, ta podróż porwała mnie w taki wir myśli, że chciałem po prostu znaleźć pistolet i dać temu długo oczekiwany koniec. Obcy, który siedział w mojej głowie, zdołał wygrzebać najgłębiej trzymane wspomnienia, których nie komentowałem od piętnastu lat; tak odległe, że nie sądziłem, iż kiedykolwiek do nich powrócę. Szlag, chcę końca. Ciemność, strugi deszczu obijające się o olbrzymi parking towarzyszyły naszej dwójce, gdy opuszczaliśmy lotnisko. Mimo że wciąż nie rozumiałem, co Mueller do mnie mówił, słowo Europe skojarzyło mi się tylko z jednym. A slogany, neonowe napisy, wiszące na każdym wieżowcu pomogły mi dojść do wniosku, że oficjalnie jestem w Niemczech. Alec, musisz się teraz skupić. Nie pozwoliłem swojej głowie oswoić się z myślą, że właśnie przeleciałem tysiące kilometrów, które dramatycznie oddaliły mnie od tego, co znam. Czułem się tak nieswojo, jak gdybym był zwierzęciem i przeniesiono mnie do innej klatki, z innymi gatunkami. Po prostu świadomość, że znajdowałem się z nieznanym gościem na innej stronie globu po prostu uginała mi nogi w kolanach. Taszczyłem za sobą walizkę, wsłuchując się w kółka, które szurały niespokojnie po nierównej powierzchni dróg, chodników. Aż w końcu wsiedliśmy do auta, rozpoczynając prostą już trasę do szpitala psychiatrycznego. Dlaczego coś mnie tak bardzo mrowi? Alec, uspokój się, do cholery... Nie chcę tam iść. Prowadziłem w swojej głowie niekontrolowaną wymianę myśli. Nie, to nie była wymiana – to była szarpanina. 
   – Już niedługo. – Nie wiem, czy bardziej przeraziło mnie to, że ten facet mówił jednak po angielsku, czy to, że zmiana otoczenia mi nie służy. Na początku nie mogłem wykrztusić z siebie ani słowa, jakby ta długa droga do Niemczech pozbawiła mnie umiejętności wypowiadania się albo co gorsza wyrzuciła z mojej głowy znajomość ojczystego języka. Czułem taki ból gardła, który mógł być tylko zwalczony butelką wody.
   – To pan mówi po angielsku? – To było jedyne, co udało mi się wykrztusić. Jestem debilem. 
   – Obserwowałem cię przez ten cały czas. I jestem zdumiony, bo nie sądziłem, że wariat jest taki spokojny... – wyznał beznamiętnie, ciągle wgapiając się w drogę i prowadząc auto. Otoczyło nas bezkresne pustkowie, a jeżdżący pojazd okazał się bardzo rzadkim zjawiskiem.
   – Może ten wariat był po prostu sprytny. – W ciągu jednej sekundy przekręciłem telefon, który trzymałem w ręku, wygaszonym wówczas fleszem do twarzy mężczyzny. On spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach, jednak nie zrobił nic. Nie zdążył, bo zaświeciłem latarkę w telefonie, która swoim niebywale ostrym blaskiem spowodowała, że kierowca stracił kontrolę nad autem. Jęknął, chowając zraniony wzrok za skrzyżowanymi rękami i próbując spojrzeć na drogę, jednakże bezskutecznie. Krzyczał coś do mnie, ale moje nerwy i ciało zmroził lód, nie pozwalający mi przerwać tego, co robiłem, mimo że moje oczy zmrużyły się nieznacznie, już nie na skutek blasku, lecz niechęci do tego, co widzę. Cholera, Alec, za chwilę będzie po wszystkim. Jeśli przeżyjesz. 
   Powietrze dookoła przeszył gwałtowny pisk opon. Pod wpływem wjazdu na nierówną trasę, samochód kilkukrotnie podskoczył, wprawiając w ruch wszystkie graty znajdujące się wewnątrz niego. Hałaśliwy dźwięk metalu uderzającego o metal zanikł pośród niezliczonych szumów w moich uszach, kiedy nagłe szarpnięcie porwało mnie energicznie do przodu. Przywaliłem w coś naprawdę twardego. Obraz przed moimi oczami zamazał się czarnymi smugami, i dopiero po sekundzie poczułem niesamowity ból, który rozniósł się po całym moim wnętrzu niczym przeszywający pocisk. Ale... gdy w końcu osunąłem się z powrotem na oparcie fotela, pośród wielu niewyraźnych plam świat zaczynał do mnie powracać. Mrugałem powiekami, chcąc odzyskać pełną trzeźwość, lecz całkiem zamarłem, gdy do czarnych zanikających barw wplótł się znajomy blond. Tak znajomy, że aż wytężyłem zdziwiony wzrok, ignorując wszelkie przeszkody po drodze. Widziałem naprzeciw siebie piękną twarz, która wkrótce okazała się być twarzą Leny. Uśmiechnęła się na widok mojego zmęczonego uśmiechu, wyrażającego pełną radość związaną z ujrzeniem jej. Tęsknota, ból odebrały mi rozum, czy ona naprawdę tu była? Dotykając mojej twarzy spowodowała, że przestałem myśleć.
   – Alec, jesteś ranny. Jestem już przy tobie...
   – L-Lena... – To jedyne, na co stać było mój pogrążony w zawrotach umysł. 
   Wyciągnąłem do niej dłoń, którą ująłem delikatnie jej nadgarstek, a w tym uścisku przekazałem to, jak bardzo brakowało mi tego dotyku. Po chwili jej włosy musnęły moją twarz, kiedy pochyliła się nade mną i z ogromną subtelnością złączyła nasze wargi, tak delikatnie, jakby bała się, że mnie bardziej uszkodzi. Pochłonęła mnie chwila nieustającego spokoju. Nie chciałem, żeby odchodziła, cholera. Bo ona tu jest, prawda? Jedno oko przysłoniła mi krew spływająca z czoła; chwilowo uniemożliwiła mi spojrzenie przed siebie, zamazała mi Lenę, przestałem ją dostrzegać. Przestałem ją czuć, i kolejny raz wstąpił we mnie bezbrzeżny smutek i ciężar tego wieczoru. Chcąc jak najszybciej powrócić do sprawności psychicznej, jak i fizycznej, przysunąłem obolałe dłonie blisko moich skroni, w których pulsowała gorąca krew oraz rozmasowałem je. Leny tu nigdy nie było, wariuję z tęsknoty za nią. Spod przymkniętych powiek udało mi się zerknąć obok, na Muellera, gdy czarne smugi przestały zaścielać cały mój widok. Jego głowa leżała bezwładnie odchylona na oparciu fotela, ręce miał wyciągnięte wzdłuż ciała, rozwalone czoło, z którego wypływała posoka, sącząca się strumieniami między jego oczami, po nosie. Blask księżyca pomagał mi rozróżnić każdy detal dzisiejszej feralnej nocy, w którą ciągle nie mogłem uwierzyć, pomimo tego, że wcześniej skrupulatnie ją planowałem. Próbowałem myśleć, przezwyciężyć ból, strach, zdezorientowanie, ale to okazało się zbyt trudne. Każda nowa refleksja sprowadzała na mnie takie cierpienie, że zdecydowałem się przestać kompletnie dopuszczać je do siebie. I chowając wszystko, co wyczerpujące oraz chwilowo zbędne, dźwignąłem się z trudem z siedzenia, dostrzegając naznaczoną wieloma pęknięciami przednią szybę samochodu. Towarzyszył mi dotkliwy ból, wbrew pozorom całkiem do wytrzymania. Telefon, który za moją sprawą doprowadził do wypadku, leżał teraz pode mną na fotelu. Zagarnąłem go w dłoń i wsadziłem do kieszeni. Blask flesza znacznie zbladł, więc uprzednio wyłączyłem go całkiem. Działał, telefon działał. Największą dotąd obawą stało się sprawdzenie pulsu obcokrajowca. Pokręciłem głową, jak gdyby to miało pomóc mi pozbyć się poczucia winy, które wwiercało się w moją skroń silniej niż ból. Na ślepo wyszukałem odpowiednie miejsce na jego szyi, położyłem dwa palce na obszarze bliskim żuchwie i wyczułem bardzo słabe tętnienie, gasnące z każdą minioną chwilą. Cholera, Alec, myśl. Wyszedłem z auta, zabrawszy bagaż i wtedy widok zardzewiałej bramy uświadomił mi, że to w nią trafiliśmy. Nie miałem pojęcia gdzie jestem i nie starałem się nad tym zbyt długo myśleć. Z przelotnym bólem mięśni przeskoczyłem przez pogniecioną maskę samochodu, który wyglądał tak, jakby poturbowało go stado jeleni. Potrzebowałem kilku chwil, by zadzwonić po pogotowie i wówczas ta rozmowa była najtrudniejszą, jaką mogłem odbyć, bo najpierw dodzwoniłem się do USA, nie wiedząc, że w Niemczech ten numer jest zupełnie inny. I z pomocą kalifornijskiej centrali udało się wezwać karetkę z tego kraju, w którym teraz się zatrzymałem. A wystarczyła tylko tablica rejestracyjna samochodu do wypełnienia wszelkich formalności. Nie potrafiłem określić, ile czasu to trwało, ale póki ten człowiek żył, nie zamierzałem zostawiać go bez żadnej pomocy, zjadłoby mnie poczucie winy.
   Widząc nadjeżdżającą karetkę i nasilający się dźwięk syreny, chwyciłem za rączkę walizki i zszedłem z widoku, na ulicę, ruszając w stronę miasta. Wachlarz wschodu słońca na horyzoncie pozwolił mi zrozumieć, jak dużo czasu zajęła wędrówka ku stóp pierwszych zawalonych samochodami autostrad. Karetka nigdy nie przejechała obok mnie. Butelki wody wypełniało już jedynie powietrze, a z poranka stworzyło się popołudnie, które wycisnęło z nieba nieprawdopodobny żar. Gdy udało mi się dotrzeć do najbliższego miasta, z pomocą mieszkającego na stałe amerykana trafiłem na pociągi. Pytał, dlaczego tak usilnie chcę się dostać do Polski, jednak ja zbywałem to krótkim milczeniem. Miałem akurat tyle pieniędzy, że starczyło mi szczęśliwie na bilet. Wielu ludzi patrzyło się na mnie jak na zbrodniarza z rozbitym, zakrwawionym czołem. Czułem się kompletnie nieswojo, wsłuchując się w nieznane mi słowa, które w żadnym stopniu nie przypominały choćby tych, których uczyłem się na lekcji. Byłem tak daleko Kalifornii... Nie cofniesz się, Alec. Kto by cię szukał? 
   Niespodziewanie szturchnął mnie pewien mężczyzna. Mało zadbany, po prostu przeciętny człowiek. Zmrużyłem oczy, mając wielką nadzieję, że mówi w moim języku. Jak bardzo się pomyliłem.
   – N-nie rozumiem... – szepnąłem, patrząc mu prosto w oczy tak, jakbym chciał, by zrozumiał to z wyrazu moich tęczówek.
   – Ty gdzie jechać? – Zastanowił się chwilę, zanim spróbował wykorzystać swoje podstawy angielskiego, i wtedy odetchnąłem z wielką ulgą, uśmiechając się serdecznie. Tak, serdecznie z krwią na czole. Geniusz.
   – Zakopane. Czeka mnie... osiem godzin drogi – powiedziałem wyraźnie, jak tylko potrafiłem i wzruszyłem ramionami bardzo zmęczony tą podróżą. Tak bardzo chciało mi się spać. 
   Ku mojemu zdziwieniu mężczyzna zaprosił mnie gestem do swojego stolika, gdzie usiadłem na przeciwko niego. Wyciągnął karty, rozłożył je profesjonalnie. Zagrać, czemu nie? 
   – Ty móc grać całe osiem godzin. – Uśmiechnął się.
   
***

   I faktycznie tak było. Graliśmy, a potem spałem, dopóki nie wybiła godzina siedemnasta, a głośnik w pociągu nie ogłosił, że zbliżamy się do Zakopanego. Raju, dobrze, że mieli tabliczkę dla obcokrajowców, bo bym chyba zgubił się jak dziecko w lunaparku. Przetarłem zaspane oczy, przy okazji zacierając krew z czoła i brudząc nią rękaw. Ręką na oślep dotknąłem siedzenia obok, by poczuć bagaż, jednakże jedyne, co dotknąłem, to pusta powierzchnia fotela. Co jest, do cholery. Rozejrzałem się raptownie po pociągu, z wzrokiem wyczulonym na najmniejsze drgnięcie, lecz oprócz mnie w transporcie znajdowało się tylko parę osób, większość śpiących. Kart na stoliku nie ma, tego faceta nie ma. Miałem ochotę zwyczajnie przekląć, gdzie ja wylądowałem? Z ludźmi stąd nie sposób było się dogadać, zostałem po prostu sam, bez bagaży, bez zapasowych ubrań, bez dokumentów. No cholera jasna. Wysiadłem wzburzony z pociągu, starając się ogarnąć uczucie narastającego gniewu. Byłem zmęczony, wkurwiony to mało powiedziane, a te uczucie nagle stało się stokroć słabsze, gdy przepełniony obawami dotknąłem kieszeni. Oprócz telefonu, który nie został skradziony, modliłem się, by nadal mieć tam zdjęcie. Proszę, proszę, proszę. Jest. Odetchnąłem i usłyszałem, jak pociąg za mną odjeżdża ze skrzypieniem. Potem samodzielnie dotarłem do centrum, które okazało się znajdować bliziutko. Stojąc na środku jakiegoś placu, może rynku, rozejrzałem się w konsternacji dookoła. Bez bagaży, wszystkiego. Alec, pokaż, jaki jesteś zaradny. Bez żadnego zastanowienia moje nogi ruszyły w kierunku trzech dziewcząt, stojących przy sklepie z dziwną polską nazwą i śmiały się w najlepsze. Ale te uśmiechy znikały, kiedy byłem coraz bliżej; teraz te miny przerodziły się w autentyczne przejęcie.
   – Przepraszam. Szukam...
   – Obcokrajowiec? – Ta trzecia Polka po wymianie zdań z przyjaciółkami powiedziała to z minimalnym akcentem, ale i z tego byłem ogromnie zadowolony.
   – Przyjechałem pociągiem z Berlina, okradli mnie. Możecie mi pomóc? Proszę. Proszę, proszę, proszę. – Przeciągnąłem te słowa, przymykając mocno powieki i zaciskając pięści. Byłem po prostu taki zdesperowany. Nowy kraj, nowe otoczenie, kuźwa, za dużo tego.  
   Znów wymieniły ze sobą spojrzenia, uśmiechając się. Chwyciłem się pod boki w akcie wyczerpującej frustracji. Nie rozumiałem ani słowa z tego, co mówiły dziewczyny stojące przede mną. Jedna machała telefonem, zasłaniając nim swoją twarz i zdawało mi się, że nim nagrywa. Druga śmiała się i rozmawiała z koleżanką. To był obłęd. Świadomość, gdy nie wiesz czy ktoś cię obraża, czy może jest na odwrót.
   – To prank, tak?
   – Nie, dlaczego? Szukam po prostu tej dziewczyny. – Z wyczerpaniem westchnąłem i, dając kres tej bezsensownej tyradzie, wyszukałem w telefonie losowe zdjęcie Leny oraz podstawiłem im wyświetlacz blisko twarzy. Skupiły się obok siebie, by pomimo słońca dostrzec każdy detal fotografii, a po krótkim namyśle odsunęły się, pozwalając, bym zbyt długo tłumił w sobie ogromną nadzieję.
   – Ona mieszka tutaj?
   – Tak! Albo chociaż... nie wiem, jej nazwisko to Czeresniłska – odparłem niemal natychmiast, dając do zrozumienia, jak bardzo jestem napalony na tę odpowiedź.
   – A! To takie urocze, jak obcokrajowiec próbuje mówić po polsku! – Klasnęła podekscytowana w dłonie, a potem ogarnęła się, widząc moją poważną na śmierć minę. – Hmm... może ktoś z pobliskiej szkoły mógłby ci pomóc. O, kojarzę firmę z tym nazwiskiem, poszukaj po centrum! – Zagryzła wargę w zastanowieniu, a po chwili spojrzała na mnie z uśmiechem: – Hej, poczekasz? Moja koleżanka, Weronika, chce zrobić sobie z tobą zdjęcie. Mówi, że przypominasz jej celebrytę. – Zaśmiała się krótko i zaczynała grzebać w telefonie.
   Uniosłem brew do góry, wzdychając mocno ze zmęczonym uśmiechem. Po co? Naturalnie, by nie zepsuć tej radości, do zdjęcia musiałem się uśmiechnąć, a potem natychmiast skierowałem się w stronę mapy miasta, która wisiała na ścianie centrum handlowego. Swoją drogą w Zakopanym było pięknie. Szkoła, szkoła, szkoła. Proszę, tak bardzo proszę, bym mógł w końcu wpaść na trop Leny i wziąć chociaż prysznic. Przynajmniej muszę znaleźć schronienie do nocy. Sam w polskim mieście, bez języka, bez rzeczy, bez pieniędzy. Alec, brawo, cholera, brawo. 

Lenuś? XD

Od Chole Cd Liama

Czułam jak łzy napływają mi do oczu, potraktował mnie jakby to co się między nami wydarzyło było niczym po prostu mnie olał...
 Pobiegłam do pokoju i zaczełam płakać czułam się samotna, nie mogłam się odnaleźć w tym wszystkim...
Poszłam do łazienki stanełam przed lustrem i powiedziałam:
- Jestem żałosna. Poszłam z pierszym lepszym do łózku. Nie dam im tej sadysfakcji.
Zmyłam makijaż i zrobiłam nowy, zadzwoniłam do mojej przyjaciółki:
-  Izzy jest sparawa?
- Powiedziałam Ci, że się zapiszę do tej...
- Nie chce abyś się zapisaława do akademi.
- Więc o co chodzi?
- Przyjedź jak najszybciej.
- Już jutro będę.
- Świetnie.
- Do jutra.
- Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i przez resztę wieczoru spędziłam rozmyślając.
~~~~NASTĘPNEGO DNIA~~~~
Wstałam wyjątkowo wcześnie tylko dlatego, że przyjedżała Izzy.
Umalowałam się, ubrałam i wyszłam z swojego pokoju.
Umówiłam się z Izzy w parku nie daleko akademi. Kiedy ją zobaczyłam uśmiechnełam się, zawsze ją podziwiałam za to, że jest niezależna od nikogo i niczego:
- Woo... Izzy to naprawdę ty? - powiedziałam przytulając ją na powitanie.
- No to ja stara nie zawodna Izzy- odparła
- Ciesze się, że jesteś - powiedziałam
- Dobra to opowidaj
Opowiedziałam jej o Liamie o powrocie Nicka i o Kat.
- Okey to nie złe bagno dziewczyno.
- Wiem.
- Ale on też jest dupkiem
- Nie wiem co mam z tym zrobić.
- Okey... Mam dla Ciebie propozycje.
- Jaką?
- Biorę udział w pokazie mody na którym występuje. Co powiesz, żebyś ty też przeszła na wybiegu jako modelka i pod koniec zaśpiewała za mnie.
- Nie wiem  czy to dobry pomysł... Ja nie umiem śpiewać.
- Umiesz... Skoro lubi być na czasie to napewno będzie na tym pokazie, a my zafudujemy mu pokaz wszech czasów.
Niech wie co starcił i z kim zadarł, a Nickiem zajmiemy się później. Co powiesz na to i na zmiany?
- Dobra, zróbmy to...
- No dobra chodź. Zabierzmy się do pracy...
Spędziłyśmy prawie cały dzień na zakupach i komponowaniu piosenki, kiedy wróciłam do akademi było późno.
Izzy miała rację muszę pokazać, że się ze mną nie zadziera.
Nie widziałam Liama cały dzień, ale nie przejmowłam się tym.
Za kilka dni był pokaz, a ja postanowiłam, że nie odpuszcze...
Z moich zamyśleń wyrwał mnie telefon to był Liam. Bez żadnego zawahania postanowiłam, że odbiore, ale póki co zostawie spotkanie z Izzy i występ w pokazie jako tajemnice:
- Co się stało? - spytałam
- Możemy się spotkać?
- Po co? Żebyś robił mi wyrzuty, że wypisałam się ze szpitala
- Chole, proszę. Możemy się spotkać?
- Hmm.... Jasne. Kiedy i gdzie?
- Za chwilę w moim pokoju.
- Okey. Zaraz będę.
Rozłączyłam się i poszłam od razu do pokoju Liama. Wiedziałam, że te dzisiejsze zdarzenia i wcześniejsze muszą zostać  w tajemnicy...
W końcu dotarłam pod pokoju Liama, zapukałam do drzwi.
(Liam?)

Od Nathalii CD Michaela

Nie wiem czy dobrze robiłam wsiadając do tego samochodu. Niby fajnie było mieć nowego znajomego, jednak... Coś nie dawało mi spokoju. Nie wiem dokładnie co. Tak jakbym przeoczyła coś ważnego. Albo może o czymś zapomniała. Nie jestem dokładnie pewna.
Tylko westchnęłam, wyglądając przez okno. Mój wzrok spoczął na grupce blondwłosych "piękności", które nienawistnym wzrokiem wpatrywały się oddalający się pojazd. Szczególnie jedna wybijała się na tle pozostałych. Najwyższa, najszczuplejsza. Widać, że herszt całej bandy. Ojciec chrzestny zebrania. Zastanawiałam się nad tym jak będzie wyglądało nasze pierwsze spotkanie "sam na sam". Wyrwą mi włosy czy złamią nos? Możliwe, że jedno i drugie jednocześnie. Nigdy nie byłam nienawistna, jednak bywały osoby, które wzbudzały we mnie uczucia i pragnienia, o których nie miałam najmniejszego pojęcia. Ciekawa sprawa, będę musiała to zapisać w notesie. Te... obserwacje. Na podstawie moich przeżyć nakręcą kiedyś typowy amerykański film dla nastolatków. Wiem to. I zrobi furorę, a ja dorobię się milionów na samym pomyśle.
Oparłam głowę o oparcie siedzenia, patrząc przez okno. Odrzuciłam na bok myśli związane z moją przyszłą sławą, pozwalając umysłowi zapełnić się nowymi obrazami. W głowie dudniły mi słowa: "Darmowe ciasta... darmowe ciasta... darmowe ciastka...".  
- Wyznam ci szczerze, że lubię ciasta - powiedziałam, zachowując całkowitą powagę. - Ciasta... biszkopciki... lody... rurki z kremem... jabłka w karmelu... żelki... cukierki... lizaki... Tak, lizaki lubię bardzo. Nie lubię tylko waty cukrowej. Mam od niej mdłości.
Chłopak parsknął. Rozbawiły go moje mdłości?
- Dobrze wiedzieć.
Ach, teraz rozumiałam. - Czyli jednak jesteś seryjnym mordercą, jednak najpierw będziesz mnie torturował - pokiwałam znawczo głową. Teraz wszystko układało się w jedną całość.
- Tak, będę torturował cię watą cukrową.
- To jest do zrobienia. Możesz wpychać mi ją do buzi, przyklejać do włosów, albo oblepić mnie całą. - Na samą myśl przeszły mnie dreszcze. To byłoby okrutne.
Michale spojrzał na mnie pobłażliwie. - Do buzi to się wpycha inne rzeczy.
Nim ogarnęłam, minęło kilka długich sekund. Gdy moja głowa w końcu połączyła wszystkie fakty, wydałam z siebie długie: "Ooo". - Rzeczywiście. Przecież do buzi wpycha się ścierki, żeby ofiara nie krzyczała, a nie watę cukrową. Głupia ja.
Wzruszyłam ramionami. Znów na mnie spojrzał, na moment odrywając wzrok od jezdni.
- Ty na poważnie?
Ani trochę, ale nie musiał tego wiedzieć.
- Oczywiście. Ja zawsze jestem śmiertelnie poważna.
Nie zawsze. Miałam momenty, w których odbijała mi szajba. Znów wyjrzałam przez okno. Ciastka... NADCHODZĘ!

Michael?
Wiesz... ona wierzy w przyjaźń damsko-męską :)